Spartakus

Film historyczny nie jest łatwym gatunkiem, bo wymaga większych środków i sporej dyscypliny. Stanley Kubrick tym razem zdecydował się opowiedzieć o niewolniku z Tracji, który rzucił wyzwanie Rzymowi. Mimo wieku, film imponuje sporym rozmachem oraz tysiącami statystów w czasach, kiedy grafika komputerowa nie istniała. Mimo tego film ogląda się naprawdę bardzo dobrze, zaś scenografia oraz praca kamery nadal robią wrażenie, zaś w paru miejscach montaż nadal imponuje (sceny batalistyczne niepozbawione przemocy czy przeplatające się przemowy Spartakusa i Krassusa). Imponuje reżyseria Kubricka, który w ciągu trzech godzin stworzył epicką opowieść, przedstawiającą może trochę wyidealizowaną opowieść o Spartakusie. A jednocześnie pokazuje on Rzym nie jako potęgę, lecz zgniłe miasto, gdzie korupcja i ambicje polityczne idą ze sobą ręka w rękę (przemowy w Senacie). Nawet wątek miłosny został całkiem nieźle poprowadzony.

spartakus1

Także od strony aktorskiej prezentuje wysoki poziom. Charyzmatyczny Kirk Douglas poradził sobie z rolą Spartakusa naprawdę wybornie. Niepozbawiony sprytu, a jednocześnie bardzo opanowany, uczciwy, ale jednocześnie wrażliwy, niepewny siebie przywódca świadomy swojego położenia. Poza nim najbardziej wybijają się trzy świetnie zagrane postacie: ambitny i wierny tradycji Krassus (Laurence Olivier), skorumpowany Grakchus (Charles Laughton) i lękliwy Batiatus (Peter Ustinov). Poza tym kwartetem warto wyróżnić Jean Simmons (Varinia, dumna żona Spartakusa) i Tony’ego Curtisa (niewolnik Antoninus).

spartakus2

Kubrick nie przepadał nigdy za tym filmem, gdyż nie miał pełnej kontroli nad jego realizacją, czując się zaledwie rzemieślnikiem wynajętym przez Kirka Douglasa. Ale założę się, że niejeden rzemieślnik chciałby mieć w dorobku taki film jak „Spartakus”, który aż do „Gladiatora” pozostawał najlepszym filmem o starożytności. 

8/10

Radosław Ostrowski

Weekend z królem

Jest lato 1939 roku. Król brytyjski Jerzy V razem z żoną Elżbietą wyruszają do Stanów Zjednoczonych na zaproszenie matki prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta. Wizyta odbędzie w jego domu Hyde Park nad rzeką Hudson. Celem wizyty jest prośba o pomoc prezydenta w zbliżającej się wojnie. Jednocześnie prezydent będzie próbował uwieść swoją kuzynkę Daisy.

Nie jest to do końca film o polityce, choć z opisu mogłoby to wynikać, zaś nasi „genialni” dystrybutorzy podciągnęli tytuł filmu pod „Jak zostać królem”, jakby to była kontynuacja tego dzieła, co jest nieprawdą. Film Rogera Michella to tak naprawdę lekka komedia, gdzie dominują przede wszystkim anegdotki i miłość – nie zawsze szczęśliwa, ale no cóż. Liryczne fragmenty przeplatają się z delikatnym humorem, z naprawdę ładnymi zdjęciami, elegancką muzyką i dość sielską atmosferą. Dla mnie trochę ta historia wydawała się zbyt błaha, zaś poziom był bardzo nierówny i miałem wrażenie, że nie do końca wykorzystano potencjał tej opowieści.

weekend_z_krolem1

Jednak ten film się broni od strony aktorskiej. Kapitalny jest Bill Murray w roli prezydenta Roosevelta – kulturalnego, wyluzowanego i dowcipnego faceta, który jest pragmatykiem w każdej kwestii. Ale jednocześnie jest to postać z krwi i kości, nie pozbawiony uroku osobistego (przejażdżki za miasto). Laura Linney jako kuzynka Daisy (jednocześnie narratorka filmu) jest zarówno naiwna, jak i sprytna + czarująca. Chyba jednak najtrudniejsze zadanie stało przed Olivią Coleman i Samuelem Westem jako parą królewską i to nie tylko przez porównania do ról z „Jak zostać królem”. Ale oboje poradzili sobie jako sztywniacy, trzymający się etykiety i zderzeni z amerykańską bezpośredniością oraz luzem. Jednocześnie czują ciężar odpowiedzialności i starają się walczyć ze swoimi lękami i obawami.

weekend_z_krolem2

Jak już mówiłem „Weekend z królem” to lekkie (dla wielu może zbyt lekkie) kino, które jednak dostarcza całkiem niezłej rozrywki i pokazuje politykę z trochę innej strony niż zwykle.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Gangi Nowego Jorku

Nowy Jork 1846 r. W dzielnicy Five Points dochodzi do starcia gangów: irlandzkiego pod wodzą Księdza Vallona i amerykańskiego Williama „Billa Rzeźnika” Cuttinga. Podczas walki ginie szef Irlandczyków, zaś jego syn, który był świadkiem zbrodni, ucieka. Mija 16 lat, chłopak pod imieniem Amsterdam wraca do Nowego Jorku i zbliża się coraz bardziej do Cuttinga, by się na nim zemścić.

gangi1

Martin Scorsese znów o gangach, ale tym razem w XIX-wiecznym Nowym Jorku w czasach wojny secesyjnej aż do 1865 r., gdy wojsko przejęło władzę. Pierwsza rzecz, która imponuje to imponująca scenografia, która bardzo wiernie odtwarza Nowy Jork (ze wskazaniem na Five Points) oraz kostiumy budujące atmosferę epoki. Sposób realizacji już pokazuje, że mamy do czynienia z epicką produkcją (pierwsza bitwa zrealizowana niemal jak w „Gladiatorze”), z bardzo ciekawą otoczką pokazującą dokładnie życie mieszkańców oraz korupcję miejscowych władz, które wspierają gangi kontrolujące miasto (bo policja i straż pożarna jest przekupna). Ale problemem jest dla mnie scenariusz, bo sama historia niespecjalnie należy do porywających i jest bardzo schematyczna. Choć znów mamy do czynienia z typowymi tematami reżysera: religia, honor, gangi oraz bardzo naturalistyczną przemoc. Czegoś tutaj zabrakło, zaś wątek miłosny między Amsterdamem i złodziejką Jenny wydawał mi się zbędny.

gangi2

Zaś samo aktorstwo jest na dobrym poziomie, ale jest kilka naprawdę wyróżniających się ról. Taką z pewnością była postać Williama Cuttinga w brawurowej interpretacji Daniela Day-Lewisa. Jest to silna i charyzmatyczna osobowość z wyraźnymi poglądami nacjonalistycznymi. Potrafi być elegancki, by nagle eksplodować i uderzyć z brutalną siłą. Ten aktor znów zdominował cały film, a reszta obsady robiła tylko za tło. Całkiem przyzwoicie wypadł Leonardo DiCaprio w roli młodego mściciela Amsterdama, który jest rozdarty między swoją przeszłością, a lojalnością wobec Cuttinga. To samo można powiedzieć o Cameron Diaz (Jenny). Zaś drugi plan jest przesycony znanymi aktorami takimi jak Liam Neeson („Ksiądz”), John C. Reilly („Wesoły” Jack) czy Stephen Graham (Shang), ale najbardziej z niego wybija się Jim Broadbent (William Tweed – skorumpowany polityk) oraz Brendan Gleeson („Mnich”).

gangi3

Ten film wielu wprawił w konsternację – nie wszystkie wątki były dopięte, parę wydało się zbędnych, zaś ciekawa otoczka i tło to trochę za mało, by mówić o dobrym filmie. 

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ostatnie kuszenie Chrystusa

Wszyscy wiemy kim był Jezus Chrystus. Taki facet, co sprawiał cuda, uważał się za Syna Bożego, umarł na krzyżu i potem zmartwychwstał, co było fundamentem religii zwanej chrześcijaństwem. Ale w 1988 roku powstał film, który wywołał burzę i poruszył wszystkich wierzących na świecie. I nie jest to „Pasja”.

chrystus

Twórcą tej prowokacji był Martin Scorsese, który przeniósł na ekran powieść Nikosa Kazantsakisa „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, za którą autor został wyklęty ze swojego Kościoła. Czyli nie jest to wierne pokazanie wydarzeń z Ewangelii. Cały pomysł reżysera i scenarzysty Paula Schradera („Taksówkarz”, „Wściekły byk”) polegał na tym, by pokazać Jezusa jako człowieka. Owszem, czynił cuda, był wolny od grzechu, ale nie od pokus, miał wątpliwości i gdyby mógł, nie umierałby na krzyżu, ale prowadziłby życie normalnego człowieka, żeniąc się z Marią Magdaleną. Poza tym słyszy głosy, robi krzyże dla Rzymian – innymi słowy zdrajca i chory psychicznie. Już słyszę ten wrzask, że to skandal i prowokacja. Wiecie na czym polega cały dowcip? Że Scorsese pozostaje wierny Ewangelii (kuszenie na pustyni, Niedziela Palmowa, zdemolowanie świątyni), ale jednocześnie rzuca inne światło na znanych bohaterów, zwłaszcza Judasza. Scorsese stworzył bardzo interesujące widowisko, zachowując atmosferę i rekonstruując zwyczaje Żydów (wesele w Kanie Galilejskiej czy handel w świątyni) za pomocą genialnych zdjęć Michaela Balhausa z wyraźnie zaznaczonymi czerwienią oraz bielą oraz bardzo klimatyczną muzyką Petera Gabriela, zaś sam reżyser naprawdę przyciąga uwagę i bardzo pewnie prowadzi tą historię.

chrystus2

A jak to jeszcze zostało zagrane!! Największe brawa należą się Willemowi Dafoe, który wciela się tu w bardziej ludzkiego Jezusa, który targany wątpliwościami oraz kuszony na wszelkie możliwe sposoby (tytułowe ostatnie kuszenie dzieje się w momencie ukrzyżowania), stawia trudne pytania, ale na końcu… a nie tego wam nie zdradzę. Drugą istotną postacią jest Judasz, w którego wciela się Harvey Keitel. Jednak nie jest to ten zdrajca, ale człowiek silnie wierzący w niego i najwierniejszy oraz najlojalniejszy uczeń, który nawet jest w stanie dla niego zdradzić. Bardzo zaskakująca i intrygująca postać. Za to na drugim planie jest masa istotnych kreacji, że wspomnę Barbarę Hershey (Maria Magdalena), ale też warto zauważyć Harry’ego Deana Stantona (Szaweł), Davida Bowie (Piłat) i Juliette Caron (anioł). I każde z nich stworzyło bardzo ciekawą postać, która odgrywa dość istotną rolę.

chrystus3

Scorsese tym filmem wywołał spore kontrowersje, które dopiero „Pasja” Mela Gibsona była w stanie wywołać. Ale przy okazji udowodnił, że jest jednym z najlepszych reżyserów swoich czasów. Amen.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kupiec wenecki

William Szekspir – gdyby żył dzisiaj, byłby najlepiej opłacanym scenarzystą świata. Niemniej jednak nada trzyma się świetnie, bo filmowcy bardzo wykorzystują twórczość słynnego Anglika. Chociaż zdarzają się utwory mniej znane niż „Hamlet”, „Romeo i Julia” czy „Makbet”. Taki jest „Kupiec wenecki”, który nawet w czasach samego autora wywoływał kontrowersje. Sama historia jest dość ciekawa – w Wenecji mieszka kupiec Antonio oraz jego przyjaciel Bassario, który prosi kupca o pomoc z zdobyciu pożyczki. Pieniądze mają pomóc zdobyć piękną kobietę imieniem Porcję mieszkającą na wyspie Belmont. Obaj idą do żydowskiego lichwiarza Shylocka, która zgadza się dać 3 tysiące dukatów pożyczki na 3 miesiące, stawiając warunek – w razie nie oddania pożyczki Shylock w ramach zastawu weźmie funt ciała Antonia.

Brzmi poważnie? Szekspir znany był z tego, że łączył powagę (wątek Shylocka i pożyczki) z humorem (wątek romansowy), zaś reżyser Michael Radford wiernie przenosi jego treść. Żadnego uwspółcześniania, postmodernistycznych gier czy zabawy gatunkowej. Odtwarzając epokę (scenografia i kostiumy stoją na wysokim poziomie), nie zapominana się o postaciach, ich emocjach, a to jest najważniejsze. Problemem mogą być dialogi i monologi bohaterów pełne kwiecistego słownictwa i metafor, co może wprowadzić lekkie zamieszanie i niezrozumienie, o co im chodzi, ale to zdarza się naprawdę rzadko.

kupiec_Pacino

Największą jednak siłą „Kupca” jest obsada i to z najwyższej półki. A czy może być inaczej, jeśli w jednym filmie pojawia się Al Pacino i Jeremy Irons? Chyba nie, a obaj panowie grają koncertowo. Jednak bardziej zapada w pamięć Pacino. Jego Shylock to z jednej strony człowiek interesu, ale za tą twardą skurupą widzimy człowieka zgorzkniałego, nienawidzonego przez społeczeństwo (w XVI w. w Wenecji Żydzi mieszkali w gettach, zaś nie mając praw posiadania majątku zajmowali się lichwą, za co byli potępieni przez chrześcijan) i odtrąconego przez własną córkę, która uciekła, zaś jego monolog w sądzie jest przykładem aktorstwa z najwyższej półki. Irons prezentuje się zaś bardzo dobrze jako kupiec, oddany przyjaciel, gardzący Żydami. Z drugiej strony mamy równie przekonujących Josepha Fiennesa (Bassario – zakochany, ale rozumny chłopak) oraz Lynn Collins (Porcja – kolejny dowód tzw. kobiecego sprytu, a jednocześnie piękne kobieta), zaś ich losy są równie wciągają jak Antonia i Shylocka.

Film jest dowodem na to, że Szekspir jest wiecznie żywy. Zaś adaptacja Radforda jest przykładem dobrego, ciekawego kina, w którym można czerpać przyjemność. Czy trzeba coś więcej?

kupiec_2

7/10

Radosław Ostrowski