Victor Frankenstein

Kim jest dr Victor Frankenstein? To pytanie wydaje się zbędne i retoryczne. Lekarz, który próbował oszukać śmierć i stworzył Monstrum, zapamiętane na całym świecie – popkulturowy symbol szalonego naukowca. Powstało o tej postaci tyle filmów, trawestacji i inspiracji, że nikt nie jest w stanie ego zliczyć. W zeszłym roku własną wersję przedstawił Paul McGuigan – reżyser znany obecnie z telewizyjnego serialu „Sherlock”.

victor_frankenstein2

Tym razem cała opowieść poznajemy z perspektywy służącego Igora. Gdy go poznajemy jest garbatym klaunem zmuszonym do pracy w cyrku.  Jednak jego prawdziwą pasją jest medycyna, której się poświęca. W końcu ma okazję zaprezentować swoje umiejętności, gdy panna Lorelei spada z trapezu. Pomaga mu w tym jeden z widowni – dr Victor Frankenstein. Mężczyzna chce zatrudnić garbusa, ale musi go porwać i uciec razem z nim. Tak zaczyna się współpraca obydwu panów, przy stworzeniu żywego człowieka. Dodatkowo reżyser wszystko ubarwia trickami znanymi z „Sherlocka” – czyli akcja jest szybka (pogoń za cyrkowcami jest fantastycznie sfotografowana), dodatkowo widzimy nakładające się rysunki ludzkiej anatomii, by pod koniec pokazać stworzenie monstrum. Wszystko to w stylistyce znanej z „Sherlocka Holmesa” Guya Ritchie. Jest jeszcze inspektor Scotland Yardu, tropiący doktora oraz jego nieetyczne eksperymenty, miłość Igora do panny Lorelei, śliski sponsor badań – Finnigan, tylko to wszystko jest traktowane przez reżysera po macoszemu i nie zostaje satysfakcjonująco rozwiązane. Imponuje strona wizualna, pełna mroku oraz wszelkiego rodzaju wynalazków (scenografia zrealizowana wręcz z pietyzmem), a także klimatyczna muzyka.

victor_frankenstein1

Ale jako horror zwyczajnie się nie sprawdza – brakuje tutaj napięcia oraz poczucia zagrożenia. Zarówno finał jak i pierwszy eksperyment z szympansem zwyczajnie wprawiają w obojętność. A wydawałoby się, że jest wszystko – skąpe oświetlenie, czające się niebezpieczeństwo, tylko nie czuć strachu.

victor_frankenstein3

Nawet aktorsko jest tutaj bez błysku, co nie znaczy, że źle. Najlepszy z całej stawki jest tutaj James McAvoy w roli tytułowej – ma ten błysk szaleństwa w oku, ale jego gra tutaj także ogranicza się do darcia gęby oraz zacinania się w momencie strachu. I tworzy zaskakująco przyjemny dla oka duet z Danielem Radcliffem, czyli Igorem. Facet jest z jednej strony tak samo zafascynowany pomysłowością Frankensteina, ale zachowuje zdrowy rozsądek. Ścigany, pozbawiony własnej tożsamości jest wdzięczny swojemu przyjacielowi, nie boi się go jednak skrytykować. Ta chemia jest najlepszą rzeczą tego dzieła. Poza tym duetem trudno nie zapomnieć dociekliwego, zdeterminowanego i konsekwentnego inspektora Turpina (świetny Andrew Scott), który nie boi się pokazać swojej bojaźliwości.

victor_frankenstein4

Jednak nawet to nie jest w stanie ocalić filmu przed oceną – „przeciętny”. Pomysł niezgorszy, jednak poza tym brakuje czegoś przykuwającego uwagę. McGuigan gubi się w tym, jakby nie do końca wiedział, co chce zrealizować – opowieść o granicy szaleństwa, dyskusję między prawem boskim a bezczelnością naukowców czy horror. Zresztą było tyle wersji tej opowieści, że trzeba mieć na nią naprawdę pomysł, by przebić się do świadomości.

5/10

Radosław Ostrowski

Demon

Wesele – jedna z najważniejszych imprez towarzyskich, w których centrum wydarzeń jest dwoje ludzi, pragnących spędzić ze sobą resztę życia. Tymi szczęśliwcami są Żyd Peter i Polka Żaneta – córka właściciela kopalni. Nie znali się zbyt dobrze, ale zaiskrzyło i po paru dniach znajomości biorą ślub. Wszystko wydaje się w porządku? Poniekąd tak, ale przed weselem pan młody w swoim przyszłym domostwie odnajduje ludzkie kości. Wydarzenie to staje się źródłem poważnych perturbacji oraz dziwnego zachowania Petera.

demon1

Nakręcić w Polsce horror wydaje się pomysłem szalonym, ale Marcin Wrona nie bał się wyzwań. „Demon” to jest stricte horror, chociaż atmosferę grozy czuć tutaj mocno. Wesele staje się – jak zwykle – pretekstem do pokazania ludzkich postaw. Tutaj pretekstem są szczątki należące do – nie, tego nie zdradzę, bo to gdzieś w połowie zostaje rozwiązane – postaw związanych z przeszłością, jej zakopywaniem (sic!) lub chowaniem albo utrwalaniem, strzeżeniem. Podobna tematyka była już w „Pokłosiu” i „Idzie” (już się domyślacie o jaka pamięć chodzi), ale ubranie tego w estetykę kina grozy jest odświeżeniem. Całość jest bardzo mroczna – świetnie sfilmowane wesele w pełnej grze świateł, odpowiednim oświetleniu oraz charakterystycznej dla tego gatunku oprawie muzycznej, ze świdrującymi smyczkami. Dodatkowo Wrona przypatruje się naszej mentalności związanej z zasadą „zastaw się a postaw się” i zachowywaniu pozorów, ale to już znamy z „Wesela” Smarzowskiego i tutaj nie dowiadujemy się niczego nowego.

demon2

Wrona sięga po sprawdzone środki straszenia (niewyraźnie dźwięki, obecność ducha) i dzięki temu „Demona” ogląda się naprawdę nieźle w czym pomagają wdzięczni aktorzy. Objawieniem jest dla mnie Itay Tiran w roli Piotra – obcego w obcym kraju, który próbuje się odnaleźć w tej rzeczywistości i wychodzi mu to dość łatwo. Do momentu opętania przez dybuka, gdzie zaczyna się wyginać, nawijać w jidysz i robić to, co każdy opętany. Równie świetna jest Agnieszka Żulewska, czyli Żaneta, próbująca ogarnąć całe to zamieszanie i rozwikłać tajemnicę. Andrzej Grabowski (ojciec panny młodej) troszkę przypomina Mariana Dziędziela z „Wesela”, czyli zachowania pozorów, spokoju i uniknięcia skandalu, jednak nie przeszkadzało tak mocno, a i tak najlepszy jest Adam Woronowicz jako niepijący lekarz, racjonalista z krwi i kości. Przynajmniej do czasu.

demon3

„Demon” pozostaje niezłym filmem, który potrafi utrzymać w napięciu do połowy. Potem wszystko się sypie, ale finał daje do myślenia. Rzadko zdarza się zrobić w Polsce film z gatunku horror und groza, więc z ciekawości sprawdźcie ten tytuł.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Bone Tomahawk

Miasteczko Bright Hope na Dzikim Zachodzie to taka spokojna okolica, gdzie dzieje się niewiele. Do czasu, gdy pojawia się tajemniczy nieznajomy. Przed wejście zakopuje swoje rzeczy, co dostrzega zastępca rezerwowy szeryfa, Chicory. Szeryf, po krótkiej rozmowie, zatrzymuje podejrzanego strzałem w kolano. Sprawa wydawałaby się załatwiona, a podejrzany – razem z lekarką i zastępcą szeryfa Nickiem – zostaje w celi. Jednak następnego dnia areszt okazuje się pusty. Na miejscu zostaje tylko strzała indiańska. Szeryf Hunt decyduje się rozpocząć pościg, w czym wspierają go zastępca Chicory, mąż porwanej – Arthur O’Dwyer i rewolwerowiec Brooker.

bone_tomahawk1

Debiutujący reżyser S. Craig Zahler postanowił odświeżyć na swoją modłę western, który ostatnio wrócił do łask. Opowieść wydaje się do bólu klasyczna i zmierzająca do prostego celu: odbić swoich, zabijając po drodze Indiańców. Ale to nie są zwykli Indianie, bo są biali i nie tylko zabijają innych swoimi nożami z kości, ale też ich zjadają. Western idący ręka w rękę z horrorem? Tego jeszcze nie było, co bardzo odświeża ten gatunek. Wielu może odstraszyć surowa realizacja i dość wolne tempo całości, ale trudno nie docenić tego mrocznego klimatu, towarzyszącego wędrówce do siedliska zła. A im dalej, tym bardziej krajobraz staje się nieprzyjazny, przypominający wypaloną, zniszczoną ziemię. Noc jest tak ciemna, że za nią może czaić się zło albo złodzieje kradnący konie.

bone_tomahawk2

Dodatkowo każdy z bohaterów tej grupy jest kimś innym, a zadanie nie scala tej grupy, ale pokazuje silne różnice charakterów, jak i metod działania. I wszystko to zmierza do krwawego, mocnego finału, gdzie wszelkie okrucieństwa nie zostaną nam oszczędzone (włącznie z pokazaniem wnętrzności) – to nie jest film dla ludzi o słabych nerwach. To mogę wam obiecać.

bone_tomahawk3

Dodatkowo „Bone Tomahawk” jest fantastycznie zagrane. Klasą w sobie jest Kurt Russell, dla którego western nie jest niczym nowym, a postać twardego szeryfa potwierdza umiejętności tego aktora. Pozytywnie zaskakuje Patrick Wilson jako zdeterminowany mąż porwanej, który mimo złamanej nogi konsekwentnie zmierza do celu, a Richard Jenkins jako niezdarny Chicory wnosi też odrobinę humoru. Prawdziwą rewelacją i perłą okazuje się Matthew Fox. Aktor znany z serialu „Lost” tutaj wciela się w cynicznego rewolwerowca Bookera, który wiele widział i wiele zabijał. Ironiczny, bezwzględny i pewny siebie facet, z którym lepiej nie zadzierać.

bone_tomahawk4

„Bone Tomahawk” odświeża opowieści o kowbojach, mieszając z kinem grozy, gdzie napięcie jest mocno odczuwalne. I mimo zaledwie dwóch milionów dolców budżetu, powstał jeden z najlepszych westernów ostatnich lat. Więc pogłoski o śmierci tego gatunku są mocno przedwczesne.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Córki dancingu

Wyobraźcie sobie Warszawę lat 80. jako miejsce pełne barw i kolorów, gdzie mieszkańcy bawią się w eleganckich lokalach. I to właśnie w tych knajpach wielką popularność zdobywa zespół Figi i Daktyle, do którego dołączyły dwie młode dziewczyny, wychowywane przez wokalistkę zespołu. Złota i Srebrna – tak mają na imię obydwie laski – skrywają jedną, ważną tajemnicę. Są syrenami – takimi z ogonami i dlatego ładnie śpiewają.

corki_dancingu1

Debiutująca na dużym ekranie Agnieszka Smoczyńska postanowiła wypełnić pustkę związaną z brakiem dobrych polskich musicali, tworząc oniryczną opowieść z bardzo mrocznym klimatem. I nie dajcie się zwieść tej kiczowatej wizualnie otoczce oraz dyskotekowej muzyce lat 80. Reżyserce udaje się barwnie odtworzyć realia (niesamowita taneczna scena zakupów w sklepie Sezam), jednak tak naprawdę jest to baśń o sławie, dojrzewaniu i miłości. Syreny nasze, niczym te ze starożytnych mitów, mają zniewalający głos, dzięki któremu mogą manipulować ludźmi, a za zranienie ich uczuć lub zniewagę, odpowiadają krwią. Film może wprawić w dziwaczną konsternację, gdzie sceny oniryczne, czyli każde w których widzimy nasze syreny w całej okazałości (z ogonami) przeplatają się z występami zespołu w całej wizualnej orgii. Sama ta wizja, jak i zestaw piosenek robi imponujące wrażenie.

corki_dancingu2

Dodatkowo mamy kilka drobnych wątków pobocznych uatrakcyjniających całość – jest romans między Srebrną a Basistą zespołu, który komplikuje siostrzaną relację, jest morderstwo i spożywanie ludzi przez syreny. I jest to dość naturalistycznie pokazane, co słabsze osoby może wystraszyć. Smoczyńska cały czas balansuje między kiczem, mrokiem i baśnią, ciągle zmieniając klimat i styl. Mimo pewnego niewykorzystania kilku postaci (pani porucznik MO czy kucharka Rakieta), to bilans wychodzi pozytywnie. Miks kiczowatego musicalu z horrorem jest smaczny, intryguje do samego końca (świetna muzyka duetu Ballady i Romanse), dodatkowo zagrane jest na wysokim poziomie.

corki_dancingu3

Nic złego nie powiem o Kindze Preis, która znów potwierdza klasę i jej głos (gdy śpiewa) potrafi oczarować. Podobnie drobne epizody Zygmunta Malanowicza (kierownik z wąsami), Romy Gąsiorowskiej (Rakieta) i Katarzyny Herman (porucznik MO), jednak film ukradły tytułowe bohaterki, zagrane przez Michalinę Olszańską oraz Martę Mazurek. Pierwsza to klasyczny, drapieżny wamp, świadomy swojej atrakcyjności, z kolei druga (Srebrna) to delikatna, miła dziewczyna dopiero odkrywająca smak życia. Czuć silną więź między syrenami (dziwaczne dźwięki w tle – ich mowa), tym bardziej porusza finał.

corki_dancingu4

Takiego filmu jeszcze na naszym podwórku nie było – z jednej strony prawie jak „Disco Polo” (podobna estetyka wizualna), z drugiej coś takiego mogło powstać w umyśle Davida Cronenberga (pod warunkiem, że byłby Polakiem). Na pewno „Córki” podzielą wszystkich widzów, ale na pewno jest to taki film, którego nie da się po prostu wymazać.

7/10

Radosław Ostrowski

Opowieści niesamowite

Filmy nowelowe mają to do siebie, że są zbiorem niekoniecznie powiązanych ze sobą opowieści, które łączy zazwyczaj temat. Film, o którym chcę opowiedzieć to wyprodukowany i zrealizowany przez mistrza kina klasy B – Rogera Cormana. „Opowieści niesamowite” są oparte na trzech opowiadaniach Edgara Allana Poe, jednego z największych autorów grozy. I wydawałoby się – sądząc po nazwisku twórcy, że będzie to tanie, tandetne i kiczowate kino, które nie przetrwało próby czasu.

opowiesci1

Ale tu jest spora niespodzianka. Żeby nie było niejasności, widać iż to rok 1962, jednak „Opowieści…” trzymają się zaskakująco dobrze. Może jednak po kolei, gdyż poziom każdej z fabuł jest inny.

opowiesci2

„Morella” to pierwsza opowieść. Rozgrywa się w opuszczonym domu niejakiego Locke’a, którego odwiedza po latach córka. Kontakt między nimi uległ ochłodzeniu po śmierci żony mężczyzny, przechowującego w sypialni jej ciało, a w zasadzie to, co z niego zostało. Wrażenie robi scenografia – gotyckie, ale i mocno zakurzone domostwo wygląda imponująco, historia toczy się dość wolno i szybko zostają odsłonięte karty, jednak finał przewrotny. Niestety, efekty specjalne (nie mogę zdradzić, bo musiałbym spojlerować) z dzisiejszej perspektywy są mocno archaiczne.

opowiesci3

Drugi (i najdłuższy) jest „Czarny kot” – najbardziej komiczna opowiastka z całej trójki. Bohaterem jest niejaki Montresor Henningbone – pijaczek, który zaniedbuje swoją żonę. Ich życie zmienia się, gdy mężczyzna pewnego wieczoru odwiedza lokal, gdzie odbywa się degustacja wina z udziałem prawdziwego mistrza – Fortunato Lukresi. Tu jest najwięcej humoru, zwłaszcza w scenach „żebrania” pieniędzy czy winowego pojedynku. Ale największe wrażenie zrobił kolejny przewrotny finał oraz scena pijackiego koszmaru z zaburzoną perspektywą. Do tego genialny Peter Lorre w roli Montresora, pijusa i pasożyta, który nie znosi kotów jak i zdrady małżeńskiej.

opowiesci4

Na sam koniec jest mroczna „Sprawa pana Waldemara”, której bohaterem jest umierający arystokrata korzystający z usług hipnotyzera, pana Carmichaela (doskonały i niepokojący Basil Rathborne). Szarlatan chce utrzymać podczas transu żywot pana Waldemara, by położyć łapę na pieniądzach oraz na pięknej wdowie. Dobrze wyglądają sceny hipnozy oraz finałowa wolta, której się nie spodziewałem.

opowiesci5

Drugim mocnym atutem „Opowieści…” jest stylowa scenografia, dobrze oddająca realia XIX wieku, podobnie jak kostiumy oraz klimat, budowany także przez budującą napięcie muzykę – typowo horrorową z nerwowymi smyczkami. I największy skarb fabuł – wyborny Vincent Price wcielający się aż w 3 postacie – zgorzkniałego i samotnego Locke’a, czarującego dżentelmena Lukresi oraz zmęczonego starca Waldemara. W każdej z tych postaci jest inny, a to świadczy o klasie weterana kina grozy.

opowiesci6

Chociaż dzisiaj „Opowieści…” nie robią aż tak wielkiego wrażenia jak w dniu premiery, pozostają one eleganckim i stylowym kinem grozy, stawiającym na atmosferę niż brutalność i makabrę. I ten klimat, jakiego dzisiaj próżno szukać. Zaiste, niesamowite to było.

7/10

Radosław Ostrowski

Ukryty

Film zaczyna się dość normalnie – mężczyzna dokonuje napadu na bank, zabijając ludzi i kradnie czerwone ferrari w Los Angeles. Zostaje ciężko raniony podczas policyjnej obławy. Detektyw Tom Beck wydaje się zadowolony z takiego obrotu sprawy. Jednak podejrzany umiera, a ktoś inny znowu zaczyna siać terror w mieście. Dodatkowo Beckowi zostaje przydzielony tajemniczy agent FBI, Lloyd Gallagher.

ukryty1

Film Jack Shouldera z 1987 roku wygląda i brzmi znajomo. Wydaje się być kolażem zgranych i ogranych motywów z kina SF – inwazja kosmity na Ziemię (a konkretniej na Amerykę), próba powstrzymania go za pomocą nietypowej broni, przemoc i jatka. Gra jednak idzie o mniejszą stawkę – obcy nie planuje podboju, zgarnięcia surowców czy uczynienia ludzi swoimi niewolnikami. To łobuziak, który chce zabawić się, a gdy jego ciało już nie nadaje się za bardzo do użycia, wtedy wchodzi w skórę człowieka (scena wejścia kosmity z człowieka na człowieka jest naprawdę obrzydliwa) i dalej szaleje. Film ma niezłe tempo (strzelanin i pościgów jest tutaj sporo), ale archaiczne efekty specjalne oraz dość przewidywalny przebieg fabuły oraz dość szybkie odkrycie kart (łatwo domyślamy się schematu, a agent Gallagher skrywa tajemnicę) mogą przeszkadzać. Same sceny akcji są zrobione porządnie, okraszone rockową muzyką i napięcie sięga czasami zenitu (scena strzelaniny na posterunku) doprowadzając do oczywistego, ale przyjemnego finału.

ukryty2

„Ukryty” zapowiada „Gatunek” (scena śmierci podczas stosunku seksualnego) i inne filmy SF, ale też czuć wejście „Miasteczka Twin Peaks”. Nieprzypadkowo Lloyda Gallaghera gra Kyle MacLachlan, który za 3 lata zostanie agentem Dalem Cooperem. Jest pewne podobieństwo w tych postaciach: ekscentryczność, posiadana tajemniczą wiedzę, zrozumiałą tylko dla niego. Brakuje tylko, by pojawiła się jakaś sowa i zaczął chwalić kawę. Jednak Gallagher ma pewną głęboko skrytą tajemnicę, która będzie musiała się odezwać. Niezgorszy jest  Michael Nouri, który tylko pozornie wydaje się typowym gliniarzem jakim jest Tom Beck. Powoli między bohaterami rodzi się przyjaźń i lojalność. Drugi plan jest dość wyrazisty, co jest zasługą nie tylko Złego oraz jego wejść.

ukryty3

Mimo lat, film Shouldera jest całkiem przyzwoitą robotą, która potrafi całkiem nieźle zabawić. Czuć tutaj estetykę 80., a kilka scen mocno zapadnie w pamięć. Niby nic nowego, ale zgrabnie jest poukładane.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Krzyk

Dziwaczne to kino, ale może po kolei. Dawno temu, żyło sobie małżeństwo – Anthony i Rachel Fielding. On jest kompozytorem, grającym też na organach w lokalnym kościele, ona zajmuje się domem. Do ich ustabilizowanego życia wkracza tajemniczy mężczyzna, niejaki Charles Crossley. Opowiada o tym, jak spędził czas wśród Aborygenów, gdzie nauczył się zabijania za pomocą… krzyku.

krzyk1

Całą ta historię opowiada sam Crossley podczas gry w krykieta w szpitalu psychiatrycznego. Ta szkatułkowa konstrukcja pozwala Jerzemu Skolimowskiemu na stworzenie intrygującej oraz intrygującej opowieści grozy. Jednak nie spodziewajcie się ogranych do bólu sztuczek w rodzaju szybkiego montażu, hektolitrów krwi (jej tu praktycznie nie ma) czy nerwowych smyczków jako podkładu muzycznego. Reżyser sięga po niemal archetypowy konflikt umysłu i racjonalności z magią oraz zjawiskami niewytłumaczalnymi, by opowiedzieć niby klasyczną historię trójkąta, gdzie ten trzeci jest dominującym w tym układzie. Prowadzone są też filozoficzno-religijne dysputy o duszy oraz magii, symbolizowanej przez cywilizację Aborygenów i ich szamanów (bardzo interesujące i nie pozbawione krwawych szczegółów). Zderzenie tych dwóch światów przyniesie katastrofalne skutki dla całej trójki.

krzyk2

Reżyser powoli buduje atmosferę niepokoju, w czym pomagają mu przepiękne plenery brytyjskiej prowincji, pełne wrzosowisk, otoczonej morzem oraz piaskowych wydm, gdzie dochodzi do pierwszego krzyku (niesamowity dźwięk, którego słowa naprawdę nie są w stanie opisać). Aurę niesamowitości podkręca też elektroniczna muzyka (jej autorami są Tony Banks i Michael Rutherford z zespołu Genesis oraz Rupert Hine) oraz tajemnicze – czyli nie do końca dla mnie zrozumiałe – symbole kamienia oraz kości, które przewijają się przez dłuższy czas. I muszę to przyznać, że oglądałem „Krzyk” niemal oczarowany i zahipnotyzowany, ale potem próbowałem rozgryźć sens i miałem problem. Stąd ocena taka niska, chociaż nieadekwatna do tego, co odczuwałem.

krzyk3

Wszystkiego dopełnia wyborne aktorstwo. Najmocniej wyróżnia się genialny Alan Bates (Crossley). Nieogolony, ubrany na czarno mężczyzna z jednej strony intryguje swoją filozofią oraz mocą, z drugiej odpycha swoimi opowieściami i zachowaniem. Partnerujący mu Susannah York (Rachel – spokojna i cicha gosposia, tłumiąca swoje pożądanie) oraz John Hurt (racjonalista i kompozytor Anthony) dorównują kroku, portretując subtelnie skrywane emocje – pożądanie, gniew, poczucie zagrożenia.

krzyk4

„Krzyk” będzie seansem pełnym niejednoznaczności, tajemnicy oraz czegoś, co nie pozwoli zapomnieć. Ocena nieadekwatna, jednak jestem pewny, że jeszcze do tego wrócę. Ta tajemnica Crossleya nie daje mi spokoju.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Miasteczko Halloween

Każde święto ma swojego „władcę”, który nim rządzi. W przypadku Bożego Narodzenia jest to św. Mikołaj, Wielkanocy – Zajączek. A w przypadku Halloween, panem jest Jack Skellington, zwany też Dyniowym Królem. Jest tylko jeden problem – Jack stracił radość swojej profesji i czuje się znudzony swoją rutyną. Opuszcza swoje miasteczko, gdzie zawsze odbywa się Halloween i przypadkiem trafia do… Christmasland (Krainy Świąt Bożego Narodzenia). Zauroczony tą okolicą wpada na szalony pomysł zorganizowania Gwiazdki oraz porwania św. Mikołaja.

halloween1

„Miasteczko…” to pierwsza animacja w całości zrealizowana techniką poklatkową. Choć reżyserem całości jest Henry Selick, to mocno czuć ducha Tima Burtona, sprawującego pieczę nad projektem (pomysłodawca i producent). Znów mamy galerie surrealistycznych i dziwacznie wyglądających postaci, mieszających groteskę z surrealizmem. Jack z nienaturalnie krótkimi i długimi nogami, burmistrz z dwiema zmieniającymi się od nastroju twarzami, duch psa czy pełen robactwa w środku Oogie Boogie, który jest najbardziej niebezpiecznym kolesiem w Halloween. Także sam wygląd miasteczka, pełen mroku i jednocześnie piękna, co nie zdarza się często.

halloween2

Dodatkowo jest to kompletna mieszanka gatunków – od horroru (czołówka) przez komedię (przygotowanie świąt bożonarodzeniowych) po musical, gdzie partie śpiewane są wykonane pierwszorzędnie, a piosenki idealnie uzupełniają treść. Ale przesłanie jest dość przewrotne – jak na tego typu produkcję. Bo trzeba cieszyć się z tego, co się ma, a pragnienia nasze mogą okazać się zgubne.

halloween3

A ten kolaż gatunkowy ogląda się świetnie, ale muszę przyznać, że „Gnijąca panna młoda” bardziej mi się podobała. Chociaż tutaj aktorzy też dali z siebie maksimum (zwłaszcza Chris Sarandon w roli Jacka i Danny Elfman wykonujący partie wokalne), a duch szalonego Burtona jest mocno odczuwalny. Inteligentne i dobre kino, niekoniecznie dla dzieci.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Coś za mną chodzi

Jay jest młoda dziewczyną, która niczym się nie różni od typowych nastolatek, poza tym, że jest piękna. Podczas randki z chłopakiem Jeffem, dochodzi do zbliżenia. I wtedy Jeff usypia ją, przywiązuje do siedzenia gdzie w opuszczonym budynku i opowiada, ze została „zarażona” przez coś, co będzie za nią łazić. Zjawa może przybrać dowolny kształt i zmienić się w kogokolwiek, nie da się jej zabić. Chyba, że się z kimś prześpisz, to wtedy cię zostawi. Ale jeśli ta osoba zostanie zabita i schwytana przez stwora, to jej życie znów zostanie zagrożone.

cos_za_mna_chodzi1

Horrory oglądam rzadko, przez co wydaje się troszkę spokojniejszy (przynajmniej takie mam wrażenie), jednak co jakiś czas pojawia się film intrygujący i próbujący inaczej podejść do ogranej kwestii. David Robert Mitchell idzie w kierunku pozornej oczywistości wśród horroru – seks jako źródło zagrożenia i niebezpieczeństwa. To przez seks przenosi się tajemnicze coś, co zabija naprawdę i nie da się tego powstrzymać. Nie da się zabić ani zastrzelić – istota idzie (wolno, ale idzie) i może być kimkolwiek, znajomym lub obcym, co tylko podkręca uczucie strachu oraz niepokoju. Reżyser świadomie wpuszcza w maliny, używa długich ujęć, by odbiorca uważnie przyglądał się temu, co się dzieje na ekranie. Świetnie się to ogląda, a kilka ujęć to prawdziwe perełki – scena ucieczki samochodem, nocna ucieczka Jay z domu czy finałowa konfrontacja w basenie. Atmosferę dodatkowo podkręca elektroniczna muzyka przypominająca dokonania z lat 80-tych (taki bardziej podrasowany John Carpenter), co jest zdecydowanie plusem.

cos_za_mna_chodzi2

Pozornie jednak pod płaszczykiem kina grozy, Mitchell opowiada o młodych ludziach, którzy tak naprawdę są zdani na siebie. Dorośli (rodzice, nauczyciele, policja) są tutaj niemal nieobecni, a nastolatki nie opowiadają im o swoich lękach. Nie dziwię się, bo przecież kto by im uwierzył? Zdani na siebie, sami odkrywają seks (wiedza na ten temat oparta jest na klasycznych źródłach jak pornosy – Internetu, o dziwo brak. Ciekawe dlaczego?), który staje się katalizatorem wydarzeń, chwile uniesienia stają się źródłem zagrożenia. Czym jest ta klątwa – HIV, brak miłości (seks powinien z nią iść w parze), choroba weneryczna, wina? Pól do interpretacji jest sporo, zwłaszcza w scenie finałowego starcia, gdzie zjawa ma kształt ojca Jay czy w scenie śmierci jednego z bohaterów (zjawa wtedy ma posturę jego matki) – fizycznego gwałtu. Może to tylko szukanie dziury w całym i na siłę próbuję odkryć coś głębszego? Sami oceńcie.

cos_za_mna_chodzi3

„Coś za mną chodzi” to jeden z ciekawszych horrorów ostatnich lat. Świetne role młodych, mało znanych aktorów, klimat i poczucie zagrożenia, estetyka lat 80. to najmocniejsze atuty Mitchella. Owszem, czasami szwankuje zachowanie młodych (próba „zastrzelenia” z pistoletu zjawy) i nie uciekanie przed nią, ale nie ma rzeczy doskonałych. A ten film będzie jeszcze jakiś czas za mną chodził.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wideodrom

Max Renn jest szefem małej stacji telewizyjnej, Cinic TV. Chce zwiększyć oglądalność, serwując to, czego chce widownia – erotyka i przemoc. Razem z przyjacielem Haroldem udaje mu trafić do pirackiego kanału – Videodromu, gdzie pokazywana jest przemoc i morderstwa. Renn zafascynowany programem oraz realizmem przekazu, próbuje dotrzeć do źródła. Od momentu obejrzenia tego kanału, Max zaczyna mieć coraz bardziej pokręcone halucynacje.

wideodrom1

David Cronenberg nigdy nie był moim ulubieńcem, choć zawsze wydawał się przystępniejszy w odbierze niż David Lynch (poza imieniem łączy go podobny sposób widzenia rzeczywistości). „Wideodrom” to film, który przyniósł mu największy rozgłos i okazał się trampoliną dla dalszej kariery. Sam film w założeniu miał być krytyką telewizji, ubrany w konwencję mrocznego kina, skręcającego miejscami w stronę horroru. Niby miało być strasznie i szokująco, a jest obrzydliwie i niesmacznie. I nie chodzi tu o wychodzące wnętrzności ludzki… z telewizora czy perwersyjne sceny erotyczne, które są znakiem charakterystycznym w dorobku Kanadyjczyka. Mają tylko odwrócić uwagę od tego, jak miałka jest tutaj treść.

wideodrom2

Krytyka telewizji jako medium nie jest niczym – kino niemal od początku nienawidziło tego medium. Nie tylko dlatego, że przez nie mniej widzów zaczęło chodzić do kina, ale też jako narzędzie ogłupiające i zmieniające człowieka w tępego, bezmózgiego konsumpcjonistę, spełniającego swoje hedonistyczne zapędy, otumaniony reklamami. Dzięki niej człowiekiem łatwo było manipulować i oszukiwać („Quiz Show”), ale to już wiem od dawna. „Wideodrom” ma być takim narzędziem manipulacji i ogłupiania oraz sprawiania perwersyjnej przyjemności. Tutaj jeszcze wpleciono tutaj sensacyjną intrygę oraz fragmenty psychodeliczne. To pierwsze jest nudne i banalne, a mącenie w głowie wywołuje jeszcze większy zamęt i zniechęca. Zapamiętam dwie sceny: biczowanie telewizora oraz włożenie kasety do wnętrza Maxa i wyjęcie z niego pistoletu. Reszta zwyczajnie musi zostać jak najszybciej wymazana z głowy.

wideodrom3

Wiem, że nie brakuje fanów kontrowersyjnego Kanadyjczyka, ale „Wideodrom” mnie odstraszył i zniechęcił. Nudny, zbyt mroczny i jako satyra na telewizję mało odkrywczy. Forma też dla mnie aż za bardzo groteskowa. Kino tylko dla odważnych.

wideodrom4

3/10

Radosław Ostrowski