Moskwa, początek lat 80. W parku Gorkiego zimą znajduje się dość spora ślizgawka. I to właśnie tam zostają znalezione zwłoki trzech ofiar, zmarznięte, zakopane śniegiem i… pozbawione twarzy. Sprawę prowadzi oficer milicji Arkady Renko, który chętnie pozbyłby się sprawy i szuka dowodów, które dałyby dochodzenie KGB. Ale im bardziej bada sprawę odkrywa, że KGB może być w to zamieszane, tak samo jak pewien Amerykanin.

Wszystko zaczęło się od bestsellerowej powieści Martina Cruza Smitha, która rozpoczęła cykl o rosyjskim śledczym Renko. A jak wiadomo, że coś przykuło uwagę, to muszą się tym zainteresować filmowcy. Zadania adaptacji dostali scenarzysta Dennis Potter oraz reżyser Michael Apted. I w zasadzie dostaliśmy mroczny kryminał, gdzie stałe elementy (tajemnica, cyniczny śledczy, femme fatale i piętrowa intryga) zostały przeszczepione do realiów ZSRR, gdzie kłamstwo i oszustwo są na porządku dziennym. Nie można tu ufać nikomu, a tajna policja jest wpływowa i obserwuje każdy ruch. Kraj, gdzie w zasadzie nie ma perspektyw, a wszystko budowane jest na kłamstwie i wszystko można kupić, nawet wolność ma tutaj swoją cenę.

Intryga jest budowana bardzo powoli, ale elementy układanki tworzą bardzo spójną i sensowną całość. Nie mogło tez zabraknąć odrobiny akcji (pościg za Iriną przez KGB zakończony bijatyką czy ostateczna krwawa konfrontacja w Szwecji), która jest naprawdę dobrze sfotografowana i zmontowana (scena rekonstrukcji morderstwa w parku Gorkiego), zaś napięcie buduje świetna muzyka Jamesa Hornera. I komu tak naprawdę tu można zaufać? Apted świetnie wywiązuje się ze swojego zadania.

W sukurs idą mu fantastyczni aktorzy. Pierwsze skrzypce tutaj gra niezawodny William Hurt. Denko to postać niemal teleportowana z rasowego kryminału. Niby typowy Rosjanin, który nie potrafi żyć nigdzie indziej, poza swoim krajem, ale bywa błyskotliwy, wnikliwy i przede wszystkim dociekliwy, co wzbudza respekt i jako jedyny stara się żyć przyzwoicie. Poza nim nie można nie zauważyć świetnego Lee Marvina (biznesmen Jack Osborne) i Briana Dennehy (detektyw William Kirwill, który na własną rękę próbuje wyjaśnić sprawę zabójstw). W ogóle drugi plan jest tutaj bogaty: od Iana Bannena (prokurator Jamskoj) i Michaela Elpficka (Pasza) po Iana MaDiarmonda (profesor Andriejew, specjalista od rekonstrukcji twarzy). No i w końcu nie sposób nie zauważyć zjawiskowej Joanny Pacuły, która odgrywa tutaj kluczową role Iriny – młodej i naiwnej (bardzo) dziewczyny, która za wszelką cenę chce wyrwać się z ZSRR. Mocna i jednocześnie bardzo delikatna rola.

Apted po latach stwierdził, że „Park Gorkiego” to nie jest zbyt udany film. Ja mam na ten temat inne zdanie, bo to bardzo dobry, klimatyczny kryminał, pełen mroku i tajemnicy. Przy okazji też wiernie odtwarzający realia upadającego Związku Radzieckiego. Trochę zapomniany, ale jednak klasyk.
8/10
Radosław Ostrowski




Jej autorem jest James Horner, który potem współpracował z reżyserem przy filmie „Sneakers”. Jednak efekt tej współpracy wydaje się mocno dyskusyjny. Płyta wydana w 1991 roku przez RCA zawiera 13 utworów, a całość niestety, spłynęła po mnie jak po kaczce. To że są ponad 5-minutowe utwory czy nawet dłuższe nie jest żadnym zaskoczeniem. Problem w tym, że nic nie zapadło specjalnie w pamięci – jednym uchem się słucha, a drugim wypada. Całość jest mocno przyprawiona syntezatorami, fortepianem (tu symbolizuje proste życie na farmie) i pojedynczymi instrumentami, co słychać już w otwierającym album „The Cornfield”, gdzie po elektronicznych smyczkach i smutnej trąbce, gra delikatnie fortepian w rytm walca i pod koniec znów pojawiają się klawisze z dzwonkami. Zdarzają się jednak bardzo interesujące dźwięki jak gitara elektryczna i perkusja w „Deciding to Build the Field”, akustyczna w „Field of Dreams”, często pojawiające się bębny („Shoeless Joe” z różnego rodzaju dzwonkami i basem) czy ulubiony flet shakuhachi w „Doc’s Memories”, ale po pewnym czasie jest to zbyt monotonne. Pewnym wyjątkiem jest jazzowe „Old Ball Players”, klimatami zahaczające o lata 30. Zbyt często powtarzający się temat na fortepian zaczyna wynudzać. No i jeszcze ponad 9-minutowy „The Place That Dreams Come Truth”, który jest strasznie monotonny.






