Hokum

W języku angielskim hokum oznacza (jak podaje Wikisłownik): „mądrze brzmiąca bzdura”. I wydaje mi się, że to jest idealne słowo do filmu z gatunku horror und groza. Zgodzicie się ze mną? Tak też pomyślał irlandzki reżyser Damian McCarthy w swoim najnowszym dziele.

Poznajcie Ohma Baumana (Adam Scott) – pisarza horrorów, pracującego nad ostatnią częścią trylogii konkwistadora. Jednocześnie lubi sobie golnąć i widać, że coś (lub ktoś) go dręczy, do tego trzyma prochy swoich zmarłych rodziców. Decyduje się wyruszyć do hotelu w Irlandii, gdzie jego starzy się poznali, by rozsypać ich szczątki. Niby wszystko wydaje się być w porządku, kierownik Mal (Peter Coonan) jest otwarty i życzliwy, ALE jest jedna sprawa. Mianowicie apartament dla nowożeńców jest zamknięty, gdyż… jest nawiedzony. Przez wiedźmę, co Ohm nie traktuje zbyt poważnie i uważa za bzdurę. Ale już pierwszej nocy zacznie odczuwać efekty tego urokliwego zakątka.

W zasadzie najlepiej można opisać „Hokum” jako thriller z elementami psychologicznego horroru. Niby mamy tu znajomy motyw nawiedzonego hotelu (a dokładnie pokoju) oraz bohatera z mroczną tajemnicą. Jedno i drugie odkrywane jest bardzo powoli, pokazując silny mętlik w głowie. Czy to przez nadużywany alkohol? Dręczące go wyrzuty sumienia? Po drodze mamy jeszcze tajemnicze zniknięcie jednej z pracownic hotelu, która podbudowuje atmosferę dreszczowca. W drugim akcie więcej czasu spędzamy w apartamencie, czyniąc całość o wiele bardziej klaustrofobiczną. Dużo mroku, bardzo oszczędne światło oraz mocno podkręcony dźwięk buduje atmosferę w bardzo namacalny sposób. A do tego jeszcze mamy schizowe przebitki wchodzenia do głowy naszego literata, będącego bardzo zdystansowanym, cynicznym gościem.

I muszę przyznać, że reżyser parę razy zaskakuje kolejnymi twistami oraz tajemnicą pomieszczenia. Pomagają w tym zarówno bardzo wyraziste postacie (lokalny hipis Jerry, barmanka Fiona, aspirujący pisarz Alby) oraz elementy folk horroru. Troszkę jednak szkoda, że cały ten wątek wiedźmy jest zaledwie narzędziem do kolejnych (efektywnych) jump-scare’ów

8/10

Radosław Ostrowski

Skomentuj