Czarny młyn

Kolejna, troszkę mniej znana polska produkcja dla młodszego odbiorcy, choć powstała ledwie parę lat temu. Tym razem znowu siły połączyły reżyser Mariusz Palej i scenarzystka (a także aktorka) Magdalena Nieć, przenosząc kolejną (po „Za niebieskimi drzwiami”) powieść Marcina Szczygielskiego. I muszę przyznać, że poczułem dziwny powrót do przeszłości, czyli lat 90. Co wcale nie musi być wadą?

Wszystko dzieje się w małym miasteczku, gdzie sercem jest fabryka zwana Czarnym Młynem. Jednak pewnej nocy w budynek uderza… coś z nieba, doprowadzając do wielkiego pożaru oraz śmierci jednego z pracowników, Andrzeja (Marcin Dorociński). Na nieszczęście wszystko widziała jego ciężarna żona (Magdalena Nieć) oraz kilkuletni syn, Iwo. Parę lat później sytuacja rodzinna nie jest zbyt wesoła, gdyż córka rodzi się upośledzona umysłowo, co dla braciszka jest frustrujące i działa mu na nerwy bardziej niż wyniki wyborów prezydenckich u dorosłych. No i ziomki z ziomalką też podchodzą do niej z niezbyt dużą sympatią. A żeby było ciekawiej, to zaczynają się dziać dość dziwne oraz nieracjonalne zjawiska.

„Czarny młyn” to dość ciekawa mieszanka, przypominająca poprzedni film duetu Palej/Nieć. Bo z jednej strony dotyka poważnych kwestii (brak akceptacji, radzenie sobie z biedą, rodzice pracujący za granicą i zostawiający syna-gracza), ale z drugiej potrafi być zaskakująco lekka oraz obiecuje wielką przygodę. Jest aura tajemnicy, paczka kumpli oraz pewne drobne tarcia, a także dojrzewanie naszego bohatera. Do bycia bardziej odpowiedzialnym, bardziej empatycznym i skupiającym się tylko na SWOICH potrzebach. Może i jest to dość uproszczone oraz szybko pokazane, jednak działa. Chociaż niektóre dialogi mogą oscylować na granicy zażenowania (głównie wobec dziewczyn i ich emocjonalności), to jednak są bardzo rzadkie momenty.

Sama zagadka może wydawać się oczywista (dla wielu), jednak całość wygląda zaskakująco nieźle. Jest to ładnie oświetlone (szczególnie w trzecim akcie, gdzie pozwolono sobie na fajerwerki wizualne), w tle gra mocno elektroniczna muzyka (troszkę w stylu „Stranger Things”), a całość przechodzi bardzo zgrabnie. Problem zaczyna się w finale, gdzie zostają użyte efekty specjalne z komputera i… o mój Boże, ale to jest paskudnie zrobione. Jakby chciano na siłę zrobić aktorską wersję „Dragon Ball”, zaś wytworzone efekty kłują w oczy swoją sztucznością.

Dzieciaki aktorsko wypadają nieźle, czuć mocną chemię między paczką. Najbardziej wybija się Iwo Wiciński w roli protagonisty, przekonująco pokazujący emocje. Z dorosłych najmocniej wychodzi Magdalena Nieć w roli matki Iwo, zaś w epizodach pojawią się znane twarze jak Janusz Chabior, Krzysztof Kiersznowski i Marcin Dorociński. Sam film okazuje się niepozbawioną wad bardzo kompetentną produkcją z niegłupim morałem, intrygującym klimatem oraz solidnym aktorstwem. Gdyby bardziej dopracować efekty specjalne albo inaczej rozegrać finał, byłby to film kultowy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Akademia pana Kleksa

„Akademia pana Kleksa” wydana w 1946 roku autorstwa Jana Brzechwy stała się bardzo popularną powieścią. A nawet przez bardzo długi czas szkolną lekturą. Jednak do naszej popkultury Kleks wszedł dzięki filmowi Krzysztofa Gradowskiego z 1983 roku oraz ikonicznej roli Piotra Fronczewskiego. Więc kiedy pojawiły się wieści o nowej adaptacji, większość była nastawiona bardzo sceptycznie. Zarówno z powodu osoby reżysera (Maciej Kawulski), jak i wprowadzanych zmian w scenariuszu. Czy najgorsze obawy się potwierdziły?

Historia skupia się na Adzie Niezgódce (debiutująca Antonina Litwiniak) – 12-letniej dziewczyny, co zawsze sobie wszystko planuje i przygotowuje. Mieszka razem z matką, zaś ojciec wyszedł z domu i nie wrócił. Przez 6 lat, a wszelki ślad zaginął. Jej spokojne życie zmienia się, kiedy pojawia się ptak Mateusz (Sebastian Stankiewicz) i zaprasza ją do Akademii pana Kleksa. Nie bez problemów, ale udaje się ją przekonać do tego przedsięwzięcia. Na miejscu poznaje dzieci z różnych części świata, a także bardzo ekscentrycznego Kleksa (Tomasz Kot), uczącego… siły wyobraźni. Tylko zbliża się bardzo poważne zagrożenie – Wilkunami chcą schwytać oraz zabić Mateusza. Dlaczego? By się zemścić za śmierć ich króla.

Poprzeczka zawieszona była bardzo wysoko, a oczekiwania wystrzeliły jak rakieta. To nie miało prawa się udać, prawda? Początek nie zapowiada WIELKIEJ katastrofy, gdzie powoli poznajemy naszą bohaterkę i jej otoczenie. Po drodze jeszcze jest product placement (na szczęście nie zbyt nachalny), ekspozycję oraz jeszcze szybsze poznanie reszty dzieciaków. A że potem nie odgrywają zbyt dużej roli w dalszej części filmu, to już inna sprawa. Kiedy trafiamy do bajkowego świata oraz Akademii, wszystko powinno się rozkręcić oraz oczarować. Kawulski robi to, ale głównie w kwestii technicznej. Wrażenie robią efekty specjalne oraz scenografia Akademii – każde pomieszczenie, korytarz wygląda niesamowicie i pieści oczy. Tak jak wiele scen, gdzie Kleks pokazuje różne niezwykłości jak tworzenie jedzenia z… kolorów czy manipulowanie otoczeniem.

I w tym momencie coś w „Akademii” zaczyna się psuć, zaś Kawulski zaczyna gubić się w tej układance. Podobnie jak w „Kajtku Czarodzieju” brakuje skupienia, gdzie wątki mieszają się ze sobą w mętną mieszankę. Jakby chciano złapać kilka srok za ogon – nauka w Akademii, budowana relacja Ady z Kleksem, osamotniony uczeń Albert, przeszłość Mateusza, wreszcie wisząca wizja wojny z Wilkunami. Nie wspominając jeszcze o tajemnicy wokół ojca Ady, która jest tu ledwo liźnięta. Do tego parę nietrafionych żartów oraz muzyka MOCNO próbująca naśladować styl a’la „Stranger Things”. A także trzeci akt wyglądający jakby nakręcił go Zack Snyder. Dlaczego? Wjeżdża na pełnej slow-motion, patos oraz efekciarstwo.

Ja tak narzekam, marudzę i wymieniam te wady, ale jest tu troszkę dobra. Poza warstwą wizualną jest tutaj kilka wyrazistych ról. Absolutnie świetny jest Tomasz Kot, którego Kleks sprawia wrażenie dziecka w ciele dorosłego. Lubi robić efektowne wejście (oj, wejście z muzyką – perełka), z pokręconymi strojami, ale jednocześnie ma w sobie coś z mędrca. Zaskakująca jest Danuta Stenka w roli przywódczyni Wilkusów, bo jest odpowiednio demoniczna, przerażająca i zła. Nie można nie wspomnieć o Piotrze Fronczewskim, który zawsze trzyma poziom czy dość nietypowo obsadzonym Sebastianie Stankiewiczu jako Mateuszu (tutaj wiele robi charakteryzacja). A jak poradziła sobie Litwiniak w roli głównej? Gra bardzo przyzwoicie bez wywoływania irytacji, a w wielu bardziej dramatycznych momentach wypada przekonująco. Reszta w zasadzie jest troszkę tłem dla reszty.

Ta inkarnacja „Akademii pana Kleksa” ma wiele, wiele wad i problemów. Można by rzec, że film Kawulskiego padł ofiarą swoich ambicji oraz oczekiwań. Niemniej nie jest to aż tak wielka katastrofa jak wieszczą krytycy. Do satysfakcji jednak jest daleko, niestety.

6/10

Radosław Ostrowski

Pakt – seria 2

Po wydarzenia z pierwszej serii Piotr Grodecki (Marcin Dorociński) przeniósł się do Katowic i redakcji „Tygodnika”. Nie oznacza jednak, że zrezygnował z opisywania afer oraz polityki. Tym razem trafia na seksaferę związaną z ministrem gospodarki Janiakiem, jednak ofiara – asystentka polityka, Natalia (Magdalena Berus) – boi się o tym mówić. Ale dziennikarzowi udaje się przekonać ją i to doprowadza do destabilizacji rządu. W konsekwencji zostają rozpisane przyspieszone wybory. Cztery miesiące później w kopalni „Brygida” dochodzi do wybuchu i ginie 36 górników. Prezydent miasta Bytomia Anna Wagner (Magdalena Popławska) oskarża premiera o odpowiedzialność za katastrofę i ignorowanie sygnałów. Kobieta dołącza do stworzonej przez Dariusza Skalskiego (Adam Woronowicz) partii Odnowa.

Niby wszystko wydaje się nie mieć zbyt wiele ze sobą wspólnego, ALE… Grodecki w tajemnicy spotyka się z Wagner. I to jest pierwszy łącznik, a drugim jest otrzymana wiadomość z anonimowego źródła. Z tego wynika, że cała seksafera oraz dymisja Janiaka była ukartowana. Kto zmanipulował dziennikarza i jakie jest tu drugie dno? Grodecki próbuje dociec.

Drugi sezon tym razem zrealizowany został przez reżysera Leszka Dawida i tym razem jest to historia oryginalna, nie podparta na licencji. Tutaj już bardziej skupiamy się na politycznych gierkach, podchodach, kantach oraz wszelkich innych nieczystych zagrywkach. Wszystko w jednym celu i jednym celu wszystko: władzy. Dla niej można posunąć się do wszystkiego, nawet do morderstwa. I tak jak poprzednio mamy kolejną intrygę, która jest odkrywana powoli, po drodze serwując wiele trupów, tajemnic i zmiennych. Znowu mamy spisek ludzi na styku polityki, biznesu i służb specjalnych, jednak tutaj bardziej czuć klimat… „House of Cards”. Przesadzam? Troszeczkę, bo jednak nasz bohater bardziej przypomina superherosa, co niemal z każdej sytuacji wychodzi za pomocą sprytu lub szczęścia. No i świat brudnej, nieczystej polityki, gdzie trzeba szybko się uczyć jak przetrwać i walczyć. Tylko czy walka o władzę za wszelką cenę jest jedynym sposobem?

Nadal zachowany jest taki szaro-bure kadry z paroma nieostrymi ujęciami oraz pulsującą, elektroniczno-ambientową muzyką. Zdarzają się pewne problemy z uchwyceniem dialogów, lecz nie tak częste jak w poprzedniku. O wiele bardziej za to wypada montaż. I nie chodzi tylko o sceny dialogów czy rozmów, ale choćby użycie montażu równoległego, szybkich cięć, pokazywania (na ekranie, który nie jest monitorem) redagowanego tekstu czy szybkich zbitek z fragmentami rozmów dziennikarzy, zdjęć, tekstów. To o wiele urozmaicało seans.

Mieszanka starych znajomych z nowymi postaciami jest wręcz piorunująca. Dorociński nadal trzyma fason, ale to wyga i trudno mu nie kibicować. Tak samo solidnie się prezentuje Witold Dębicki (Andrzej Bitner), Mariusz Bonaszewski (premier Kostrzewa) czy świetny Adam Woronowicz (Dariusz Skalski). Ten drugi zostaje pogłębiony jako pozornie opanowany i spokojny, ale też doświadczony weteran zagrywek politycznych.

Najjaśniejszym nowym punktem obsady – przynajmniej dla mnie – była rewelacyjna Magdalena Popławska jako Anna Wagner. Lokalna polityk, której bliżej jest do idealistki z zasadami i zostaje zderzona z brutalnymi, bezwzględnymi zagrywkami, próbując zachować twarz. A nie jest to łatwe zadanie, gdy odkrywa kolejne brudy oraz jak głęboko sięga cały układ. Równie mocna jest Kinga Preis, czyli przełożona Piotra, Olga oraz Roman Gancarczyk w roli tajemniczego oficera ABW. Pojawiają się kolejne znajome twarze o różnym stopniu znaczenia, ze szczególnym wskazaniem na Łukasza Simlata (Sebastian Malik), Zbigniewa Zamachowskiego (Roman Hanus) i Borysa Szyca (właściciel Tygodnika, Łukasz Seidler).

Drugi sezon „Paktu” trzyma poziom poprzednika, a w paru miejscach wręcz przebija. Ciągle mroczna, brudna, lepka i nieprzyjemna kombinacja powiązań polityki, mediów, biznesu oraz służb specjalnych. Trzymająca w napięciu, z mocnymi dialogami i wyrazistymi postaciami. Ale trzeciej serii już nie dostaliśmy, co wynika z braku furtki na ciąg dalszy. Może to i lepiej.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Furioza

Przyznam się, że na film o kibolach i gangsterce wokół tego podchodziłem jak pies do jeża. Do tego jeszcze za kamerą miał stanąć reżyser jednej z najgorszych tzw. komedii („PolandJa”). Entuzjazm zgasł szybciej niż honor wśród polskich polityków. I jeszcze mamy część obsady z tamtego filmu (Chabior, Bobrowski), co budziło spore obawy. A jaka jest naprawdę „Furioza”?

Fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa: mamy tytułową Furiozę, czyli grupę kiboli. A ci zajmują się kibolskimi sprawami: zadymą, ustawkami, mordobiciem etc. A gdzieś w tle mamy podejrzane relacje z gangsterami i dilerką. Ekipą kieruje „Kaszub” oraz jego prawa ręka, „Golden”. Do tej grupy kiedyś należeli także brat Kaszuba, Dawid i Dzika – to jednak było dawno i nieprawda. Teraz mężczyzna jest lekarzem, zaś dziewczyna wstąpiła do policji. Dawid zmuszony zostaje do współpracy z psiarnią w zamian za oczyszczenie kartoteki „Kaszuba”. Jeszcze jest „Mrówka”, który zajmuje się handlem narkotykami.

furioza1

Domyślacie się dokąd to zmierza? Sensacyjna opowieść o honorze, kasie, lojalności. Jeśli ktoś spodziewa się czegoś a la Patryk Vega, nie macie tu czego szukać. Mamy dwójkę bohaterów, którzy zderzają się z przeszłością (najbardziej Dawid, dawny członek Furiozy, obecnie wykluczony z pewnej decyzji), konkurencję walczącą o teren, ścigających gliniarzy, a nawet polityków w tle. Z tego koktajlu powstaje zaskakująco świeże kino, które klimatem bliżej jest do „Jak zostałem gangsterem” Kawulskiego, choć nie jest aż tak teledyskowe. Olencki bardziej trzyma się ziemi, bywa brudny i brutalny, jednak unika prostackości i prymitywizmu twórcy serii o psach razy pitbull. Jest to spójne narracyjnie, konsekwentnie prowadzone i energetyczne kino.

furioza2

Zaskakująco też dobrze zrobione technicznie, gdzie twórcy bawią się montażem równoległym, mordobicie jest pokazanie bez montażowych sztuczek (walka w lesie z motywacyjną przemową, której nie powstydziłby się sam Mel Gibson), zaś dialogi w większości są słyszalne i wyraźne. Zdziwiła mnie też spora ilość humoru, stanowiący skuteczny balans do powagi oraz wagi sytuacji. Może i brzmi dość prosto, ale nie sprawia wrażenia ciała obcego. Oraz potrafi rozbawić (zwłaszcza wypowiedzi cynicznego szefa Dzikiej, Bauera), a to nie jest łatwe.

furioza3

Niestety, nie wszystko tu działa idealnie. Czasem jakiś dialog zabrzmi mechanicznie, parę wątków można spokojnie wyciąć, by zachować równiejsze tempo. Pewnym balastem jest też relacja między Dziką a Dawidem, która zaczyna się budować. Bo po pierwsze, dochodzi do niej nagle i niespodziewanie, dialogi wtedy brzmią bardzo deklaratywnie, zaś grający główną rolę Mateusz Banasiuk ma urok i charyzmę kawałka drewna. Jego wycofanie się, mające pokazać jego wewnętrzny konflikt, działa na jego niekorzyść. Tak samo sceny retrospekcji wydają się troszeczkę zbędne.

furioza4

Jednak reszta obsady to już zupełnie inna rozmowa. Zaskakująco dobrze wypada Weronika Książkiewicz jako szorstka Dzika, kompletnie niepasująca do jej dotychczasowego emploi. Bardzo subtelnie poprowadzona, z wieloma mocnymi momentami. Równie porządny jest Wojciech Zieliński, czyli charyzmatyczny, honorowy „Kaszub”. Urodzony lider, trzymający się zasad i budzący respekt. Szoł jednak absolutnie kradnie trzech facetów: Szymona Bobrowskiego (Mrówa), Mateusza Damięckiego (Golden) oraz Łukasza Simlata (Bauer). Pierwszy jest równie wyrazistym mafiozo z zasadami, drugi z potężnym kaloryferem i ADHD rozsadza ekran dziką energią, zaś ostatni jest idealnie skrojony do roli cynicznego gliniarza z tnącymi niczym żyleta punchline’ami. Na dalszym planie też jest parę znajomych twarzy, robiących bardzo porządne tło (Sebastian Stankiewicz, Konrad Eleryk czy Cezary Łukaszewicz, by kilku wymienić).

Mimo sporych obaw na „Furiozie” bawiłem się znacznie lepiej niż przypuszczałem. Olencki świetnie prowadzi aktorów (z jednym wyjątkiem), sprawnie prowadzi narrację i jest soczyście wykonane. Kolejny przykład kina rozrywkowego na poziomie oraz wyczuciem.

7/10

Radosław Ostrowski

Maryjki

To, że na naszym podwórku pojawiają się filmy, które nazywam porąbanymi nie jest niczym niezwykłym. Zazwyczaj są to produkcje artystyczne, sprawiające wrażenie albo oderwanych od rzeczywistości, albo są tak skrajnie pretensjonalne, iż nie do oglądania. Ale czasem z tej półki coś w najgorszym wypadku ciekawego. Taki jest przypadek „Maryjek” od Darii Woszek.

maryjki1

Bohaterką filmu jest Maria (przełomowa rola Grażyny Misiorowskiej) – 50-letnia kobieta, mieszkająca sama w domu pełnym figurek Matki Boskiej. Pracuje jako ekspedientka w sklepie, a po pracy czyta romansidła spod znaku harlequina. No i oczywiście jest dziewicą, a to stereotypu pani w średnim wieku brakuje tylko moherowego beretu oraz słuchania Radia Maryja. Jak żyć w takim stanie? Ale wszystko się zmieni. I to nie tylko z przyjazdu siostrzenicy – bardziej wyluzowanej (powiedzmy) Heleny, ale też przez wizytę u ginekologa. Lekarz zapisuje jej hormony w formie plastrów na klimakterium. Co się stanie, kiedy się weźmie za dużo hormonów? Niezła jazda.

maryjki2

Reżyserka wizualnie troszkę idzie w kierunku Wesa Andersona. I nie tylko ze względu na pracę kamery, kiedy jest przyklejona do postaci (jest ona w jednym miejscu), a wszystko inne idzie w ruch. Ale także z powodu użycia kolorystyki czy scenografii (zwłaszcza w sklepie, gdzie pracuje nasza bohaterka). Jednak „Maryjki” są tak naprawdę portretem kobiety w średnim wieku, gdzie budzi się w niej seksualność i pożądanie. Choć wiele razy zaczynamy skręcać w stronę absurdu – od drobnych majaków z obrazem Jezusa po dźwiękowe halucynacje. I ten humor potrafi czasem trafić, ale tylko czasem. Ale najbardziej intrygowały mnie sceny z Marią, przechodzącą przemianę od wycofanej do coraz bardziej świadomej swoich pragnień oraz dążenia do nich.

maryjki3

Ale choć film trwa nieco ponad godzinę, potrafi znużyć i czasem ciężko wejść do tego pokręconego świata. Sytuację częściowo ratuje drugi plan ze świetną Heleną Sujecką oraz wycofanym Januszem Chabiorem na czele, a także trzymająca w napięciu scena kolacji. W tej scenie film potrafi wejść w o wiele mroczniejsze rewiry i stanowi punkt przełomowy dla naszej bohaterki. Inną niespodzianką jest choćby mocno chóralna muzyka w tle oraz epizod Katarzyny Nosowskiej. Dzięki temu „Maryjki” to intrygujący, ciekawy wizualnie komediodramat nie bojący się sięgać po tabu jakim jest seks po 50-tce. Ale nie zawsze balans między humorem a dramatem zostaje zachowany.

6/10

Radosław Ostrowski

Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa

Na hasło polskie kino sensacyjne obecnie jest tylko jedno skojarzenie: Patryk Vega. Nie dlatego, że jest dobry, ale ponieważ jest strasznie krzykliwy, jest skutecznie promowany oraz bardzo prostacki, wręcz prymitywny w formie. Scenariusze od niego to jest żart i pretekst do pokazania albo brutalnej przemocy, wulgarnego seksu, a widzowi nic więcej do szczęścia nie potrzeba. Konkurencją próbuje być lepszy jakościowo Władysław Pasikowski, ale obecnie nie ma takiej siły przebicia jak reżyser „Botoksu”. Ale pojawił się pewien nowy chłopak na osiedlu, mogący pokonać wroga polskiej krytyki nr 1.

„Jak zostałem gangsterem” – tytuł mówi tu wszystko i w zasadzie nie trzeba wyjaśniać. Bo w sumie to klasyczna opowieść o chłopaku, który urodził się w dziurze zwanej PRL-em. Taki rozrabiaka, co lubił się bić i miał jeden cel: zostać gangsterem. Tak jak ludzie, których widział nocą przed hotelem. Oni mu imponowali pieniędzmi, że nic ich nie ogranicza i mają władzę. I tak powoli zaczyna działać: najpierw jako mała płotka, by w końcu kierować własną ekipą przez lata 90. oraz wchodząc w XXI wiek. Wśród jego kumpli jest jeden bardzo mu bliski: to Walden – młody chłopak, któremu nasz bohater imponuje. I coraz bardziej ta więź staje się silniejsza, jednak pojawiają się komplikacje.

Takich historii było wiele i znacie je na pamięć: od zera do bohatera i z powrotem. Szablon jest bardzo znajomy. Sprawdzeni w boju kumple, dziewczyna nie znająca prawdziwego fachu, porąbani kumple po fachu, zdrada, zasady, honor, kasa. Czasami jest to wręcz mówione Wielkimi Literami, czasami jest to bardzo uproszczone, komiksowe (wstawki, gdzie bohater opowiada o tym, co się działo w okolicy). Ku mojemu zaskoczeniu jednak to wszystko działa i jest przynajmniej o dwie klasy lepsze od Vegi. Dlaczego?

Bo reżyser Maciej Kawulski stawia tutaj na dwie rzeczy: relacje i styl. Relacje między bohaterem a Waldenem przypominają początkowo coś na kształt uczeń-mistrz, by potem ewoluować na poziom ojciec-syn i to jest niejako fundament tej historii. Tu bije serce, pasja oraz energia. Reżyser mocno tutaj czerpie z kina Martina Scorsese (wykorzystanie muzycznych hitów, rytmiczny montaż, krwawa przemoc), tylko bardziej teledyskowego jak w przeplatanej scenie ślubu oraz egzekucji jednego z wrogów. Poza tym dialogi są niepozbawione bluzgów, jest troszkę golizny, ale też odrobinka humoru. Największym problemem – poza wtórnością – są niezbyt dobrze napisane role kobiece. One są tylko dodatkiem do brutalnego, męskiego świata. Czasami też jest zbyt mocno używane slow-motion, za bardzo starające się być cool. No i jeszcze jest zakończenie, które jest aż zbyt poważne oraz podniosłe, gryząc się z resztą całej narracji.

A to wszystko napędza świetnie dobrany duet aktorski. Do formy wraca Marcin Kowalczyk w roli bezimiennego bohatera, będącego także narratorem. To facet, którego doświadczenie nauczyło go zasad, których będzie się trzymał zawsze: lojalność, szacunek i inne rzeczy, których za pieniądze się nie kupi. Wypada w tej roli bardzo naturalnie, mając ciągle kilogramy charyzmy. Jednak prawdziwą petardą jest Tomasz Włosok w roli Waldena. W jego interpretacji to młody, coraz bardziej nakręcony, wręcz dziki chłopak, pragnący zaimponować bohaterowi, ale jednocześnie zaczyna przechodzić na ciemną stronę. Jego przemiana potrafi wzbudzić strach i jest poprowadzona bardzo konsekwentnie. Drugi plan ma kilka wyrazistych twarzy z Janem Fryczem (działający w cieniu Daniel), zaskakującym Jóżefem Pawłowskim („Tysiek”) oraz Piotrem Roguckim (Marian) na czele.

Tytuł, zwiastun i marketing działały bardzo na niekorzyść film Kawulskiego. Ale w ostatecznym rozrachunku okazał się kompetentnym, dostarczającym masy frajdy kinem rozrywkowym. Czasami się potyka i nie zawsze trzyma w zainteresowaniu, jednak stanowi ciekawą alternatywę dla kina Patryka Vegi. Gdyby ten drugi skupiał się na tworzeniu solidnych scenariuszy, tak by wyglądały jego filmy.

7/10

 

Radosław Ostrowski

Jestem REN

Wszystko wydaje się zaczynać normalnie: mamy sobie trzyosobową rodzinę. Renata zajmuje się domem, Jan pracuje i jest jeszcze syn Kamil. Sielanka gdzieś z dala od wielkiego miasta. Ale pewnego dnia po powrocie z pracy mężczyzna zauważa coś dziwnego. Chłopak w swoim pokoju jest skulony w rogu, pokój wygląda jak po przejściu huraganu, zaś kobieta przebywa w schowku, a oboje milczą. W końcu mąż decyduje się wysłać żonę na terapię, która ma ustalić co się stało i czy z kobietą jest wszystko w porządku. Już pierwszego dnia Renata wyznaje, że… jest androidem, którego zadaniem jest bycie doskonałą żoną oraz matką.

Po obejrzeniu zwiastuna debiutu Piotra Ryczka byłem zaintrygowany. Psychologiczny dreszczowiec z elementami SF nie jest często spotykanym zjawiskiem w polskim kinie. „Jestem REN” mając niewiele czasu (troszkę ponad 70 minut), próbuje skupić uwagę na tajemnicy. Co się zdarzyło tego feralnego dnia oraz czy nasza bohaterka naprawdę jest robotem. A może jej wspomnienia to efekt halucynacji, urojeń? Bo jak wytłumaczyć obecność niejakiej Eli – kobiety, która wydaje się wiedzieć więcej, pojawia się nie wiadomo skąd i mąci w głowie. Co jest prawdą, co urojeniem? Dylemat może i ograny, ale całkiem nieźle poprowadzony. Problem jednak w tym, że reżyser upycha wiele wątków oraz rozciąga to wszystko, iż w pewnym momencie przestałem się interesować. Zbyt wiele jest tutaj repetycji, łopatologii, a zagadka wydawała mi się zbyt prosta. Wszystko jednak zmienia dość brutalny, przewrotny finał, wywołujący jeszcze większą konsternację.

Realizacyjnie jest za to zaskakująco porządnie. Bardzo minimalistyczna przestrzeń może wydawać się początkowo bardzo teatralna, zaś oszczędnie dawkowane efekty specjalne są świetne. To buduje klimat tajemnicy, samotności oraz pewnego chłodu. Przypominało mi to „Ex Machinę” Garlanda, choć nie jest to ten poziom. Ale dobrze, że nasi filmowcy mają dobre wzorce do naśladowania.

No i jeszcze mamy w głównej roli nieznaną mi Martę Król, która wypada z całej obsady najlepiej. Drobną mimiką oraz barwą głosu potrafi sprzedać dezorientację, upór, jak i bezradność. A jej wiara w to, że jest androidem była nie do podważenia. Świetnie jej partneruje Marieta Żukowska jako tajemnicza Ela, której motywacja pozostaje tajemnicą oraz w drobnej roli Janusz Chabior. Reszta członków rodziny (Olaf Marchwicki oraz Marcin Sztabiński) wypada nieźle, ale zwłaszcza od ojca należało więcej wycisnąć.

Jestem lekko zawiedziony, ale „Jestem REN” jest całkiem sprawnym thrillerem psychologicznym. Elementy SF są tak naprawdę otoczką dla rodzinnego dramatu oraz pokazania choroby psychicznej z mniej znanymi aktorami w głównych rolach. Intrygujące kino, choć  nie wykorzystujące w pełni potencjału.

6/10

Radosław Ostrowski

Ja teraz kłamię

Wyobraźcie sobie takie show, gdzie wy jesteście osobami decydującymi. Konfesjonał Gwiazd – tutaj celebryci opowiadają o swoich rzeczach i grzechach, a w zamian dostają dużą kasę. I wy, widzowie, głosujecie telefonami: wierzycie im lub nie. Przed wami troje postaci: aktorka poruszająca się na wózku, reżyser nie mogący znaleźć zatrudnienia oraz piosenkarka po uzależnieniu od narkotyków. Prowadząca, ubrana w turban Kai, wierzy im, ale widownia nie. Od tego momentu poznajemy historię każdego z nich.

ja teraz klamie1

Reżyser Paweł Borowski wraca po 10 latach przerwy. Artysta-plastyk oraz felietonista tworzy tutaj bardzo odrealniony świat przyszłości z perspektywy tzw. wyższych sfer. Ludzi bogatych, pragnących sławy i uwielbienia takich szarych ludzi jak ty i ja. Ludzi podatnych na manipulację oraz oszustwo, bo przecież pragniemy sensacji, makabry oraz tragedii. Z kolejnymi wydarzeniami dostajemy kolejne informacje oraz tajemnice skrywane przez naszych bohaterów. Kolejne tajemnice, jakieś morderstwo, kłamstwa, pęknięcia oraz trzy relacje. Kto kłamie, kto mówi prawdę, kto manipuluje i steruje innymi? Niby nic nowego, ale reżyser robi wszystko, by tutaj pogmatwać, skomplikować oraz namieszać we łbie.

ja teraz klamie2

Najbardziej wybija się tutaj strona wizualna oraz osadzenie w retro-futurystycznej otoczce. Scenografia jest wręcz piorunująca, przypominająca klasyczne kino SF (komputery w kształcie lekko powiększonych maszyn do pisania, „pocztówki”, telewizory czy stare samochody). Także pozornie minimalistyczne studio Kai potrafi zaintrygować. Nie wspominam jeszcze o bardzo wyrazistych kostiumach czy bardzo staroświecko brzmiącej muzyce elektronicznej. Ale największą robotę wykonuje praca kamery Arka Tomiaka. I nie chodzi o pokazanie tej rozbuchanej wizji, lecz sztuczki związane ze zmianami perspektywy, co jeszcze bardziej podkręca tą rzeczywistość. Obłędna robota, jakiej na naszym podwórku zwyczajnie nie widziałem, chyba nigdy.

Problem mam jednak z samą fabułą – pozornie prostą i szczątkową, coraz bardziej komplikującą się. Tylko, że w połowie zacząłem podejrzewać jakąś grubymi nićmi szytą mistyfikację. Pokazywanie tych samych scen zaczyna robić się monotonne i nie prowadzi donikąd. Zaś samo rozwiązanie zagadki jest mało satysfakcjonujące i skręca w stronę jakiejś opery mydlanej. Chociaż może to też jest jakieś oszustwo (ostatnia scena), ale nawet wtedy rozczarowuje.

ja teraz klamie3

I nawet aktorstwo nie jest do końca wykorzystane, a wiele znanych twarzy (Więckiewicz, Chabior, Woronowicz, Dziędziel, Kulig) pełni tak naprawdę role epizodyczne. Z tego całego grona najbardziej wybijają się cztery kreacje, czyli Agata Buzek (prowadząca Kai z turbanem na głowie przypomina uważną korbę), Maja Ostaszewska (aktorka Celia), Rafał Maćkowiak (reżyser Matt) oraz Paulina Walendziak (piosenkarka Yvonne). Choć pozornie nie są za bardzo zarysowani, to cały ten kwartet wyciska ze swoich postaci wszystko, co się da.

ja teraz klamie4

Ciężko mi jednoznacznie ocenić ten film. Z jednej strony jest oszałamiający wizualnie oraz ma świetną stylizację na retro-futuryzm, ale z drugiej wydaje się troszkę wydmuszką i niewykorzystującym potencjał całej obsady. Nie mniej jest to jeden z bardziej intrygujących polskich filmów SF.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Underdog

Roman Kosecki zwany Kosą jest zawodnikiem MMA, który walczy z niepokonanym Denim Takajewem. Kosa jest w formie i wygrywa, ale zostaje przyłapany na dopingu, co kończy się dyskwalifikacją. Mężczyzna wraca do rodzinnego Ełka i zaszywa się, pracując jako bramkarz, a następnie… naprawiając lokomotywy. Ala Takajew nie jest zadowolony z wyniku poprzedniej walki i chce rewanżu z Kosą. Tylko czy tamten się zgodzi?

underdog1

W Polsce MMA ostatnimi czasy stały się bardzo popularne, ale żadnego filmu o tym sporcie na naszym podwórku nie było. Sprawę postanowił wziąć w swoje ręce Maciej Kawulski – jeden z włodarzy MMA, który postanowił wyreżyserować „Underdoga”. I szczerze mówiąc, nie spodziewano się zbyt wiele, marketing odstraszał, a nie mający żadnego filmowego doświadczenia Kawulski za kamerą też budził wątpliwości. To nie miało prawa wypalić, prawda? A jednak. Sama historia nie należy do oryginalnych, bo jest to klasyczna opowieść o walce z własnymi demonami, bólem niż przeciwnikiem. Osoby liczące na świetne sceny walk mogą się przejechać. O ile sam początek, pokazany z pierwszoosobowej perspektywy, wygląda świetnie, o tyle finałowa potyczka nadużywa slow-motion i traci swój impet. Do tego trwa dość krótko, jak na metraż filmu.

underdog2

Reżyser bardziej próbuje się skupić na relacjach Kosy z resztą otoczenia: z niepełnosprawnym bratem, ojcem prowadzącym siłownię, dawną znajomą (obecnie panią weterynarz) czy trenerem mającym zespół Tourette’a. Tutaj pomagają naprawdę niezłe dialogi, gdzie patos jest przełamywany humorem. Podobały mi się też sceny treningowe, wykorzystujące lokalną przestrzeń (las, jezioro, pagórki) do różnych biegów (m.in. z przywiązaną kłodą) w teledyskowym montażu. Choć trwają dość długo, czuć w tym wszystkim serducho. Szczerość i pasja wręcz z tego bije, mimo pewnych niedoskonałości.

Po pierwsze, jak wspomniałem wcześniej walki. Żeby być uczciwym, pokazują wiarygodnie wszelkie chwyty oraz ciosy, ale brakuje im impetu. Po drugie, zupełnie od czapy przyklejony wątek rosyjskiej mafii, która chce ustawić walkę i zmusić Kosę do wygranej. No i po trzecie, schematyczność, ale to wynika z konwencji.

underdog3

Reżyser miał szczęście, że udało mi się zebrać dobrych aktorów, którzy z niezbyt dobrego scenariusza wyciskają prawdziwe soki. Absolutnie tutaj błyszczy Eryk Lubos jako łobuz ze złotym sercem, pełen wręcz gniewu, pasji. Chociaż ma wiele za uszami, budzi sympatię i kibicuję się mu do końca. Równie dobrze wypada Mamed Chalidow jako adwersarz, który nie jest tutaj czarnym charakterem. Szczery gość, szanujący swojego przeciwnika, z jasną motywacją. Dla mnie największymi zaskoczeniami są za to kreacje Tomka Włosoka (brat Kosy) oraz Aleksandra Popławska (Nina), kradnąc niejako film.

Spodziewano się raczej katastrofy, ale debiut Kawulskiego okazuje się naprawdę niezłym filmem sportowym. Widać, że to robił debiutant, a kilka rzeczy można było dopracować, jednak w tym wszystkim czuć serce, pasję oraz zaangażowanie. Mam nadzieję, że kolejne filmy o tej tematyce powstaną i będą lepsze.

6/10

Radosław Ostrowski

Ślepnąc od świateł

Warszawa – miasto leżące między Pruszkowem a Wołominem, gdzie wszystko żyje i oddycha tylko jedną rzeczą: kokainą. Ona czyni ten świat w miarę funkcjonującym, a jednym ze sprzedawców tego dopalacza jest Kuba. Nikt nie wie o nim nic, jego chata bardziej przypomina ascetyczną twierdzę, zaś jego jedyną przyjaciółką jest Pazina. Kuba pracuje dla niejakiego Jacka, który wydaje się być szefem tego mrocznego świata. A nasz Kubulek planuje wyjechać z miasta na troszkę dłużej, gdzieś tak przed świętami. Tylko, że wtedy wszystko zaczyna się wywracać do góry nogami, co spowodowane jest pewną torbą oraz wychodzącym z więzienia gangsterem Dario.

slepnac_od_swiatel1

O adaptacji powieści Jakuba Żulczyka mówiło się od dwóch lat, ale w końcu się udało. Reżyser Krzysztof Skonieczny miał bardzo trudne zadanie, bo cała historia była jednym wielkim monologiem głównego bohatera, przeplatanym z onirycznymi wstawkami. Więc jak z tego skleić historię? Skonieczny bardzo mocno bawi się formą, co pozwala jeszcze bardziej wejść w ten chropowaty, brudny świat. Świat stroboskopowych świateł nocnych klubów, brudnych kamienic, bogatych apartamentów przeplatających się ze skromnymi pokojami jeszcze z czasów PRL-u. i ten świat jest nakręcany przez pieniądze, narkotyki, stanowiące paliwo dla niepowstrzymanego wyścigu szczurów. Tutaj przetrwanie jest ważniejsze, a głód tak silny, że bez niego nie jesteś w stanie w żaden sposób funkcjonować.

slepnac_od_swiatel2

„Ślepnąć od świateł” to także brudny, brutalny świat gangsterów, którzy za Chiny nie przypominają tych legendarnych szlaków znanych z „Ojca chrzestnego” czy nawet filmów Martina Scorsese. Tutaj każda próba cwaniactwa czy pójścia na skróty może skończyć się tylko w jeden sposób – zgonem. Tutaj wszyscy biorą dragi: bogaci biznesmeni, skorumpowani gliniarze, politycy, celebryci oraz szaraczki ze szkół. Gangsterzy mogą wydawać się tutaj bardzo przerysowani i nie tylko dlatego, że strasznie klną czy szablonowych obrazów. Bo są bezwzględni brutale z ulicy (Stryj i jego świński duet), drobne płotki z dilerki, troszkę wyżej mierzący Jacek o mentalności dresa czy bardziej bezwzględnego mafioza ze starej szkoły.

slepnac_od_swiatel3

Skonieczny potrafi pokazać ten brudny i ostry świat w taki sposób, że nie byłem w stanie oderwać oczu. Walące po oczach neony, opuszczone budynki w teledysku (nawija Piorun), ale z drugiej strony mamy piękną wyspę, gdzie nasz bohater wyobraża sobie przyszłość, zaś z trzeciej są jeszcze oniryczne sny bohatera (wyglądają jakby filmowane z VHS-u, gdzie jest wąski ekran, mocno wyprane kolory oraz bardzo lepka czerń).  Nie brakuje tutaj zarówno fantastycznych zdjęć, pełnej długich ujęć, wręcz lepkiego mroku, z bardzo wręcz ostrym montażem. Pozornie może wydawać się dziwacznym, chaotycznym eksperymentem, jednak reżyser panuje nad materiałem i wsysa. I jeszcze mamy na dokładkę bardzo eklektyczną muzykę, mieszającą dźwięki klasyków muzyki, jak i bardziej popularne dźwięki (KNŻ, Myslovitz, Run the Jewels, PROBLEM, The Streets), co wywołuje stan prawdziwego odlotu. I to jest ten świat, który nas otacza.

slepnac_od_swiatel4

Do tego jeszcze Skoniecznemu (grąjącemu także rapera Pioruna) udało się zebrać wręcz mocarną obsadę i każdy – nawet drobny epizod – zapada bardzo mocno w pamięci. I nie ważne czy mówimy o Zbigniewie Suszyńskim (poseł), Krzysztofie Szczerbińskim (inspektor Zgrywus), ekspresyjnym Krzysztofie Zarzeckim („Maluch”), czy choćby Michale Czarneckim (prokurator). Klasę potwierdza bardzo szorstki Janusz Chabior (ostry „Stryj”), coraz bardziej wybijający się Jacek Beler („Sikor”) czy coraz bardziej wracający do dyspozycji Cezary Pazura (szowman Mariusz Fajkowski) oraz Eryk Lubos (gliniarz-hazardzista Marek). Serial jednak kradną Marta Maliszewska, Robert Więckiewicz oraz Jan Frycz. Maliszewska w roli Paziny potrafi przykuć uwagę swoją naturalnością, intrygującą osobowością, potrafiącą nawiązać dziwną więź z Kubą. Więckiewicz jako lekko nerwowy, bluzgający Jacek potrafi rozbawić swoimi wiązankami. Ale to Frycz tutaj rozdaje karty – sprawia wrażenie bardzo spokojnego, wręcz stoickiego Dario (ten opanowany głos), jednak w jego oczach jest coś demonicznego, co nie pozwala mu się sprzeciwić. Magnetyzująca petarda, na której wybuch czekasz z niepokojem, bo nie wiesz, co zrobi i do czego jest zdolny.

slepnac_od_swiatel5

A jak sobie radzi w roli głównej debiutujący Kamil Nożyński? Moim zdaniem całkiem nieźle, choć Kuba to bardzo specyficzna postać. Sprawia wrażenie jakby nieobecnego, elegancko ubranego ziomala, skupionego na jak najlepszym wykonaniu swojego fachu, z bardzo twardymi zasadami, które zostają przez niego złamane (nie z własnej winy). Ma w sobie pewną tajemnicę – te oniryczne sceny – ale kiedy zaczyna się wypowiadać, wydaje się sztuczny, bardzo mechaniczny, jakbyśmy słuchali robota. I to może odrzucić wiele osób, jednak dla mnie jest to metoda pokazująca, jak bardzo fałszywy jest sam bohater, że jego pedantyczna kontrola była tylko pułapką.

Chociaż miniserial ma otwarte zakończenie, „Ślepnąć od świateł” pozostaje zamkniętą historią człowieka, który zamiast wyrwać się ze zgniłego miasta, coraz bardziej się w nie zapada. I trudno oderwać od tego brudu oczy, co przypomina troszkę „Taksówkarza”. Niesamowite, chropowate dzieło, którego na naszym podwórku po prostu nie było i na pewno jeszcze do niego wrócę.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski