Warszawianka – seria 1

„Warszawianka” – polska pieśń patriotyczna napisana w 1831 roku podczas powstania listopadowego. Jej autorami są: francuski poeta Casimir Delavigne, tłumacz Karol Sienkiewicz oraz kompozytor Karol Kurpiński. Tak samo nazwana została sztuka Stanisława Wyspiańskiego dotycząca wokół jednej z ważnych bitew powstania listopadowego. Jest też jeszcze powieść napisana przez… no właśnie, autora nie ujawniono. Jednak o nim właśnie opowiada pierwsza polska produkcja SkyShowtime.

warszawianka1

Bohaterem serialu jest Franciszek Czułkowski zwany „Czułym” (Borys Szyc) – 40-letni pisarz, co pisał swoje dzieła anonimowo. Jednak z pisaniem już skończył, jest po rozwodzie i stara się być ojcem dla swojej 11-letniej Niny (debiutująca Milena Goździela). Jednocześnie nasz pisarz mierzy się z masą różnych problemów: niedochodową restauracją, przelotnymi miłostkami, trwałymi przyjaźniami oraz ciągłym brakiem stałej kasy. Szukanie pracy, spłacanie długów, chodzenie po pomoc do ojca – sławnego i dzianego malarza (Jerzy Skolimowski), by zostać przez niego opierdolonym jak bura suka. A wszystko w szarej, burej i brudnej Warszawie – mieście między Pruszkowem a Wołominem.

warszawianka2

Za serial odpowiadają reżyser Jacek Borcuch i scenarzysta/pisarz Jakub Żulczyk, a wszystko inspirowane jest książką Piotra Fiedlera „Czułość”. Trudno tutaj mówić o fabule, to bardziej impresja z życia w Warszawie, głównie nocą. Imprezy, spotkania zakrapiane alkoholem, narkotykami i seksem, podlane jest offową narracją samego Czułego, będącego mieszanką wiwisekcji, strumieniem świadomości oraz pewnych obserwacji. Gdzieś to leży między błyskotliwością a bełkotem, z paroma złotymi myślami do zapamiętania. Im dalej jednak w las, tym bardziej widzimy połamanego człowieka, które życie to jeden wielki bajzel w szponach nałogu. Czego na pierwszy rzut oka nawet nie zauważamy, bo ta narracja i scenki wodzą za nos. Jeśli kojarzy wam się to z „Californication” czy „BoJackiem Horsemanem”, jest to właściwy adres. Zaś z kolejnymi odcinkami widzimy kolejne próby zarówno znalezienia pieniędzy, naprawy relacji ze swoją rodziną (byłą żoną i córką), ale też spięciami między „Czułym” a bardzo szorstkim ojcem (świetny Jerzy Skolimowski). Kiedy jeszcze wkracza matka (mocna Krystyna Janda), intensywność strzela w orbitę. A wszystko zmierza ku bardzo otwartemu zakończeniu.

warszawianka3

Wszystko zrobione świetnie technicznie: od dynamicznego montażu (scena urodzin Czułego czy dyskotekową przebitka tańca z Gryzeldą), masę długich ujęć aż po świetnie dobraną muzykę (m. in. Tom Waits, David Bowie, Miles Davis, Joy Division, Pet Shop Boys, Zamilska). Jest też nawet oszałamiające slow-motion czy sceny mocno idące w senną estetykę, a nawet użyte niezłe efekty specjalne (scena w agencji reklamowej). Tutaj nie ma się do czego przyczepić.

warszawianka4

Tak jak świetnej obsady z masą rozpoznawalnych twarzy, nawet w drobnych rólkach: od Modesta Rucińskiego (szef agencji reklamowej) przez Tomka Włosoka i Ignacego Lissa (barmani) aż po Zofię Wichłacz (influencerka Zośka). Solidnie prezentują się wcześniej wspomniani Skolimowski i Janda, do tego zaskakuje Piotr Polak w roli Sanczo, pozornie przyjaciela Czułego, jednak pod koniec pokazuje mniej przyjazne oblicze. Świetnie prezentuje się Maja Pankiewicz (choć w czarnych włosach wygląda dziwnie) jako Elka – zaradna, twarda i silna kobieta, będąca wsparciem naszego bohatera czy bardzo naturalna Milena Goździela. Ale „Warszawianka” przypomina jak fenomenalnym aktorem jest Borys Szyc. Jego „Czuły” to pełna sprzeczności bestia – niedojrzały człowiek z sukcesami, które roztrwonił, a jednocześnie bardzo uważny obserwator. Potrafi poruszyć, wkurzyć, zaintrygować, rozbawić czy wstrząsnąć – czasem jednocześnie, zawsze pozostaje spójną postacią, bez popadania w śmieszność. Bardzo złożona, ciekawa postać, za którą warto podążać.

warszawianka5

„Warszawianka” mocno spolaryzowała widzów oraz krytykę. Choć początek może być zniechęcający, dajcie temu serialowi szansę. Wtedy nabierze mocniejszych barw oraz emocji, które będą was trzymać do ostatniej sceny.

7/10

Radosław Ostrowski

W dół kolorowym wzgórzem

Przemysław Wojcieszek to dość osobliwy twórca, choć od lat nie nakręcił żadnego filmu. Absolwent polonistyki zaczynał od napisania scenariusza do „Poniedziałku” Witolda Adamka, lecz następne scenariusze realizował sam. Czuć jeszcze było amatorską rękę, to jednak było w nich coś, co nie pozwalało odwrócić oczu. Nie inaczej jest w przypadku trzeciego filmu.

Bohaterem „W dół kolorowym wzgórzem” jest Rysiek (Dariusz Majchrzak) – młody chłopak, który właśnie wyszedł z więzienia. Był dwa lata za włam i wraca w swoje rodzinne strony, gdzie czeka na niego dziewczyna Agata (Aleksandra Popławska), brat Jarek (Rafał Maćkowiak) oraz gospodarstwo. Na miejscu okazuje się, że zmarły ojciec przepisał ziemię na Jarek, Agata hajtnęła się z Jarkiem, zaś gospodarstwo idzie na sprzedaż. Czyli nie jest zbyt kolorowo, ale Rysiu nie zamierza odpuścić. Tylko, czy może on cokolwiek zmienić?

W trakcie seansu rzucają się dwie rzeczy. Po pierwsze, film jest nakręcony na cyfrowej kamerze, co ma dać taki dokumentalny posmak. Po drugie, kamera mocno jest skupiona na zbliżeniach, detalach, gdzie krajobraz praktycznie nie istnieje. O miejscami bardzo słabo słyszalnych dialogach nie wspominam, ale to jest jedna z przypadłości naszego kina po 1989 roku (przed tą datą też). Ale sam film o czym jest? Jak wiele z młodymi ludźmi: o szukaniu swojego miejsca na ziemi, mimo niesprzyjających okoliczności. Czy zostać w miejscu, gdzie sama determinacja i wolna wola mogą nie wystarczyć na odmianę losu, czy może zostawić to wszystko i zacząć od nowa w wielkim mieście. Czy w ogóle można cokolwiek zrobić, skoro już wszystko zostało dawno ustalone?

Jest jeszcze sprawa związana z Agatą – jej zachowanie dla Ryśka jest niezrozumiałe i bohater próbuje odkryć jej tajemnicę. Dlaczego ożeniła się z jego bratem? Czemu go zostawiła w więzieniu? Tajemnicę jej reżyser bardzo powoli odkrywa, podrzucając zasłyszane informacje i w finale tworzy pełny obraz. Choć można odnieść wrażenie, że ta bohaterka jest jakaś niezdecydowana oraz motywacja jest niejasna, poznajemy kolejne warstwy tej postaci. Popławska potrafi być irytująca (kłótnia z rodzicami w jej wykonaniu zabrzmiała SŁABO), jednak ma w sobie coś pociągającego. Wyłania się z niej obraz zdesperowanej, szorstkiej i stąpającej twardo po ziemi osobie, ale jednocześnie wyrachowanej manipulantki.

No i czwarty wierzchołek tego kwadratu – lokalny gangster Tadek (zjawiskowy debiut kinowy Przemysława Bluszcza), dla którego gangu pracował Rysiek. To bardzo dziwna mieszanka męska jest: z jednej strony potrafi być bardzo do rany przyłóż. Bardziej sympatycznej twarzy nie zobaczycie, a w rozmowach z Rysiem bywa wręcz brutalnie szczery. Ale nie boi się nagle eksplodować i spuścić łomot. Bluszcz jest zdecydowanie najjaśniejszym punktem całej obsady, szczególnie w finale zawłaszczając cały ekran.

Niemniej „W dół kolorowym wzgórzem” ma parę poważnych wad. Technicznie szału nie ma, choć jest kilka pomysłowych ujęć jak konfrontacja braci w stodole pokazana z góry. Miejscami dialogi brzmią dość, hmm, literacko i teatralnie, przez co uszy mogą zaboleć. No i jeszcze dość monotonna muzyka grająca w tle. Z drugiej jednak strony czuć wiele serca i szczerości w tym portrecie życia na prowincji. Bez upiększeń, ale jednocześnie bez popadania w pesymizm, co jest rzadkim osiągnięciem.

7/10

Radosław Ostrowski

Wszystko, co kocham

Czy w kraju naznaczonym tragediami oraz martyrologią tak wielką, że wszelkie słowa wydają się zbyteczne można nakręcić film o dawnych czasach bez popadania w przeszłość, bez wielkich słów czy tragedii? Co jakiś czas pojawiają się delikwenci podejmujący się tego wyzwania, jednak to bardzo rzadkie przypadki. Tak też było z pewnym niepozornym filmem z 2009 roku o młodych, wchodzących w życie dorosłe chłopakach.

Jest rok 1981, gdzieś koło Trójmiasta. Tam mieszka Janek, który z bratem oraz dwoma kumplami grają punk rocka. Kapela się zwie WCK (Wszystko, co kocham) i zdaje się, że chcą iść w tą stronę. Ojciec chłopaka służy w wojsku, a dokładnie w Marynarce Wojennej, co paru osobom może się nie podobać. Ale wkrótce życie chłopaka wywrócą dwie rzeczy. Pierwszą jest poznania dziewczyna Basia, której ojciec jest opozycjonistą. I co może coś z tego będzie. Ale kończy się lato, zaczyna zima, a wraz z nią przychodzi stan wojenny.

Jak widać, jest tutaj wszystko, co powinno się znaleźć w kinie inicjacyjnym czy opowieści o dojrzewaniu. Nawet o dojrzewaniu w czasach, kiedy Historia bez zgody, bez pytania i pozwolenia wchodzi z butami, destabilizując spokojne życie. Ale jeśli spodziewacie się widoku pałujących milicjantów, rzucających bluzgami na prawo i lewo czy ordynarnych wojskowych, działających za pomocą terroru oraz zastraszania, lepiej sobie ten film odpuśćcie. Borcuch Historię osadza gdzieś w tle, na pierwszy plan wpuszczając postacie oraz zwykłe, codzienne życie. Z bardzo przyziemnymi problemami i zdarzeniami. Pierwsza miłość, bunt oraz niezrozumienie tego pojebanego świata, odcinającego skrzydła. Tak nagle, niespodziewanie. Jak w tym wszystkim żyć, marzyć, zakochiwać się? To jest trudne, a każda decyzja (jak koncert w szkole na maturze) może mieć konsekwencje tak poważne, że nie da się tego przewidzieć. Choć cały ten świat może wydawać się sielankowy czy wręcz w pastelowych barwach (przepiękne zdjęcia), a nawet czuć pewien nostalgiczny klimat potęgowany przez muzykę,  to gdzieś między słowami czuć pewne zagrożenie, niepokój. Przeplatane to jest drobiazgami jak wspólne palenie, podglądanie sąsiadki, wspólne próby czy wizyta u dziadków. Dla innych może być to dziwne, bo o takich wydarzeniach powinno się mówić tylko z wysokiego C.

I jest to rewelacyjnie zagrane, co dodaje tej młodzieńczej energii oraz świeżości. Odkryciem byli rewelacyjni jako kumple Mateusz Kościukiewicz (Janek) oraz Jakub Gierszał (Kazik), a chemia między nimi wydaje się naturalna jak powietrze, którym się oddycha. Do spółki z nimi jeszcze wchodzi cudowna Olga Frycz (Basia), której nie da się zapomnieć. I nie mówię tu tylko o scenie na plaży. Stara gwardia też robi radzi świetnie, ze szczególnym wskazaniem na Andrzeja Chyrę jako ojca. I to ta relacja nabiera silnej dynamiki, zmieniając się diametralnie oraz dodając wiele ciężaru.

Wracając po latach, zaczynam bardziej doceniać szczerość i bezpretensjonalność dzieła Borcucha. Owszem, jak niemal każde wspomnienie po latach, bywa troszkę ugrzecznione, ale nie unika tła historycznego. Tylko, ze pozostaje ono tłem dodającym smaczku dla tej poruszającej historii, dotykającej uniwersalnych tematów i robiąc to bez napinania się. A to już jest coś.

8/10

Radosław Ostrowski