Lamb

Islandia nie jest krajem, który kojarzy mi się z kinem czy filmami. Pierwsze skojarzenia to pustka, piękne krajobrazy, wulkany – takie miejsce, gdzie ludzi jest bardzo niewielu. Dlaczego tam miałaby powstać kinematografia? A jednak ona funkcjonuje od dłuższego czasu, lecz nie o historii tutaj będę opowiadał. Tylko o najnowszym jej dziecku, czyli „Owcy” – nowa produkcja wytwórni A24. Znaczy się będzie dziwnie, poza nurtem mainstreamu i wieloma zakrętami.

Bohaterami jest para, mieszkająca gdzieś między górami a jeziorem. Maria i Ingvar prowadzą farmę, gdzie hodują owce, żyjąc jakby w zgodzie z naturą. Dbają też bardzo o owce, przyjmując choćby poród. Ale jeden z nich wprawia w poważną konsternację, bo urodzona owieczka – cóż, to jakieś zmutowane dziwadło. Głowa zwierzaka, futerko też, ale reszta… ludzka. Małżonkowie przygarniają ją i zaczynają traktować jak swoje dziecko.

Już w tym momencie powinniście zadać sobie pytanie, co tu się odjaniepawla. By jeszcze bardziej skomplikować sprawę, do farmy trafia brat, Peter. On też czuje się zdezorientowany sytuacją, zwłaszcza jak owco-człowiek je wspólnie śniadanie. Czy ta para zaczyna się zachowywać jako para odlutków, którym z dala od cywilizacji zaczyna padać na mózg. A może jednak sprawa ma głębszy charakter? Jest parę poszlak, sugerowanych przez reżysera, iż mamy do czynienia z poważną traumą z przeszłości. Mimo pięknych krajobrazów, czuć tutaj podskórną atmosferę niepokoju, osamotnienie oraz pewną bezsilność. Czy to jakaś wariacja na temat „Pinokia”? A może bardzo pokręcona baśń? Śladowa ilość dialogów nie pomaga wejść w tą sytuację, a bardzo żmudne tempo może powalić nawet najbardziej zatwardziałych w bojach fanów slow cinema.

Więcej wam tu nie zdradzę, bo sam nie do końca jestem pewny. Fanów tajemnic będzie frapować i nawet odkryją o wiele więcej niż się wydaje. Ale reszta będzie zagubiona, zdezorientowana i odbije się. Sam jestem zmieszany i nie do końca zadowolony, niemniej parę momentów zostanie na dłużej. Dla mnie zbyt hermetyczne kino arthouse’owe.

6/10

Radosław Ostrowski

Egzorcyzmy Emily Rose

Horrory z opętaniem w tle stały się bardzo rozchwytywane po sukcesie „Egzorcysty”, tylko co nowego można pokazać w tej kwestii? Poza kolejnymi jump-scare’ami oraz efektami specjalnymi? Takie pytanie sobie postawił reżyser Scott Derrickson i zdecydował się odpowiedzieć w 2005 roku „Egzorcyzmami Emily Rose”. Połączenie horroru z dramatem sądowym na pewno brzmi odświeżająco, jednak wszystko zależy od wykonania.

egzorcyzmy emily rose2

Cała historia skupia się księdzu Richardzie Moorze (Tom Wilkinson), który zostaje oskarżony o doprowadzenie do śmierci Emily Rose, lat 19. Dziewczyna porzuciła leczenie i wierzyła, że została opętana przez demona. Egzorcyzmy jednak zakończyły się niepowodzeniem. Tyle wiemy na początku, zaś archidiecezja wynajmuje kancelarię prawniczą, by przeprowadzić obronę duchownego. Prawda jest taka, że kościół chce uniknąć rozgłosu i skandalu. Dlatego naciskają, by Moore poszedł na ugodę i nie zeznawał przed sądem, jeśli dojdzie do procesu.

egzorcyzmy emily rose1

Konstrukcja filmu bardziej przypomina zagadkę, kiedy film zaczyna się w momencie pojawienia się na farmie Rose’ów sądowego patologa i aresztowaniu duchownego. Cała historia Emily pokazana jest w formie retrospekcji podczas procesu. I wszystko skupia się na zderzeniu dwóch perspektyw: naukowej (medycznej) oraz duchowej (nadprzyrodzonej). Co zabiło Emily: leki czy egzorcyzmy? Naprawdę była opętana czy to wszystko było objawem choroby psychicznej? Najpierw widzimy jedną perspektywę za pomocą zeznań biegłych lekarzy i dopiero w połowie pojawia się druga opcja. Co najbardziej mnie zaskoczyło to fakt, że przez sporą część czasu reżyser nie opowiada się po żadnej ze stron. Obie możliwości uważa za prawdopodobne, zaś wplecione retrospekcje nie dają odpowiedzi. Są za to bardzo sugestywne oraz budzące strach.

egzorcyzmy emily rose3

Ale co dobre, nie trwa wieczne. Derrickson zaczyna się skupiać na relacji między obrończynią a księdzem i to im poświęca dużo czasu, przez co mam wrażenie, iż wierzy w wersję opętania. W końcu to jest horror i nawet pojawia się nawet ingerencja sił nadnaturalnych. Widać to w postaci zatrzymującego się w nocy budzika czy śmierci jednego ze świadków obrony. Ale wróćmy do ar remu. Wilkinson z Linney świetnie grają na kontraście między ateistką a sługą Bożym, bez popadania w szarże i przerysowanie, z czasem budując nawzajem szacunek. Kluczowa jest jednak rola Jennifer Carpenter w roli głównej, gdzie bardzo przekonująco pokazuje jej zagubienie i przerażenie, a w scenach opętania mrozi krew (o sekwencji egzorcyzmu nawet nie wspominam – tutaj reżyser rozwija skrzydła).

egzorcyzmy emily rose4

Klimat pomagają zbudować bardzo stonowane zdjęcia i okraszona „sakralnymi” wokalizami muzyka Christophera Younga. Troszkę szkoda, że nie widzimy tutaj pokazania historii Emily Rose ze strony prokuratora, który jest… wierzący. I to by dało pewne pole do pokazania konfliktu tej postaci. Drugim mocnym zgrzytem jest scena, gdzie Emily widzi we mgle… Matkę Boską. To wygląda i brzmi nie za dobrze. Nie zmienia to faktu, że „Egzorcyzmy…” są efektywnym oraz pozwalającym na zastanowienie się. Co w przypadku horror jest zjawiskiem równie częstym jak spotkanie jednorożca. A jak wiemy to zwierzę nie istnieje w przyrodzie, tak jak demony.

7/10

Radosław Ostrowski

W lesie dziś nie zaśnie nikt 2

Dla wielu ludzi oglądanie polskich filmów jest horrorem – same ważne, poważne tematy oraz rzeczywistość tak nieprzyjemna, że tylko się zabić. Jeśli dodamy do tego niewyraźne zdjęcia oraz chujowy dźwięk – tragedia gotowa. Przy seansach niektórych tytułów powinny być dołączane żyletki oraz pigułki pomagające szybciej opuścić ten świat. Ale jeszcze nikt na to nie wpadł. Ja jednak nie o tym, ale o polskim horrorze.

w lesie dzis nie zasnie nikt2-1

„W lesie dziś nie zaśnie nikt 2” to sequel zaskakująco udanego slashera od Bartosza M. Kowalskiego i mamy tu dwa wątki. Z jednej strony mamy Zosię (Julia Wieniawa), która po zdarzeniach z „jedynki” trafia na posterunek policji. Ale tak naprawdę wszystko widzimy z perspektywy Adama (Mateusz Więcławek) – młodego policjanta, który jest twardy, męski i waleczny. Szkoda, że tylko w snach. Bo tak naprawdę to miękkiszon pizdowaty, co jak widzi zagrożenie najchętniej by się ukrył. I wtedy staje się najgorsze: komendant poszedł z Zosią na wizję lokalną, a ta kończy się w najgorszy możliwy sposób. Dziewczyna trafia na maź meteorytu, zmienia się w monstrum, zaś gliniarz zostaje rozszarpany na pół. I co robić?

w lesie dzis nie zasnie nikt2-2

Reżyser bawi się regułami gatunku, tym razem jednak zgrabniej balansując między samoświadomym humorem a krwawą rzeźnią. Tutaj zamiast ataku na las, mamy tutaj grupkę ludzi, co ruszają na obławę. I jest to pokręcona zbieranina postaci: cykorowaty Adam razem z brawurową Wanessą to jedyni gliniarze w akcji, gdzie to ona wydaje się podchodzić racjonalnie oraz jest gotowa na konfrontację. Jako wsparcie dostajemy dwóch braci z Obrony Terytorialnej, co znają teren i pułapki zastawić potrafią oraz ukrywającą się w obozie Adrenalina prostytutkę. Wariacki skład, nie ma co, a jakie mają szanse? Relacje między postaciami nie są pozbawione humoru, co daje pewnego emocjonalnego kopa.

w lesie dzis nie zasnie nikt2-3

Ale gdzieś w połowie dochodzi do wolty, gdzie widzimy akcję z perspektywy kosmicznych monstrów. I tu robi się najciekawiej: nasza parka zaczyna mówić w nieznanym językiem, gdzie nawet sceny mordu potrafią być obrzydliwe oraz zabawne. Nadal imponująca jest charakteryzacja, zaś destrukcja ciał wygląda bardzo realistycznie. Jest też napięcie (próba złapania za pomocą przynęty) przeplatane z humorem, świetne zdjęcia oraz elektroniczno-pulsująca muzyka Jimeka. Zagrane jest to bardzo porządnie, z paroma znanymi twarzami (Więcławek, Grabowski, Wabich), ale szoł skradli Sebastian Stankiewicz (Mariusz z Obrony Terytorialnej) oraz Zofia Wichłacz (Wanessa). To ostatnie aż mnie wprawiło w osłupienie.

w lesie dzis nie zasnie nikt2-4

Kowalski pokazuje, że można zrobić w Polsce udany film z gatunku horror und groza und krew. O wiele brutalniejszy i makabryczny, lepiej wykonany, z iskrzącymi relacjami oraz o wiele pewniejszą ręką. Niemniej tak jak przy pierwszej części pozostaje jedno pytanie: czy ktoś pójdzie tym tropem i pojawią się kolejne opowieści z dreszczykiem i/lub wiadrem krwi.

7/10

Radosław Ostrowski

Klasyczny horror

Horror od Netflixa – już samo w sobie brzmi przerażająco. Zwłaszcza, że to horror włoski, co jest dziś równie częstym zjawiskiem jak turecki film akcji. Dobry, turecki film akcji. Brzmi absurdalnie? Już sam tytuł sugeruje, że klimat będzie przypominał kino grozy sprzed co najmniej 30 lat. Jazda na ogranych schematach oraz zapach naftaliny?

Punkt wyjścia dzieła duetu Roberto De Feo/Paolo Strippoli jest bardzo znajomy. Mamy grupę obcych ludzi, którzy razem wyruszają kamperem. W ramach videobloga prowadzonego przez Fabrizio, dopasowani dzięki specjalnej aplikacji. Mamy lekarza (Riccardo), młodą parę (Mark i Sofia) oraz dziewczynę czekającą na zabieg (Elisa). Wskutek zderzenia z drzewem wóz trafia w sam środek lasu, gdzie znajduje się dziwny dom. Okazuje się, że w okolicy przebywają rolnicy, co w zamian za plony składają ofiary trzem monstrom. Zgadnijcie, co z tego połączenia może powstać.

„Klasyczny horror” sięga po znajome motywy z niskobudżetowych filmów grozy: młodzi ludzie bez doświadczenia, mężczyzna z przeszłością oraz ktoś, kto nie jest tym za kogo się podaje, tajemnicze domostwo, mroczna legenda, krwawa jatka. Ale muszę przyznać, że parę razy twórcy rzucają teksty oraz sceny pokazujące samoświadomość twórców. Szczególnie mocnie to czuć w postaci Fabrizio – niespełnionego reżysera, a obecnie vlogera. Czy kiedy odnosi się do Sama Raimiego, opowiada lokalną legendę czy poznajemy tajemnicę tego miejsca. Miejsca, z którego nie da się uciec i dzieją się dziwne rzeczy. Nie brakuje też krwi oraz nieprzyjemnych, nagłych scen przemocy.

Ale nie do końca mogłem wejść w ten film z powodu nieciekawych postaci. Oprócz Fabrizio i Elisy reszta nie miała ani zbyt dobrze zarysowanego tła, ani historii. Aktorstwo też nie było zbyt porażające, poza w/w dwójką, czyli Matildą Lutz i Francesco Russio. Zwłaszcza Russio ze swoim bardzo przerysowanym stylem dodaje wiele energii. Jednak najciekawsze oraz najbardziej zaskakujące rzeczy dzieją się przez ostatnie pół godziny, niemal wszystko wywracając do góry nogami. Niczym w najlepszych filmach Shyamalana, ale nie powiem więcej.

Jest tu kilka niedociągnięć, ale w ostatecznym rozrachunku „Klasyczny horror” wypada całkiem nieźle. Potrafi przestraszyć i rozśmieszyć jednocześnie, przy okazji pokazując jak bardzo pragniemy oglądać brutalne, pełne przemocy filmy.

6/10

Radosław Ostrowski

Arachnofobia

Doświadczony producent filmowy Frank Marshall z Amblin Entertinment doszedł do wniosku, że po współpracy ze Stevenem Spielbergiem sam weźmie za kamerę i spróbuje sił jako reżyser. I tak w roku 1990 pojawiła się „Arachnofobia” – pierwsza produkcja nowego studia pod Disneyem zwanego Hollywood Pictures. Wsparty przez Spielberga oraz Kathleen Kennedy Marshall zmieszał horror z komedią, inspirując się monster movies oraz „Ptakami” Hitchcocka.

Sama historia zaczyna się w Wenezueli, gdzie zorganizowano ekspedycję naukową dr Athertona. Tam zostaje odkryty nowy gatunek pająka. W trakcie wyprawy ofiarą ośmionoga zostaje fotograf, ale sprawca nie zostaje wykryty. Winą za śmierć miała ponieść gorączka, na którą mężczyzna chorował. Następnie przenosimy się do małego miasteczka w Kalifornii, skąd pochodził nieboszczyk. Tam też trafia dr Ross Jennings razem z żoną i dziećmi. Przenieśli się z San Francisco, by odetchnąć od miejskiego zgiełku, a Jennings miał przejąć praktykę po miejscowym lekarzu. Ten jednak nie zamierza przejść na emeryturę, więc sprawy się komplikują. Jakby tego było mało, w okolicy dochodzi do niewyjaśnionych zgonów.

arachnofobia1

Sam film mocno inspiruje się dziełem Spielberga, z klimatem pozornego spokoju, gdzie wszystko płynie swoim rytmem. Ale pojawienie się morderczego pająka zmienia atmosferę, nie idąc ku makabrze. Reżyser balansuje między strachem a komedią, płynnie zmieniając ton, nawet w ciągu jednej sceny. Co mnie zaskoczyło, to fakt, że dałem się złapać i parę razy podskoczyłem. Czy to wynika z samej obecności pająka w kadrze? Pewnie tak, zwłaszcza w sposobie filmowania. Napięcie idzie gwałtownie zwłaszcza w finale, gdzie nasz protagonista – lekarz z arachnofobią – musi zmierzyć się ze swoim największym lękiem. Kapitalnie zrobiona scena z armią zwierząt nadal potrafi zadziałać jako horror.

arachnofobia2

Pomaga w tym wszystkim świetne aktorstwo. Przede wszystkim to popis Jeffa Danielsa jako dr Jenningsa – lekarza z arachnofobią, racjonalisty, pozwalającego sobie na odrobinę sarkazmu i skonfrontowanego z mentalnością małego miasteczka (symbolem jego jest dr Metcalf). Całość jednak kradnie rozbrajający John Goodman w roli eksterminatora Delberta. Jest jedyną osobą z odpowiednim sprzętem, serwującego najlepsze teksty oraz dodającego sporo lekkości (i ta muzyka, gdy się pojawia – cudo). A i drugi plan z wieloma charakterystycznymi twarzami (m.in. Juliana Sandsa oraz Petera Jasona) też się sprawdza więcej niż solidnie.

arachnofobia3

Nie jest to najstraszniejszy film grozy ever, ale jeśli chcecie swojemu młodszemu rodzeństwu trochę strachu, można od niego spokojnie zacząć. Czysto rozrywkowe kino, dostarczające frajdy. A o to chodzi. Jeden z lepszych filmów Spielberga, który nie jest przez niego nakręcony.

7/10

Radosław Ostrowski

Nocna msza

Mike Flanagan jest jednym z ciekawszych reżyserów kina grozy, choć pozostaje w cieniu kolegów w rodzaju Jamesa Wana, Leigh Wannella czy Scotta Derricksona. Ale tak jak Wan sięga po ograne schematy, by zdemolować je do góry nogami i bardziej skupia się na relacjach między postaciami, zaś elementy nadprzyrodzone są katalizatorem wydarzeń („Oculus”, „Nawiedzony dom na wzgórzu”). Nie inaczej jest w przypadku „Nocnej mszy”, gdzie groza miesza się z religią.

Akcja toczy się w małym miasteczku na wyspie, gdzie wraca po czterech latach mężczyzna. Kiedyś był bardzo wierzącym gościem, ale po spowodowaniu wypadku i odsiadce wiara może się zmienić bardzo radykalnie. Kiedyś było to miejsce pełne ludzi, głównie rybaków, ale katastrofa ekologiczna zmieniła wszystko i miasteczko zaczyna się powoli wyludniać. Bez nadziei, bez perspektyw, bez szans na cokolwiek, a jedyną ostoją jest kościół św. Patryka. Kierujący kościołem ksiądz prałat Pruitt wyruszył na pielgrzymkę do Damaszku, więc wszystkim zarządza Bev Keene. Ale pewnego wieczora na wyspie pojawia się ksiądz Hill, mający pełnić zastępstwo za niedysponowanego prałata. I wtedy zaczynają się dziać dziwne rzeczy w okolicy, niektórzy mogli by je nazwać cudami.

Już ten opis sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z nietypowym horrorem, dotykającym kwestii religii i wiary. Nie liczyłbym jednak na wizualne fajerwerki, serwowanie jump-scare’ów czy walenie efektami specjalnymi. To historia budowana na tajemnicy oraz zderzeniu dobra ze złem, wiary i nauki, fanatyzmu oraz zdrowego rozsądku. Flanagan prowadzi narrację bardzo spokojnie, skupiając się na kluczowych postaciach: nowym księdzu, dewotce Keene, nauczycielce Erin Greene, wychodzącemu z więzienia Riley’owi Flynnowi, muzułmańskiemu szeryfowi oraz dr Gunning. Najwięcej uwagi skupia się na dawnej parze, czyli Flynnowi i Greene, a także tajemniczemu, choć bardzo charyzmatycznemu duchownemu. Jakie są jego prawdziwe intencje i kim jest?

Kolejne niewytłumaczalne sytuacje tylko potęgują aurę tajemnicy tak jak obecność „anioła”. I mimo, że już w trzecim odcinku poznajemy tajemnicę duchownego, to historia dalej wciąga. Nawet jeśli za bardzo przypomina „Miasteczko Salem” Kinga. Ale udaje się reżyserowi pokazać niebezpieczną siłę fanatyzmu religijnego, gdzie wszelka mniejszość czy osoby o innych przekonaniach są traktowane jako wrogie. Najpierw aluzjami i słowem jak choćby podczas dyskusji w sprawie rozdawania Biblii przez szkołę czy wszędzie, gdzie wypowiada się Keene (rewelacyjna Samantha Sloyan), nie znosząc dezaprobaty. Podobnie wydaje się działać ksiądz Hill (genialny Hamish Linklater), choć wydaje się być bardziej ludzki i pod koniec zauważa, co zrobił. Właśnie te momenty potrafiły wzbudzić we mnie grozę, pokazując człowieczeństwo z najgorszej strony. I wszystko prowadzi do brutalnego, mrocznego, ale też pełnego nadziei finału.

I jest to absolutnie rewelacyjnie zagrane. Poza w/w jest jak zawsze świetna Kate Siegel (Erin Greene), Annabelle Gish (dr Gunning), Zach Gilford (Riley) czy kradnący sceny Robert Longstreet (Joe Collie). Każdy ma swoje pięć minut, by zabłyszczeć, nawet aktorzy nastoletnio-dziecięcy, co nie jest takie łatwe (chyba, że się nazywasz Steven Spielberg). Flanagan kolejny raz tutaj potwierdza, że jest interesującym twórcą horrorowym. Buduje atmosferę prostymi środkami, nie idąca na łatwiznę i zmuszając do myślenia. To bardzo rzadka kombinacja, zwłaszcza w konwencji horroru.

8/10

Radosław Ostrowski

Piła

Ten tytuł fanom kina obrzydliwego i wywołującego wstręt, tylko dla fanów obserwowania torturowania innych ludzi na ekranie. Spodziewałem się makabry, lejącej się posoki oraz odcinanych kończyn w ilościach przekraczających wyobraźnię normalnego człowieka. Z tego stała się znana seria „Piła”, która zaczęła się w 2004 roku i do tej pory nikt nie chce tej karuzeli przerwać. Ale czy od samego początku serii towarzyszyła ta reputacja?

Reżyserski debiut Jamesa Wana zaczyna się z masą znaków zapytania. Jakieś nieprzyjemne pomieszczenie, przypominająca łazienkę, a w niej dwóch mężczyzn. Budzą się, w zasadzie nie pamiętając jakim cudem tu się znaleźli. Obaj są skuci łańcuchami do nogi, a między nimi mężczyzna z kulą w głowie oraz pistoletem w dłoni. Przy okazji odnajdują nagrane kasety magnetofonowe w kieszeni, a także zauważają magnetofon przy zwłokach. Obaj panowie – Adam i dr Gordon – odkrywają, że są częścią sadystycznej gry prowadzonej przez tajemniczego Jigsawa. Jest on psychopatycznym mordercą, zmuszającego swoje ofiary do bardzo brutalnej gry, gdzie stawką jest ich życie. By je odzyskać muszą dokonać bardzo trudnych łamigłówek, gdzie trzeba dokonać rzeczy obrzydliwych w rodzaju wyrwania klucza z żołądka leżących zwłok.

Wan z bardzo drobnym budżetem musiał się nakombinować, by zaangażować. „Piła” bardziej przypomina thriller z tajemnicą, gdzie kolejne informacje wywołują mętlik w głowie. Zagadka wokół Jigsawa oraz jego motywacji jest siłą napędową, a klimat robi poczucie klaustrofobii oraz bezsilności. Dla naszych bohaterów szansą jest, gdy jeden z nich zabije drugiego. Poza zamknięciem dwójki bohaterów kluczową rolę odgrywają retrospekcje. Tutaj poznajemy prowadzących śledztwo policjantów (detektyw Tapp i Sing), gdzie m.in. poznajemy przeszłość naszych bohaterów. A obaj panowie mają swoje za uszami, co ma później kluczową rolę.

Akcja prowadzona jest bardzo szybko, montaż sprawia wrażenie zrobionego przez osobę z ADHD, a w tle gra industrialna muzyka w stylu Nine Inch Nails. Aktorstwo idzie w stronę kina klasy B, a najbardziej znanymi twarzami są Cary Elwes (dr Lawrence Gordon) oraz Danny Glover (detektyw Tapp). I obaj są bardzo solidni w swojej pracy, tak jak współscenarzysta Leigh Whanell jako Adam. Samej makabry oraz okrucieństwa nie jest tak dużo jak sądziłem (aczkolwiek scena obcięcia piłą nogi budzi wstręt), bo najokropniejsze rzeczy są pokazane poza ekranem. Ale najmocniejszą woltę dostajemy na sam koniec, kompletnie mnie zaskakując.

Z czasem jednak cała seria stała się tylko krwawą jatką, pokazującą wszystkie najohydniejsze sceny mordów. W swoim debiucie Wan skupia się bardziej na psychologicznej rozgrywce między psychopatą a jego potencjalnymi ofiarami. I dzięki temu „Piła” wybija się z tłumu rzeźnickich horrorów w rodzaju torturę porn.

7/10

Radosław Ostrowski

Ciche miejsce 2

Muszę się do czegoś przyznać: nie jestem fanem pierwszego „Cichego miejsca”. Punkt wyjścia można uznać za interesujący (narodziny dziecka w świecie zdominowanym przez kosmiczne monstra, co są wyczulone na słuch), ale wszelkie napięcie zabiło wiele głupot i bzdur. Dlatego niespecjalnie czekałem na sequel od twórcy oryginału, Johna Krasinskiego. W końcu obejrzałem drugą część i… jestem zaskoczony.

Akcja zaczyna się po wydarzeniach z sequela, gdzie rodzina Abbottów (skład: matka, niesłysząca córka, syn oraz noworodek) zmuszona zostaje do ucieczki ze swojej farmy. Nadal po okolicy szaleją potwory, więc ucieczka nie jest zbyt łatwa. Familia trafia do kryjówki dawnego znajomego, Emmetta, który stracił żonę oraz synów, z wyczerpującymi się zasobami. Sytuacja staje się o wiele poważniejsza, gdy córka (Reagan) odkrywa sygnał radiowy i chce tam dotrzeć. Choćby po to, aby wykorzystać swój aparat słuchowy oraz jakby musiała zrobić to wbrew woli rodziny.

Krasinski na samym początku potrafi uderzyć, bo dostajemy początek. Czyli pierwszy dzień pojawienia się potworów i ten wstęp robi piorunujące wrażenie z wieloma mastershotami oraz zabawą perspektywą. Nadal w scenach z perspektywy Reagan panuje cisza, co buduje napięcie. Opowieść nadal pozostaje kameralna, jednocześnie rozszerzając cały ten świat. Nie oznacza to jednak, że „Ciche miejsce” nagle skręca w stronę „Wojny światów”, jednak druga połowa filmu zaczyna iść w stronę… „The Last of Us”. Powoli budząca się relacja między Emmettem a Regan zaczyna procentować ze sceny na scenę, pokazując więź przypominającą ojca i córkę. Dochodzi do pewnego bardzo ważnego twistu (nie zdradzę wam), zmieniającego wiele w tym świecie. Problem jednak w tym, że to wydarzenie sprawia, iż „dwójka” jest środkową częścią trylogii. Czyli daje odpowiedzi oraz serwuje kolejne pytania.

Natomiast realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, a najbardziej wybija się udźwiękowienie. Zarówno, kiedy widzimy zdarzenia z perspektywy Regan (znakomita Millicent Simmonds) – dziewczyna tu wyrasta na główną bohaterkę filmu – jak i sygnalizowana jest obecność potworów. Świetne są zdjęcia oraz dwie rewelacyjne sceny z użyciem montażu równoległego, gdzie suspens oraz poczucie niepokoju potrafi podskoczyć do granicy. Każdy z obsady ma swoje momenty błysku, choć wybija się Simmonds oraz bardzo stonowany Cillian Murphy jako połamany, wycofany Emmett. Ta dynamika trzyma całość w ryzach, chociaż Emily Blunt i Noah Jupe także mają wiele do zaoferowania.

„Ciche miejsce 2” to przykład sequela, który wszystko robi lepiej od poprzednika: jest więcej napięcia, aury tajemnicy i wiele zasygnalizowanych momentów (zdziczali, niemi ludzi), które mogą zaprocentować w finale. Czekam bardzo na sequel, choć tym razem będzie robił ją inny reżyser (jeszcze nie wybrany). To samo w sobie powinno być rekomendacją.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Resident Evil: Wieczny mrok

Fani gier znają survival horrorową serię „Resident Evil”. Przez większość części akcja krążyła wokół korporacji Umbrella, która stworzyła wirusa zamieniającego ludzi w żądne krwi zombie. Po co? By potem zarobić na szczepionce, co odwraca efekt zombifikacji. Samą markę już przenoszono na ekran na początku XXI wieku przez Paula W.S. Andersona, ale z każdą częścią było coraz gorzej, głupiej i zbyt efekciarsko. W tym roku szykuje się nowy film, ale przedtem Netflix zrealizował mini-serial anime z podtytułem „Wieczny mrok”.

Akcja toczy się w roku 2006, zaś głównym bohaterem jest Leon Kennedy – były glina, obecnie agent Secret Service. Fuchę dostał po tym jak uratował córkę prezydenta z rąk zombiaków, choć – jak sam twierdzi – po prostu miał szczęście. Sytuacja jednak zaczyna robić się nieprzyjemna w Białym Domu. Najpierw dochodzi do ataku hakerskiego, a kiedy gorzej już być nie mogło, zaczynają się panoszyć zombie. Jakim cudem? Czyżby doszło do kolejnej epidemii? Kto stoi za tym wszystkim? Leon razem z dwójką agentów ma zbadać sprawę i wyruszają do Chin. W tym czasie pracująca dla organizacji pozarządowej Claire Renfield stara się pomóc mieszkańcom Panamstanu – kraju trawiącego przez wojnę domową. Przypadkiem wpada na trop, że kilka lat wcześniej doszło do jakieś operacji amerykańskiej armii. I pojawiły się tam zombie, czyniąc duże spustoszenie.

Sama historia zadziwiła mnie prostotą i sprawia wrażenie półtoragodzinny film podzielony na odcinki. Jak pierwszy sezon „Castlevanii”, tylko bardziej przyspieszony, co mnie zdezorientowało. Bo jest tu sporo upchnięte: tajny oddział wojskowy, zatuszowana operacja, spisek z użyciem nowego leku, wreszcie wypad do kraju za pomocą okrętu podwodnego. Akcja miejscami naprawdę przyspiesza, jest parę momentów trzymających w napięciu (w teorii) oraz finałową konfrontację ze zmutowanym bydlakiem. Wszystko bardzo przypomina grę komputerową, włącznie ze scenami akcji pokazanymi zza pleców bohatera.

Problem w tym, że serial miejscami za bardzo się powtarza z paroma scenami i dopiero w połowie zaczyna łapać oddech. Intryga też jest przewidywalna, z drobnymi zakrętami oraz oczywistymi momentami. Sama animacja jest dość… specyficzna, nawet jak na produkcję japońską. Z jednej strony próbuje być fotorealistyczna i ruchy postaci są przekonujące, miejscami nawet pokazując parę detali. Jest parę momentów suspensu jak atak szczurów na okręcie. Ale parę scen związanych z wybuchami, demolką nie powalają, tak jak finałowa konfrontacja. No i jest jeszcze otwarte zakończenie, sugerujące kolejną część.

„Wieczny mrok” dla mnie był za krótki, za szybki oraz za mało angażujący. Dopiero w połowie zaczął nabierać blasku, chociaż można było to lepiej rozegrać. Niemniej wyczuwam potencjał i mam nadzieję, że powstanie kolejna część, naprawiająca błędy poprzednika.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Possessor

Czy można jeszcze zrobić film w klimatach cyberpunku? Ale bez tego futurystycznego walenia neonami po oczach i podrabianiem klimatu „Blade Runnera”? Tylko, jeśli jest to film niskobudżetowy, gdzie można sobie pozwolić na wiele. No i trzeba mieć także nazwisko Cronenberg, niekoniecznie na imię David.

possessor1

Sam początek jest bardzo tajemniczy. Widzimy czarnoskórą kobietę, która wkłada sobie na głowę kabel i kręci jakimś urządzeniem. Potem ubiera się jako stewardessa i razem z kumpelami jadą windą. Po pewnej chwili zauważa mężczyznę, by potem go zaszlachtować nożem. Kobieta przykłada sobie pistolet do ust, a następnie mówi „Przenieś mnie”. Ale zamiast samobójstwa pada od kul policji. Wtedy okazuje się, że stewardessa była „sterowana” przez białowłosą kobietę podłączoną do dziwacznego kasku. Okazuje się, iż ta dziwna osoba – Tasya Vos – jest zabójczynią działającą dla korporacji, która wykorzystuje innych ludzi, by ich rękoma dokonać morderstw oraz innych zbrodni. Szaleństwo, prawda? Ale to przyszłość i tam mogą takie rzeczy się dziać. Nie ma jednak mowy o przerwie, bo szykuje się kolejne zlecenie. Tym razem celem jest John Parse – szef korporacji odpowiedzialnej za zarządzanie danymi, a „narzędziem” ma być jego zięć – Colin Tate (bardzo stonowany Christopher Abbott) – ex-diler narkotykowy. Jak dokonać zbrodni? Zrobić z Tate’a wariata i po przyjęciu dokonać zabójstwa Parse’a i jego córki, a Tate ma popełnić samobójstwo. Zadanie wydaje się proste, zwłaszcza że cel wygląda jak Sean Bean, więc jego los jest przypieczętowany.

possessor2

„Possessor” brzmi jak pokręcona, niskobudżetowa wersja wczesnych filmów Davida Cronenberga z bardziej wyrafinowanym stylem wizualnym. Nic dziwnego, skoro ten film jest dziełem… syna Kanadyjczyka, Brandona. Wiele jest tu cyberpunkowych elementów (transhumanizm, przejmowanie tożsamości, duże korporacje i duża kasa), ale idzie swoją drogą. Jednocześnie jest tu poważny dysonans wokół Tasyi (magnetyzująca Andrea Riseborough) – z jednej strony profesjonalistka w swoim fachu, ale z drugiej strony czuć jak praca działa na nią oraz jej relacje rodzinne (czyli byłego męża i syna). Jedno i drugie niszczy jej psychikę, osłabiając ją zarówno jako matkę i żonę oraz zabójczynię i operatorkę. Czy tym razem podoła zadaniu?

possessor3

Problemem może być fakt, że Tate stawia opór i ma momenty zawieszenia, przez co w drugim oraz trzecim akcie czułem się zdezorientowany. O to też tutaj chodzi – kto tym ciałem steruje, a kto jest tutaj pasożytem. Montaż dostaje ADHD i wali stroboskopami, co jeszcze bardziej dezorientuje, nie dając odpowiedzi na to pytanie aż do przewrotnego finału. Kluczem jest kreacja Abbotta i to jak bardzo drobnymi spojrzeniami pokazuje jego zagubienie, dezorientację. Sama akcja, choć rzadko obecna, jest bardzo, BARDZO krwawa, brutalna i miejscami bardzo szokująca, a reżyser umie trzymać w napięciu.

possessor4

Ale czasami „Possessor” – mimo bardzo porządnej realizacji i kilku pomysłowych kadrów – potrafi zmęczyć, chociaż trwa bardzo krótko. Trudno jednak odmówić młodemu Cronenbergowi inspiracji dziełami swojego ojca, lecz także podąża swoją własną drogą. Na pewno warto uważniej się temu twórcy przyglądać.

7/10

Radosław Ostrowski