Asia – Aura

Aura

Po eksperymentalnej płycie napisanej do filmu w Asii ostali się tylko Payne i Downes. Do nagrywania każdego utworu pozapraszali masę gości (m.in. gitarzystów: Guthrie Govana, Elliota Randalla, perkusistów: Vinnie Colaiutę czy Michaela Sturgisa) i tak powstał album „Aura” (powrót do nazywania albumów słowem na A). Jaka jest tutaj wydzielana aura?

Pozornie jest jak zawsze, czyli melodyjnie, gitarowo, klawiszowo i podniośle. Dla mnie najciekawsze były instrumentalne popisy Downesa, którego dźwięki klawiszy nakładały się na siebie tworząc naprawdę piękną aurę (imitacja średniowiecznych instrumentów w „Wherever You Are”, organy w „Ready to Go Home” czy przyśpieszenia w „Forgive Me”), a gitara elektryczna czasami robiła mocniejsze riffy, choć czasem zagra i delikatnie (tu najlepiej wypada Steve Howe w „The Last Time” i obowiązkowo w refrenach są chórki. Niby nic nowego, bo Asia tak w zasadzie grywa od samego początku i mimo różnic w składzie nie zmienili swojego brzmienia. A wokal Johna Payne’a brzmi coraz lepiej, choć fani Wettona marzyli, by wrócił do kapeli. Żeby nie było za słodko jest parę nijakich piosenek („On the Coldest Day in Hell” czy idący w stronę lekko latynowską „You’re the a Stranger” i instrumentalna „Aura”) i jedna mocna perła – prawie 8-minutowe dynamiczne „Free”, gdzie jest aż trzech gitarzystów dający popis swoich umiejętności.

„Aura” pozostaje dobrym albumem w dorobku grupy Asia. Czuć powoli pewne zmęczenie materiału, jednak muzycy jeszcze potrafią parę razy zaskoczyć. Panowie trzymają fason, jednak z Paynem grupa długo już nie pociągnęła. Ale to temat na inną porę.

7/10

Radosław Ostrowski


Dodaj komentarz