28 lat później – część II: Świątynia kości

UWAGA!
Tekst zawiera spojlery dotyczące fabuły „28 lat później”.

Chyba nikt tak szybko nie spodziewał się kontynuacji do „28 lat później”, czyli historii o tym, że człowiek człowiekowi zombie. Wynika to z prostego faktu: obydwa filmy były kręcone równocześnie. Jest to o tyle imponujące, że „Świątynię kości” nakręciła Nia DeCosta, a nie Danny Boyle. Czy to się jakoś odbiło mocno na jakości?

Akcja dzieje się troszkę po wydarzeniach z poprzedniej części. Nasz nastoletni Spike (Alfie Williams) trafił do grupy złośliwie po seansie nazywano Power Rangers pod wodzą Jimmy’ego (Jack O’Connell). Ale tak naprawdę Palce są brutalnym gangiem i jego lider to nawiedzony satanista, wymagający bezwzględnego posłuszeństwa. Chłopak nie bardzo radzi sobie z zaadaptowaniem się do nowego otoczenia, ale szansa ucieczki w zasadzie nie istnieje. W tym samym czasie doktor Kelson (Ralph Fiennes) ciągle siedzi w swojej samotni z czaszek, budując dziwną więź z niejakim Samsonem – Alfą z długimi włosami oraz ogromną posturą. Więź to może za dużo, bo lekarz wali w niego strzałkami z morfiną. Zaczyna jednak zauważać pewne zmiany w zarażonym, co może doprowadzić do zwalczenia wirusa.

Już od pierwszy scen widać poważną zmianę w stylu oraz reżyserii. DaCosta nie bawi się w szalony montaż Boyle’a, jednak pozostaje bardzo intensywnym kinem. W zasadzie mamy dwie historie, które przez większość czasu dzieją się obok siebie. W końcu jednak musi dojść do zderzenia brutalnej siły fanatyzmu i religijnej manipulacji z racjonalizmem. Nasz Spike zostaje zepchnięty na dalszy plan, próbując znaleźć swój wzorzec i kogoś dającego bezpieczeństwo w tym „dzikim” świecie. Kogo wybierze? Odpowiedź raczej nie zaskoczy, o ile jakiś wybór będzie.

Nie oznacza to jednak, że „Świątynia kości” nie jest horrorem. Każde pojawienie się zarażonego wywołuje niepokój, choć dość szybko są eliminowani. Jednak największa groza pojawia się podczas sceny w domku na wsi, gdzie gang wpada do środka i… udziela „łaski” jego mieszkańcom. Wtedy jest krwawo (w opór i bez znieczulenia), wręcz makabrycznie, co prowadzi do oczywistej konfrontacji. Nieoczywiste jest tu rozwiązanie z niemal tanecznym popisem lekarza do rytmu Iron Maiden (kapitalnie zmontowana i nakręcona z furią) oraz zaskakującym cameo. Nic więcej nie zdradzę, bo jest tu parę niespodzianek. Jeszcze bardziej jest tu podbite skojarzenie między światem po wirusie do pandemii i Brexitu, z grupką zagubionych dzieciaków, pozbawionych jakiejkolwiek nadziei oraz ludzi próbujących przetrwać. Wydaje się, że powrotu do przeszłości nie będzie.

Technicznie jest inaczej niż w pierwszej części, ale to stonowanie naprawdę działa. Jest tu parę time lapse’ów (przyspieszenia czasu), kamery „przyklejonej” do sylwetki, świetnej muzyki z lat 80. oraz zadziwiająco sporo humoru. Wygląda to wizualnie bardzo dobrze, z pięknymi zdjęciami i momentami wyciszenia. A wszystko na barkach trzyma Ralph Fiennes oraz Jack O’Connell. Pierwszy to lekarz żyjący przeszłością, wyznający zasadę memento mori i pełen pokory. Ten drugi, przypominający z wyglądu Jimmy’ego Savile’a (brytyjskiego dziennikarza, DJ-a oraz – jak się okazało po śmierci – seryjnym pedofilem), z dużym krzyżem na piersiach jest nieobliczalny, szalony i bardzo sprytny. W każdej chwili może zaatakować, bez mrugnięcia okiem, modląc się do ojca (Starego Nicka).

„28 lat później: Świątynia kości” może nie rozwija świata przedstawionego, ale DaCosta jest o wiele bardziej skupiona formalnie i tematycznie. Z bardzo satysfakcjonującym finałem, wyrazistymi postaciami oraz konfrontacją światopoglądową, które prowokuje do myślenia. Wielu mówi, że to najlepsza część serii – sam nie widziałem poprzednich części, by rzucić taką tezę – lecz na pewno świetnie uzupełnia się z poprzednikiem.

8/10

Radosław Ostrowski

28 lat później

Niebo gwiaździste nade mną, a zombie we mnie
Człowiek człowiekowi zombie

Wydawałoby się, że przez serię „Walking Dead” rynek produkcji z zombie jest przesycony. Niemniej żywe trupy nie chcą umrzeć, co pokazały choćby takie filmy jak „World War Z” czy „Apokawixa”. Teraz jednak wracamy do świata zombie szybkich oraz wściekłych, które stworzył reżyser Danny Boyle i scenarzysta Alex Garland w 2002 roku dzięki „28 dni później” (o nich kiedyś opowiem).

Jak sam tytuł mówi, minęło 28 lat odkąd wirus agresji zamienił ludzi w „zarażonych” – wściekłe bestie, pozbawione człowieczeństwa. Cała Wielka Brytania została oddzielona od świata kwarantanną, otoczona wojskiem i w zasadzie cofająca się w rozwoju. Nie ma Internetu, telefonów komórkowych, telewizji, nawet broni palnej. Z takiego miejsca nawet Snake Plissken nie dałby rady uciec. Znajdujemy się w małym miasteczku, znajdującym się na wyspie, gdzie droga jest dostępna tylko podczas przypływu. Tutaj mieszka Spike (debiutujący Alfie Williams) – 12-letni chłopak, wychowywany przez bardzo surowego ojca Jamiego (Aaron Taylor-Johnson) i chorującą matką Islą (Jodie Comer). Spike razem z ojcem wyruszają na ląd, by przejść etap inicjacji, czyli zabić zarażonego. Przy okazji dociera do niego informacja, że gdzieś tam znajduje się pewien lekarz, dr Kelson (Ralph Fiennes), choć podobno jest szalony. Niemniej dzieciak decyduje się zabrać do niego matkę, wymykając się z miasteczka.

Boyle z Garlandem kreują świat opustoszały i wyglądający niczym po apokalipsie. Ogromne przestrzenie przyrody z niemal opustoszałymi pozostałościami po ludzkiej cywilizacji: wyniszczone domy, stacja benzynowa, wykolejony pociąg. A wszędzie tylko zwierzęta oraz zarażeni zombie: od bardzo grubych oraz powolnych niczym żółw aż po alfy. Te ostatnie są silniejsze, większe i… inteligentne? Skąd to się wzięło? Do tego chodzą kompletnie bez niczego (sama skóra, kości oraz organy rozrodcze), a nawet mogą się… zapładniać? Skąd to się wzięło i jak? Po drodze jeszcze nawiną się żołnierze z rozbitego statku, wściekła alfa zwana Salomonem oraz cały na brązowo Kelson. Niby tempo jest powolne, jednak całość jest bardzo intensywna, z nerwowymi ruchami kamery, wręcz bardzo dzikim montażem (zabijanie zombie, gdzie w chwili trafienia mamy krótką stopklatkę i zmiana perspektywy). Najbardziej kreatywnie zmontowaną sceną jest moment opuszczenia wyspy przez Spike’a i Jamiego, gdzie mamy recytowany w tle wiersz Rudyarda Kiplinga „Buty” przeplatane z archiwaliami i fragmentem filmu ze strzelającymi łucznikami. Aczkolwiek muszę przyznać, że wybijały mnie z filmu sceny nakręcone na czerwonym filtrze.

A to wszystko jest fantastycznie zagrane. Imponujące wrażenie robi debiutujący Alfie Williams w roli Spike’a. Chłopak budzi sympatię od samego początku, przechodząc inicjację i zderzając się z nieznanym, obcym światem. A to, co zobaczy zrobi na nim potężne wrażenie. Wszystkie bardziej emocjonalne momenty wygrywa bezbłędnie, szczególnie razem z Jodie Comer (Isla), stanowiące serce tego filmu. Równie świetny jest Taylor-Johnson, czyli szorstki ojciec, próbujący przygotować syna na nieznane. Tym wielka szkoda, że ta postać pojawia się w zasadzie w pierwszym akcie, po czym znika. Wtedy jednak pojawia się (na krótko) Ralph Fiennes, wyglądający niczym Marlon Brando w „Czasie Apokalipsy”. Jego postać najbardziej fascynuje i stanowi sporą tajemnicę, w końcu to lekarz przebywający na odludziu, który jakimś cudem przetrwał epidemię. Staje się on kolejną ważną postacią dla Spike’a, ucząc go o śmierci.

Sam film jest początkiem nowej trylogii osadzonej w świecie „28 dni”, co tłumaczy pewne niewyjaśnione tajemnice. Boyle z Garlandem są szaleni i mają jaja, choć nie wszystkim to podejdzie. Tak samo jak zakończenie, które wywołało we mnie konsternację. Niemniej ta szalona zabawa formą czyni „28 lat później” jednym z intensywniejszych horrorów ostatnich lat. Wyczekuję ciągu dalszego, który ma nastąpić na początku przyszłego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Grzesznicy

Takiego dziwnego miksu raczej nikt się nie spodziewał po Ryanie Cooglerze. Jego „Grzesznicy” to film o muzyce, osadzony w latach 30. na południu USA połączony z odrobiną dramatu i… horroru wampirycznego. To nie miało prawa zadziałać, ale powstała piorunująca mieszanka.

Akcja dzieje się w 1932 roku w jednym z miast delty Mississippi. Tutaj wracają po 7 latach bracia bliźniacy Moore (Michael B. Jordan) – Stack i Smoke. Obaj działali w Chicago, zajmując się nie do końca legalnymi interesami. Ale teraz przyjeżdżają z masą gorzały i kupą pieniędzy, by zbudować tutaj wielką tańcbudę dla czarnych. Oraz zarobić na tym duży hajs. Dlatego ściągają do pomocy: swojego kuzyna „Kaznodziejskiego” Sammy’ego (muzyk Miles Caton) – aspirującego gitarzystę, co kocha bluesa bardziej niż Boga; robotnika Bochena (Omar Miller) jako bramkarza; właścicieli sklepu Grace (Li Jun Li) i Bo (Yun) po wszelkiej maści zapasy; pianistę Deltę Slima (Delroy Lindo); piosenkarkę Pearline (Jayme Lawson) oraz byłą żonę Smoke’a, Annie (Wunmi Musaku) w roli kucharki. Wszystko udaje się załatwić w ciągu jednego dnia, więc wieczorem zaczyna się zabawa. Lecz pojawiają się dwa problemy. Po pierwsze, zyski nie są tak duże jak się spodziewali (większości gości to pracownicy plantacji i dostają w ramach zapłaty „żetony”). Po drugie, pojawia się troje nieproszonych gości. I nawet nie chodzi o to, że są biali.

„Grzesznicy” w zasadzie dzielą się na dwie połowy. Pierwsza część buduje całe otoczenie i postacie, co Coogler robi bardzo intrygująco. Klimat Południa, gdzie czarni w większości nadal pracują na plantacjach bawełny jest wręcz namacalny. Całość wygląda przepięknie, ale prawdziwą gwiazdą jest muzyka mistrza (chyba mogę go już tak nazywać) Ludwiga Goranssona, co miesza folk z bluesem. Jest także absolutnie genialna scena, kiedy śpiew oraz gra Sammy’ego wywołuje duchy przeszłości i przyszłości: obok gości pojawiają się m. in. tańczący szamani, aktor japońskiego teatru w pełnym makijażu, funkowy gitarzysta, a nawet breakdancerzy i DJ (wszystko nakręcone w jednym ujęciu). Ale wtedy film skręca niczym w „Od zmierzchu do świtu”, czyli staje się horrorem o wampirach. Robi się krwawo, brutalnie oraz potrafi podskoczyć, dynamicznie zmontowany, a także bardzo przekonującymi efektami specjalnymi. Dzieje się sporo, zaś finał wali w twarz.

Wszystko jest także świetnie zagrane. Michael B. Jordan w podwójnej roli bardzo zaskakuje w podwójnej roli bliźniaków, różniąc się tak jak to możliwe. Od kolorów ubrań i mowy ciała po sposób mówienia: obaj jednak są świadomymi swoich czynów cwaniakami, nie liczącymi na odkupienie. Obaj mają pewną trudną przeszłość z kobietami, są wobec siebie lojalni i mają świetną chemię ze sobą (jakkolwiek to dziwnie brzmi). Prawdziwym odkryciem jest 19-letni Miles Caton wcielający się w Sammy’ego. Młody chłopak ma bardzo mocny, „stary” głos podczas śpiewu, jest uroczy w swojej nieśmiałości i ma siłę większą niż można to wyobrazić. Nie mogę też nie wspomnieć o kradnącym ekran Delroyu Lindo, która ma masę frajdy z grania oraz demonicznym Jacku O’Connellu, pozornie budzącego sympatię, lecz podstępnego wampira z Irlandii.

Gatunkowa hybryda zaserwowana przez Cooglera opowiadająca o tańcu z diabłem wielu może skonsternować, ale działa. „Grzesznicy” elektryzują, trzymają w napięciu i maja absolutnie cudowną muzykę oraz aktorstwo. Mocny przykład, że jeszcze jest miejsce na świeże, szalone, mniej konwencjonalne kino za dużą kasę.

8/10

PS. Jeśli zaczną pojawiać się napisy końcowe, nie wychodźcie z kina.

Radosław Ostrowski

Ferrari

Nie trzeba być fanem motoryzacji, żeby znać nazwę Ferrari. Szybkie, sportowe fury w mocnej czerwieni, jednoznacznie kojarzone z wyścigami. Szybkość, adrenalina i ekscytacja. A kim był ich konstruktor, czyli Enzo Ferrari? O nim postanowił stworzyć swój najnowszy film weteran kina – Michael Mann.

Akcja toczy się w roku 1957 – dziesięć lat po tym jak Enzo (Adam Driver) skonstruował swoje pierwsze auto. Potem były różne wyścigi, rajdy, na których zwycięstwa pomagały w sprzedaży samochodów. Jednak w tym roku wszystko się komplikuje. Finanse się wykruszają, auta psują się, a kierowcy giną w wypadkach. Wszyscy z otoczenia (poza pilnującej pieniędzy żony) radzą mu szukania inwestorów lub sprzedania większej ilości aut. Jedyną szansą dla niego jest wygranie wyścigu Milla Miglia, czyli rajdu z Bresci do Rzymu i z powrotem. Wygranie, nie zajęcie przez jego kierowcę miejsca drugiego czy trzeciego. Zwłaszcza, że równie zdeterminowany jest Maserati, które ma podobne problemy.

Ale to nie jedyny problem z jakim musi się zmierzyć Enzo, bo życie prywatne „Dowódcy” jest skomplikowane. Delikatnie mówiąc. Mężczyzna ma żonę Laurę (Penelope Cruz), jednak ich relacje posypały się po śmierci starszego syna Dino. Poza tym jeszcze jest ta trzecia – Lina Lardi (Shailene Woodley), z którą ma syna. Oboje mieszkają w kupionej przez Enzo posiadłości w tajemnicy przed żoną. I to jest poważny dylemat.

Mann miał bardzo pod górkę przy pracy nad tym filmem, przygotowując się 20 lat. Po drodze zmieniali się odtwórcy głównej roli (Robert De Niro, Christian Bale, Hugh Jackman), zmarł autor scenariusza (Troy Kennedy Martin), wybuchła pandemia. Dopiero w 2021 roku udało się zebrać odpowiednie fundusze, znaleźć aktorów i ruszyć z tym. To świadczy o determinacji i uporze reżysera, tak jak Ferrariego idącego ku wyznaczonej drodze. Jednak w przypadku włoskiego konstruktora i byłego rajdowca droga była bardziej wyboista, w zasadzie pozbawiona jakiegokolwiek dobrego wyjścia. Reżyser lawiruje między życiem prywatnym a zawodowym Włocha, zachowując równowagę.

Ale jeśli spodziewacie się sporych ilości wyścigów czy samochodów, będziecie srodze zawiedzeni. Tego jest za mało, jednak jak już się pojawiają, potrafią dać satysfakcję. Mimo tego, że są zrobione w bardziej staroszkolny sposób. Nie ma tu aż takiej dynamiki i intensywności jak w „Wyścigu” czy „Ford vs Ferrari”, jednak finałowy wyścig Milla Miglia trzyma za gardło. Co jest zasługą szybkiego montażu oraz paru nietypowych kadrów jakby żywcem wziętych z lat 80., a także zgrabnie wplecionych efektów specjalnych. Czuć to ryzyko w czasach, kiedy wyścigi odbywały się na publicznych drogach i bez obecnych zabezpieczeń.

A jak sobie poradził Adam Driver w roli tytułowej? Moim skromnym zdaniem, radzi sobie bardzo dobrze tworząc portret człowieka upartego, bezkompromisowego i przekonanego o swoich racjach. Nie bez powodu nazywany jest Dowódcą, pokazując charyzmę mówcy jak podczas rozmowy z kierowcami po przegranym rajdzie. Bardziej przypomina wycofaną, kalkulującą maszynę niż człowieka przez co trudno go polubić. Zwłaszcza, że nie prywatnie sprawia wrażenie wycofanego, niepewnego i nie odnajdującego się poza torem i wyścigami. Kontrastem dla niego jest Penelope Cruz jako żona Laura – mająca więcej energii, choć na pierwszy rzut oka tego nie widać. W jej oczach maluje pojawia się poczucie odrzucenia, ból, szczególnie po odkryciu kochanki i dziecka. Bardzo mocna, intensywna kreacja. Wspólne sceny tej dwójki to jedne z lepszych momentów tego filmu. Trochę w cieniu wydaje się być Woodley, której postać wydaje się bardzo stonowana, nie awanturująca się, niejako pogodzona z byciem tą drugą.

Czy „Ferrari” jest powrotem Michaela Manna po 8 latach niebytu do dobrej formy? Zdecydowanie tak, z paroma mocnymi dialogami i scenami oraz bardzo porządnymi scenami wyścigów. Na pewno fani motoryzacji chcieliby większego skupienia na samochodach i wyścigach niż dramacie obyczajowych. Niemniej to kawał solidnie przygotowanej biografii.

7/10

Radosław Ostrowski

Na wodach północy

Kolejna telewizyjna kolaboracja amerykańskiej AMC z brytyjską BBC. I pozornie jest to historia atmosferą przypominająca „Terror” – morska opowieść w realiach historycznych, jednak krótsza, bardziej skondensowana oraz wykorzystujące pewne znajome elementy do opowiedzenia innej historii. O czym mówi dzieło Andrew Haigha?

Mamy rok 1858 i szykującego się do wyprawy po wieloryby okręt „Ocalony” pod wodzą kapitana Brownlee’ego (Stephen Graham). Do załogi dołącza Patrick Sumner (Jack O’Connell) – młody lekarz, który wcześniej walczył w Indiach. Czemu taki doświadczony żołnierz bierze udział w takiej eskapadzie? Niby jest problem z odziedziczonym majątkiem, jednak zarówno kapitan oraz właściciel statku Baxter (Tom Courtney) nie kupują tej historyjki. Oprócz niego jeszcze pojawia się Henry Drax (Colin Farrell) – wielorybnik, pijus, dziwkarz i w ogóle nieciekawa persona. Zanim wyruszy w rejs zdąży zabić gościa, bo nie chciał mu więcej postawić. Z kimś takim można czuć się bezpiecznie, prawda? Ale nikt (poza kapitanem i jego pierwszym oficerem) nie wiedzą, że coś nie przyjemnego wisi w powietrzu. I nie wszyscy wyjdą z tego żywi.

Dość szybko poznajemy jaka jest stawka w tej całej układance. Bo jak nie wiadomo o co chodzi, musi chodzić o pieniądze. Albo o kupę pieniędzy. Powoli zaczyna budowana być z jednej strony poczucia przygody i mierzenia się z przyrodą: sztormy, polowania na foki, wieloryby. Ale cały czas w centrum mamy lekarza – gościa z Irlandii, niższych sfer, udręczonego wojenną przeszłością. Oraz faktem, że został wykorzystany i potem potraktowany jak śmieć, a żeby o tym zapomnieć spożywa spore ilości laudanum. Wrażenie robią plenery (całość kręcono w Norwegii) i krajobrazy, wywołujące poczucie obcości, gdzie człowiek tak naprawdę jest zderzony z samym sobą. Z dala od cywilizacji, gdzie budzą się pierwotne, dzikie instynkty. Łatwo tu zabić bezkarnie, bez odpowiedzialności, a atmosfera robi się coraz gęstsza. Szczególnie, gdy na okręcie jest morderca. I to taki najgorszy, bo rozumiejący, przez co bardziej niebezpieczny oraz bezwzględny. W każdej chwili może cię zostawić, każdą umowę złamać i zamordować.

Wszystko to przeplatane monotonią dnia codziennego, drobnymi ranami oraz wspomnieniami, które nigdy nas nie opuszczą. Zgrabnie reżyser wplata te wizje, powoli odkrywając tajemnice Sumnera. Sceny polowań na foki jak i wieloryba imponują przywiązaniem do detali. A wszystko wydaje się takie lepkie, zużyte, zaś rzadko obecne ulice miasta są pełne brudu, błota. Nie czuć tutaj, że to było kręcone w jakimś studio, co tylko dodaje realizmu. Jedyny problem w zasadzie mam z ostatnim odcinkiem, który może wydawać się przyspieszonym i dzieje się dużo, ALE ma to wszystko sens. Przynosząc (w miarę) szczęśliwe zakończenie.

Do tego całość jest świetnie zagrana. Jack O’Connell kolejny raz potwierdza, że warto go obserwować i drobnymi spojrzeniami pokazuje swojego skonfliktowanego bohatera. Sympatyzujemy z nim i wydaje się racjonalistą aż do bólu. Po drugiej stronie jest barczysty, nieogolony Colin Farrell, będący małomównym, niebezpiecznym psychopatą. Człowiekiem, dla którego życie nie ma żadnej wartości, jest obliczalny oraz diabelnie inteligentny. Przypomina niedźwiedzia – może wygląda niegroźnie, ale poczekajcie do ataku. Wtedy zacznie się brutalna jatka. Poza tą dwójką jest zaskakująco bogaty drugi plan, gdzie pojawia się m. in. jak zawsze solidny Graham, kradnący szoł Roland Moller (uduchowiony harpunnik Otto) czy zaskakujący swoją obecnością Peter Mullan.

Zafascynowany jestem pozornie prostą historią „Na wodach północy” – przygodowo-surwiwalowa opowieść o różnych obliczach męskości i zderzeniu człowieka z bezwzględną naturą. Ta ostania nic sobie z nas nie robi, mocno przypominając nasze miejsce w tym świecie. A wszystko świetnie napisane, pięknie sfilmowane i sprawia wrażenie realistycznego. Skromna, lecz wielka rzecz.

8/10

Radosław Ostrowski

Zakładnik z Wall Street

Wall Street – najsłynniejsza ulica w Nowym Jorku, gdzie spotyka się świat wielkiej finansjery. Ale to w tym mieście prowadzony jest program telewizyjny „Money Monster”, gdzie Lee Gates z dużym luzem oraz dystansem przekazuje i doradza jak inwestować, by zgarnąć dużą kasę w czym pomaga spora ekipa ludzi. Razem z reżyserką Patty Fenn na czele, ale pewnego dnia pewna duża firma finansowa traci 800 milionów dolarów – i nikt o nic nie pyta. Jednak pewien desperat uzbrojony w bombę oraz pistolet wchodzi do studia, bierze Gatesa za zakładnika i żąda wyjaśnień.

zakladnik_wall_street1

Wydaje się, że filmów na temat skomplikowanych mechanizmów związanych z funkcjonowaniem finansowego świata. Tym razem mamy do czynienia z klasycznym thrillerem, który jest niemal skupiony w jednym miejscu. Reżyserująca film Jodie Foster wie, jak zbudować napięcie i robi to bardzo konsekwentnie, bardzo powoli dawkując informacje. Zwłaszcza, że nasz główny niby zły (porywacz) wydaje się być niestabilną, tykającą bombą i jeden niewłaściwy ruch, słowo, może skończyć się eksplozją. Ale jednocześnie Foster przeskakuje przez różne miejsca, gdzie ludzie oglądają te wydarzenia (bary, metro, Rejkjavik, Tokio, siedziba firmy) i próbuje rozgryźć całą tą hecę. Pokazuje też jeszcze jedno: że każdy szary człowiek (oprócz finansowych watażków) nie jest w stanie ogarnąć, każdy jest manipulowany, oszukiwany. Jak mówi prezes firmy: „Nigdy nie pytasz o to, jak to działa, dopóki zarabiasz”. Czyli chciwość jest dobra, prawda? Tylko nie dla wszystkich.

zakladnik_wall_street2

Niby nie jest to nic, czego byśmy nie znali po filmach o wielkich finansach, gdzie tak naprawdę wszystko jest zasłoną dymną do większego kantu. Foster potrafi utrzymać odpowiednie tempo, w czym pomaga bardzo płynny, dynamiczny montaż, pulsująca muzyka oraz miejscami bardzo dużo złośliwego humoru. I to czyni „Zakładnika” bardzo przyjemną rozrywką, budującą suspens aż do końca (nawet jak… opuszczamy budynek). Może i bywa dość przewidywalny (łatwo się domyślić, kto narozrabiał), ale to wszystko potrafi wciągnąć.

zakladnik_wall_street3

„Zakładnik” ma też bardzo mocną obsadę. George Clooney jako Gates świetnie balansuje na granicy powagi i zgrywy, kryjąc pod tą postacią dość sumiennego, ale manipulowanego dziennikarza. Równie mocna jest Julia Roberts (Patty), który za pomocą słuchawek ma kontakt z Lee i próbuje opanować ten cały bajzel. Ten duet świetnie się uzupełnia, tworząc silną mieszankę spokoju z brawurą. No i jeszcze Jack O’Connell w roli desperata Kyle’a, będący najbardziej nieobliczalny, niepewny, ale budzący współczucie.

„Zakładnik z Wall Street” to niemal staroszkolny w konstrukcji thriller zrobiony za pomocą współczesnych wynalazków. Nie opowiada niczego, co byśmy o świecie wielkiej finansjery nie wiedzieli, ale to trzyma w napięciu i dostarcza rozrywki. Czasami to wystarczy.

7/10 

Radosław Ostrowski

Godless

Małe miasteczko La Belle wyróżnia się jednym istotnym detalem – bardzo niewielką ilością mężczyzn w okolicy, gdyż większość z nich zginęła w kopalni. I właśnie do jednej z farm na obrzeżach miasteczka trafia tajemniczy, raniony nieznajomy. W tym samym czasie okolica jest terroryzowana przez Frank Griffina oraz jego bandę, szukającą byłego członka Roya Goode’a. człowiek ten skradł jego łup podczas ostatniej akcji, za co mieszkańcy pobliskiego miasteczka zapłacili swoim życiem. Nie trzeba być geniuszem, by odkryć, że te dwa zdarzenia nie są zbiegiem okoliczności.

godless1

Ten krótki opis nowego serialu Netflixa, będącego westernem (!!!) nie zdradza zbyt wiele, ale i nie powinien, gdyż na tajemnicy opiera się cała historia. Początek jest bardzo ostry i krwawy, godny Sama Peckinpaha – masa trupów, wykolejony pociąg, spalone domy. I to dostajemy na dzień dobry. Dalej powoli zaczynamy odkrywać tajemnicę naszego nieznajomego, a jednocześnie losy oraz życie w miasteczku, gdzie najważniejsza jest siostra szeryfa, Mary Agnes. Jest kilka wyraziście zarysowanych postaci, posiadające mroczną przeszłość, próbujące dalej trwać w swojej egzystencji. A jednocześnie mamy polowanie Griffina oraz jego bandy, siejącej śmierć oraz spustoszenie. I te momenty potrafią chwycić za gardło, a jednocześnie nie mogę pozbyć się wrażenia, że jest tu o kilka wątków za dużo. Próba pokazania życia w miasteczku, gdzie panie muszą stawić czoła przeciwnościom losu, wychodzi całkiem nieźle, ale tylko parę postaci zostaje zarysowanych (była burdelmana – obecnie nauczycielka, szeryf z pogarszającym się wzrokiem, jego szybki zastępca czy Alice, oskarżania o rzucenie „klątwy” na miasteczko). A niektóre osoby (szef ochrony firmy kopalnianej, redaktor prasy) sprawiają wrażenie zbędnych, bez których można było pewne rzeczy lepiej zarysować. Także czarnoskórzy mieszkańcy pobliskiej osady, składającej się z byłych żołnierzy, pełnią tylko rolę solidnego tła, przydatnego do odtworzenia realiów epoki.

godless2

Ogląda się to z zainteresowaniem, przenosząc się z postaci oraz wątków aż do finałowej konfrontacji. Z jednej strony jest ona dynamicznie zrealizowana, pełna krwi, brutalności i… za grosz realizmu. Przełknąłem jakoś slow-motion, ale że kobitki (w sporej części niezaznajomione z bronią) dają łupnia, a nasi banditos są kompletnie na widoku, do odstrzelenia niczym kaczki. O mały włos niemal doprowadziło serial do katastrofy. Drugim problemem były retrospekcje, niepozbawione pewnych repetycji dialogów (dotyczy to naszego protagonisty, Roya) oraz dość wolne tempo całej opowieści.Wrażenie robi za to bardzo porządna realizacja. Piękne zdjęcia z bardzo plastycznymi plenerami czy sceny z burzą piaskową wyglądają zachwycająco, podobnie jak wiernie oddająca realia scenografia z kostiumami. Plastyczność idzie tu w parze ze świetnie prowadzonym oświetleniem, dobrym tempem oraz pięknymi końmi. Także muzyka przypomina, gdzie jesteśmy i co robimy.

godless3

Ale i aktorzy pomagają wejść w ten klimat. Solidnie wypada Jack O’Connell w roli Roya, który nie jest do końca prawym facetem, a jego przeszłość długo intryguje. Ale okazuje się być całkiem przyzwoitym facetem, mogącym być dobrym ojcem oraz kochającym zwierzęta. Po drugiej stronie jest brodaty Jeff Daniels, czyli Frank Griffin. Mroczny, naznaczony krwawą przeszłością jegomość, potrafiący cytować Biblię, sprawiający wrażenie porządnego faceta (koloratka), ale to bezwzględny i ostry zawodnik. Zawsze opanowany i bezwzględnym. Drugi plan zdominowany jest przez trzy postacie, czyli naznaczonej trauma Alice Fletcher (wspaniała Michelle Dockery), poczciwy i dzielny szeryf (świetny Scott McNeiry) oraz jego siostra (Merritt Wever), nie dająca sobie w kaszę dmuchać. No i jeszcze sympatyczny, szybki oraz gdy trzeba twardy zastępca szeryfa (imponujący Thomas Brodie-Sangster).

godless4

„Godless” mogło być lepszym westernem, niemniej potrafi dostarczyć oraz zaintrygować aż do niemal samego końca. Konie są, strzelaniny też, przemoc miejscami aż wali po oczach, tylko pod koniec powoli napięcie zaczyna siadać, powoli nadrabiając w finale. Ciągu dalszego raczej nie będzie, ale czuć duszę klasyków gatunku.

7/10

Radosław Ostrowski

Kryptonim HHhH

Pamiętacie taki film „Operacja Anthropoid”? Wydawałoby się, że już wszystko opowiedziano o zamachu na Reinharda Heydricha – protektora Czech i Moraw. Fanatyczny wyznawca nazizmu, wcześniej oficer marynarki wojennej wydalony za romans. Tym razem tą historię postanowili opowiedzieć spece z Hollywood, więc należało spodziewać się najgorszego.

hhhh1

Cedric Jimenez postanowił cała historię opowieść dwutorowo. Pierwsza część to historia Heydricha, z kolei druga część to przygotowanie do zamachu z perspektywy zamachowców. Sam pomysł na ten sposób opowieści wydawał się fantastyczny, gdzie rozbicie perspektywy dawało spory potencjał na wciągającą opowieść. Niestety, wszystko jest zrobione tutaj bardzo płytko. Historia Heydricha jest zbiorem przypadkowo rzuconych scenek, które (na siłę) można jakoś powiązać w pewną całość. Mamy wyrzucenie z marynarki i sąd wojskowy, by po paru minutach przenieść się na farmę Himmlera, który proponuje Heydrichowi kierowanie nową komórką wywiadowczą. A następna scena to likwidacja komórki komunistycznej, szantaż na generale, wreszcie atak na Polskę. Skaczemy z wątków na wątek niczym z kwiatka na kwiatek, a najciekawsze (czyli prywatne życie Heydricha oraz jego drogi ku ideologii) zostaje tylko liźnięte. Na szczęście Heydrich nie jest traktowany jako komiksowy, przerysowany czarny charakter, ale brakuje jakiegoś głębszego portretu psychologicznego.

hhhh2

Taki sam mam problem ze scenami przygotowań do zamachu. Po pierwsze dlatego, że widziałem wspomnianą wcześniej „Operację Anthropoid”, skupioną tylko na tym wątku (świetnie poprowadzony i trzymający w napięciu). Sprawiło to, że ten wątek wydawał mi się bardzo skrótowy, a zamachowców (Kubis i Gabcik) też potraktowano tylko jako papierowy schemat – młodzi patrioci, ale też normalni chłopcy z marzeniami. Scena zamachu i tuż po nie potrafiły mnie już utrzymać w napięciu.

hhhh3

Sytuację (poza naprawdę ładnymi zdjęciami oraz sugestywną muzyką) próbują ratować aktorzy. I dobrze wywiązują się ze swoich zadań. Pochwalić trzeba przede wszystkim Jasona Clarke’a w roli Heydricha, czyli mieszanka opanowana i czułości z bezwzględnym posłuszeństwem wobec ideologii. Co czasem doprowadza do krótkiego spięcia z żona (solidna Rosamond Pike), ale to zostaje tylko w jednej scenie. Reszta aktorów po prostu jest, chociaż może Mia Wasikowska jako ukrywająca jednego z zamachowców kobieta oraz kompletnie zaskakujący Stephen Graham w roli Himmlera zapadają w pamięć

hhhh4

Wszystko tutaj wydaje się takie mechaniczne, pozbawione emocji i zaangażowania. Przez co „Kryptonim HHhH” jest kompletnie nieangażujący, nudny oraz nieciekawy. Kolejny przykład zmarnowanego potencjału świetnego tematu.

5/10

Radosław Ostrowski

W potrzasku. Belfast ’71

Rok 1971 dla szeregowego Gary’ego Rossa był bardzo trudnym rokiem. I to nie dlatego, ze zaczynał swoją służbę w brytyjskiej armii. Także w tym roku został przeniesiony na teren wroga – gdzie żaden angielski wojak nie jest mile widziany. Do Północnej Irlandii. Jednak chłopak ma paskudnego pecha. W trakcie nalotu na dom, dochodzi do zamieszek i jeden z chłopaków kradnie karabin żołnierzy. Ross rusza za nim w pościg (dostał taki rozkaz) i zostaje oddzielony od grupy i pobity, następnie ucieka przed gnojkami próbującymi go zabić.

71_1

O konflikcie między brytyjskim wojskiem a IRA powstało sporo filmów, wiec co nowego w tej kwestii ma niejaki Yann Demange? Okazuje się, że całkiem sporo i co najważniejsze nie bawi się w publicystykę. Tu nie ma tylko brutalnych i ostrych Anglików czy narwany i agresywnych Irlandczyków – jest tutaj więcej odcieni szarości, choć na ekranie dominuje tutaj mrok nocy oraz czerwień światła czy krwi. To wszystko buduje klimat grozy, osaczenia i przerażenia, gdyż z mroku nocy może wyłonić się chłopak z pistoletem gotowym do strzału. Zwłaszcza, ze w samej IRA też dochodzi do konfliktu i walki o władzę, gdzie nasz bohater zostaje przypadkowo wplątany. Realizm jest tutaj mocny (kostiumy i scenografia mocno w tym pomagają), a kilka scen jak eksplozja w barze zostanie w pamięci na długo i trzyma w napięciu do końca.

Spora w tym zasługa aktorów dość mniej znanych jak świetny Jack O’Connell w roli Rossa – obcego w obcym mieście i wśród obcych ludzi. On dźwiga ten film na swoich plecach i radzi sobie bez zarzutu. pozostali aktorzy, których można kojarzyć raczej z małego ekranu (Sean Harris – kapitan Browning czy Richard Dormer – Eamon), tworzą skomplikowane i wyraziste postacie.

71_2

Po latach wiemy, że udało się w Północnej Irlandii dojść do rozejmu. Jak to było możliwe? Drogą zapomnienia przeszłości, choć nie jest to łatwe. Ta dość optymistyczna refleksja nie pozwala zapomnieć o absurdalności jakiejkolwiek wojny, co młodemu debiutantowi, wcześniej pracującemu dla telewizji udało się pokazać w sposób naprawdę poruszający.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Niezłomny

Każdy chce dzisiaj reżyserować filmy, nawet jeśli nie ma na ten temat zielonego pojęcia. Co zrobić – jest wolny wybór i kto chce i czuje się na siłach, może próbować. Tym razem postanowił spróbować swoich sił niejaka Angelina Jolie, bo – jak sama stwierdziła – znudziło się jej aktorstwo. O czym opowiada jej film? Bohaterem jest niejaki Louie Zamperini – pewnie to nazwisko niewiele wam mówi, ale na olimpiadzie w Berlinie ten chłopak pobiegł na 5000 metrów w iście brawurowym stylu. Ale potem przyszła wojna i nikt nie myślał wtedy o olimpiadach czy bieganiu. Louis został bombardierem, ale w 1942 roku jego samolot został zestrzelony i mężczyzna dostał się do japońskiej niewoli. A jak wiadomo, Japończycy to straszni sadyści.

niezlomny1

Taki temat i taka historia daje spore pole do popisu, zwłaszcza że autorami scenariusza są bracia Coen, Richard LaGravenese („Co się wydarzyło w Madison County”) oraz William Nicholson (współautor „Gladiatora”). Z takim wsparciem trzeba być naprawdę mistrzem, żeby to spierdolić. I jakby to powiedzieć? Angelina jeśli ma ambicje iść dalsza drogą jako gościu siedzący przy krzesełku z napisem director, to jeszcze musi popracować. Sama historia skupia się przede wszystkim na pobycie w obozie, a jego życiorys (włącznie z udziałem w olimpiadzie) potraktowano w szybkiej, skrótowej formie. Od momentu zestrzelenia mógłby zacząć się mocny i poruszający film o tym, jak przetrwać w ekstremalnych warunkach, jednak największym problemem jest zero-jedynkowy podział bohaterów (Japończycy, a dokładnie kapral Watanabe to sadystyczny bydlak, próbujący złamać naszego bohatera, stającego się niemal świętym, a nawet super wytrzymałym herosem) oraz kompletny brak zaangażowania emocjonalnego. Chyba już za bardzo naoglądałem się różnych tortur zarówno fizycznych, jak i psychicznych, co oznacza, że widok przemocy wywołuje we mnie raczej obojętność. I jeszcze ten nieznośny patos – to jest w stanie zabić nawet największego twardziela.

niezlomny2

Na pewno zaletą jest fakt, że reżyserka postawiła na mniej znane twarze, co teoretycznie powinno pomóc w skupieniu się na fabule. Jak myślicie, dlaczego to nie zadziałało? Zgadliście, historia jest nieciekawa i mało angażująca, więc cokolwiek by aktorzy nie robili (a robią wiele), to idzie na marne. Szkoda, bo Jack O’Connell (Zamperini), Domhnall Gleeson (Russell Phillips) czy Takamasa Ishihara (Watanabe) naprawdę robią wiele, by przykuć swoją uwagę.

Jeśli pani Jolie, naprawdę chce skończyć karierę aktorską i przerzucić się na reżyserię, to jeszcze musi wykonać sporo roboty. O ile warstwa techniczna jest bez zarzutu, o tyle patetyczny i niemal hagiograficzny scenariusz nie pozwalają osiągnąć więcej niż poziom średnio-niezły. A wydaje mi się, że reżyser powinien mierzyć wysoko. Czy nie?

6/10

Radosław Ostrowski