Wyspa doktora Moreau

Zabawy w Boga zawsze są niebezpieczne, ale podobno bez takich rzeczy, nauka by się nie rozwinęła. O tym już ostrzegał uważany za jednego z prekursorów literatury SF, Herbert George Wells w głośnej powieści „Wyspa doktora Moreau”. Powieść był trzykrotnie przenoszona na ekran kinowy, chociaż najbardziej pamięta się nieudany paździerz od Johna Frankenheimera z Marlonem Brando w roli głównej. Zamiast tego przypomnę zapomnianą ekranizację sprzed 40 lat.

wyspa_dr_moreau1

Jest początek XX wieku, gdzieś na oceanie dochodzi do rozbicia statku. Dwóch mężczyzn przez wiele, wiele dni płynie kompletnie na pustkowiu. Aż wreszcie trafiają na pięknie wyglądającą wyspę, ale przeżył tylko jeden rozbitek – Andrew Braddock. Zmęczenie oraz głód doprowadził do wyczerpania. Kiedy się budzi jest w łóżku i poznaje tajemniczego dr Moreau – eleganckiego, opanowanego dżentelmena, który przeprowadza bardzo zaskakujące badania.

wyspa_dr_moreau2

I muszę przyznać, że reżyser Don Taylor bardzo sprawnie prowadzi całą opowieść, stopniowo odkrywając kolejne elementy układanki. Sam Moreau sprawia wrażenie takiego stoika, którego nie jest w stanie nic wywrócić z równowagi. Jednak jego pytania o człowieka podczas kolacji, powinny dać do myślenia. Gdy w końcu poznajemy jego badania, wtedy można naprawdę zacząć się bać i dostrzec wielkie szaleństwo. Próba uczynienia ze zwierząt ludzi, tworzenie praw, niebezpieczna zabawa genetyczna – to miało wywołać przerażenie, a lokalizacja w zamkniętej wyspie otoczonej dżunglą, jeszcze bardziej potęguje poczucie zaszczucia oraz alienacji.

wyspa_dr_moreau3

Wszystko toczy się bardzo powoli, co może działać bardzo usypiająco, w czym nawet nie pomaga mocno wybijająca się muzyka. Także zdjęcia robią dobre wrażenie, przez co nieźle wytrzymuje próbę czasu. Wszystko jednak kończy się brutalnie i krwawo, czyli tak jak oczekiwałem. Wiadomo było, ze takie eksperymenty muszą skończyć się porażką, a pytania o bycie człowiekiem, bycie twórcą nadal mają siłę. Jedyne, co zdradzę wrażenie, to charakteryzacja, która mocno się zestarzała. Także poczucie grozy powoli zaczyna opadać aż do finału.

wyspa_dr_moreau4

Co się broni poza solidną realizacją? Dobre aktorstwo, ze szczególnym wskazaniem na świetnego Burta Lancastera w roli tytułowej. Moreau z jednej strony fascynuje i wydaje się opanowany, ale tak naprawdę kryje się w nim bezwzględny tyran oraz większe monstrum niż wszystkie te zmieszane Zwierzoludzie. W kontraście do niego jest Michael York jako ten bardziej ludzki, zagubiony Braddock. I obaj panowie dają wiele z siebie.

Choć nie jest to dzieło pozbawione wad, „Wyspa doktora Moreau” jest przykładem solidnej adaptacji, lekko nadgryzionej zębem czasu. Może nie będzie mocno straszył, ale zadaje wiele poważnych pytań etycznych oraz dotyczących człowieczeństwa. Więc nadal jest siła.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Cube

Wyobraź sobie taką sytuację: budzisz się w pomieszczeniu, gdzie nie jesteś u siebie. Nie wiesz jak tu trafiłeś, ani co tu robisz. W tym pomieszczeniu są cztery drzwi na każdej ścianie i to jest wszystko. Ale musisz uważać, bo za drzwiami jest kolejne pomieszczenie, wyglądające tak samo (tylko może być inny kolor ścian), ale może ono być pułapką. I właśnie do tego pomieszczenia trafiają ludzie, pozornie przypadkowo niedopasowani. Nie powiem wam, kim są, bo to też jest element układanki.

cube4

Kiedy w 1997 roku pojawił się debiut Vincenzo Natali, było to jak zetknięcie z nieznanym. Bardzo oryginalna historia, chociaż opowiedziana bardzo prostymi i oszczędnymi środkami. Wszystko poznajemy tylko z dialogów postaci, poznając ich tajemnice, lęki, profesje. Dość szybko odkrywamy, że aby wydostać się z tego dziwnego labiryntu, musi dojść do połączenia sił. Tylko, że nie jest to łatwe. Dochodzi do konfliktów, spięć, dochodzi do głosu zmęczenie, brak pożywienia oraz picia. To wszystko wystarczy do pokazania ciemnej strony człowieczeństwa, gdzie przetrwanie jest najważniejszym priorytetem, bez względu na cenę.

cube3

Jednocześnie ciągle pojawiają się pytania, w tym to najbardziej przerażające: co ja bym zrobił na miejscu bohaterów? Potem dochodzą następne: kto to stworzył? Dlaczego ja tu jestem? Jaki jest sens tego wszystko? Na każde z tych pytań musicie sobie sami odpowiedzieć, bo reżyser nie daje kompletnie żadnych wskazówek ani poszlak. Wydawałoby się, że brak odpowiedzi na te nurtujące pytania będzie największym problemem i słabością, ale prawda jest taka, iż każda z waszych odpowiedzi jest prawdziwa. Same pułapki przerażają bardziej niż popisy niejakiego pana Jigsawa z „Piły”, chociaż nie są aż tak makabryczne.

cube1

Natali dokonuje w „Cube” jeszcze jednego niesamowitego wyczynu. Bardzo, ale to bardzo przeraził i wystraszył jak diabli. Nie potrzebny jest tutaj żaden obcy, wampir, zombie czy inna istota nie z tego świata. Wystarczy kilka osób w zamkniętym, odizolowanym pomieszczeniu, by wybudziły się prawdziwe demony. Nie od dzisiaj wiadomo, że człowiek jest najbardziej niebezpiecznym zwierzęciem, chodzącym po ziemi.

cube2

A czym jest „Cube”? Małym, ale wielkim horrorem w otoczce SF, jakiego nie widziałem od czasów pierwszego „Obcego”, gdzie wszystko pasuje do siebie. Jeśli jeszcze jakimś cudem nie widzieliście, nadróbcie koniecznie. Zwłaszcza wieczorem, gdy noc jest tak czarna.

8/10

Radosław Ostrowski

Uciekaj!

Początek filmu zapowiada dramat albo komedię. Poznajemy parę naszych bohaterów: Rose i Chrisa. Ona jest śliczna, pięknowłosa i biała, a on jest silnie zbudowany, przystojny i czarny. Postanowili na weekend przyjechać do jej rodziców. Po to, żeby się bliżej poznać i ruszają do rezydencji z czarną służbą. Pozornie spokojnie i wydaje się naturalną familią, ale Chris nie do końca czuje się swojo. Aż do momentu, gdy nasz bohater zostaje poddany hipnozie.

uciekaj1

Debiutujący reżyser Jordan Peele postanowił zwodzić wszystkich za nos, mieszając pozornie niepasujące do siebie elementy. Początek brzmi niemal jak nowa wersja „Zgadnij, kto przyjdzie na obiad” (zderzenie białego świata z czarnym człowiekiem), by później wejść w ostrze satyry rasistowskiej. To, jak biali ludzie mówią tak, by nie pójść w stronę rasizmu to najmocniejszy punkt filmu. Rozmowy Chrisa z pozostałymi gośćmi (w większości białymi) są silnym źródłem inteligentnego humoru, co w połączeniu z postacią przyjaciela Chrisa daje prawdziwą petardę. Jednak im dalej w las, tym pewne rzeczy zaczynają się wydawać coraz dziwniejsze, jak zachowanie czarnej służby, jakby mieli w sobie mentalność i krew białego człowieka. To wszystko budzi poczucie niepokoju, a sceny hipnozy jest wręcz popisem suspensu.

uciekaj2

Tylko, że potem następuje bardzo mocna wolta w postaci sceny bingo oraz, by nie za mocno spoilerować, uwięzienia naszego protagonisty. Wtedy poznajemy przyczyny całego zamieszania oraz motywacje, by wpaść w konsternację oraz trafić na zupełnie inne tory. Wszystko staje się takie krwawe, brutalne, wzięte z innego filmu. Paradoksalnie to się nie gryzie ze sobą, chociaż zakończenie mnie rozczarowało swoją dosadnością. Liczyłem na bardziej inteligentne rozegranie.

uciekaj3

Poza jednak reżyserską dyscypliną oraz pomieszaniem konwencji warto też pochwalić realizację ze świetnymi zdjęciami, skupionymi na zbliżeniach, a także pokręconą muzyką, bardzo nieoczywistą jak na tego typu kino. Aktorsko jest tu całkiem przyzwoicie, a głównego bohatera (dobry Daniel Kaluuya) lubi się od razu i kibicuje do samego końca. Dodatkowo ta postać zachowuje się racjonalnie, co w przypadku filmów z dreszczykiem nie zdarza się często. Ale największą niespodzianką była dla mnie Catherine Keener jako przyszła teściowa, posiadająca umiejętność hipnozy oraz bardziej mroczne oblicze.

uciekaj4

„Uciekaj!” jest odświeżającym w obecnych czasach miksem dreszczowca, horroru i komedii. Bardziej stawia tutaj na nastrój oraz robi sobie jaja z białych, co jest zaskakujące. Czuję mocno w kościach, że powstanie jeszcze kilka podobnych filmów.

7/10

Radosław Ostrowski

To przychodzi po zmroku

Głównymi bohaterami tego filmu jest rodzina mieszkająca gdzieś w leśnej chacie. Mąż z żoną (Paul i Sarah) oraz 17-letnim synem (Travis), psem i teściem zarażonym paskudną, roznoszącą się chorobą. Gdy ich poznajemy starszy pan zaczyna coraz mniej przypominać siebie, więc musi umrzeć. Ale spokojną egzystencję familii zmienia obecność mężczyzny, szukającego jedzenia dla rodziny. Paul decyduje się sprowadzić resztę rodziny Willa do siebie.

po_zmroku1

Nie brzmi to zbyt ciekawe jak na fabułę horroru. Ale reżyser Trey Edward Shults postanowił zrobić film kompletnie niepasujący do konwencji kina grozy. Bardziej jest to psychologiczny thriller, skupiającym się na lękach świata w stanie rozpadu. Jakaś postapokalipsa znana choćby z gry „The Last of Us”, gdzie najbardziej boimy się nie tylko tego, czego nie widać, ale całego otoczenia. Zawsze trzeba było być przygotowanym, uzbrojonym w broń, nie zostawiać nigdy otwartych drzwi. Poczucie paranoi, każdy obcy jest traktowany jako zagrożenie, udaje się zbudować za pomocą ciasnych korytarzy, niemal kompletnego mroku, oszczędnego oświetlenia. A żeby było jeszcze ciekawiej, historię poznajemy z perspektywy Travisa. Dla niego powinien to być czas, w którym poznaje dziewuchy, kończy collage i spędza więcej czasu z rówieśnikami, ale zamiast tego, musi pilnować bezpieczeństwa, nosić maskę na zewnątrz i rękawiczki, by się nie zarazić. By jeszcze bardziej namieszać we łbie, chłopak ma niepokojące koszmary. I to mocno miesza w głowie.

po_zmroku2

Reżyser pamięta o tym, by podkręcić napięcie (pojawienie się intruza, strzelanina, zaginiecie psa), ale jednocześnie bardzo wolne tempo działa osłabiająco. Do tego jeszcze majaki Travisa wywołują totalną dezorientację, mając na celu tylko dokonania finałowej wolty. Sama historia nie jest tutaj najważniejsza i parę razy było mi wszystko jedno, co się działo na ekranie. Wnioski o przekraczaniu granic oraz tego, do czego można dopuścić, by chronić najbliższych są bardzo oczywiste i to ogromny minus.

po_zmroku3

Mimo, że realizacja jest pierwszorzędna (bardzo mroczne zdjęcia, nerwowa muzyka), a do aktorów ze świetnym Joelem Edgertonem na czele nie można mieć żadnych zastrzeżeń, to film był dla mnie zbyt hermetyczny i nie dałem się wciągnąć w tą tajemnicę. Troszkę żałuję, bo punkt wyjścia dawał ogromne pole do popisu i mogło wyjść z tego mocne kino.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Duch

Jaki jest jeden z najpopularniejszych motywów kina grozy, poza wampirami, zombie i wilkołakami? Są to duchy i nawiedzone domostwa. Zawsze jest jednak tak, że obydwa te motywy łączą się ze sobą. Ciekawe dlaczego? Początek starego filmu Tobe’a Hoopera niczego nietypowego nie zapowiada, chociaż… Może po kolei. W pewnym osiedlu mieszka sobie rodzina Freelingów – rodzice i troje dzieci plus pies. Najmłodsza córka, blondwłosa Carol Anne, gdy ją widzimy po raz pierwszy rozmawia ze śnieżącym telewizorem. Może bawi się z wyimaginowanymi przyjaciółmi. Ale później zaczynają się dziać coraz dziwniejsze rzeczy, aż pewnej nocy podczas burzy dziewczynka znika. Jedynie słychać jej głos w… telewizorze.

duch1

Reżyser razem z producentem Stevenem Spielbergiem (podobno ten drugi był reżyserem „Ducha”) postanowili połączyć kino familijne z kinem grozy, nawet mieszając je obok siebie. Początek jest wręcz spokojny, sielankowy. Widzimy nasze osiedle, gdzie mieszkają ludzie, a życie toczy się spokojnie. Także nasza familia nie wybija się z tego obrazku: jest radość i szczęście, każde z dzieci ma swój pokój (najstarszy syn ma też wiele gadżetów z „Gwiezdnych wojen”). Tylko Carol Anne siedzi przed telewizorem, ale wtedy jak kończy się program i śnieży ekran.

duch2

Hooper potrafi jednak porządnie przestraszyć i nie potrzebuje stosować skomplikowanych bajerów. Wystarczy tylko śnieżący ekran, przerobiony niczym echo głos dziecka oraz prosty montaż (scena w kuchni z krzesłami). Plus jeszcze grzmoty i światło, a także praktyczne efekty specjalne (niepokojące drzewo i klaun godnie znoszą próbę czasu). Odpowiedzi na pytania, co się stało, poznajemy bardzo powoli, chociaż podejrzewamy udział zjawisk paranormalnych. Kiedy pojawia się paranaukowe trio i później „czyszczycielka” domu, napięcie zaczyna gwałtownie rosnąć, a poczucie zagrożenia wzrasta. Niby mamy tylko sprzęt do filmowania i nagrywania, ale nie wydaje się to wygłupem. I ani razu się nie zaśmiałem – takie to było. Najbardziej zapamiętałem scenę wyciągania dziewczynki z drugiej strony (tak to światło w tym mroku waliło po oczach) oraz finałową walkę z domem zakończoną ucieczką i… o, nie więcej wam nie powiem, to trzeba samemu zobaczyć.

duch3

Do tego jest to dobrze zagrane, przez wówczas kompletnie mało znanych aktorów, co tylko dodaje pewne posmaku realizmu. Zarówno Craig T. Nelson, jak JoBeth Williams pasują do ról rodziców, wierząc im bez jakiegokolwiek poczucia szarży, zwłaszcza w scenach, gdzie muszą pokazać swój lęk. Ale i tak największe wrażenie zrobiła Heather O’Rourke wcielająca się w Carol Anne – naturalna, bardzo ciepła dziewczynka, przez większość filmu grająca tylko głosem. Plus świetny drugi plan w postaci Beatrice Straight (zajmująca się sprawami paranormalnymi dr Lesh) oraz mówiąca bardzo niskim głosem Zelda Rubinstein (jasnowidzka Tangina Barrons).

duch4

Echa filmu Hoopera były obecne choćby w wariackim „Naznaczonym” Jamesa Wana, co może świadczyć o statucie „Ducha”. Sam film dobrze znosi próbę czasu, m.in. dzięki próbie sięgania po mniej oczywiste środki niż jump-scare’y czy chropowata muzyka. Absolutnie dzieło godne miano klasyka.

8/10

Radosław Ostrowski

Czarownica. Bajka ludowa z Nowej Angii

XVII wiek i początek przybycia pobożnych purytanów z Anglii do Ameryki. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy rodzina zostaje wyklęta z Kościoła oraz wspólnoty. William i Katherine z pięciorgiem dzieci przenoszą się gdzieś na odludzie blisko lasu – paskudnego, niepokojącego i budzącego postrach. Poza nimi jest jeszcze czarny kozioł, pies i kozica. Wszystko idzie wokół zbierania plonów, hodowli i modlitwach. Ale jednak coś jest nie tak, a punktem zwrotnym jest zaginięcie najmłodszego potomka, Samuela. Od tej pory robi się coraz dziwniej i straszniej.

czarownica_2015_1

Debiutujący za kamerą Robert Eggers postanowił mocno namieszać, bo stworzenie klasycznego horroru już nikogo nie interesuje. Jumpscare’ów nie uświadczysz, ale jest dużo mroku, niepokoju oraz… no właśnie. Są w tym lesie czarownice czy to wytwór umysłu? Odcięcie się oraz całkowicie oddanie się Bogu zamiast zbliżyć, coraz bardziej zaczyna oddalać, a nad wszystkim zaczyna się odczuwać fatum. Czyżby cała rodzina od początku była przeklęta? Reżyser ciągle podpuszcza, niby sugerując pewne rzeczy (przyśpiewki do Czarnego Filipa, scena po zaginięciu niemowlaka w lesie), ale końcówka to walenie po łbie. Chociaż może to też jest wytwór wyobraźni Thomasin? Sam już nie wiem, jednak jedno jest pewne: ten film potrafi porządnie straszyć. Muzyką, powoli budowaną atmosferą niepokoju, wręcz zaszczucia (surowo sfotografowany las budzi niepokój), by coraz bardziej napiętnować hipokryzję (ojciec), religijny fanatyzm (matka) oraz powolne wchodzenie w dojrzewanie (najmłodszy syn patrzący na siostrę tak… pożądliwie). Kolejne oskarżenia o grzech, kłamstwa, sekrety i w końcu kuszenie. Czyżby w okolicy naprawdę pojawił się Szatan, który zawsze przychodzi na nasze zaproszenie? A okolica taka brudna, nieprzyjemna i brzydka (za to ładnie sfotografowana – to oświetlenie robi wrażenie).

czarownica_2015_2

Od strony aktorskiej najbardziej zapadają w pamięć dwie role: Thomasin oraz Williama. Pierwsza, grana przez zupełnie nieznaną Anję Taylor-Joy jest jedyną osobą, której los mnie obchodził (chyba przez te niewinne oczy) i powoli wchodzącą w wiek dojrzewania, na końcu ulegając Zlemu. Z kolei William (mocny Ralph Ineson) potrafi magnetyzować wyłącznie samym głosem – surowym, twardym i bezwzględnym. Tak jak jego postać, która coraz bardziej posuwa się w stronę szaleństwa. Do reszty obsady trudno się przyczepić.

czarownica_2015_3

„Czarownica” to jedna ze świeższych opowieści grozy, próbująca przełamać pewne oczywiste sposoby realizacji tego gatunku. Debiutant stawia bardziej na poczucie niepokoju i zagrożenia niż na oczywiste straszenie prostymi trickami. Chociaż zakończenie można było lepiej rozegrać, to i tak jest to duże zaskoczenie. A skoro mówi to osoba, nie przepadająca za tym gatunkiem, coś musi być na rzeczy.

7/10

Radosław Ostrowski

Autopsja Jane Doe

Początek jest dość mocny: morderstwo w domu, dużo krwi, zmasakrowane twarze i jedno ciało. Młoda kobieta, zakopana w piwnicy, piękna, naga i bardzo młoda. Kim ona jest? Dlaczego się tu znajduje? Szeryf prosi o pomoc właściciela kostnicy, Tommy’ego Tildena, który razem z synem przeprowadza sekcje zwłok. Kiedy jednak przychodzi do przycinania i odrywania kolejnych organów, zaczynają się dziać coraz dziwniejsze sprawy.

autopsja1

Zrobić horror, w którym nie trzeba będzie sięgać, po ograne sztuczki jest strasznie trudne. Tego postanowił spróbować norweski reżyser Andre Orvedal za amerykańskie dolce. Niejako już na początku (jeden dialog zdradza zbyt wiele) można poznać finał, jednak nie to jest najważniejsze. Twórcy bardziej stawiają na klimat oraz tajemnicę związaną z naszą Jane Doe. Kolejne tropy, odrywane części ciała, organów wprawiają w zakłopotanie. Bo nic się nie zgadza, wnioski są coraz bardziej sprzeczne i dzieją się rzeczy nie z tego świata. Zaczyna się atak dźwiękami, ciemne korytarze budzą niepokój, nieostre kadry, ciągle zmieniające się odgłosy w radiu i bardzo miejscami „sakralna” muzyka, dająca pewną poszlakę. To rozwiązywanie zagadki potrafi skupić uwagę, chociaż rozwiązanie pod koniec jest wręcz oczywiste. Bohaterowie zachowują się w miarę sensownie, ale można mieć zastrzeżenia, że dość szybko uznają sprawy paranormalne za oczywiste. Parę razy potrafi wystraszyć, dochodzi do wielu wolt, a finał zapowiada ciąg dalszy. Pojawia się parę oczywistych tricków, ale nie zamierzam więcej zdradzać, bo wchodzilibyśmy na spojlerowe miny. Chociaż pewne obyczajowe wątki są ledwo liźnięte (syn nie chce pracować jako patolog), ale nadal jest pewna trauma związana z obydwoma panami.

autopsja2

Aktorsko tak naprawdę liczą się tylko dwie postacie, czyli ojciec i syn grani przez Briana Coxa oraz Emile’a Hirscha. Obaj panowie bardzo dobrze się uzupełniają, a cała sprawa będzie także szansą na zbliżenie po pewnej traumie. Nie mogę też nie wspomnieć o tytułowej Jane Doe, czyli Olwen Kelly. Ale umówmy się, ona nie miała zbyt wiele do grania, lecz cały czas skupia na siebie uwagę. Nieźle jak na zwłoki.

autopsja3

Dzieło Orvedala to kawał solidnego straszaka, próbującego ugryźć konwencje z innej perspektywy. Owszem, jest parę ogranych sztuczek jak zaciemnienie, nagłe pojawienie się i zniknięcie czy samoczynne zamknięcie drzwi, ale ogląda się to bez znużenia. Coś nietypowego jak na takie kino.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zło we mnie

Luty zawsze kojarzy się z chłodem, strasznie dużą ilością śniegu oraz coraz krótszymi dniami. A skoro jest ciemniej i mroczniej, to łatwiej jest, by weszło do nas Zło. Jesteśmy w katolickiej szkole z internatem w Bramford. To tutaj przebywa Katherine i Rose, czekające na swoich rodziców przed zimowymi feriami. Jednocześnie w tym samym czasie Joan próbuje dotrzeć do Bramford. Co łączy te dwie, pozornie niepowiązane ze sobą wątki? Co ma z tym wspólnego Szatan? Co się tak naprawdę stało?

zo_we_mnie1

Kiedy wydaje się, że – nielubiany zbyt mocno przeze mnie – film z gatunku horror und groza stacza się na dno, bo już nic nowego się nie da wymyślić, nagle pojawia się młody gnojek pokazując, że jednak się da. Przynajmniej tak zrobił Oz Perkins, syn legendarnego aktora Anthony’ego Perkinsa (Norman Bates z „Psychozy”) w swoim debiucie. Tylko dlaczego musieliśmy czekać dwa lata (!!!) na premierę w naszym kraju. Ale to nieważne. Sama historia pozornie wydaje się prosta, ale reżyser majstruje przy historii, wprawiając wielokrotnie w konsternację, wynikające z dwóch rzeczy: bardzo oszczędnego dawkowania informacji oraz przede wszystkim nieoczywistemu montażowi. Na czym to polega?

zo_we_mnie2

Że reżyser w kluczowym momencie nagle tnie, wprowadza ciemny ekran i przeskakuje do następnego zdarzenia. I kolejny raz, i kolejny, by pod koniec wszystko połączyć w przewrotny finał. Do tego kompletnie miesza tropy, wprowadzając z jednej strony oczywiste motywy (plotka o oddawaniu czci Szatana, ukrywanie wieści o rodzicach, opętanie, wymioty podczas posiłku), z drugiej niepokój budzi sama zimowa sceneria oraz bardzo ciasne, ciemne korytarze. Niemal do końca nie wiedziałem, czy to urojenia, majaki, a może prawda. Jednocześnie Perkins stawia pytania o genezę zła, czy łatwo się z niego uwolnić albo uniknąć. Odpowiedzi nie są wcale takie proste, ani oczywiste, a wszystko polane wieloznaczną symboliką. A kiedy rozkręca się przemoc, to wtedy czułem się jakbym dostał mocny cios.

zo_we_mnie3

Wszystko to jest jeszcze bardzo dobrze zagrane, chociaż role dziewczyn (to one dźwigają całość) opierają się na niedopowiedzeniu i tajemnicy, ledwo sygnalizując swoje emocje. Trudno się przyczepić do ról Lucy Boynton (Rose), Kiernan Shipki (Katherine) i przede wszystkim Emmy Roberts (Joan), zapadając bardzo mocno w pamięć. Tak samo jest z Jamesem Remarem, czyli Billem. Pozornie będącym dobrym Samarytaninem, ale skrywającym pewną mroczną tajemnicę.

zo_we_mnie4

Polski tytuł idealnie oddaje pytanie na temat genezy zła, które w pewnej chwili przejmuje nad nami w pewnym momencie kontrolę. Potrafi być mroczny, skupiający na budowaniu nastroju, niepokoju niż na klasycznym straszeniu. Wielu może zniechęcić wolne i spokojne tempo, ale pozwala ona wybrzmieć bardziej porażającym fragmentom, czekając na coś niepokojącego. Dla osób szukających nieoczywistych filmów grozy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Człowiek ciemności

Peyton Westlake jest młodym naukowcem, pracującym nad syntetyczną skórą. Problem w tym, że ta skóra jest w stanie wytrzymać tylko półtorej godziny. Naukowiec jest związany z urzędniczką, Julie i wydaje się szczęśliwym człowiekiem. Ale szczęście ma to do siebie, że nie jest dane raz na zawsze. Zwłaszcza, gdy przyczyną jest gangster Robert Durant, niszcząc laboratorium oraz dość poważnie masakrując naszego protagonistę. Od tej pory Westlake (uznany za zmarłego) planuje zemstę i jednocześnie próbuje udoskonalić swoje dzieło.

czlowiek_ciemnosci4.jpg

Fabuła tego troszkę mało znanego filmu Sama Raimi brzmi jak jakaś komiksowa historyjka. I rzeczywiście tak wygląda, ale nie jest to w żadnym wypadku obelga. Opowieść jest prosta, ale sposób realizacji jest w typowym dla pierwszych filmów reżysera. Czyli mamy sporo szybkich zbliżeń na twarz, świadomie tandetne efekty komputerowe (co się dzieje z umysłem bohatera, zbitki wspomnień) czy ujęcia pod bardzo nietypowymi, wręcz krzywymi kątami. Nie jest to jednak klasyczna historia superbohatera z wątkiem (istotnym) romansowym w tle. Jest dużo mroczniej i nie tylko ze względu na przemoc czy brudne zaułki. Kryminalna intryga dość szybko się rozwiązuje, ale i tak jest budowane napięcie wynikające z działań Westlake’a jak akcja w Chinatown czy przejęcie pieniędzy.

czlowiek_ciemnosci1

Raimi jednocześnie jest efekciarski (drugie starcie Westlake’a z Durantem w helikopterze), podkręcając napięcie oraz zaskakując pomysłową inscenizacją. Widać skromny budżet, ale absolutnie to nie przeszkadza. Można było lepiej poprowadzić wątek romansowy czy bardziej skupić się na rozbudowaniu tego świata, ale i tak wyszło dobrze.

czlowiek_ciemnosci2

A największym atutem jest świetny Liam Neeson w roli głównej. Początkowo Westlake jest bardzo cichym, opanowanym, lecz zdeterminowanym naukowcem. Ciekawiej dzieje się, gdy jest strasznie poharatany, albowiem jego psychika staje się niestabilny. Łatwiej wybucha, staje się bardziej agresywny i żądny krwi. To rozdarcie między dwoma obliczami czyni postać Westlake’a tragiczną, a jego los zwyczajnie porusza. Równie świetny jest Larry Drake w roli elegancko ubranego, choć nie przebierającego w środkach Roberta Duranta. Nie do końca wykorzystano Frances McDormand jako ukochaną protagonisty, ograniczając się do tła, zaś Colin Friels jest (stereo)typowym korporacyjnym czarnym charakterem.

czlowiek_ciemnosci3

„Człowiek ciemności” to adaptacja komiksu, który nigdy nie został zrealizowany. Film ma swój mroczny klimat, niejednoznacznego bohatera oraz przy okazji zadaje pytanie o bycie człowiekiem, trzymaniu swoich żądz na wodzy oraz walce z samym sobą. Niepokojące kino rozrywkowe na poziomie.

7/10

Radosław Ostrowski

Lament

Małe miasteczko gdzieś w Korei, gdzie czas płynie spokojnie, a zbrodnią może być co najwyżej kradzież na targu. I tutaj mieszka sierżant policji, Jong-goo – taki poczciwy misio, co by nikogo nie skrzywdził. ale w okolicy dochodzi do bardzo makabrycznego morderstwa. Hektolitry krwi, jeden nieprzytomny i wyglądający jak zadżumiony mężczyzna, a w środku coś jakby gniazdo. Jong-goo ma przeczucie, że w sprawę zamieszany jest tajemniczy Japończyk. W tym samym czasie, córka policjanta, zaczyna chorować i zachowywać się co najmniej zagadkowo (zaczyna jeść ryby, a przecież ich nie lubi, wrzeszczy).

lament1

Rzadko sięgam po kino azjatyckie, bo jest tak dziwacznym koktajlem, że nie wiadomo jak to smakować. Nie inaczej jest z „Lamentem”, filmem niejakiego Hong-Jin Na, gdzie wschodnia kultura miesza się z zachodnim kinem gatunkowym. Mieszanka kryminału z horrorem a’la „Egzorcysta” i momentami slapstickową komedią wydaje się zbyt karkołomnym zadaniem i można było się na tym przejechać. Ale po pierwsze, tutaj te elementy nie gryzą się ze sobą, ale tworzą spójną całość, potęgując tylko mroczny klimat. Niemal non stop pada deszcz tak gęsty i intensywny, że mógłby wszystko i wszystkich zatopić. Reżyser miesza gatunki, gra na emocjach, atmosferze, pozwalając na chwilę uśpić czujność, by potem gwałtownie zaatakować, wzbudzić strach przed nieznanym, obcym, Złem.

lament2

Reżyser konsekwentnie buduje fatalistyczny klimat, w którym nasz bohater musi podjąć najtrudniejszą decyzję, gdyż jego wiara zostaje wystawiona na najcięższą próbę. Czy będzie w stanie uratować córkę? Czy pomoże mu wyglądający jak biznesmen szaman? A może pomoże młody diakon, który dobrze zna japoński? Napięcie jest budowane powoli (scena odwiedzenia domu Japończyka, gdzie są zawieszone fotografie ofiar – niemal jak z „Siedem”), ale efekt jest bardzo mocny i nawet wstrząsający. Scena egzorcyzmów, gdzie szaman i Japończyk jednocześnie odprawiają swój rytuał, a w montażu jeszcze widzimy reakcje oraz wrzaski dziecka bije na głowę podobne sceny z „Egzorcysty” – są nerwy, jest strach i poczucie niepokoju. Tak samo jak podczas walki z… zombie (nie pytajcie mnie, skąd się wziął) czy bardzo przewrotnego, niejednoznacznego finału.

lament3

To zakończenie, które dało mi wiele pytań i brak odpowiedzi (to raczej wynika ze specyfiki kultury koreańskiej i mojej nieznajomości tejże) wywołało prawdziwy szok oraz gorycz. Ciągle będę główkował, kto tak naprawdę jest kim (postacie Japończyka, szamana i tajemniczej kobiety w bieli zasługują na osobny tekst), nie dając łatwej interpretacji. Całość jest świetnie zagrana, otaczający miasto las wygląda prześlicznie (wręcz niepokojąco), zagrane jest to bardzo dobrze i nie daje o sobie zapomnieć.

lament4

Mimo, iż trwa dwie i pół godziny, „Lament” potrafi uderzyć między oczy, autentycznie przerazić i sugestywnie pokazać historię kuszenia oraz walki dobra ze złem. A po wszystkim pozostaje tylko płacz.

7,5/10

Radosław Ostrowski