Uwięzieni w kosmosie

Filmy SF, skupiające się na eksploracji kosmosu są w zasadzie podgatunkiem samym w sobie. Takie produkcje jak „Pierwszy krok w kosmos”, „Apollo 13” czy „Pierwszy człowiek” to w zasadzie klasyka gatunku. Ale są też filmy z nurtu fantastyki naukowej, gdzie liczyło się przetrwanie jak choćby „Grawitacja” czy (między innymi) „2001: Odyseja kosmiczna”. Rok po produkcji Stanleya Kubricka pojawił się film, który mógłbym uznać za wariację na temat sytuacji z „Apollo 13”. Tylko, że jest to adaptacja powieści Martina Caidina z 1964 roku.

„Uwięzieni w kosmosie” opowiada historię załogi statku kosmicznego „Ironman 1” (nie, nie nazwano go na cześć Tony’ego Starka). Trzech ludzi: komandor Jim Pruett (Richard Crenna), pilot „Buzz” Lloyd (Gene Hackman) oraz dr Clayton Stone (James Franciscus) zostaje wysłanych na stację badawczą, będącą swoistym laboratorium. Mają tam spędzić osiem miesięcy, jednocześnie testując wpływ otoczenia na ich stan psychofizyczny. Po pięciu miesiącach ekipa wraca do domu swoim Człowiekiem z żelaza (nie, film Wajdy wtedy nie istniał), jednak pojawia się problem. Silnik robi focha i nie odpala się, co rodzi dwie poważne komplikacje. Statek baaaaaaaaaaaardzo powoli zbliża się do Ziemi, do której ma baaaaaaaaaardzo duży kawałeczek. Na tyle duży, że załoga nie dożyje powrotu do domu (pod warunkiem, że nie spłoną wkraczając do atmosfery). NASA w postaci doktora Charlesa Keitha (Gregory Peck) początkowo przekreśla jakąkolwiek szansę na pomoc. Wszystko zmienia interwencja samego prezydenta USA – najpotężniejsza osoby świata, która nie zna słowa niemożliwe. Co oznacza, że trzeba przygotować ekipę ratunkową.

Wydaje się, że jest tu wszystko konieczne do stworzenia angażującego, pełnego emocji dramatu. Do tego za kamerą stał John Sturges, wówczas znany z „Siedmiu wspaniałych”, „Wielkiej ucieczki” oraz powstałej rok wcześniej „Stacji arktycznej Zebra”. Całość wygląda niczym dokument, gdzie w ogóle nie pojawia się muzyka, w większości czasu będąc w NASA. Dużo jest dyskusji, przygotowań i oczekiwania, co mogłoby być ciekawe. Jednocześnie przebijamy się do pojazdu z załogą, gdzie próbują przeżyć. Problem jednak w tym, że historia kompletnie nie angażuje. I tu nawet nie chodzi o nadmiar statycznych ujęć czy mocno archaiczne efekty specjalne, lecz bardzo wolne i senne tempo.

Najbardziej widać to w roli Gregory’ego Pecka, który – w teorii – ma być pozbawionym emocji, opierającym się na faktach specjaliście. Jednak w jego sposobie grania czuć pewne znużenie oraz brak zaangażowania. Lepiej jest w momentach z załogą, co jest zasługą Richarda Crenny (opanowany dowódca) oraz Gene’a Hackmana (przechodzący załamanie nerwowy pilot) – szczególnie podczas ich rozmów z żonami w bazie. Jednak takich angażujących emocjonalnie scen jest zwyczajnie za mało. I nawet huragan przeszkadzający wystrzeleniu rakiety nie był w stanie zmienić tego stanu.

„Uwięzieni w kosmosie” są przykładem produkcji ze sporymi środkami oraz grupą uzdolnionych ludzi, z której ostatecznie wychodzi całkowity średniak. Czas nie był dla niego zbyt łaskawy, efekty specjalne wyglądają śmiesznie, zaś aktorzy nie maja za bardzo nad czym pracować. Nie sposób pozbyć się wrażenia, że jest to bardzo tania oraz niedziałająca wersja „Apollo 13”. Wiem, że film Howarda powstał później, lecz to skojarzenie mocno naznaczyło ten seans.

5/10

Radosław Ostrowski

Chłopcy z Brazylii

UWAGA!
Tekst może zawierać treści uznane za spojlery, więc jeśli nie oglądaliście filmu, nie czytajcie.

Nikt tak nie sprawdza się w roli czarnych charakterów jak naziści. Żądni władzy nad światem psychopaci opętani okultyzmem oraz złem, że już bardziej się nie dało. Pojawiali się w filmach nawet w latach 70-tych, osadzonych współcześnie („Akta Odessy” czy „Maratończyk”) czy podczas II wojny światowej („Bękarty wojny” czy ostatnio „Operacja Overlord”). O grach komputerowych nawet nie wspominam. Jednak czynienie z nich złoli w czasach osadzonych współcześnie jest dość ryzykowne, bo czy mogą nadal wzbudzić jakąkolwiek grozę czy lęk? Nawet w latach 70-tych taka koncepcja początkowo wydawała się czymś świeżym. Ale czy pod koniec tej dekady to jeszcze działało? Postanowił to sprawdzić reżyser Franklin J. Schaffner w opartym na powieści Iry Levina „Chłopców z Brazylii”.

Film – znany w naszym kraju także jako „Synowie III Rzeszy” – zaczyna się w Paragwaju, gdzie młody syjonista obserwuje jednego z ukrywających się nazistowskich zbrodniach. Przypadkowo trafia na samego doktora Josefa Mengele, organizującego poważną intrygę. Jej celem jest zamordowanie 94 mężczyzn w wieku 65 lat w ciągu dwóch i pół roku. Niestety, nasz niedoszły łowca nazistów zostaje schwytany podczas przekazywania informacji legendarnemu łowcy nazistów – Ezry Liebermana. Ten postanawia wybadać sprawę, zdany tylko na siebie.

chlopcy z brazylii1

Reżyser nie serwuje wszystkich informacji od razu, bo inaczej ten thriller nie zadziałałby. „Chłopcy z Brazylii” są staroszkolnym dreszczowcem, spokojnie odkrywającym wszystkie karty, co buduje klimat tajemnicy oraz podskórnego niepokoju. Napięcie potrafi podkręcić bardzo ekspresyjna muzyka Jerry’ego Goldsmitha w połączeniu z miejscami użytym montażem równoległym (kapitalna scena, gdy Mengele przechodzi po ruinach dawnego szpitala). A wszystko w czasach, kiedy nazistowskie zbrodnie wydają się pieśnią przeszłości. Nie nadając się nawet na wzmiankę w prasie, co jest dzisiaj bardzo smutne. Jedynie starzy ludzie pokroju Liebermana i Mengele jeszcze są w stanie walczyć, mając masę czasu oraz determinacji. Pierwszy może liczyć tylko na wsparcie młodych idealistów, drugi na swoich zwierzchników (do pewnego stopnia). Konfrontacja jest nieunikniona, ale nie będzie tu brawurowych pościgów czy rozpierduchy, choć przenosimy się z miejsca na miejsce.

chlopcy z brazylii2

Schaffner pewną ręką prowadzi całą opowieść, nawet jeśli zacząłem domyślać się o co tak naprawdę chodzi. Bo nie chodzi o pochodzenie ojców, tylko o dzieci, które są… klonami Adolfa Hitlera. Więc jak zwykle chodzi o panowanie nad światem. Chłopcy wyglądają tak samo (są grani przez tego samego aktora – Jeremy’ego Blacka), są rozpuszczeni i… co z nimi zrobić? Ocalić ich w nadziei, że niczego nie zbroją, a geny zostaną stłumione? Czy może ich wytropić i zamordować? Ten dylemat zostaje szybko rozwiązany (niestety), ale konsekwencje pozostają tajemnicą. Rzadko spotykana przemoc potrafi uderzyć, choć krwi nie ma zbyt wiele – może poza konfrontacją dwójki bohaterów z udziałem psów. Jednak potrafi uderzyć, bo zło od nazistów wywołuje ponadczasowy strach.

chlopcy z brazylii3

I to wszystko jest wykonane przez fantastycznie dobrany duet aktorski, zmuszony do konfrontacji. Laurence Olivier jako Lieberman (postać wzorowana na Szymonie Wiesenthalu) jest wystarczająco pocieszny, pełnego empatii, determinacji. Ma być tym dobrym i ma to wręcz wypisane na czole. Ale prawdziwym zaskoczeniem oraz gwiazdą tego filmu jest Gregory Peck. Aktor gra doktora Mengele i robi to bardzo sugestywnie. Aktor drugi raz w swojej karierze zagrał postać negatywną (wcześniej był kapitanem Ahabem w „Moby Dicku” Johna Hustona), ale tutaj wchodzi na o wiele wyższy poziom. Samo spojrzenie może budzić grozę, tak jak niemiecki akcent oraz wyczuwalny gniew i szaleństwo, bez popadania w przerysowanie czy groteskę. To ten duet nakręca ten film, choć nie brakuje w nim znanych twarzy na drugim i trzecim planie (m.in. James Mason, Denholm Elliott czy – będący na początku kariery – Steve Guttenberg).

Powiem szczerze, że nie do końca wiedziałem, czego oczekiwać po „Chłopcach z Brazylii”. Dostałem efektywny, staroświecki (lecz nie archaiczny), trzymający w napięciu thriller. I dowód na to, że naziści nadal potrafią straszyć. Nawet po tylu latach.

8/10

Radosław Ostrowski

Moby Dick

O tym wielorybie słyszał każdy. Moby Dick, czyli wielki biały wieloryb, któremu wbijano harpuny wiele razy i wydaje się być nie do pokonania. Ale pewien kapitan o imieniu Ahab, dowódca okrętu Pequad, ma z wielorybem rachunki do wyrównania. W całą tą rozgrywkę zostaje wplątana cała załoga okrętu, w tym nowy marynarz Iszmael.

Powieść Hermanna Melville’a była przenoszona wielokrotnie, stanowiąc sporą inspirację dla kinomanów. W 1956 roku postanowił zaryzykować John Huston, lecz żadne studio nie chciało sfinansować mroczny film, bez żeńskiej obsady oraz wątków romansowych. Po trzech latach dano zielone światło od Warner Bros., ale postawiono jeden warunek – kapitana Ahaba miała zagrać znana gwiazda. Ostatecznie wybrano do tej roli Gregory’ego Pecka i ruszyły zdjęcia, które trwały kilka miesięcy. I jaki jest efekt? Ku mojemu zaskoczeniu satysfakcjonujący.

moby_dick1

Fabuła mocno trzyma się pierwowzoru i jest takim surowym kinem przygodowym, gdzie akcja nie jest tutaj najważniejsza. Reżyser skupia się na pokazaniu życia na okręcie, w otwartym morzu. Zabijanie wielorybów staje się czymś w rodzaju powołania, zadania wyznaczonego przez samego Boga, a kapitan jest tutaj panem i władcą. Jego słowo ma wymiar ostateczny i nieodwołalny, jakby pochodziło od Najwyższego. Stąd wiele jest tutaj scen symbolicznych jak ślubowanie harpunników czy wręczanie trunku od kapitana do całej załogi, pokazujących jaką więź ma mieć kapitan ze swoją załogą. Ale całość jest pełna niepokoju, który nasila się z coraz większym szaleństwem Ahaba, żadnego zemsty za stratę nogi. I nikt nie jest w stanie go powstrzymać, zaś każdy znak widzi jako szansę na dorwanie Moby Dicka, nawet kosztem wielkiego połowu.

moby_dick2

Niby nie dzieje się zbyt wiele, ale duże przywiązanie do detali (scena ataków na wieloryby) ma charakter wręcz pietyzmu. Sam okręt też wygląda imponująco, tak samo jak wręcz malarskie zdjęcia. Morze wygląda tutaj naprawdę groźnie, a poczucie majestatu buduje też odpowiednio stonowana muzyka. Scenografia i kostiumy też przekonująco odtwarzają XIX-wiecznie nadmorskie miasteczko, choć nie przebywamy w nim na długo. Wszystko zmierza może i do dość brutalnego finału, jednak potrafi wiele razy utrzymać w napięciu oraz zainteresowaniu, zachowując fatalistyczną aurę.

Muszę przyznać, że mimo lat aktorstwo nadal trzyma wysoki poziom. Najbardziej zaskakuje tutaj Peck grając bardzo mroczną postać, dla którego motywacja jest od samego początku jasna: zabicie Moby Dicka oraz wyrównanie rachunków. Posępne spojrzenie, bardzo niski głos oraz władcza sylwetka – aktor tworzy bardzo wyrazistą postać, bez popadania w karykaturę, o co byłoby bardzo łatwo. Drugi plan pozornie może wydawać się zlepkiem bezbarwnych postaci, lecz to tylko złudzenie. Bo każdy członek załogi ma swoje przysłowiowe pięć minut: harpunnik Queequag, zachowujący rozsądek I oficer Starbuck, cieśla okrętowy czy rozbrykany Pip.

„Moby Dick” wydaje się być mnie znanym i (na razie) najbardziej niedocenionym filmem w dorobku Hustona. Reżyser zmierzył się z ambitną literaturą i choć całość ma troszkę postojów, to jednak świetne dialogi, filozoficzna otoczka oraz mocne aktorstwo powodują, że film zostaje długo w pamięci. Czyli da się z wielkie literatury zrobić kino zahaczające o wielkość?

8/10

Radosław Ostrowski


Akt oskarżenia

Pozornie sprawa wydawała się dość prosta. W Londynie, pani Paradine, wdowa po weteranie wojennym, zostaje oskarżona o morderstwo za pomocą trucizny. Jej obrony podejmuje się bardzo ceniony adwokat Anthony Keane. Jednak problem w tym, że pani Paradine jest dość pociągającą kobietą, przez co życie rodzinne prawnika jest bardzo narażone. A czy kobieta naprawdę jest niewinna?

Ostatni film Alfreda Hitchcocka zrealizowany przez cenionego producenta Davida O. Selznicka (także autor scenariusza) stoi w bardzo dużym rozkroku. Z jednej strony chce być dramatem sądowym z kryminalną intrygą, z drugiej próbuje wejść w objęcia melodramatu. Samo połączenie różnych gatunków nie musi z góry oznaczać porażki, tylko że reżyser przez pierwszą część bardziej idzie ku wątkowi miłosnemu, dopiero w połowie wracając do kwestii procesu. A obydwa te wątki nie potrafiły mnie ani zaangażować, ani poruszyć. Relacja miłosna pełna jest deklaratywnych dialogów oraz – co chyba jest dość zaskakujące – bardzo nietypowej postawy żony. Jest ona nie tyle wyrozumiała, lecz po prostu cierpliwa oraz bardzo przekonana o jego przywiązaniu do niej. Zaś zauroczenie adwokata wydaje się być tutaj przyjmowane na wiarę.

PARCASE_MAIN2050

Do tego wątek kryminalny, Hitch prowadzi w sposób co najmniej przewidywalny i mało zaskakujący. Nawet kolejne rzucone twisty nie robią w ogóle wrażenia, prowadząc wręcz po sznurku, a dialogi – nie pozbawione miejscami ciętych słów – nie dają satysfakcji. Tempo jest tu bardzo nierówne, sama intryga zwyczajnie nuży, a napięcie postanowiło zrobić sobie wolne. Niby film wygląda porządnie pod względem realizacji (jedynie muzyka zdradza wiek filmu – strasznie nachalna), jednak to troszkę za mało, by uczynić tą historię atrakcyjniejszą.

paradine2

Nawet aktorzy starają się jak mogą, by wycisnąć coś więcej z tej historii. I nawet nie wywołują rozdrażnienia ani irytacji. Przewijają się znajome twarze Gregory’ego Pecka (Anthony Keane) oraz wybijającego się na drugim planie Charlesa Laughtona (sędzia Thomas Hornfield). Za to największą uwagę skupia piękna Alida Valli (pani Paradine), magnetyzując uwagę wszystkich. Zjawiskowa kobieta z tajemnicą, czyli klasyczna femme fatale. Także warto wspomnieć o Louisie Jourdainie, dodającym odrobinę ciężaru dramatycznego.

Jeden z mniej znanych i zdecydowanie słabszych filmów Hitchcocka, kompletnie pozbawiony mocy. O ile początek, mógł wiele obiecywać, dalej historia ulega takiemu rozcieńczeniu, że kompletnie przestało mnie to obchodzić. Za dużo melodramatu, a dramatu sądowego tyle, co kot napłakał.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Przylądek strachu

Sam Bowden jest bardzo szanowanym adwokatem. Osiem lat temu zeznawał jako świadek przeciwko Maxowi Cady’emu doprowadzając go do skazania na osiem lat więzienia za pobicie. Teraz Cady wychodzi z więzienia, gdzie „studiował” prawo i zaczyna terroryzować rodzinę Bowdena. Prawnik będzie wystawiony na ciężką próbę.

capefear1

Jak można stwierdzić po opisie, mamy do czynienia z thrillerem, choć czasy w których nakręcono wymagały większej finezji (obowiązywał jeszcze w 1962 roku Kodeks Hayesa). Choć nakręcony na czarno-białej taśmie i ze sporą liczbą dialogów, reżyser Jack Lee Thompson potrafi zbudować napięcie i wykreować bardzo ponurą atmosferę. Krwi tu nie zobaczycie, ale bijatyki nie i przemocy nie brakuje. Wszystko to jest tworzone w dość klasyczny sposób (ponura muzyka Bernarda Herrmanna, gra oświetleniem czy powolne ujęcia – kapitalna scena ucieczki Nancy w szkole). Może dzisiaj nie robi to aż takiego wrażenia, jednak nie brakuje tutaj kilku świetnych scen, jak choćby finałowa konfrontacja na Przylądku strachu. Jednocześnie reżyser pokazuje, że prawo można też wykorzystywać do popełniania zbrodni. Drugi problem jaki miałem z tym filmem wynika z tego, że najpierw obejrzałem remake autorstwa Martina Scorsese, który nadał tej opowieści mroczniejszy i mniej jednowymiarowy wydźwięk plus fantastycznego Roberta De Niro w roli czarnego charakteru.

capefear2

Tutaj zamiast niego jest nie gorszy Robert Mitchum, który potrafi wystraszyć samym spojrzeniem. Cady to śliski typek, którego od innych psycholi wyróżnia spryt i prawo, które umie wykorzystać na swoją korzyść. Jego przeciwnikiem jest Gregory Peck – ikona prawości i sprawiedliwości, choć tutaj zdarza mu się balansować na krawędzi prawa (wynajęcie zbirów, by pobić Cady’ego). Wiadomo, trzeba chronić rodzinę, czasami ponad prawem. I czuć, że panowie nie przepadają za sobą, a wspólne sceny podnoszą miejscami temperaturę. Postacie kobiece są tutaj w zasadzie tłem dla konfrontacji dwóch facetów (wyjątkiem jest Barrie Chase jako ofiara Cady’ego), a na drugim planie wyróżniają się Martin Balsam (Mark Dutton, szef policji) i Telly Savalas (detektyw Charles Shivers), którzy trzymają mocno fason.

capefear3

 

Mimo lat „Przylądek strachu” Thompsona pozostaje naprawdę kawałem porządnego dreszczowca. Jednak to, co później zrobił Scorsese spowodowało, że oryginał trochę stracił siły i mocy. Ale tylko troszkę.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Omen

6 czerwca, Rzym. Podczas porodu umiera syn amerykańskiego ambasadora, Roberta Thorne’a. Namówiony przez księdza w szpitalu, decyduje się adoptować niemowlę, którego matka zmarła przy porodzie. Rodzina jest szczęśliwa i spokojna, a Thorn zostaje ambasadorem w Wielkiej Brytanii. Jednak kiedy Damian ma 5 lat, zaczynają się dziać dziwne rzeczy, zaczynając od samobójstwa niani.

omen3

Kino grozy wydaje się gatunkiem dość trudnym, gdzie pewne sztuczki są łatwe do przewidzenia. Albo jest zazwyczaj nudne i powolne albo przesadnie brutalne. Klasyczny film Richarda Donnera wydaje się czymś pośrodku – nie brakuje tutaj zarówno makabry jak i bardziej delikatnego budowania grozy. Sama historia pełna jest tutaj tajemnicy i atmosfery niesamowitości (gwałtowna burza, obecność rottweilerów, atak pawianów na samochód), a sposobu mordowania musiał być inspiracja dla twórców „Oszukać przeznaczenie”, bo śmierć jest tutaj gwałtowna i szybka (odcięcie głowy, wypadnięcie przez okno itp.) i nie do końca wiadomo kto i kiedy opuści ten świat, a osadzenie akcji w malowniczych plenerach Brytanii (oraz we Włoszech) nadal robi wrażenie, zwłaszcza scena we włoskim cmentarzu ma coś z romantycznego malarstwa. Klimat jest jeszcze potęgowany przez świetną muzykę Jerry’ego Goldsmitha z masą chóralnego śpiewu, bardzo zgrabnemu montażowi (atak szału Damiana pod kościołem), a finał wywraca wszystko do góry nogami. A wszystko to jest zrobione pewną ręką reżysera, trzymającą wszystko za gardło.

omen1

Jeśli chodzi o warstwę aktorską, to jest ona na naprawdę dobrym poziomie. Grający „rodziców” Damiena Gregory Peck (ambasador Robert) i Lee Remick (Katherine) tworzą naprawdę zgrabny duet, choć Peck tutaj ma znacznie więcej do pokazania, a jego wątpliwości co do uśmiercenia Damiena zostają rozwiane dopiero po znalezieniu trzech szóstek w głowie chłopca. Harvey Stephens jako Damien jest taki jak na Antychrysta przystało – wszechpotężny, ma dobry kontakt ze zwierzętami i bywa bardzo irytujący. Ma też wierną „wyznawczynię” (lekko teatralna Billie Whitelaw – dzisiaj już ona nie robi takiego wrażenia), która chroni go za wszelką cenę. Poza nimi warto wyróżnić dobrego Davida Warnera (dziennikarz Jennings), który trzyma fason.

omen2

„Omen” to już klasyk kina grozy, który trochę się zestarzał (nie tak bardzo jak „Egzorcysta”), jednak o dziwo posiada swój bardzo ponury klimat, rosnący z każdą sceną. Fani klasycznie rozumianego kina grozy powinni obowiązkowo się zapoznać.

7/10

Radosław Ostrowski

Zabić drozda

Jest rok 1932, małe miasteczko Maybome a stanie Alabama na południu USA. Spokojnie miejsce, gdzie nic się nie dzieje. A jednak zostaje pobita i zgwałcona Mayella Evell, a oskarżony o ta zbrodnię zostaje czarnoskóry Tom Robinson. Do obrony oskarżonego zostaje wyznaczony szanowany adwokat Atticus Finch, który bardzo poważnie podchodzi do swojego zadania. Nie wszystkim się to spodoba.

Trudno w zasadzie zaszufladkować ten uznany za arcydzieło film Roberta Mulligana. Niby jest to dramat sądowy, ale tak naprawdę jest to bardziej obyczajowa historia pokazana z perspektywy dzieci, a dokładniej córki Fincha, Jean Louise zwanej Smykiem, a sama rozprawa to zaledwie fragment całości (bardzo interesujący fragment). O czym tak naprawdę jest ten film? O uprzedzeniach, które czynią z nas słabeuszy, przerażonych byle czym i byle kim, nie pozwalają one dojść do prawdy, a inni są dla nas dobrzy tylko wtedy, gdy podzielają nasze zdanie, co na południu USA jest czymś oczywistym. Takie stereotypowe pokazanie procesów na Południu, gdzie sprawiedliwość jest dobra dla każdego, kto jest biały było już pokazywane w kinie wielokrotnie i nie jest ono niczym nowym. I nawet zmiana perspektywy nie jest w stanie tego zmienić, choć trzeba przyznać, że realizacja stoi na naprawdę wysokim poziomie, a czarno-białe zdjęcia naprawdę budują klimat. Mimo, że sama opowieść miejscami była dość przewidywalna (werdykt sądu, próba linczu), to jednak oglądało się to naprawdę dobrze, mimo dość staroświeckiej pracy kamery oraz spokojnego tempa (aczkolwiek próba zabicia dzieci – mimo braku pokazania przemocy robi wrażenie).

drozd1

Największa siła napędową filmu jest świetna rola Gregory’ego Pecka, choć wydaje się, że ten bohater jest trochę zbyt kryształowy. Uczciwość ma wypisaną na twarzy, jest oddany swojej pracy (podchodzi do niej bardzo poważnie) i dzieciom, które próbuje chronić przed wszystkim co złe. Wierzy w to, co robi, podchodzi racjonalnie do sprawy (w scenach procesu to widać najmocniej). Co do dzieci, to tutaj prezentują się naprawdę przyzwoicie (ze wskazaniem na Mary Badham jako Smyk – taka chłopczyca), a z drugiego planu trudno przejść obojętnie wobec Brooka Petersa (Tom Robinson – oskarżony) i Franka Overtona (szeryf Heck Tate).

drozd2

Muszę się jednak przyznać, że film nie do końca przetrwał próby czasu, są dłużyzny i miejscami napięcie mocno siada. Ale o dziwo plusów jest tutaj więcej niż minusów, a dla zaczynających podróż z wymiarem sprawiedliwości można od niego spokojnie zacząć.

7/10

Radosław Ostrowski

Urzeczona

Dr Murchinson jest dyrektorem szpitala psychiatrycznego Green Manors i przechodzi na emeryturę. Jego miejsce zajmuje dr Anthony Edwardes – przystojny i czarujący lekarz w średnim wieku. Wzbudza on zainteresowanie chłodnej zazwyczaj dr Constance Petersen. Drugiego dnia pobytu Edwardes przeżywa załamanie nerwowe. Okazuje się, że lekarz cierpi na amnezję i prawdopodobnie podszywa się pod lekarza. Dr Petersen stara się mu pomóc wyjaśnić zagadkę.

urzeczona2

Alfred Hitchcock po paru średnich filmach, tym razem wspina się na wyżyny swoich umiejętności. Mamy tutaj zarówno intrygującą łamigłówkę (utrata pamięci i domniemane morderstwo) polane psychoanalizą i wątkiem miłosnym. Może sama intryga wydaje się prowadzona dość spokojnie, ale ogląda się to z takim napięciem, potęgowanym przez świetną muzykę Rozsy. Realizacja jest tutaj naprawdę interesująca, a kilka scen to małe perły (m.in. wypicie mleka pokazane z oczu Edwardesa czy finał). Jednak najbardziej zapada w pamięć scena snu – imponująca wizualnie, przypominająca obrazy surrealistów (nic dziwnego, wszak jej autorem był Salvador Dali). Nie zabrakło też odrobiny humoru w dialogach oraz dość wnikliwej obserwacji umysłu ludzkiego.

urzeczona1

Hitchcock trzyma całość w ryzach i świetnie prowadzi też aktorów, choć pozorne nie pasują do tych ról. Gregory Peck zgrabnie między obłędem a normalnością, nagle bywa opryskliwy. Zaś Ingrid Bergman jest olśniewająca jako chłodna lekarka, która się zakochuje. Oboje są bardzo wiarygodni w swoich rolach i trudno się do nich przyczepić. Także drugi plan jest tutaj więcej niż solidny ze wskazaniem na Michaela Chekhova (racjonalista dr Brulov) i Leo G. Carolla (dr Murchinson).

To na razie najlepsze dokonanie Hitcha (chyba lepsza jest tylko „Psychoza” i „Północ-północny zachód”). Po prostu znakomicie poprowadzone kino.

8/10

Radosław Ostrowski