Patrick Melrose

Początek to rok 1982. Kiedy poznajemy Patricka jest między wstrzyknięciem heroiny a wciągnięciem białego proszku. Ale ten narkotyczny ciąg zostaje przerwany telefonem od wuja Nicholasa. I nie jest to zwykła pogadanka, bo zmarł jego. Ojciec, z którym nie miał zbyt dobrego kontaktu. Ma odebrać jego prochy do Nowego Jorku. To dopiero początek drogi Patricka zmierzającego ku autodestrukcji, dzięki której poznamy jego demony.

Pięciotomowy cykl Edwarda St Aubyna (pisany w latach 1992-2002) wywołała ogromny skandal na brytyjskiej scenie literackiej. Historia upadłego młodzieńca z arystokratycznej rodziny była nie tylko oskarżeniem wyższych sfer o hipokryzję oraz moralną degrengoladę (jakby nie powstało wcześniej wiele dzieł na ten temat), ale przede wszystkim była dla autora formą autoterapii. Bo wszystko, co w niej napisał wydarzył się naprawdę, zaś Patrick to było jego porte parole. Aż dziw bierze, że przez wiele lat żaden filmowiec nie sięgnął po ten materiał. W 2012 powstał film na podstawie czwartej części („Mleko matki”), ale dopiero stacja Showtime postanowiła w 2018 roku stworzyć miniserial oparty na całym cyklu. Karkołomnym zadaniem był pomysł, by jeden tom stanowił jeden odcinek. Tego przedsięwzięcia postanowili się podjąć reżyser Edward Berger (pracował m.in. przy serialu „Terror” oraz „Deutschland 83”) oraz scenarzysta i pisarz David Nicholls.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że każdy odcinek toczy się w innym okresie. Pierwszy to rok 1982, drugi pokazuje wakacje roku 1967, trzeci – 1990 (przyjęcie z udziałem księżnej Małgorzaty), czwarty – 2003 (ciężka choroba matki Patricka), zaś ostatni to rok 2005 (pogrzeb matki Patricka). Te przeskoki w czasie mogą wywoływać pewną dezorientację, bo informacje najbardziej interesujące – czyli co się działo przez ten czas z Patrickiem – są rzucane bardzo oszczędnie i zdawkowo. Dlatego serial trzeba oglądać w dużym skupieniu. Sam tytuł to mieszanka dramatu psychologicznego z czarną komedią, co ma pomóc wnieść troszkę światła do tej mrocznej opowieści.

Bo „Patrick Melrose” to opowieść o człowieku zmierzającym ku autodestrukcyjnemu pędowi, próbujący dzięki ironii jakoś przetrzymać kolejne dni przed śmiercią. Ale nawet ona nie jest w stanie wymazać z pamięci tego ciężaru, jaki go niszczy od środka. I nie chodzi o to, że miesza gorzałę z koksem, ale dlaczego to robi oraz czemu jest wściekły na ten cały świat. Kluczową rolę odgrywa tutaj montaż, gdzie pewne zdarzenia niejako nakładają się na siebie, stanowią repetycję, odbicie tego samego zdarzenia w innym czasie oraz okolicznościach (Patrick siedzący w aucie w pozycji pasażera z drgawkami). Są też krótkie przebitki, pozwalające wejść w zwichrowany umysł Patricka, który musi się zmierzyć z masą demonów: używki, mroczna przeszłość, hedonistyczny styl życia, własna rodzina.

A przy okazji jest to też portret arystokracji, będąca tutaj źródłem wszelkiego zła oraz aberracji. Bo ci ludzie pokazani są jaki wywyższające się istoty, będące niejako ponad wszelkimi normami i prawem. Żyją w złotej klatce, unieszczęśliwiając innych oraz najbliższych, lubią obgadywać za plecami. Nawet jak próbują być bardziej uczynni (matka Patricka przekazująca swoją rezydencję… new-age’owej sekcie), okazuje się być albo za późno, albo wydaje się to niepoważne, niezrozumiałe. Starzy ludzie (jak Nicholas Pratt) nie rozumiejący tego świata lub próbujący się do niego dopasować osoby z zewnątrz (młoda Bridget Watson-Scott) – wszystko to jest polane bardzo szyderczym, satyrycznym spojrzeniem.

Nie brakuje tutaj bardzo mocnych scen, chociaż osoby liczące na ostre momenty pokazujące ćpanie czy inne okrutne czyny (co robił ojciec Patricka z chłopcem, gdy byli sam na sam) mogą być rozczarowane delikatnością oraz subtelnością realizacji. Swoje robią też fantastyczne dialogi, bardzo płynna praca kamery (sceny z przyjęcia, gdzie nie brakuje mastershotów), montaż. No i scenografia – zwłaszcza w odcinku 2 i 3, jest zwyczajnie zachwycająca. Tak samo dobra jest podkreślająca ciężki klimat muzyka.

Ale powiedzmy to sobie wprost – to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie WYBITNA (nie, nie przesadzam) kreacja Benedicta Cumberbatcha. Aktor w wywiadach wspominał, że bardzo chciał zagrać Melrose’a, a po obejrzeniu serialu wiem dlaczego. To bardzo skomplikowana, pełna sprzeczności postać. Inteligentny, oczytany mistrz ironii, pełen jadu oraz nienawiści wobec swoich rodziców i tzw. high-lifu, który degeneruje kolejne pokolenia. Ale jednocześnie jest to złamany przez życie człowiek, próbujący jakoś wyjść na prostą. O ile to możliwe. Bo nigdy nie wiadomo, co ten bohater wykona. Wybuchnie gniewem, zachowa stoicki spokój, obrazi, załamie się, będzie na haju/na bani – jest bardzo nieprzewidywalny i to jest w nim fascynujące. Benedict bardzo wiarygodnie pokazuje wszelkie emocje i mu się po prostu wierzy, absolutnie nie przypominając swoich poprzednich wcieleń, zawłaszczając ekran dla siebie. Z tego grona przełamuje się kilka postaci, nawet w drobnych rólkach. Jednak najbardziej wybija się Hugo Weaving jako despotyczny, tyranizujący ojciec, samą facjatą budzący przerażenie. To straszna, wręcz przerażająca postać, pozbawiona człowieczeństwa. Podobnie antypatyczna jest matka grana przez Jennifer Jason Leigh, która pozostaje bierna wobec sytuacji domowej. I to budzi prawdziwe przerażenie.

„Patrick Melrose” może zaczyna się jak komedia o nałogowcu, ale im dalej w las, tym śmiechu jak na lekarstwo. Bardzo gorzki, brutalny, mroczny dramat człowieka wychodzącego z nałogu, wsparty przez absolutnie doskonałego Cumberbatcha. Zaś ostatnia scena wcale nie daje jasnej wskazówki, co do dalszych losów naszego bohatera. Długo się tej eskapady nie zapomni.

8/10

Radosław Ostrowski

Czas próby

Jest rok 1951. Poznajcie niejakiego Berniego. To bardzo nieśmiały, młody marynarz Straży Wybrzeża. Wiecie, to nie jest łatwa fucha dla takiego służbisty, ale gdy go poznajemy ma iść na randkę z kobietą, która zna tylko telefonicznie. Ale związek się rozwija i jest ślub w planach. Lecz parę miesięcy dochodzi do sztormu, podczas którego tankowiec rozpada się na dwie części. Załoga pozbawiona kapitana jest zdana tylko na siebie. Mogą się jedynie modlić o pomoc, bo szansę na wyjście cało są niewielkie.

czas_proby1

Tą prawdziwą historię postanowił opowiedzieć Craig Gillespie – typowy rzemieślnik, który wypłynął na szerokie wody niezależnym debiutem „Miłość Larsa”. Potem pojawiły się większe budżety, bardziej znane twarze na pierwszym planie i… nagle czegoś zabrakło w tych filmach. „Czas próby” to taki klasyczny dramat, gdzie mamy dwóch ludzi, co nie chcą, ale muszą. Muszą stanąć na czele ludzi i podjąć się ocalenia. Całość toczy się dwutorowo – z perspektywy ratowników oraz ocalonych marynarzy pod wodzą wycofanego mechanika, co jeszcze bardziej ma podkręcić napięcie. Sceny, gdy mamy pokazaną bezwzględną siłę natury, wyglądają wręcz obłędnie (zwłaszcza te kadry „podwodne”), aż można poczuć wodę na twarzy. I można było te sceny pokazać choćby w IMAX. Poza tymi ujęciami, realizacja jest bardzo klasyczna, pełne delikatnych, wręcz pastelowych kolorów, udanie rekonstruując realia epoki. Ale udaje się uniknąć nadmiernej dawki patosu, bez łopoczącej flagi oraz bardzo, bardzo podniosłych słów.

czas_proby2

Niby wszystko jest tam, gdzie trzeba, jednak film nie angażuje za bardzo. Dlaczego? Może dlatego, że postacie są ledwo zarysowane w oparciu tylko o jedną cechę charakteru: doświadczonego weterana wątpiącego, niedoświadczonego wilka, narzeczoną czekającą na chłopaka, służbistę, dowódcę. Mamy tylko wycinek z życia bohaterów w tytułowej chwili próby.

czas_proby3

A to jest pewien poważny minus. Chociaż zaczynamy lubić te postacie, jest to zasługą aktorów. Skoro mamy Chrisa Pine’a (Bernie Webber), Bena Fostera (Livesey) czy Erica Banę (dowódca Cluff), to nie może być słabo. Dla mnie największą wartością jest Casey Affleck w roli mechanika Syverta. Bardzo wyciszony, ale jako jedyny mający plan do działania, staje się przywódcą rozbitków. I jest w tej postaci – podobnie jak u Berniego – pewna tajemnica, mieszanka solidności, opanowania, walki oraz determinacji. Obydwaj są po prostu fachowcami, znającymi się na swojej profesji, co w takich sytuacjach zawsze jest potrzebne.

„Czas próby” miał wszelkie predyspozycje na dramatyczny, poruszający dramat zmieszany z dreszczowcem. Niby jest suspens, czuć stawkę tej gry, realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, aktorsko też. Ale to wszystko nie angażuje, pozostaje letnie, choć ogląda się to przyjemnie.

6/10

Radosław Ostrowski