Zawieście czerwone latarnie

Moja znajomość kina azjatyckiego jest równie ogromna i szeroka niczym przeciętnego Polaka o balecie mongolskim. A w szczególności kina chińskiego, z pojedynczymi wyjątkami w postaci „Spragnionych miłości” Wong Kar-Wai czy „Ostrożnie, pożądanie” Anga Lee. Ale od czego są wznowienia kinowej klasyki (lub pokazywanie ich pierwszy raz) na kinowy ekran dzięki takim dystrybutorom jak Past Perfect czy Gravity Films. I to dzięki temu ostatniemu do polskich trafia – premierowo i zrekonstruowany w 4K – film „Zawieście czerwone latarnie” z 1991 roku.

Film Zhanga Yimao oparty na powieści Su Tonga dzieje się na początku lat 20. XX wieku i skupia się na młodej dziewczynie Songlian (Gong Li). Po śmierci ojca kobieta porzuca studia, by zadbać o swoją rodzinę i decyduje się zostać konkubiną bogacza. Trafia do jego ogromnej rezydencji, gdzie przebywają jego trzy partnerki: matrona Yuru (Jin Shuryan), masażystka Zhouyun (Cao Cuifen) oraz śpiewaczka operowa Meishan (He Caifei). Każda z nich ma swój pokój, swoją służbę, a jeśli ma spędzić z którąś noc, to na dziedzińcu przed jej pokojem zostają zapalone czerwone lampiony.

Reżyser, choć obecnie jest bardziej kojarzony z powstałych na początku XXI wieku blockbusterów pokroju „Hero” i „Dom latających sztyletów”, na początku swojej kariery robił kompletnie inne produkcje. „Zawieście…” to zdecydowanie bardziej kameralny dramat psychologiczny, niemal w całości (poza pierwszymi scenami) dziejący się w ogromnej rezydencji – wręcz pałacu – pana domu. Kamera nigdy nie opuszcza tego miejsca, nawet jeśli filmuje ona dachy, co powoli buduje poczucie alienacji oraz klaustrofobii. Właściwie to jest przebywanie w złotej klatce, która daje pewną stabilność i przywileje, w zamian ograniczając wolność do zajmowania się domem oraz rodzeniem dzieci. A to z kolei wywołuje wśród pań walkę pełną zazdrości, zawiści i intryg. A ja razem z nową żoną (nazywaną przez wszystkich Czwartą Siostrą) próbuję się w tym wszystkim odnaleźć. A jeśli wrzucimy do tego wszystkiego jeszcze służkę Yan’er (świetna Lin Kong), która również chciałaby zostać konkubiną, to znajdujemy się w prawdziwym kłębowisku żmij.

Yimou bardzo powoli odkrywa kolejne stopnie tej skomplikowanej relacji, gdzie każda kobieta jest tutaj w stanie wbić nóż w plecy. Tutaj nawet dialogi są zarówno poetyckie, jak też pełne subtelności oraz drugiego dna. Ale też całość nadal wygląda przepięknie i jest wręcz czarująco. Od silnie wykorzystanych kolorów (czerwień lampionów w świetle zimnoniebieskiej nocy) przez szczegółową scenografię – tu szczególnie pokój Meishan się wyróżnia – aż po barwne kostiumy. A rekonstrukcja cyfrowa sprawia, że obraz jest jeszcze bardziej imponujący. Tym bardziej uderzają momenty pęknięć w tym ładnym obrazku, zwłaszcza w potężnym emocjonalnie finale.

A jednocześnie wszystko jest świetnie zagrane. Absolutnie zjawiskowa jest Gong Li, która już pracowała przy poprzednich filmach Yimou i ta kolaboracja procentuje. Songlian ma w sobie zarówno prostolinijny urok – przynajmniej na początku – ale im dalej w las, tym bardziej zaczyna być napędzana przez zazdrość i więcej w niej smutku oraz cynizmu. Od drobnych złośliwości aż po czyste okrucieństwo (odkrycie tajemnicy służki i ujawnienie jej publicznie), za które płacą cenę inni. A jej ostatnie ujęcie jest wręcz szarpiące. Równie niesamowite są zarówno Cuifen oraz Caifei – pierwsza wydaje się życzliwa, wręcz bardzo serdeczna wobec nowej żony/siostry, zaś druga sprawia wrażenie bardzo wywyższającej się diwy. To wszystko jednak tylko fasada, skrywająca o wiele bardziej złożone bohaterki niż się wydaje, mające swoje tajemnice oraz motywy.

Po 35 latach od premiery „Zawieście czerwone latarnie” pozostaje nie tylko jednym z najpiękniejszych filmów lat 90., ale także jednym z bardziej poruszających dramatów. Pod tym pięknem skrywa się opowieść o zarówno zniewoleniu kobiet, jak też metafora życia w państwie totalitarnym, gdzie życie jest z góry zaplanowane i kontrolowane. A to może doprowadzić albo do uległości, albo szaleństwa, co dobitnie pokazuje bardzo mocne zakończenie.

8/10

Radosław Ostrowski

Miami Vice

Sonny Crockett i Ricardo Tubbs są gliniarzami z Miami, którzy pracują ze sobą od lat. Podczas akcji dostają cynk od swojego informatora, że wydano agentów fderalnych podczas realizacji transakcji narkotykowej. Obaj panowie podszywając się za handlarzy narkotyków podejmują się zadania infiltracji, trafiając na niejakiego Arcangela de Jesus Montoyę, któremu towarzyszy Isabella. Między nią a Sonnym zawiązuje się romans.

miami_vice1

Michael Mann postanowił zaryzykować i zrobić kinową wersję mega popularnego serialu z lat 80., którego był producentem. Efektem tego był mroczny i ponury film sensacyjny pokazujący ciemną stronę działania pod przykrywką. Udawanie kogoś zawsze jest trudnym wyzwaniem, a romans dodatkowo komplikuje sytuację, która wymaga większego sprytu i działań na granicy prawa (kradzież towaru kartelu). Przenosimy się z miejsca na miejsce, większość akcji toczy się nocą, a całość jest kręcona kamerą cyfrową, przypominając telewizyjny dokument (choć jest kilka wizualnych pereł). Ale i tak film jest zwyczajnie nudny, brakuje napięcia, a spory budżet (ponad 100 mln dolców) nie jest zbyt mocno widoczny. Surowy realizm działa tutaj męcząco i nie zaskakuje niczym nowym – nawet finałowa konfrontacja wygląda po prostu okropnie. Nic tutaj nie gra, nawet muzyka wypada dość blado. Słowem, najsłabszy film Manna od czasów „Twierdzy”.

miami_vice2

Aktorsko jest zaledwie przyzwoicie. Colin Farrell i Jamie Foxx są nieźli, gdy pojawiają się osobno, ale nie czuć tutaj chemii między nimi, co w przypadku grania takich sprawdzonych kumpli jest kluczowe. Z całej ekipy najbardziej wybija się Gong Li jako starająca się być niezależną Isabelle i jej emocje – dość skomplikowane – są wygrywane bez problemu. Reszta obsady po prostu jest i nie przeszkadza.

miami_vice3

To, że kinowa wersja „Policjantów z Miami” będzie czymś innym niż serial, nie było dla mnie niespodzianką. Ale Mann przyzwyczaił mnie do znacznie wyższego poziomu niż bycie przyzwoitym. Cóż zrobić? Może następnym razem będzie lepiej?

6/10

Radosław Ostrowski