Yes – Heaven and Earth

Heaven_and_Earth

Nie spodziewałem się, że jeszcze będę przesłuchiwał płytę zespołu Yes. Wydawało mi się, że po wyrzuceniu Andersona ta grupa może nie mieć żadnego sensu. Jakby tego było grupę opuścił nowy wokalista, Benoit David z tego samego powodu, co Anderson (pamiętajcie: jeśli chcecie zostać wokalista Yes, nie możecie chorować). Ale panowie White, Squire, Howe i Downes wybrnęli z sytuacji znajdując nowego frontmana – 43-letniego Jona Davisona, który nawet ma zbliżony wokal do Andersona. I w tym składzie wydali nowy, 21 album.

Tym razem za produkcję odpowiadał doświadczony Roy Thomas Baker, który współpracował z takimi legendami jak Queen, Nazareth czy ostatnio Guns’n’Roses (do dziś nie wybaczono mu tego). Osiem kompozycji i pierwszą rzeczą uderzającą jest… delikatność brzmienia, podkreślane przez spokojną grę klawiszy oraz gitary akustycznej. I trzeba przyznać, że brzmi to naprawdę nieźle, miejscami wręcz odprężająco jak w „Believe Again” z bardzo ładnymi klawiszami. Z tej delikatności czasami wyrywa się gitara Steve’a Howe’a (czasami grająca nastrojowo i podporządkowana reszcie), która gra tak jak właściciel potrafi, a potrafi bardzo, co pokazuje choćby w „The Game” (zwłaszcza środek). Bas z perkusją też robią swoje, co najbardziej słychać w takich lekkich piosenkach jak „To Beyond” ze skocznymi klawiszami czy skręcający w stronę bluesa niezły „In a World of Our Own” czy bardziej popowym „It Was All We Knew”, jednak na szczęście dostajemy mocny finał w postaci 9-minutowego „Subway Walls”, gdzie każdy ma szanse się popisać swoimi umiejętnościami.

O wokalu Davisona powiedziałem, że przypomina trochę Andersona, tylko jest bardziej wyciszony i spokojniejszy, ale bardzo dziwacznie pasuje do tego nowego Yes. Choć trochę miałem wątpliwości, to jednak jest to nadal Yes. Trochę bardziej stonowane, ale nadal progresywne, wciągające, melodyjne i kreatywne. Jest to naprawdę porządna płyta, którą można przesłuchać w celu wyciszenia.

7/10

Radosław Ostrowski

Asia – Gravitas

Gravitas

I historia zatoczyła koło. Kiedy w 2006 roku reaktywowała się Asia, nikt nie spodziewał się, że uda im się powrócić w glorii i chwale. Po nagraniu trzeciej płyty po tym wydarzeniu, ekipę opuścił (znowu) gitarzysta Steve Howe. Pozostali członkowie jednak się nie przejęli i na jego miejsce przyjęli 27-letniego Sama Coulsona i w tym składzie nagrali kolejny album „Gravitas”.

Tym razem za produkcję odpowiadają frontman John Wetton oraz klawiszowiec Geoff Downes. Czy pod tym względem oznacza to jakieś zmiany? W zasadzie nie, bo ukształtowany styl z lat 80-tych jest konsekwentnie przekazywany z albumu na album. Każdy z muzyków zna się na swojej rzeczy, nie brakuje podniosłych – chórlanie śpiewanych – refrenów, a całość jest przebojowa i radio friendly. Palmer łoi na perkusji aż miło, zgrywając się razem z Wettonem, a Downes popisuje się swoimi klawiszowymi umiejętnościami, choć można miejscami odczuć zmęczenie materiału, które najbardziej słychać w balladach (za długi utwór tytułowy, „The Closer I Get to You” z niezłym tematem pianistycznym czy „Heaven Help Me Now” z pięknym orkiestrowym wstępem – dalej jest sieczka), może poza „Russian Dolls” z wplecionym odgłosem pociągu w tle, pachnąca trochę wschodem. A jak radzi sobie Coulson? To nie jest drugi Howe – jest trochę surowszy i mocniejszy, ale brakuje mu finezji poprzednika. Nie zawodzi za to John Wetton, którego głos brzmi naprawdę dobrze.

W zasadzie „Gravitas” niczego nie zmienia, ale z drugiej strony – liczyliście na coś innego? Jest to naprawdę przyzwoita Asia, choć mam nadzieję, że panowie jeszcze mnie zaskoczą i wejdą na wyżyny swoich możliwości. Ale kto wie?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Asia – XXX

XXX

When I’m gone, do this thing for me,
For this is my final day, and you know I would not joke,
So bury me in willow, not in oak.

Każdy gatunek muzyczny ma swoją supergrupę, czyli zespół składający się z indywidualistów grających wcześniej w innych zespołach. W rocku prograsywnym takim zespołem jest brytyjska Asia. Z okazji 30-lecia działalności scenicznej, ukazał się nowy materiał „XXX”.

Zespół nagrał go w pierwotnym składzie: klawiszowic Geoff Downes (The Buggies, obecnie Yes), giatarzysta Steve Howe (Yes), perkusista Carl Palmer (Emerson, Lake and Palmer) oraz basista i wokalista John Wetton (King Crimson). Silne indywidualności, które znów się zetknęły pięć lat temu. Każdy z nich pokazuje na co ich naprawdę stać. Ale ich muzyka wyprodukowana przez Mike’a Paxmana (Uriah Heep, Status Quo) brzmi bardziej nostalgicznie i dojrzalej. Zespół łączy stare brzmienia z lat 80-tych (najbardziej to słychać w klawiszowych partiach Downesa), a jednocześnie jest bardzo wyrafinowany i dość dojrzały. Każdy z muzyków pokazuje na co ich stać i tworzy bardzo nastrojowe kawałki („Burn Me in Willow”,”Faithful” czy kapitalna ballada „Ghost of a Chance”), ale jednocześnie bardzo energetycznej i dynamicznej („No Religion” czy otwierający „Tomorrow the World”). Refreny są chwytliwe i wpadające w ucho (najbardziej to słychać w rozpisanym na głosy „Reno (Silver and Gold)”, ale pojawiają się w każdym kawałku) i po prostu chce się do nich wracać. A co najważniejsze żaden z muzyków nie narzuca się, tylko uzupełniają się i tworzą bardzo spójną całość, nawet jeśli wyczuwa się podobieństwo do Yes.

Wokal Wettona jest naprawdę mocny i idealnie pasuje do każdego utworu. Nie ważne czy rozmyśla o śmierci („Burn Me in Willow”), miłości („Face on the Bridge”) czy o życiu, jest maksymalnie przekonujący. Tak samo w tekstach, które są naprawdę kawałkiem dobrego pióra. Słowo „banał” muzykom jest obce, za co należy im się chwała.

Mówiąc krótko, „XXX” podziałała na mnie bardziej niż ostatnia (udana) studyjna płyta zespołu Yes. Asia zaskakuje dojrzałością i dużą dawką energii, której muzykom z takim stażem zaczyna brakować. Kolejny przykład żywotności progresywnych brzmień.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Asia – Omega

Omega

Po dłuższej przerwie Asia wróciła w pierwotnym składzie odcinając się totalnie od tego, co się działo w latach 90. Powrót w czteroosobowym, pierwotnym okazał się strzałem w dziesiątka, a płyta „Phoenix” przywróciła ich do łask. A jak wiadomo, trzeba iść za ciosem i po dwóch latach wyszedł następny album.

Tym razem dla wytwórni Frontline Records i pod okiem producenta Mike’a Paxmana, który współpracował m.in. z zespołami Status Quo i Uriah Heep. Czy coś się brzmieniowo zmieniło? Nie. Nadal to głównie dynamiczne rockowe granie, okraszone progresywnymi sztuczkami, co potwierdza już otwierająca całość “Finger on the Trigger”. Ale Asia to nie tylko dynamiczne hiciory do podbijania radiowych stacji, każdy z członków świetnie gra na swoim instrumencie i wokal Wettona jest naprawdę dobry. Problem jednak polega na jednym, ale poważnym drobiazgu: nic nowego tutaj nie ma i powoli czuć z tego powodu pewne znużenie. A ballady, choć dość spokojne („Ever Yours” z ładną gitarą akustyczną), działały dość usypiająco, choć zdarzają się pewne drobne momenty przyjemności (fortepian, smyczki oraz solówka Howe’a w „Listen, Children” czy lekko bluesowe „Emily”), jednak trzeba przyznać, że to naprawdę solidnie zrobiona płyta. Jednak muszę się przyznać, że „Phoenix” bardziej na mnie podziałał. Ale „Omega” tez jest całkiem niezła.

7/10

Radosław Ostrowski

Asia – Phoenix

Phoenix

Asia po wielu latach grania pozostawała jednym z popularnych zespołów progresywnych brzmień, jednak po odejściu z podstawowego składu prawie wszystkich członków, wielu fanów grupy wracało do dwóch pierwszych płyt, nie do końca akceptując Johna Payne’a na wokalu. Dlatego w 2006 roku, jedyny członek grupy działający od początku, klawiszowiec Geofff Downes postanowił dokonać restartu grupy i tak nastąpiła reaktywacja. Wrócili wokalista i basista John Wetton, perkusista Carl Palmer oraz gitarzysta Steve Howe. I dwa lata później wyszedł nowy album starej grupy, pod wiele mówiącym tytułem „Phoenix”. Czyżby rzeczywiście nastąpiło odrodzenie?

Za produkcję pierwszego od 25 lat albumu Asii w pierwotnym składzie odpowiadał sam zespół oraz Steve Raspin (współpraca m.in. z Fishem), a oczekiwania były naprawdę duże. Ale już otwierający całość „Never Again” pokazuje, że to stara, dobra Asia. Wyraziste gitarowe riffy Howe’a (czasami łkająca), mocna i dynamiczna perkusja, chwytliwy bas oraz klawiszowe popisy dają dwie rzeczy, za które zespół był kochany: chwytliwe melodie, podniosłe (wręcz chóralne śpiewane) refreny i świetny głos Wettona. Nie brakuje także ładnej akustycznej gitary („Nothing’s Forever”), delikatnego fortepianu („Heroine”), dziwacznej elektroniki (prawie 8-minutowa suita instrumentalne „Sleeping Giant” z piękną wokalizą, proste „No Way Back” z bluesową gitarą i krótkie „Reprise”, czyli powtórka z początku kompozycji), klarnet (piękne „I Will Remember You”) czy wiolonczelę („An Extraodrinary Life”). Innymi słowy, jest tutaj naprawdę jak zawsze, a nawet jeszcze lepiej, zaś godzina trwania mija bardzo szybko i przyjemnie.

Asia wraca do swojej wielkiej formy i nagrała swój najlepszy album od początku swojej kariery, będący destylatem tego, co najlepsze. A czy dalej było równie dobrze jak po „Phoenix”? Will see.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Asia – Silent Nation

Silent_Nation

Na kolejny album zespołu Asia trzeba było poczekać aż trzy lata. Tym razem do duetu John Payne/Geoff Downes dołączyli gitarzysta Guthrie Govan i perkusista Chris Slade. W tym składzie powstał „Silent Nation” (najdłuższa nazwa płyty w dorobku tej grupy), a produkcją zajął się sam Payne. I jaki jest efekt?

Nadal słychać, że to Asia (klawisze Downesa, podniosłe refreny – świetnie zaśpiewane i nakładające się głosy), choć gitara elektryczna brzmi tutaj jakby mocniej i ostrzej (bardziej rockowe „Long Way Home”), ubarwiając popowo-elektroniczne brzmienie (środkowa część „What About Love”, bluesowy „Midnight” ze świetnym basem oraz orientalną gitarą pod koniec), które zawsze dominowało w dorobku tej grupy. Nie brakuje tutaj nastrojowych piosenek („Blue Moon Monday” z delikatnymi zwrotkami i mocniejszymi refrenami oraz pięknym mostkiem, tytułowa kompozycja z basem, fortepianem i smyczkami oraz zapętlającymi się gitarami w refrenach czy „Ghost in the Mirror”, napisane przez byłego członka Yes, Billy’ego Sherwooda). Innymi słowy, nie ma tutaj niczego zaskakującego, choć elementy progresywne są dość mocno zaznaczone (imitacja średniowiecznych dźwięków w „Gone Too Far” czy chóralny wstęp do „Darkness Day”).

Payne jako wokalista radzi sobie dobrze, teksty nie należą do prostackich i brzmi to naprawdę dobrze. Asia poniżej pewnego pułapu po prostu nie schodzi. Jednak dla Johna Payne’a to był ostatni album, gdyż postanowiła powrócić w dawnym stylu. Ale to temat na inną opowieść.

7/10

Radosław Ostrowski

Asia – Aura

Aura

Po eksperymentalnej płycie napisanej do filmu w Asii ostali się tylko Payne i Downes. Do nagrywania każdego utworu pozapraszali masę gości (m.in. gitarzystów: Guthrie Govana, Elliota Randalla, perkusistów: Vinnie Colaiutę czy Michaela Sturgisa) i tak powstał album „Aura” (powrót do nazywania albumów słowem na A). Jaka jest tutaj wydzielana aura?

Pozornie jest jak zawsze, czyli melodyjnie, gitarowo, klawiszowo i podniośle. Dla mnie najciekawsze były instrumentalne popisy Downesa, którego dźwięki klawiszy nakładały się na siebie tworząc naprawdę piękną aurę (imitacja średniowiecznych instrumentów w „Wherever You Are”, organy w „Ready to Go Home” czy przyśpieszenia w „Forgive Me”), a gitara elektryczna czasami robiła mocniejsze riffy, choć czasem zagra i delikatnie (tu najlepiej wypada Steve Howe w „The Last Time” i obowiązkowo w refrenach są chórki. Niby nic nowego, bo Asia tak w zasadzie grywa od samego początku i mimo różnic w składzie nie zmienili swojego brzmienia. A wokal Johna Payne’a brzmi coraz lepiej, choć fani Wettona marzyli, by wrócił do kapeli. Żeby nie było za słodko jest parę nijakich piosenek („On the Coldest Day in Hell” czy idący w stronę lekko latynowską „You’re the a Stranger” i instrumentalna „Aura”) i jedna mocna perła – prawie 8-minutowe dynamiczne „Free”, gdzie jest aż trzech gitarzystów dający popis swoich umiejętności.

„Aura” pozostaje dobrym albumem w dorobku grupy Asia. Czuć powoli pewne zmęczenie materiału, jednak muzycy jeszcze potrafią parę razy zaskoczyć. Panowie trzymają fason, jednak z Paynem grupa długo już nie pociągnęła. Ale to temat na inną porę.

7/10

Radosław Ostrowski


Asia – Rare

Rare

To najbardziej nietypowa płyta w dorobku grupy Asia z dwóch powodów. Po pierwsze, została nagrana w całości tylko przez Johna Payne’a i Geoffa Downesa. Po drugie, jest to płyta instrumentalna. Nic dziwnego, jest to w końcu ścieżka dźwiękowa do filmu przyrodniczego Davida Attenborough „Salmon: Against the Tides”.

Muzyka w całości oparta na basie i syntezatorach może być ciekawa, choć jest dość prosta. Downes nakłada na siebie różne partie klawiszy, łącząc je z fortepianem, czasem imitując dźwięki przyrody („The Seasons” czy „The Gods”), smyczki („The Waterfall”), harfę („The Gods”), nawet perkusję („The Whales”). Tylko problem w tym, że kompozycje i tematy są do siebie zbyt podobne, a wokal Payne’a w zasadzie ograniczał się do takich samych wokaliz. Na szczęście całość jest dość krótka (kompozycje nie trwają więcej niż 3 minuty), a kilka kompozycji naprawdę robi wrażenie („The Bears” z kotłami i fagotem czy bardzo mroczne „The Ghosts”, w którym pojawia się gitara elektryczna). Ale to cecha praktycznie każdego soundtracku, że pewne motywy się powtarzają. Ale coś tutaj mi przeszkadzało i znużyło. Jednak pozostaje to całkiem niezłą propozycją.

6/10

Asia – Arena

Arena

W 1996 roku w zespole Asia doszło do poważniejszych roszad. Z pierwotnego składu ostał się tylko Downes, Payne nadal grał na basie i był wokalistą, Sturgis pozostał perkusistą, za to pojawiło się aż dwóch gitarzystów: Elliott Randall i Aziz Ibrahim – obaj wcześniej byli muzykami sesyjnymi. I w tym składzie nagrali „Arenę”.

Na tym albumie jeszcze udzielił się perkusista Luis Jardin i gitarzysta Tomoyasu Hotei, który zagrał tylko w otwierającym całość instrumentalnym „Into the Arena”, a jego gra gitary elektrycznej przypominała trochę Carlosa Santanę. Bardzo delikatny i nietypowy wstęp. Że dalej jest to Asia słychać to najbardziej w grze klawiszy, które tworzą bardzo delikatne tło, ale w paru utworach mocno dają po sobie znać. A reszta to melodyjne, bardziej popowe piosenki z podniosłymi refrenami, chwytliwymi kompozycjami oraz porządna grą każdego z muzyków. I jak zawsze jest różnorodnie – od podniosłego „Heaven” ze świetnie zgraną perkusją i „plumkającymi” dzwoneczkami klawiszami po zmieniające tempo „Two Sides of the Moon”, które w połowie idzie w stronę mocniejszej gitary oraz szalonej perkusji, by pod koniec pójść w reggae.

I po raz pierwszy pojawia się duży utwór, który trwa prawie 10 minut – „The Day Before the War” zaczyna się dość spokojnie – organy i akustyczna gitara. Po dwóch minutach następuje mocne uderzenie perkusji, swoje robi też gitara, a perkusja brzmi jak seria z karabinu maszynowego. Wtedy wyciszenie, delikatnie gra gitara akustyczna i klawisze, swoje robi bas, pojawia się wokal Payne’a, w refrenach słychać echo oraz dziwnie brzmiące klawisze. Wtedy pojawia się „orientalna” elektronika i gitara. Zas pod koniec zapętlają się klawisze, które podobnie brzmią jak w „Tubular Bells” Oldfielda, serwując jeszcze bardzo niepokojące solo gitarowe. Perełka w dorobku Asii.

Dalej jest tak jak według sprawdzonej formuły, choć pojawiają się ciekawe drobiazgi jak przyśpieszające klawisze w „Never”, delikatna gra gitary w „Falling” czy orientalna gitara w „U Bring Me Down”. Za to Payne coraz pewniej się czuje jako wokalista.

„Arena” pozostaje najciekawszą płyta Asii z Paynem na wokalu, choć pozornie nic się tu nie zmieniło. Jednak grupa pokazuje, że potrafi zrobić parę niespodzianek, a duet produkcyjno-kompozytorski Payne/Downes trzyma się jak najlepiej. Czy dalej było tak dobrze? To opowiem wam później.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Asia – Aria

Aria

Jest rok 1994. Dwa lata wcześniej Asia się reaktywowała i wydała nowy album, przy okazji zmieniając skład. Tutaj też doszło do roszad, odszedł Howe i Palmer, został Pitrelli, a nowym perkusistą został Mike Sturgis, który rok później dołączył do Wishbone Ash. I w tym składzie grupa zaczęła prace nad nowym albumem „Aria”.

Za produkcję i piosenki odpowiadali Payne z Downesem, czyli bas i klawisze powinny dominować. Początek jest dość tajemniczy i mroczny w „Anytime”, ale po „biciu” basem oraz przestrzennych klawiszach dołącza reszta grupy. I w zasadzie mamy starą, sprawdzoną formułę – nastrojowe klawisze, chwytliwe refreny śpiewane chóralnie i bardzo surowo brzmiącą (wtedy) gitarę elektryczną. Ale pojawiają się drobne elementy zaskoczenia jak „etniczna” perkusja i wokali w stonowanym „Desire”, gdzie jeszcze wpleciono elektroniczną wersję jednego z utworów Bacha, akustyczny wstęp w „Summer”, bardzo szybkie klawisze w refrenach „Don’t Cut the Wire (Brother)” + marszowa perkusja w połowie czy odgłosy jazdy konnej i strzały w dynamicznym „Rememberance Day” (perkusja z gitarą szaleją). Mimo że tak naprawdę niewiele się zmienia, a John Payne radzi sobie coraz lepiej na wokalu, to jednak płyty Asii słucha się naprawdę dobrze. Nadal jest przebojowo i dynamicznie, ale teksty są dość poważne, bo poza typowym miłosną treścią, nie zabrakło tutaj refleksji o wojnie i telewizji („Reality” z elektronicznie zmodulowanym głosem w refrenie).

„Aria” potwierdza, że Asia mimo przetasowań i zmian w grupie nie zmienia się specjalnie, nie zatraca się. Styl pozostaje ten sam i mimo upływu wielu lat, odbiór pozostaje pozytywny.

7,5/10

Radosław Ostrowski