Epilog norymberski

Kiedy II wojna światowa dobiegła końca, a nazistowskie Niemcy przestały istnieć pojawił się pewien problem: co zrobić z najwyższymi urzędnikami oraz dowódcami Sztabu Generalnego? W ocalałym budynku Trybunału Sprawiedliwości w Norymberdze odbywa się proces sądowy organizowany przez międzynarodowy sąd. Proces trwał 10 miesięcy i zakończył się skazaniem 12 nazistów na karę śmierci, uniewinniono 3, pozostałych skazano na wyroki od 10 lat do dożywocia. O tym procesie postanowił opowiedzieć Jerzy Antczak w przedstawieniu dla Teatru Telewizji.

Nie da się opowiedzieć całego procesu w jakimkolwiek filmie. Reżyser decyduje się dokonać, jak mówi Andrzej Łapicki, syntezy całego wydarzenia, opierając się na zapisach z protokołów. M.in. dlatego nie ma na sali tłumaczy (wszyscy mówią po polsku, więc po co), dziennikarzy, skład sędziowski został zredukowany do przewodniczącego itd. Ale jest jeszcze jedna ważna rzecz: udział w przedstawieniu jako komentatora Karola Małcużyńskiego. Był dziennikarzem opisującym przebieg całego procesu, a przy tym przedsięwzięciu pełni rolę konsultanta. Razem z aktorem Andrzejem Łapickim dopowiada pewne rzeczy, które nie zostały pokazane na ekranie oraz wyjaśnia pewne istotne fakty.

To na pewno dodaje realizmu tak samo jak sceny rozmów zbrodniarzy z psychiatrą, dr. Gilbertem. Wtedy Goering, Keitel, Frank i inni zaczynają mówić rzeczy, których nie powiedzieliby na Sali sądowej ani w swoim towarzystwie: wzajemne oskarżenia, pretensje. Zupełnie jakby próbowali przerzucać winę na innych oraz byli kompletnie przekonani, że kara ich ominie. Że ich obrońcy będą w stanie podważyć zeznania oraz masy dokumentów Sztabu Generalnego. Antczak buduje napięcie prostymi środkami za pomocą dużej ilości zbliżeń czy używając krzyżowego ognia pytań. To jak oskarżeni próbują się bronić jest zadziwiające: niepamięć oraz ciągłe zaprzeczanie, zwalanie winy na nieobecnych jak Hitler i Himmler, poczucie obowiązku nie pozwalające podważyć rozkazu przełożonych.

Same wypowiadane zeznania, mimo lat mają wielką siłę, pokazując bezwzględność zbrodniczego systemu nazistowskiego. Wtedy wydawało się to poza granicami ludzkiej wyobraźni, jednak decydującym momentem w kwestii wyroku było pokazanie ich okrucieństwa nagranego w filmie. Wtedy widać załamanie psychiczne oraz – jak mówi sam Małcużyński – świadomość, że nie będą w stanie się wykręcić ze swoich czynów. A najbardziej zadziwiające jest to, że to wszystko nadal potrafi uderzyć i nie miałem poczucia oglądania spektaklu. Że nie widziałem aktorów (znakomitych zresztą), tylko postacie. Niesamowite doświadczenie.

Radosław Ostrowski

Trzeba zabić tę miłość

Początek lat 70., czyli czas powoli wchodzącej „propagandy sukcesu”. Bohaterami jest dwójka młodych bohaterów. Magda próbowała złapać się na studia medyczne i niby zdała, ale zabrakło troszkę punktów. Żeby je zdobyć musi podjąć praktykę w szpitalu jako salowa. Mieszka z ojcem oraz jego dużą młodszą partnerką. Andrzej próbował załapać się do Politechniki Warszawskiej, lecz go nie przyjęli i próbuje jakoś znaleźć swoje miejsce. W końcu dostaje pracę jako mechanik w warsztacie samochodowym. Wydaje się, że oboje są na drodze do swojego własnego mieszkania oraz ku szczęściu. Problem jednak w tym, że to mężczyzna zawodzi, a wszystko zaczyna się od kradzieży i niewierności.

trzeba zabic te milosc1

Janusz Morgenstern kolejny raz przygląda się współczesności oraz młodym ludziom. Już sam tytuł zapowiada, że będziemy mieli do czynienia z rozpadem związku. Zderzenie młodości i oczekiwań z rzeczywistością skupioną ku konsumpcjonizmowi. Liczy się tutaj to, co masz oraz by się odpowiednio ustawić. Wręcz kombinatorstwo jest prawie czas obecne. Nieważne, czy mówimy o przybyciu telewizji i robieniu reportażu, ukrywaniu swojego wykształcenia, by jako niewykwalifikowany zarobić więcej czy postać Dzidzi, która jest „dziewczyną” ojca Magdy. Bo co się liczy dla młodego człowieka najbardziej? Mieszkanie, swoje auto i mieć dużo kasy. A miłość, związek i szczerość? Oto jest pytanie.

trzeba zabic te milosc3

Reżyser z dużą ironią przygląda się temu pędowi ku dobrom materialnym, co słychać w kąśliwych dialogach. To nie jest ten romantyczny reżyser z czasów „Do widzenia, do jutra”, bo jego miejsce zajmuje człowiek po przejściach. Uniesienie i miłość nie jest w stanie wytrzymać, bo nasi młodzi bohaterowie przyjmują reguły panującej gry. Ale miłość niekoniecznie musi być toksyczna czy oparta na „handlu” swoim ciałem. Najbardziej to widać w scenach, będących niejako ramą całej opowieści, czyli związku człowieka (dozorcy, handlującego na lewo materiałami budowlanymi) z psem, który raz oswojony nie opuszcza pana. A to doprowadza do tragicznego, wręcz eksplodującego finału.

trzeba zabic te milosc2

Wszystko to wygląda czasem jak film z nowej fali. Jest wiele scen pozbawionych dialogów, niemal reporterski styl fotografowania, zaś w tle przygrywa (rzadko obecna) muzyka eksperymentalna. Ale najbardziej moją uwagę przykuł montaż. Wiele razy pojawiają się w filmie parosekundowe przebitki, pokazujące albo to, co już się wydarzyło albo co się dopiero wydarzy. Początkowo może wydawać się to dezorientujące, ale nie przeszkadza tak bardzo.

Całość w swoich ryzach trzyma absolutnie zachwycająca debiutantka Jadwiga Jankowka-Cieślak. Jej Magda to dziewucha odpowiedzialna, dojrzała i wie, czego chce. Wydaje się twardo stąpać po ziemi i łatwo budzi sympatię. Ale w rzeczywistości jest bardzo niepewna tego, czego naprawdę chce, bywa naiwna oraz łatwowierna, słaba i jednocześnie silna. Przeciwieństwem jest dla niej Andrzej Malec mówiący głosem Piotra Fronczewskiego jako próbujący zdobyć kasę Andrzej. Bardzo śliski cwaniak, dążący do wszystkiego na skróty i okrężną drogą, niemal za wszelką cenę. Bardzo niedojrzały chłopak, niezdolny do wzięcia odpowiedzialności. Nie można nie wspomnieć o drobnej roli Jana Himilsbacha, czyli niemal niemej kreacji dozorcy czy mocnym epizodzie Tomasza Lengrena.

„Trzeba zabić tę miłość” to jeden z najbardziej brutalnych filmów o straconych złudzeniach. Młodzi ludzie nie mają szans, w świecie kierującym się tym by mieć niż być, zaś każde uczucie ma swoją cenę. Przerażająco aktualne.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bezmiar sprawiedliwości

Wrocław, rok 2005. Bohaterem jest Łukasz – student prawa, który jakoś tym prawnikiem nie chce być. Pasją jego jest fotografia, a studia wybrał pod wpływem ojca. I to ojciec go wysyła do swojego przyjaciela, mecenasa Wilczka by go przekonał o dokonaniu aplikacji. Ten jednak opowiada mu pewną historię procesu sprzed 15 lat, w którym brał udział. Sprawa dotyczyła morderstwa ciężarnej dziennikarki, o którą oskarżono jej kochanka oraz kolegę z pracy, Jerzego Kutra. Mimo braku niezbitych dowodów, oskarżony został skazany.

bezmiar sprawiedliwosci1

Nakręcony w 2006 roku „Bezmiar…” był powrotem Wiesława Saniewskiego do kina po 10 latach przerwy. Sama historia jest dla reżysera okazją do przyjrzeniu się jak działał wymiar sprawiedliwości tuż po transformacji. Świetnym pomysłem było przedstawienie tej historii z trzech perspektyw: prokuratury, obrony oraz sędziego. Sama odpowiedź na pytanie „kto zabił?” wydaje się nie być istotna czy ważna. Bardziej liczy się obserwacja środowiska prawniczego, które jest pełne obłudy, hipokryzji oraz skupienia się na karierze niż prawdzie. Bo jak w sądzie liczy się tylko to, co można udowodnić, zweryfikować oraz interpretować. Choć akcja toczy się bardzo powoli, Saniewski ciągle podrzuca kolejne informacje, tropy, wątpliwości, trzymając w zainteresowaniu aż do samego finału. I to ogląda się świetnie, mimo bardzo skromnej, wręcz telewizyjnej formy.

bezmiar sprawiedliwosci2

Reżyser pokazuje jak każdej ze stron – pośrednio – zależało na skazaniu oskarżonego, chociaż motywacje ich działań są kompletnie różne. Ukryć niekompetencje policji i prokuratury w zabezpieczeniu śladów, które następnie znikały w niejasnych okolicznościach, naginanie dowodów do stawianej tezy, przesłuchiwania policji trwające kilkanaście godzin non stop, próba wyrobienia sobie nazwiska, ukrycie swoich moralnych przewinień, brak doświadczenia. Zupełnie jakby zamiast dojścia do prawdy, liczyło się jej ukrycie i zostawienie w mroku. Jakby liczył się tylko spektakl i gra pozorów (symboliczna scena snu z niewidzialną piłką), co powie środowisko (scena u arcybiskupa). Scenariusz z jednej strony jest bardzo precyzyjny, z drugiej nie wszystko wyjaśnia, co daje wiele pola do interpretacji. A czy coś się zmieniło w tym systemie? Nie jestem do końca przekonany.

bezmiar sprawiedliwosci3

Pewny jestem za to tego, że „Bezmiar…” jest fenomenalnie zagrany. Film dominuje całkowicie Jan Frycz jako mecenas Wilczek. W każdej z historii jest kimś zupełnie innym, przez co jego motywacja zmienia się cały czas. Od młodego idealisty przez zgorzkniałego cynika po człowieka próbującego zapomnieć całą sytuację. Każdym gestem, spojrzeniem oraz niewypowiedzianymi słowami buduje bardzo złożoną postać. Równie wyborny jest Jan Englert jako jego mentor i przyjaciel, mecenas Woś. Człowiek bardzo doświadczony, uznany autorytet, choć też wydaje się zależny od kogoś innego. Niestety, od reszty mocno odstaje Robert Olech, czyli niejako główny bohater, który jest tak naprawdę obserwatorem. Ta postać jest niejako jak widz, który obserwuje i chce poskładać elementy układanki, ale w porównaniu z resztą postaci wypada blado. Z pań najbardziej wybija się Bożena Stachura wcielająca się w przyjaciółkę Wilczka, a nawet kogoś więcej, co ma poważne perturbacje w procesie.

Minęło 13 lat odkąd w kinie obejrzałem po raz pierwszy „Bezmiar sprawiedliwości”. Nadal uważam, że jest to znakomity dramat sądowy, niejako będący pretekstem do dyskusji na temat wymiaru sprawiedliwości. Saniewski znakomicie buduje napięcie i przy okazji zadaje pytania, co potrafią tylko wielcy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Akcja pod Arsenałem

Tą historię znamy, bo czytaliśmy o tym, choćby w szkolnej lekturze „Kamienie na szaniec”. Parę lat temu powstała ekranizacja tej książki, ale nie warto o tym wspominać. Na szczęście powstał wcześniej film opowiadający o akcji odbicia Jana Bytnara „Rudego” z ręki gestapo. O tym opowiedział w 1977 roku ceniony dokumentalista Jan Łomnicki.

akcja pod arsenalem1

Całą fabułę można niejako podzielić na dwie części. Pierwsza to pokazanie życia w okupowanych przez Niemców Warszawie roku 1943. Nie chodzi tylko o pokazanie akcji dywersyjnych (podmiana swastyki na polską flagę czy pozbycie się niemieckiego napisu z pomnika Mikołaja Kopernika), ale też na bardziej „codziennej” stronie życia. Najbardziej tutaj chwyta wątek miłości Alka z Basią, pozwalający na chwilę zapomnieć o wojnie, okrucieństwie. Pozornie wydaje się prosty, ale szczery. Kiedy dochodzi do najgorszego (aresztowanie Rudego), całość zaczyna przyspieszać. Reżyser niczym reporter stara się odtworzyć wszelkie przygotowania do akcji. „Rozbrojenie” Niemców, przenoszenie broni do nowych skrytek, kupno samochodu. No i najgorsze: czekanie na zgodę dowództwa, z którym nie można się skontaktować. Przy okazji dowiadujemy się, jak przekazywano informacje o transporcie (sprytnie wykonane rozmowy telefoniczne) oraz gdzie swoje wtyki mieli konspiratorzy. To budzi wrażenie i potrafi zaangażować.

akcja pod arsenalem2

Łomnicki robi wszystko, by nie tworzyć pomnikowych bohaterów (zwłaszcza całej naszej trójki: Rudego, Alka i Zośki). Każdy z nich ma swoje dylematy, momenty zwątpienia czy bezsensowności zabijania Niemców. Ci, którzy znają przebieg wydarzeń, nie będą zaskoczeni. Ale najbardziej zaskakujący jest fakt, że reżyserowi udaje się utrzymać napięcie. Nadal wrażenie robi bardzo dobrze zmontowana scena przeprowadzenia akcji czy oczekiwanie na telefon w barze. Wszystko to w niemal dokumentalnej stylistyce, ze stonowanymi wizualnie zdjęciami oraz dobrymi dialogami.

akcja pod arsenalem3

Dokumentalny sznyt widoczny jest także w doborze aktorów. Większość z nich grających konspiratorów to byli debiutanci, zaczynający swoją przygodę z kinem. Wyjątkiem był Jan Englert w roli Orszy, potwierdzając klasę i łącząc opanowanie z niepokojem. To tutaj pojawili się tacy rozpoznawalni aktorzy jak Adam Ferency (Heniek), Emilian Kamiński („Jur”) czy Paweł Wawrzecki („Jeremi”). Złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o odtwórcach głównych ról, czyli Cezarym Morawskim („Rudy”), Ryszardzie Gajewskim („Alek”) oraz Mirosławie Konarowskim („Zośka”). Czuć między nimi zgranie oraz silną więź, która mogła powstać tylko w takich czasach.

Może przemawia za mną sentyment oraz nostalgia, ale mimo lat „Akcja pod Arsenałem” nadal pozostaje jednym z wyrazistych filmów wojennych z naszego podwórka. Nie wiem, czy potrafię powiedzieć coś więcej.

8/10

Radosław Ostrowski

Mniejsze niebo

Dworzec kolejowy. Miejsce, gdzie ludzie stoją, czytają, piją, czekając na pociąg. Ale czy można na dworcu zamieszkać? I nie chodzi mi tutaj o kloszardów czy meneli, ale zwykłego szarego człowieka. Takim człowiekiem jest Artur – 45-letni mężczyzna, mikrobiolog. Zostawił pracę, żonę i dwójkę dzieci. Na dworcu praktycznie mieszka od 9 dni. Tam odnajduje go przyjaciel Filip i nie jest w stanie zrozumieć tej postawy. Decyduje się zadzwonić do doktora Barcza, by ten z nim porozmawiał.

mniejsze niebo1

To jeden z mniej znanych filmów bardzo znanego reżysera, Janusza Morgensterna. Reżyser próbuje zmierzyć się z jednym bohaterem w nietypowej sytuacji. Artur może sprawiać wrażenie wariata, zaś jego decyzja o opuszczeniu domu i pracy brzmi absurdalnie. Dodatkowo jego wyjaśnienia wydają się mętne. Troszkę jakby mu zupełnie nie zależało na akceptacji albo sam nie umiał wyjaśnić. Narracja jest tutaj dwutorowa. Z jednej strony mamy tutaj Artura na dworcu, który obserwuje życie na dworcu. Z drugiej mamy najbliższych, którzy próbują go zrozumieć. Rodzina, przyjaciel, jeszcze lekarz (dr Barcz) oraz Marek Weber – dziennikarz tv, próbujący wrócić na szczyt. Same informacje na temat bohatera są dawkowane, czasami enigmatyczne, zaś motywacja jest niejasna. Kryzys wieku średniego? Jakaś niejasna sprawa w pracy? Rodzaj buntu? Poczucie pustki? A może jest to próba życia po swojemu? Wbrew narzuconym regułom przez społeczeństwo. Te pytania pozostają bardzo głęboko po obejrzeniu, zaś częściowo odpowiedź dają fragmenty esejów Camusa.

mniejsze niebo2

Sama realizacja filmu przypomina troszkę dokument. Kolorystyka jest bardzo stonowana, zdjęcia bardzo oszczędne, bez fajerwerków. Wszystko to wydaje się przez to takie bardziej przyziemne, codzienne. A poczucie zagrożenia potęguje bardzo niepokojąca muzyka aż do dramatycznego finału. Finału, którego się nie spodziewałem, a uderzył z mocną siłą.

mniejsze niebo3

Spokojna narracja oraz delikatna ręka reżysera działa nadal, zaś najmocniejszą kartą jest znakomita rola Romana Wilhelmiego. Aktor tutaj tworzy bardzo stonowaną, wyciszoną kreację zmęczonego życiem, melancholijnego człowieka. Bardzo sugestywnie pokazuje człowieka szukającego swojego własnego azylu. Kontrastem dla niego jest wybijający się najbardziej Jan Englert jako dziennikarz-cwaniaczek. Emanuje pewnością siebie i sprytem, szukającym powrotu do sławy. Jest jeszcze trzecia wybijająca się postać, czyli doktor Barcz w zaskakującej roli Janusza Zaorskiego (i głosem Krzysztofa Kołbasiuka). Bardzo spokojny, dociekliwy, próbujący wejść i zrozumieć Artura, ale nie jest w tym nachalny. Takiej roli się nie spodziewałem.

„Mniejsze niebo” wydaje się jednym z mniej znanych filmów Morgensterna, który nie trafił w swój czas. Bardzo stonowane oraz wyciszone studium samotności w społeczeństwie, nie potrafiące zrozumieć innej postawy. Jeden ze smutniejszych polskich filmów, jakie widziałem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sprawa Gorgonowej

To była najgłośniejsza sprawa kryminalna w historii II RP. Noc z 30 na 31 grudnia wydawała się być spokojna w willi inżyniera Zaremby w Brzuchowicach. Jednak to właśnie tam zostało popełnione morderstwo. Szybko ruszone śledztwo (oparte na poszlakach) wytypowało jako podejrzanych samego inżyniera oraz jego kochankę (i wychowawczynię jego dzieci) Ritę Gorgonową. Tylko czy aby na pewno była to jej robota?

gorgonowa1

Reżyser Janusz Majewski znany jest z tego, że większość swoich filmów osadza w przeszłości, czasach dawno minionych. Opierając się na prawdziwych wydarzeniach dokonuje rekonstrukcji samego dochodzenia oraz dwóch procesów: lwowskiego i krakowskiego. Jeśli ktoś jednak liczył na znalezienie odpowiedzi na pytanie: kto zabił?, może o tym zapomnieć. Bardziej skupia się na odtworzeniu działań wymiaru sprawiedliwości, przy okazji wytykając wiele błędów, które nie pozwoliły sprawy wyjaśnić do końca (pominięcie wielu istotnych dowodów, medialny rozgłos, wywołujący ogromne poruszenie, narzędzie zbrodni oraz dość ryzykowne przesłuchanie chłopaka, bardziej sugerujące odpowiedź). Majewski zachowuje przy tym dystans do całej sprawy, nie wydaje wyroków, nie sugeruje odpowiedzi, tylko rzuca kolejne wątpliwości oraz niejasności. Jednocześnie pokazuje jak bardzo łatwo można było doprowadzić do zaszczucia oskarżonej, jeszcze zanim zapadł wyrok. Niewątpliwy wpływ miała na to postawa prowadzącego śledztwo prokuratora, rozgłaszającego całą sprawę oraz bardzo silnie żerujących na tym zdarzeniu dziennikarzy.

gorgonowa2

Majewski niemal z pietyzmem oraz przywiązaniem do detali odtwarza wszystkie wydarzenia, cały czas trzymając w napięciu. Kolejne wyciągane informacje, dowody, przesłuchania doprowadzają do kompletnego mętliku w głowie i siejąc kolejne wątpliwości. Wreszcie są sceny sądowe, na które tak naprawdę czekamy od początku. I obydwa te procesy bardzo diametralnie się różnią od siebie: zarówno reakcjami publiczności w sądzie, jak i próbą podważenia pewnych dowodów (przeprowadzenie wizji lokalnej, powołanie biegłych), czyniąc całość jeszcze bardziej wciągającą. Każdy dialog, każde słowo nie jest zbędne, zaś przesłuchania oraz repliki prawników podkręcają temperaturę. W połączeniu z porządnymi zdjęciami oraz płynnym montażem tworzy to koktajl Mołotowa.

gorgonowa3

Wielu może rozczarować zakończenie, ale reżyser wolał oprzeć się na wykorzystaniu faktów niż serwować jakiekolwiek przypuszczenia. Zamiast kropki nad i pojawia się znak zapytania, bo czy można skazać bez cienia wątpliwości osobę, mając tylko poszlaki? To pytanie reżyser stawia cały czas, a odpowiedź wydaje się jedna: skoro nie ma niezbitych dowodów, należy oskarżonego uniewinnić.

gorgonowa4

Majewski znakomicie prowadzi całą narrację, zaś aktorzy (nawet w drobnych epizodach jak Marek Kondrat, Włodzimierz Boruński czy Wojciech Pszoniak) tworzą bardzo wyraziste, mocne kreacje. Największe wrażenie zrobiła na mnie Ewa Dałkowska w roli tytułowej. Gorgonowa w jej wykonaniu wydaje się być silna, niemal niewzruszona, bardzo pewna siebie. Ale nawet ona nie jest w stanie znieść coraz bardziej nerwowej atmosfery i pod koniec zaczyna pękać. Kapitalny jest Roman Wilhelmi, czyli przez większość filmu pogrążony w bólu Zaremba, bardzo wycofany, wręcz bierny, ale jednocześnie nie jest do końca taki potulny. Trudno też nie wspomnieć opanowanego i zachowującego rozsądek sędziego śledczego (Andrzej Łapicki), mecenasa Axera (Aleksander Bardini) czy bardzo śliskiego prokuratora Krynickiego (Mariusz Dmochowski).

Janusz Majewski tworzy bardzo soczysty, mocny dramat pozbawiony łatwych odpowiedzi na pytanie o winę/niewinność Gorgonowej, pełen świetnych dialogów, wyrazistych postaci oraz wiernego odtworzenia realiów epoki. Zastanawia mnie czemu później niewielu twórców mierzyło się z dramatem sądowym.

9/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

Bogowie

Wielu osobom mówi nazwisko Zbigniew Religa – lekarz kardiochirurg, który podjął się niemożliwego. Postanowił zrealizować przeszczep serca w kraju, gdzie ten organ uznawano za rzecz świętą. Cała historia zaczyna się w 1984 roku w Warszawie, gdzie Religa był asystentem profesora Sitkowskiego. Ale porzuca tą posadę, otrzymując propozycję posiadania własnej kliniki w Zabrzu. I co z tego, że jeszcze nie stoi?

bogowie_2014_1

Próbę opowiedzenia o początkach polskiej transplantologii postanowił opowiedzieć Łukasz Palkowski. Twórca świetnego „Rezerwatu” oraz kompletnie nieudanej „Wojny żeńsko-męskiej” tym razem wrócił do formy, a to było bardzo potrzebne. Owszem, jest to laurka złożona profesorowi Relidze, gdzie po drodze lecą kurwy na prawo i lewo, świat ma szarawy kolor zieleni, jednak ogląda się to po prostu świetnie. sama historia jest w stanie trzymać mocno w napięciu (operacje), nie pozbawionego humoru rozładowującego napięcie. Reżyser robi to w niemal amerykańskim stylu – bo to historia człowieka walczącego niemal ze wszystkim (przekonaniami, strachem, wątpliwościami, polityką, brakiem pieniędzy) niczym Prometeusz. Ale jednocześnie jest to jak najbardziej produkcja ku pokrzepieniu serc, pokazująca niewyobrażalny potencjał naszego narodu, wymagająca sporo cierpliwości, determinacji oraz siły. Obraz niemal idealny? Realizacyjnie jest to pierwsza liga w niemal amerykańskim stylu – wszystko tam gra, od zdjęć i scenografii po montaż i muzykę. Można się przyczepić, że postacie (poza Religą) nie są bardziej złożone, że operacji jest troszkę za mało i realia PRL-u troszeczkę przerysowano (państwo stawia niemal kłody pod nogami w sprawie forsy, ale facet w czarnej Wołdze jest to w stanie załatwić), ale to są drobiazgi nie przeszkadzające w odbiorze filmu.

bogowie_2014_2

Jedno nie ulega wątpliwości – film to popis Tomasza Kota. Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, że ten facet jest w stanie sprawdzić się w poważniejszej roli, „Bogowie” powinni go przekonać. Religa w jego interpretacji to niepokorny, ambitny i charyzmatyczny lekarz walczący o transplantologię. Zawsze z papierosem w ręku i lekko przygarbiony zapada w pamięci na długo. Palkowski jednak ma bardzo mocny drugi plan z Piotrem Głowackim (Marian Zembala) oraz Szymonem Warszawskim (Andrzej Bochenek) na czele. Dzieje się tam dużo i sporo, a każdy nawet jeśli miał kilka minut, wykorzystuje je na maksa.

bogowie_2014_3

Co ja wam będę mówił? Ubiegłoroczny zwycięzca Złotych Lwów jest filmem na pewno dobrym i dającym wiarę, że Polak potrafi. Także zrobić świetne kino, a tego bardzo potrzeba w ostatnim czasie. O, bogowie!!!

7/10

Radosław Ostrowski