Lao Che – Wiedza o społeczeństwie

4c147c36-d36f-4793-9db9-4eb58813bdf7

To jest jeden z najbardziej wyrazistych polskich zespołów muzyki alternatywnej, który bawi się słowami oraz gatunkami muzycznymi. Kapela pod wodzą Spiętego została wzmocniona przez dołączenie Karola Goli z Pink Freud oraz wsparta przez producenta Emade postanowiła zająć się nauczaniem. Bo tylko w ten sposób jestem w stanie zrozumieć tytuł “Wiedza o społeczeństwie”.

Muzycy zapowiadali, że pójdą brzmieniowo w lata 80., przerabiając je na swoją modłę, czyli tanecznie, melodyjnie, ale I bardzo refleksyjnie. I na dzień dobry dostajemy “Kapitana Polskę”, gdzie syntezatory z gitarą dają prawdziwego kopa, by potem wskoczyć w ostatnie dokonania… Arcade Fire, polane funkową gitarą oraz trąbką. A żeby było jeszcze fajniej, drugą zwrotkę nawija Fisz (właściwie początek). A potem jest bardziej intensywne “United Colours of Armageddon”, gdzie kolory mają swoje inne znaczenie, by wskoczyć na najbardziej przebojowy oraz – pozornie – najspokojniejszy “Nie raj” z bardzo przebojowym refrenem oraz niemal funkowym basem. Czasy “Prądu stałego/prądu zmiennego” przypomina pełen przesterów i dziwadeł pokroju echa “Gott mit Lizus” oraz psychodeliczno-jazzowa “Liczba mnoga”. Do Jazzombie nawiązuje “Polak, Rusek i Niemiec”, zakręcony oraz postrzelony, gdzie saksofon może się wyszaleć, a pod koniec klawisze brzmią niczym z 8-bitowej gry. Niepokojący jest początek “Snu a’la Tren”, jakbyśmy trafili do dżungli czy pola bitwy (rozmowy przez walkie-talkie, theremin w tle), by coraz bardziej wejść w stronę reggae (ten flet w refrenie), a orientalne “Baśnie z tysiąca i jednej nocki” miażdżą nawijką Spiętego.

Lao Che potwierdza swoją nieobliczalność w tworzeniu muzyki, gdzie dalej kleją rzeczy pozornie niepasujące do siebie: od rocka, rapu przez pop aż po bardziej dancingowe klimaty (“Spółdzielnia”). Spięty w tekstach też niby nie zaskakuje, bo bawi się słowami, wieloznacznościami opowiadając o życiu, imigrantach, polskości, religii itp. A dźwiękowo jest tyle detali, ale nie ma poczucia przesytu muzyki. Jaką poznajemy wiedzę o społeczeństwie po tej płycie? Sami odkryjcie, jednak muszę ostrzec, że za pierwszym razem możecie nie załapać o co chodzi w tekstach. Dlatego warto podjąć wysiłek kolejnego, kolejnego I kolejnego odsłuchu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Barbara Wrońska – Dom z ognia

86l93yo55bgo

Dla fanów polskiej muzyki alternatywnej Barbara Wrońska jest (od lat) filarem formacji Pustki oraz siostrzanego duetu Ballady i Romanse. Jednak tym razem wokalistka oraz autorka tekstów postanowiła skoczyć na głęboką wodę i zdecydowała się wydać solowy album. To pozornie łatwe zadanie (przynajmniej marketingowo) zadanie, bo fani na pewno pójdą nabyć.

A co dostajemy? To nie są Pustki, ani Ballady i Romanse. Można odnieść wrażenie, że Wrońska skupiła się na retro brzmieniu, chociaż otwierająca całość “Rozmowa” oparta jest na elektronicznych pasażach, przerobionych głosach, odgłos puszczonej płyty gramofonowej, jakaś męska wokaliza. W połączeniu z enigmatycznym tekstem oraz odbijającym się niczym echo wokalem budzi wręcz surrealistyczne odczucia. Oszczędniejszy jest singlowy “Nie czekaj” jakby żywcem wzięty z lat 60. z cudną elektroniką oraz perkusjonaliami, pełen drobnych detali, dających masę frajdę, by wielokrotnie powtarzać ten kawałek, kończący się instrumentalnym, pełnym melancholii outrem. Po tej rytmicznej jeździe spokój daje “Koniec lata”, gdzie dominuje wolno grający fortepian oraz perkusyjne popisy, by potem oczarować elektroniką z niemal lat 80. w “Nieustraszonych”, któremu bliżej do siostrzanego duetu z bardzo czarującym refrenem. “Abstrakcją” spokojnie mogłaby się znaleźć na ostatniej płycie Julii Marcell (refren), tylko bardziej podrasowana z mocno odjechaną końcówką. Podobnie dziwaczny, chociaż bardziej melodyjny jest utwór tytułowy, pełen mroku oraz przewijających się wokaliz w tle oraz gitary. Skoczna “Prosta droga” czaruje spokojem, skocznością, odgłosami dzieci – bardzo pozytywny i energetyczny. Jedynym niepasującym do tego składu jest anglojęzyczny “Depression” z dziwacznie “przemielonym” męskim głosem. Nawet smutny “Odnajdź mnie” potrafił mnie poruszyć tymi swoimi organowymi solówkami.

Wrońska swoim wokalem przypomina to, co robi w Pustkach, pokazując swoją różnorodność: od delikatności I spokoju po bardziej ekspresyjne momenty, bez popadania w przesadę. Ale prawdziwą perła są tutaj teksty – wieloznaczne, osobiste, opisujące trudne relacje międzyludzkie. Wejście do tego domu może dla wielu skończyć się poparzeniem, lecz takiego doświadczenia trudno zapomnieć. Dopieszczone, dopięte, intrygujące – najbardziej melodyjny album w dorobku pani Wrońskiej.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mikromusic – Tak mi się nie chce

tak-mi-sie-nie-chce-b-iext51452320

To jeden z bardziej wyrazistych głosów polskiej sceny alternatywnej. Kierowana przez duet Dawid Korbaczewski/Natalia Grosiak formacja Mikromusic tym razem zbierała pieniądze na realizację swojej płyty, dzięki crowfundingowi, a całość wydali własnym sumptem. Pod tym względem troszkę ironiczny wydaje się tytuł “Tak mi się nie chcę”. Naprawdę im się nie chciało nagrywać czy może jest to zbytnia kokieteria?

Na pewno nie zmienił się mocno styl zespołu, chociaż otwierający całość “Synu” ma troszkę więcej elektroniki niż zazwyczaj, ale pozostaje poruszającym, troszkę melancholijnym (gitara) utworem. Pozornie spokojny wydaje się “Leć uciekaj”, pełen nakładających się gitar oraz szybkiej gry perkusji, stając się coraz bardziej taneczny aż do wejścia metalicznego basu oraz wyciszenia całego zespołu. Podobnie rytmiczny jest tytułowy walczyk, który pod koniec wręcz wybucha. “Koniec zimy” wydaje się dość chłodny oraz zanurzony w popie z lat 80., dając prawdziwego energetycznego kopa pod koniec (mocne riffy), wracając do bardziej spokojnych dźwięków w “Na krzywy ryj”, gdzie przewodzą trąbka oraz flet. Oniryczność pełna elektronika wraca w bardzo lekkim “Tak tęsknię”, gdzie pod koniec zespół przyspiesza i słyszymy tylko eteryczne wokalizy, by wejść do minimalistycznej “Syreny (pieśń żeglarza)” wodzącej za nos bluesową gitarą, by na koniec ubarwić mandolin. “O kolorach” tez ma w sobie dawkę wręcz psychodeliczną, tak jak rytmiczna “Pieśń Panny IV” z pięknym solo na fortepian oraz wręcz akustyczna “Mgła nad stawem”.

A najważniejszą osobą w grupie pozostaje Natalia Grosiak, która swoim niemal eterycznym, magnetyzującym głosem potrafi uwieść oraz zaczarować. O czym zaś śpiewa? O miłości, samotności, rodzicielstwie (“Synu”), czasem w bardzo błyskotliwy sposób (“Syrena”, “Tak mi się nie chce”), pełen poetyckich fraz, prowokując ciągle do myślenia. I mam wielką nadzieję, ze dalej im się tak nie będzie chcieć jak na tej płycie.

8/10

Radosław Ostrowski

Steve Nash & Turntable Orchestra – Out of Fade

out-of-fade-b-iext48875983

Czy jest dzisiaj możliwe tworzenie czegoś nowego, świeżego oraz kreatywnego? Jak się okazuje, Steve Nash ma taki pomysł. Jego Turntable Orkiestra to połączenie klasycznej orkiestry z elektroniką grana na… gramofonach oraz żywych instrumentach. Tego muzyka wspiera 7 DJ-ów oraz kameralna orkiestra. Z tego pomieszania powstał debiutancki album „Out of Fade”.

Zaczyna się delikatnym „Mazurkiem” z drobnymi plumkaniami smyczków, wejścia skrzypiec oraz fortepianu. Najbardziej zaskakuje to, ze słychać gdzie został użyty gramofon, a sklejenie tego z bitami robi porażające wrażenie, jeszcze bardziej podkręcając rytm tego wariackiego eksperymentu. Delikatne instrumenty w połączeniu z bardziej żywiołowym i współczesnym podkładem musiało wystrzelić, mimo śladowego udziału gości wokalnych jak Bisz, Joe Kickass i O.S.T.R. Podniosły, chociaż jednocześnie płynny „America”, bardzo rozbudowany aranżacyjnie „Epic”, który brzmi… epicko (a jakże by inaczej!), przepięknie wygrywający fortepian zmieszany z klasycznym bitem („Karimuticz” z kapitalnymi skreczami) oraz solem skrzypiec na końcu, bardzo mroczne „Źródło”, gdzie zapętlony fortepian budzi niepokój, przyspieszający walc miesza się z jazzem („Celebration”), mieszamy sample, strzały, smyczki, perkusyjne popisy, skrecze („Fuga”), do tego jeszcze przemielone głosy (ciepły „Summertime”). Muzyka jest tak bogata aranżacyjnie, że żadne słowa nie są w stanie tego opisać, a Nash potwierdza niesamowity zmysł aranżacyjno-muzyczny.

„Out of Fade” po prostu się wciąga niczym najlepszy towar u dilera, gdzie dochodzi do dość nieoczywistych połączeń. Jeszcze nie słyszałem, by ktoś spoza środowiska hip-hopowego wykorzystywał gramofony jako instrument. Absolutnie warto sięgnąć po tą nieoczywistą muzykę, działającą niemal na wszystkie zmysły.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Alvvays – Antisocialites

Antisocialites_-_Alvvays_%28Band%29_Album_Cover

Kanada coraz bardziej przebija się do muzycznej świadomości wielu słuchaczy. Z młodego pokolenia muzyków do tego grona rozpoznawalnych kapel próbuje się przebić zespół Alvvays. Cztery lata temu wydali swój debiutancki album nazwany po prostu “Alvvays”. Po trzech zdecydowali się przypomnieć o sobie I grupa z czarującą wokalistką Kerri MacLellan wskoczyła z nowym materiałem.

“Antisocialites” tym razem wyprodukował gitarzysta formacji Alex O’Hanley, a wszystko nadal idzie w stronę indie popu. Dużo jest tutaj inspiracji popem lat 80., pełnym elektronicznego pasażu (otwierające całość rozmarzone “In Undertow” z lekko punkową gitarą w tle) i ten kierunek utrzymany jest aż do samego końca. Czasem tempo się uspokaja jak w przeplatanym nakładającym się wokalem “Dreams Tonite”, czasem przyspiesza jak w pełnym gitar, nie pozbawionym liryzmu punkowym “Plimsoll Punks”, a nawet galopuje jak w “brudnym” i dynamicznym “Your Type”, chropowatym “Hey” czy rozpędzonym “Lollipop (Ode to Jim)”. Jednak te drobne zmiany podtrzymują lekko romantyczny, wręcz oniryczny klimat tak jak mieszający gitary z klawiszami a’la Air “Not My Baby” czy z dziwacznie przesterowanymi riffami “Already Gone”.

I do tego wszystkiego bardzo delikatny, wręcz dziewczęcy głos MacLellan odnajdujący się w tym całym pokręconym brzmieniu między popem, elektroniką a punkiem. Wszystko to jest w odpowiednio wyważonych proporcjach i troszkę szkoda, że jest tylko 10 piosenek. Aż chciałoby się dłużej pobyć z Alvvays, bo tak lekkiego, bezpretensjonalnego grania, pełnego energii nigdy dość.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Charlotte Gainsbourg – Rest

Rest_%28Charlotte_Gainsbourg%29

Tą francuską aktorkę znam głównie z powodu… muzyki oraz wydanej 6 lat temu płyty “Stage Whisper”. Charlotte  miała pisane życie artystyczne, skoro była córką wokalisty Serge’a Gainsbourga oraz aktorki Jane Birkin. Długo trzeba było czekać na nowy, piąty album. Ale chyba było warto, choć prowokacyjny tytuł “Rest” może sugerować coś innego.

Tym razem za produkcję odpowiada niejaki SebastiAn – francuski muzyk i DJ, specjalizujący się w muzyce elektronicznej, współpracujący m.in. z Daft Punk, Kavinsky czy Woodkidem. I rzeczywiście obecność elektroniki, czerpiącej z dokonań nowofalowych twórców, mocno się odczuwa. Początek to niemal oniryczny “Ring-A-Ring O’Roses”, gdzie syntezator imituje przestrzennie grający klawesyn, w tle monotonnie uderza perkusja, co której potem dołączają smyczki. Francuskie zwrotki oraz angielski refren – niczym ogień i woda, ale to się nie gryzie, dając prawdziwy odlot w stylu Air. Dochodzi czasem do rozpędzenia tego wozu (mroczne, ale pełne ozdobników “Lying with You”), polania dziwacznymi eksperymentami w postaci obijającego się niczym echo dźwięku fortepianu na początku “Kate”, gdzie jest zgrany duet fortepian-smyczki czy pełnym nerwowego, elektronicznego tła oraz funkowego basu “Deadly Valentine”. Nawet klawesyn będzie się wydawał mocno surrealistyczny, pełniąc role wspierającą dla cymbałków w “I’m a Lie”, ale to ciekawie się zgrywa. Potem wchodzi tytułowy, bardzo rozmarzony utwór współtworzony przez Guy-Manuela de Homen-Christo, czyli jednej drugiej Daft Punk, a zaraz potem wskakuje taneczna “Sylvia Says” oraz wsparty przez samego Paula McCartneya (muzyka, słowa, perkusja, fortepian – wokalu nie stwierdzono) dziwacznie postrzelony “Songbird in a Cage” oraz mieszający nerwową gitarę elektryczną z akustyczną “Dans vos airs” czy pełnym mocnego bitu “Les Crocodiles” oraz epickiego dyskotekowego łamańca w postaci „Les oxalis”.

Muzycznie więc jest bogato, ze skrętem w kierunku brzmień z lat 70. oraz 80. Gainsbourg nie jest może jakąś technicznie uzdolnioną wokalistką, bardziej szepcząc czy melorecytując, ale ma w sobie coś takiego, że trudno oderwać uszy. Moze to zasługa języka francuskiego, delikatnego frazowania czy spokoju w głosie – nie wiem, ale ja chcę więcej. Mam nadzieję, że po “Rest” artystka nie zrobi sobie długiej przerwy. Bo jest na co czekać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

LemON – Tu

tu-w-iext48384938

Polsko-łemkowsko-ukraińska mieszanka zwana LemON pod wodzą Igora Herbuta kojarzona jest dzięki programowi Must Be The Music. Od tej pory doszło do kilku roszad w zespole, wyszły trzy płyty (w tym jedna świąteczna) dające ogromny potencjał komercyjny. Jednak wiosną tego roku pojawił się czwarty album “Tu”. A efekt okazał się zaskakujący do wszystkich. Dlaczego?

Już sam początek, czyli tytułowy utwór to zapętlony (długi) walczyk na fortepiano oraz bardzo minimalistyczną perkusję, do której dołączają kolejne instrumenty, wprawiając w niemal oniryczny charakter. Wtedy nagle utwór się urywa, jest ciza, by wróciła sama melodia, cudnie zagrana. A im dalej w las, tym coraz większa jest obecność gitar. Skoczna, lekko reggae’owa w tempie “Myśl” przypomina klimatem wczesnego Lecha Janerkę, coraz mocniej uderzając w refrenie, by na końcu wejść z klawiszami. Mroczna “Sowa” mogłaby spokojnie znaleźć się w filmie Davida Lyncha, a niepokój zbudowany jest na zasadzie kontrastu: bardzo spokojna zwrotka (fortepian, perkusja oraz dźwięki tła) I agresywny, rockowy refren. O tej porze roku brzmi to nocą wręcz przerażająco. Chwilę oddechu daje akustyczna “Kalka” z przestrzenną gitarą, tworząc delikatną perełkę, by troszkę zahaczyć w stylu wczesnego Coldplaya w “Tak nie nie”, by pod koniec zaatakować cięższym riffem. Podobnie hardrockowy wręcz jest “Papier” (refreny są tu mocne i ostre) oraz łagodniejszy, wręcz bluesowy “Akapit”. Znacznie mroczniej (i dłużej) jest w przypadku “Ostatniego walca”, bardzo spokojnie się rozkręcającego z mocno przesterowaną gitarą, serwującą prawdziwy ogień w środku, by się wyciszyć na końcu. To na pewno LemON, a nie jakaś progresywna kapela? Podobnie mocno kończy się “Pollock”, a “Full Moon” to najbardziej rockowe oblicze grupy, pełne niepokoju oraz

Igor Herbut próbuje pokazać różne oblicza swojego głosu: od delikatnych wejść, wręcz szeptów po prawdziwe wrzaski (co prawda nie takie jak w heavy metalowych kapelach, ale jednak), zaś reszta grupy pokazuje troszkę inne oblicze. Problemem jednak pozostają teksty, które nie ocierają się o banał czy kicz, ale bywają czasem zagłuszone przez muzykę lub niezrozumiałe. Niemniej jest to dość zaskakujące zderzenie dla fanów grupy. LemON próbuje rozwijać się, chociaż niektóre kompozycje bardziej zahaczają o wręcz progresywne dźwięki (najdłuższe “Tu” i “Ostatni walc”). Kto wie, co jeszcze z tego wyjdzie?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Różni wykonawcy – nowOsiecka

nowosiecka-b-iext49353366

Agnieszka Osiecka zawsze była inspiracją i źródłem, z którego dorobku wielu artystów czerpało, czerpie i będzie czerpać dalej. Dowodem na to jest wydawnictwo „nowOsiecka”, w którym wykonawcy szeroko pojętej muzyki alternatywnej postanowili zmierzyć się z jej wieloma niezapomnianymi tekstami. Po raz pierwszy te utwory wybrzmiały podczas koncertu poświęconego twórczości Osieckiej w katowickim NOSPR w listopadzie 2016 roku.

I rzeczywiście skład wykonawców jest imponujący: Natalia Grosiak (Mikromusic), Misia Furtak, Brodka, The Dumplings, Krzysztof Zalewski, Łona i Webber. To nie wszyscy, ale już to robi wielkie wrażenie. Zaczyna pani Grosiak wspierana przez melancholijne smyczki, ze swoim bardzo charakterystycznym głosem chwyta za serce w „W dziką jabłoń Cię zaklęłam”. Po minucie utworu nagle wchodzi perkusja oraz gitara elektryczna, smyki zaczynają plumkać, zmienia się tempo, by pod koniec wszystko wraca do normy. Mroczniej, co jest spowodowane dźwiękami organów i ostrych dźwięków perkusyjno-gitarowo-dęty, jest w „Kto tam u Ciebie jest?”, wykonywanym przez Brodkę. Wokalistka dźwiga ten utwór, pozornie beznamiętnym głosem, chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Nosowska wypadła lepiej w tym utworze. Czesław Śpiewa podszedł ambitnie i połączył pięć krótkich opowieści w jedną ośmiominutową kompilację, mieszającą akordeonowe popisy z elektroniką, perkusją oraz swoim zaśpiewem, ciągle zmieniając klimat, tempo i rytm. Psychodelia gwarantowana (jedyny utwór w wersji koncertowej). Niespodzianką był dla mnie przygnębiający, polany smyczkami, trąbką i elektroniczną perkusją „Ja nie chcę spać” w wykonaniu… Piotra Roguckiego.

Bardziej tanecznie próbuje zagrać Misia Furtak, podparta przez bas i perkusję w „Zabaw się w mój świat”, jednak nadal zachowana zostaje melancholijna aura, co jest też spowodowane barwą głosu Misii. I wtedy pojawia się drugi (po Mozilu) strzał w postaci onirycznego „Ach nie mnie jednej”, pachnącego elektroniką lat 80. od The Dumplings (Justyna Święs czaruje swoim delikatnym, ale niepozbawionej dużego ładunku emocjonalnego – posłuchajcie refrenu), idealnie pasując do słodko-gorzkiego spojrzenia na miłość. Ale kiedy kończy się utwór, pojawia się rozczarowanie w postaci „Chwalmy Pana”, czyli psychodeliczno-jazzowa aranżacja wiernie (nawet za bardzo) trzymająca się oryginału. Nawet głos Krzysztofa Zalewskiego wydaje się troszkę zachowawczy. Szaleństwo wraca z raperem LUC-iem, który tym razem próbuje śpiewać i rapować (na szczęście, nie jednocześnie). „Rajski deser” brzmi wyjątkowo apetycznie, mieszając bity ze smyczkami (pod koniec), co fanów rapera raczej nie zaskoczy. Bardziej elegancko, bo z fortepianem wchodzi Mela Koteluk w ładnej wersji „W naszym domu nie ma drzwi”, a zaskoczeniem jest tutaj wejście… thereminu. Niby drobiazg, a zmienia wszystko. Podobnie jak gitarowa wersja „Urody”, dodająca odrobiny mroku. Riffami czaruje Raphael Rogiński, a głosem – Natalia Przybysz, co też jest mocnym strzałem, dodając odrobinę lekkości.

Co mamy pod koniec wędrówki? Instrumentalny, funkowo-jazzową wersję „Wymyśliłem Ciebie” od Przemek Borowiecki nO Band (też dość wierny oryginałowi, choć ma klasę), oparty na klasycznych Hammondach „Karnawał raz w życiu” w big-beatowej wersji od Joanny Ewy Zawłockiej, która całkiem nieźle się bawi. Jednak końcówka to zdecydowanie popis Łony, dokonującego własnej wersji „Na zakręcie”, traktując oryginał jako punkt wyjścia do własnego tekstu. Profanacja? Absolutnie nie, gdyż raper sprytnie ogrywa tekst (zachowany zostaje refren), a w połączeniu z minimalistycznymi bitami Webbera „Ostatnia prosta” jest najlepszym kawałkiem na płycie. A o „Polonezie” DJ-a Feel-xa oraz Gutka wolę się nie wypowiadać.

Jak odebrać tą kompilację? Nie brakuje ambicji i kilku pomysłów na spore dzieło, ale brakowało większego naznaczenia utworów swoim piętnem. I nie chodzi tylko o glos czy sposób ekspresji, lecz własny styl tak jak zrobili The Dumplings, Natalia Przybysz z Rogińskim czy Czesław Śpiewa. Troszkę mi tego zabrakło, chociaż nie mogę odmówić pozostałym wykonawców podjęcia wyzwania i wyjścia z tego obronną ręką.

7/10

Radosław Ostrowski

London Grammar – Truth Is a Beautiful Thing

London_Grammar_-_Truth_Is_a_Beautiful_Thing

Brytyjskie trio London Grammar od początku swojej ścieżki było porównywane do innego słynnego tria – The xx. Z kolei eteryczny I czarujący wokal Hannah Reid budził skojarzenia z Florence Welsh oraz Jessie Ware. Czy drugi album zmieni tą optykę czy skojarzenia te staną się nieodłącznym elementem ścieżki zespołu z Nottingham?

Przy produkcji “Truth Is a Beautiful Thing” (podoba mi się ten tytuł) zespół wsparł sztab doświadczonych producentów pod wodzą Paula Epfortha (Adele, Florence + The Machine, Coldplay czy Lianne La Havas) oraz Grega Kurstina (Beck, Sia, Lily Allen, the Shins). Podstawą znowu jest przestrzenna elektronika zmieszana z fortepianem, gitarą oraz wokalem Reid. Początek to spokojne I troszkę nudnawe “Rooting for You”, które trzyma na swoich barkach Reid. Znacznie żywsze oraz bardziej przestrzenne “Big Picture” (co jest sporą zasługą perkusji), pełne pulsującego tła “Wild Eyed” czy okraszone chropowatą gitarą “Oh Woman Oh Men” (w refrenie nakładają się głosy) bardziej przyciągają uwagę. Nawet powoli rozkręcające się “Hell to the Liars” z prześlicznymi smyczkami na końcu potrafi oczarować.

Pojawiają się pewne drobne modyfikacje jak obecność przestrojonej gitary akustycznej i werblowej perkusji (“Everyone Else”), zapętlone i “kosmiczne” klawisze (pochodzący jakby z innej dekady “Non Believer” – troszkę szkoda, ze jest mało takich utworów), wplecione niczym echo wokalizy (“Bones of Ribbon”) czy “roztańczony” duet gitara-fortepian w “Leave The War with Me”.

Nadal czaruje wokal pani Reid, który bywa czasami bardzo niski, wręcz “gruby”, by zaraz wznieść się na wyższe, niemal sakralne tony. Fani zespołu powinni się wyposażyć w wersję deluxe z dodatkowymi kawałkami. I nie są tylko zapychacze (może poza dwoma wersjami demo). Jest niemal instrumentalny “What a Day”, nagrany w studio Maida Vale (należy do BBC) cover “Bitter Sweet Symphony” The Verve oraz niemal organowy “Control”. I ten materiał podnosi ocenę całości z przyzwoitej (gdyż mimo spójności klimatu bywa dość monotonnie) na dobrą.

7/10

Radosław Ostrowski

Arcade Fire – Everything Now

Everything-Now

Kanadyjczycy jak zawsze kazali na siebie poczekać kilka lat (dokładnie cztery) i jak zawsze wywrócili cała muzykę do góry nogami. Tym razem wiele zmieniło się w warstwie producenckiej, gdzie poza zespołem swoje dorzucili m.in. Thomas Bangalter (Daft Punk) oraz basista Pulp Steve Mackey. Już to powinno mówić, że prawdopodobnie będzie tanecznie.

Otwierające całość krótkie intro w postaci „Everything Now (Continued)” (melodia ta też zamyka całość, pełna pulsującej perkusji oraz dziwacznego, przerobionego tła) oraz tytułowy utwór dają energetycznego kopa. Dostajemy mieszankę disco ze smyczkami, fortepianem, gitarą akustyczną, chwytliwym basem oraz… fletami. Nie brakuje także klaskania  jak w zaczynającym się syrenami policyjnymi „Signs of Life” z zapętlonymi smyczkami oraz saksofonem. Piosenka swoim rytmem oraz tempem przypomina „Reflektor”, tylko bardziej podrasowany i pędzący bez hamulców. Jednak już „Creature Comfort” opiera się na szybkich, 8-bitowych syntezatorach polanych ambientowym sosem. Nadal jest tanecznie, ale i bardziej mrocznie (wręcz zakrzyczany, „mechaniczny” refren), ale konsternację wywołuje niby-reagge’owy (przemielona trąbka z dziwaczną perkusją) „Peter Pan” oraz jeszcze bardziej dziwaczne „Chemistry” z wybijającymi się saksofonami oraz agresywniejszą gitarą.

To początek dźwiękowego chaosu, jaki będzie nam towarzyszył. Punkowe, choć krótkie „Infinite Content” i wyciszone, niczym z lat 60. „Infinite_Content” (to jeden i ten sam utwór), pełen elektropopu imitującego „azjatyckość” „Electric Blue” opartym na piskliwym głosie Reginy Chassagne czy oszczędny, gitarowy „Damm God Man” wprawiły mnie w poczucie zagubienia. Wszystko jednak wróciło na właściwe tory, dzięki „Put Your Money on Me” oraz bardzo rozmarzony „We Don’t Deserve Love”.

Grupa jak zawsze zmieniła styl, coraz bardziej zaskakując. Tym razem miałem poczucie przesytu i zagubienia, a zarówno zgrabne wokale Butlera i Chassagne w połączeniu z niegłupimi tekstami nie były w stanie całkowicie usunąć tego wrażenia. „Everything Now” jest zaledwie przyzwoitym dziełem, które nie przebiło „Reflektora”, chociaż szło tym samym kierunkiem.

6,5/10

Radosław Ostrowski