Resident Evil (2026)

Resident Evil – jedna z najsłynniejszych serii gier z japońskiego studia Capcom, mocno inspirująca się serią filmów o żywych trupach od George’a Romero. Mająca już 30 lat franczyza była już przenoszona na ekran w formie animacji, serialu czy serii filmów tworzonych przez Paula W.S. Andersona w latach 2002-17. Ta ostatnia była masakrowana przez krytyków i fanów gier jak bura suka. Więc kiedy pojawiły się zapowiedzi, że twórca „Barbarzyńców” oraz zeszłorocznych „Zniknięć” Zach Cregger zrobi kolejny film na tej serii pojawiła się ekscytacja.

Tym razem bohaterem jest Bryan (Austin Abrams) – kurier, rozwożący pilne przesyłki do szpitali. Takie rzeczy jak organy, szczepionki, które trzeba dostarczyć jak najszybciej. Po dostarczeniu kolejnej paczki mężczyzna ma już wracać do domu, do swojej dziewczyny. ALE dostaje pilne zleconko, za bardzo dużą kasę – dostarczenie paczki do znajdującego się w górach miasta Racoon City. Napędzany przez swoją pazerność Bryan wyrusza przez śnieg kompletnie nieprzygotowanym autem nocą. I jadąc lasem potrąca pojawiającą się znikąd kobietę, którą postanawia zabrać ze sobą, co doprowadza do lawiny paskudnych sytuacji.

Reżyser nie opiera historii na żadnej części gier komputerowych, lecz tworzy własną opowieść w tym uniwersum. I dla fanów (czy fanatyków) serii może być to uznane za zdradę, jednak skupienie się tylko na jednej postaci oraz jej perspektywie daje szansę na większą immersję. Fakt, że nasz protagonista nie jest ekspertem sztuki przetrwania, wyszkolonym złodupnym twardzielem czy stereotypowym Amerykaninem, który sztukę obsługiwania broni palnej ma wpisaną w swoim DNA z jednej strony pozwala łatwiej się identyfikować. Ale z drugiej jego nieporadność oraz pierdołowatość (jak choćby nieumiejętność przestrzelenia kłódek) jest jednocześnie źródłem humoru i frustracji. Nie pamiętam kiedy ostatnio śmiałem się przy horrorze (intencjonalnie), nawet jeśli jest to slapstick i czarny humor.

Niemal od razu zostajemy wrzuceni w akcję i grozę, nie tylko z powodu osadzenia akcji w nocy czy początkowych niemal opustoszałych przestrzeni. Las dookoła, chata ze stodołą gdzieś czy tunel z pozostawionymi samochodami. Tutaj najbardziej błyszczy tutaj poczucie ciągłego zagrożenia oraz napięcia, bardzo rzadko pozwalając sobie na chwilę oddechu. Sceny w domu, gdzie zaraz ma się pojawić monstrum, a napięcie buduje sam dźwięk zostaje ze mną na długo. Tak jak niepowstrzymane coś, co zacznie kroczyć za naszym protagonistą, niemal żywcem wzięte z chorej wyobraźni Davida Cronenberga czy… „Coś” Carpentera. A z każdą sceną jest coraz bardziej szalonych momentów jak spadające z dachu zombiaki na ulicę czy bardzo nerwowe przechodzenie przez porodówkę. Swoje robią też świetne efekty specjalne, mocna gorowa jatka oraz bardzo gorzki finał.

Zaś wszystko trzyma na swoich barkach Austin Abrams w roli Bryana, będący w zasadzie współczesnym odpowiednikiem Asha Williamsa z serii „Martwe zło”. Czyli zwykły, przeciętny koleś pakujący się w coraz bardziej nadnaturalne sytuacje. Nie jest zbyt lotny intelektualnie i w zasadzie większość jego dialogów to reakcje w rodzaju „K***a”, „O Boże” albo krzyki, a czasem jego zachowanie frustruje. Niemniej łatwo mu się kibicuje i identyfikuje się z próbami radzenia sobie w kompletnie porąbanych okolicznościach. Reszta aktorów w zasadzie to małe epizodziki, z których najbardziej wybija się świetny Paul Walter Hauser (dr Carl) i Andrea Miltnerova (kobieta przejechana na początku i pierwszy zombiak).

Cregger tworząc swoje „Resident Evil” mocno czerpie zarówno z kina Sama Raimiego czy Johna Carpentera, tworząc bardzo intensywny horror z B-klasową historią, która raczej nie zostanie w pamięci zbyt długo. Zdecydowanie najlepsza filmowa inkarnacja growej serii, nie próbująca się budować na tożsamości i rzucanych w twarz odwołaniach do franczyzy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zniknięcia

Zach Gregger objawił się kinomanom w 2022 roku dzięki niekonwencjonalnej mieszance horroru, thrillera i komedii „Barbarzyńcy”. Choć nie bez wad, to pozostawał obietnicę ciekawego talentu w kinie okołohorrorowym. Teraz powrócił z nowym filmem „Weapons” (polskiego tłumaczenia dawać nie zamierzam), czyli mieszanką horroru oraz gatunku znanego jako mystery.

Bo wszystko zaczyna się w miasteczko Maybrook, w którym wszystko toczy się swoim powolnym rytmem. Jednak wszystko zmienia się jednego dnia, gdzie w szkole dochodzi to dziwnej sytuacji. W klasie pani Justine Gandy (Julie Garner) nie pojawia się… żaden uczeń. Z wyjątkiem Alexa Lilly (Cary Christopher), który nie ma pojęcia co się stało. Nikt w zasadzie nie wie, co się wydarzyło. Policja i FBI próbuje znaleźć jakieś tropy, lecz wszystko prowadzi do niczego. Rodzice są sfrustrowani, a szczególnie Archer Graff (Josh Brolin), podejrzewający nauczycielkę o udział w zniknięciu. Ale o co w tym wszystkim chodzi?

Reżyser od samego początku prowadzi z widzem pewną grę, pozornie znajomą i oczywistą. Mamy krótką narrację z offu otwierającą oraz wprowadzającą do całej historii. Ale myk (podobnie jak w debiucie) polega na tym, że poznajemy tą historię z perspektyw kilku postaci, będących niejako osobnym segmentem. Mamy nauczycielkę, odciętą od pracy; nie radzącemu sobie ze zniknięciem syna ojca; lokalnego policjanta Paula (Alden Ehrenreich), drobnego złodziejaszka Jamesa (Austin Abrams); dyrektora szkoły Marcusa (Benedict Wong) oraz – jako rozwiązanie – samego Alexa. Gregger daje zadziwiająco sporo czasu na poznanie każdego z bohaterów, jak sobie radzą (lub nie) z całą sytuacją i każdy (o czym sami jeszcze nie wiedzą) odegrają istotną rolę w całej opowieści. Nie nazwałbym „Weapons” stricte przerażającym filmem, jednak reżyser konsekwentnie buduje atmosferę niepokoju, pewnej niewytłumaczalnej tajemnicy. Tajemnicy, która wydaje się nie mieć racjonalnego wytłumaczenia. I co jeszcze bardziej może sfrustrować to fakt, że prawie każdy z tych segmentów urywa się w chwili, gdy sprawy zaczyna niejako ruszać z kopyta.

To wszystko jest jednak bardzo świadomą zagrywką, gdzie z każdym segmentem podrzucane są kolejne elementy układanki. Wszystko z paroma przebłyskami na poziomie montażu (postać w tej samej pozycji pokazywana w różnych lokacjach), szybkich ruchów kamery niczym z dzieł Soderbergha oraz dwiema kapitalnymi scenami snów (scena w szkole oraz Graff poszukujący swojego syna w nocy zniknięcia). Wszystko podbite bardzo atmosferyczno-ambientową muzyką w tle i – przynajmniej dla mnie – paroma mocnymi szoku, z całkowicie satysfakcjonującym finałem.

Więcej nie chcę i nie zamierzam zdradzić, bo „Weapons” polecam zobaczyć samemu w kinie. Kolejny raz Gregger to zrobił, czyli wyprowadził mnie w pole, zaserwował parę niespodzianek, dał aktorom spore pole do popisu i stworzył niezapomniany horror zmieszany z thrillerem. Mocna, zapadająca w pamięć rzecz.

8/10

Radosław Ostrowski