Jest rok 1945, czyli jest późno na podbój Dzikiego Zachodu. Niemniej dalej trwa walka o ziemię, bydło i hodowlę. Tutaj spór trwa między magnatem Jacobem Ewingiem a Elle Connors – mającą mała farmę. Wydaje się, że ta konfrontacja jest z góry ustalona. Ale wtedy pojawia się nowy sojusznik dla naszej kobiety. To weteran wojenny Frank Athearn, który razem z innymi żołnierzami wykupił część ziemi Elle. Wracając do zdrowia po postrzale, proponuje się jako pomocnik dla kobiety, by następnie zostać jej wspólnikiem w interesach, co nie podoba się Ewingowi, gdyż zamierza on wykupić całą ziemię niczym jego dziadek.

Alan J. Pakula tym razem poszedł w zupełnie nieoczywistym kierunku jak na niego, gdyż sięgnął po western. Ale nie ma tutaj Indian, strzelanin, lecz wypasanie bydła i kowboje. A także obowiązkowe starcie tradycji z nowoczesnością, gdzie władze nad ziemią zaczynają faktycznie sprawować banki. Etos ranczera powoli zaczyna być zastępowany przez kapitalizm, symbolizowany przez ropę naftową. Nawet ci, co wydawali się potężni (Ewing) są więźniami swoich długów oraz wierzycieli. Ale mimo tych przeciwności walka trwa – nie zawsze czysta i uczciwa, gdzie dochodzi do przemocy. Reżyser skupia się na prostych czynnościach związanych z łapaniem bydła. Nie ma tutaj prostych podziałów na dobrych i złych, a wszystko to jest sfotografowane w bardzo ładnych plenerach. Pakula powoli i stopniowo odkrywa kolejne zdarzenia z przeszłości naszych bohaterów, stawiając na kameralny dramat. Jedynie końcówka jest bardziej dramatyczna, wręcz pachnąca thrillerem, kończąc się krotką strzelaniną, ale nie psuje to dobrego wrażenia.

Reżyser nie tworzy niczego nowego, nie rewolucjonizuje gatunku, ale seans był naprawdę przyjemny. Jest kilka pięknie sfotografowanych scen przyrody oraz łapania bydła, nie brakuje też napięcia (nocna burza, która wypędziła stado), ale to przede wszystkim zasługa dobrego aktorstwa. Najbardziej błyszczy Jane Fonda jako twarda i nieustępliwa Elle. Takich babek na ekranie było wiele, ale i ta okazuje się do zdobycia. Zwłaszcza, gdy dokonuje tego nasz Frank, czyli świetny James Caan. Też jest twardzielem, co z nie jednego pieca jadł chleb i nie daje się zbyt byłe czym. Po drugiej stronie jest Jason Robards (Jacob Ewing) – bezwzględny kapitalista, który zawsze chce, by było po jego myśli. Nawet osaczony przez bank, zawsze szuka wyjścia z pułapki. W końcu będzie musiało dojść do konfrontacji.

Trudno nazwać „Przybywa jeździec” za klasyczny western, jednak wiele jego elementów się przewija. Tak naprawdę jest to opowieść o determinacji oraz sile woli, by znieść wszelkie przeciwności losu. Kawał porządnego rzemiosła i jedna z nieoczywistych pereł.
7/10
Radosław Ostrowski






