Terror – seria 1

Był rok 1846, kiedy to wyruszyła ekspedycja naukowa brytyjskiej Marynarki. Okręty Erebus oraz Terror miały znaleźć Przejście Północno-Zachodnie, które miało być drogą do Azji przez Arktykę. Wyprawą dowodzili sir John Franklin, Francis Crozier oraz James Fitzjames. Jednak od początku coś idzie nie tak: załoga zaczyna chorować, lód nie słabnie. Jakby tego mało, w okolicy krąży tajemnicze monstrum.

terror1-1

Stacja AMC tym razem bierze się za powieść Dana Simmonsa, próbującej zrekonstruować prawdziwą wyprawę. Bo była taka ekspedycja, lecz nikt z niej nie wrócił, zaś wraki statków odkryto dopiero kilka lat temu. Twórcy próbują ustalić, co mogło się wydarzyć podczas wyprawy. Czy należy to traktować jako rekonstrukcję czy jedyną interpretację? Nie, ale udaje się wciągnąć w tę podróż. Sama historia to mieszanka kina historycznego, przygodowego z… horrorem. I nie chodzi tutaj tylko o walkę, by przetrwać i przeżyć. Bo warunki kompletnie nie sprzyjają. Ostra zima, coraz bardziej kończąca się żywność (ulegająca psuciu), wahająca się załoga oraz tajemnicza bestia. No i jeszcze zbyt pewny siebie dowódca, który widzi wszystko w jasnych barwach. Taka kombinacja jest bardzo niebezpieczna, ale twórcy bardzo oszczędnie dawkują informacje. Nie wszystko jest też pokazywane przez kamerę, co na początku może wywoływać dezorientację. Do tego przeskoki między postaciami na początku też nie działają na plus.

terror1-2

Sama realizacja to najwyższa półka telewizyjna. Bezkresna biała przestrzeń wywołuje poczucie beznadziei, które będzie nam towarzyszyć przez cały czas. Również wrażenie robi szczegółowa scenografia. Same statki wyglądają imponująco, tak jak kolejne pomieszczenia (kuchnia w odcinku pierwszym, kajuty kapitanów) czy przedmioty. Wszystko zgodnie z duchem epoki i bez słodzenia. Ale napięcie jest tutaj budowane bardzo precyzyjnie, w czym pomaga spokojny montaż oraz zdjęcia. Przez większość czasu nie widać monstrum, a człowieczeństwo zostaje wystawione na bardzo ciężką próbę. Nie brakuje brutalnych, krwawych scen (nie tylko z potworem), a groza jest tutaj konsekwentnie budowana. Nawet Eskimosi są tutaj kluczowym elementem całości, zaś finałowy odcinek łapie za gardło.

terror1-3

I jeszcze mamy do tego absolutnie fenomenalną obsadę. Kolejny raz klasę potwierdza Jared Harris jako kapitan Crozier. Jest to bardzo melancholijny, bardziej stojący po ziemi oficer, który staje się dowódcą załogi. Początkowo sprawia wrażenie nieobecnego, lubiącego wypić, ale to on z czasem staje się odpowiedzialnym, szanowanym kapitanem.  Kontrastem dla niego jest Ciaran Hinds w roli sir Franklina – bogobojnego, ambitnego wodza z bardzo podniosłym sposobem wypowiadania się. Zbyt pyszna postać, ale skupiająca uwagę. I jeszcze ten trzeci oficer, czyli Fitzjames w wykonaniu Tobiasa Menziesa, który próbuje być odpowiedzialnym, zachowawczym dowódcą. Z drugiego planu warto wspomnieć empatycznego doktora Goodsira (świetny Paul Ready), doświadocznego lodołamacza pana Blanky’ego (mocny Ian Hart) oraz bardzo tajemniczy i śliski Hickey (zaskakujący Adam Nagaitis). Mocny skład zebrano.

terror1-4

„Terror” w założeniach ma być antologią, czyli każda seria będzie osobną opowieścią. Wyprawa Erebusa i Terroru jest odpowiednio mroczna, mocna, niepokojąca oraz trzymająca w napięciu. Ale ostrzegam – nie jest to lekkie, rozrywkowe dzieło. Dla wielu ten rejs może być ciężkim i nieprzyjemnym doświadczeniem.

8/10

Radosław Ostrowski

Czarnobyl

Czarnobyl – nawet po latach to słowo potrafi budzić przerażenie. Tam doszło do wielkiej katastrofy nuklearnej, której skutki są odczuwalne do dnia dzisiejszego. Co się tak naprawdę wydarzyło i kto za to odpowiada? O tym próbuje opowiedzieć nowy serial od HBO, zrealizowany przez Johana Rencka (reżyser) oraz Craiga Mazina (scenariusz).

Wszystko zaczyna się w 1988 roku, kiedy jeden z próbujących opanować sytuację w Czarnobylu profesor Walerij Legasow popełnia samobójstwo, wcześniej nagrywając na taśmy swoją relację. Następnie cofamy się do momentu tuż po eksplozji. Ekipa pracująca przy elektrowni jest zdezorientowana, zaś do miasta przybywa towarzysz Borys Szczerbina oraz profesor Legasow, by opanować sytuację. Z czasem do grupy dołącza profesor Ulana Chomiuk z Instytutu w Mińsku, do której dotarł radioaktywny pył.

czarnobyl1

Sam serial trudno wcisnąć do gatunkowej szufladki, gdyż każdy odcinek to niemal inna konwencja. Dominuje tutaj szeroko rozumiane kino katastroficzne, gdzie grupa postaci próbuje opanować i/lub przetrwać zdarzenia jak pożar budynku, topienie się okrętu czy trzęsienie ziemi. Do tego jeszcze mamy wplecione elementy dramatu politycznego (zebrania komisji u Gorbaczowa), kryminalnego śledztwa prowadzonego przez Chomiuk, a nawet dramatu sądowego. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, a obraz jaki się z tego wyłania nie napawa optymizmem. Wszystko zaczyna przypominać rozpędzone kostki domina, zaś kolejne zdarzenia odpalają kolejne komplikacje, przez co skala wydaje się gigantyczna. Pojawiają się problemy (możliwość dużej eksplozji, pozbycie się granitu z dachu, zabijanie napromieniowanych zwierząt), które trzeba rozwiązać, tylko że wiedza jak to zrobić nie była zbyt wielka. Takiej katastrofy wcześniej nie było, zaś ludzie u władzy nie mieli kompletnie zielonego pojęcia o tym, do czego doszło.

czarnobyl2

Jednocześnie twórcy wykonują gigantyczną robotę w budowaniu wiarygodności świata przedstawionego. Wrażenie robi przede wszystkim fantastyczna scenografia, zupełnie jakbyśmy się przenieśli do roku 1986. Wygląd bloków, ich wnętrza, ale przede wszystkim sama elektrownia wygląda wręcz monumentalnie. Nie wspominając o dostępnym wówczas sprzęcie komputerowym. Drugim mocnym punktem jest charakteryzacja. To, jak pokazano ciała napromieniowane, tę bąble, poparzenia, powoli odrywająca się skóra od ciała – tego nie powstydziliby się specjaliści od horrorów. I jeszcze te zdjęcia, utrzymane w bardziej szarej kolorystyce (dzień) oraz żółtawo-zielonkawej (noc), budują klimat. Może wydaje się to surowe, wręcz chropowate, ale osiąga swój cel.

czarnobyl4

„Czarnobyl” jest także aktem oskarżenia wobec Związku Radzieckiego oraz ich stosunku do prawdy, którą należy zakopać. Zaś przyznanie się do błędu, jeśli chcesz być uważanym za mocarstwo, uznawane jest za słabość. W końcu żyje się w idealnym kraju, gdzie nikt nie popełnia błędów, ludzie są nieomylni, a naukowcy są traktowani niepoważnie. Tutaj podstawową walutą jest kłamstwo, a za prawdę grozi kara (w najlepszy wypadku zapomnienie i wykluczenie). I te momenty, gdy trzeba manipulować informacjami, nadal nie jest w stanie zmieścić się w mojej głowie.

czarnobyl5

Czy ten serial ma jakieś wady? Po pierwsze, nie jest to dokument, więc pewne rzeczy zostały zmienione oraz zmodyfikowane (postać Chomiuk to wypadkowa zespołu naukowców, którzy asystowali Legasowowi). Sporo jest tutaj przeskakiwana z postaci na postać, przez co można poczuć się zdezorientowanym, pojawia się (głównie w ostatnim odcinku) spora dawka patosu. Dla mnie jednak największym problemem był wątek związany z zabijaniem zwierząt. Był dla mnie zbyt długi oraz niepotrzebnie zapychał czas, który można było poświęcić choćby budowie sarkofagu (o czym się nie wspomina). Niemniej muszę przyznać, że selekcja materiału została dobrana na tyle szeroko, na ile było to możliwe.

czarnobyl3

I jeszcze mamy tutaj rewelacyjne aktorstwo. Nie chodzi tylko o pierwszy plan, ale nawet drobne epizody zapadają mocno w pamięć. Świeżo wcielony Paweł (Barry Keoghan), mająca zostać przeniesiona starsza pani dojąca krowę (June Watson), szef ekipy górników (Victor McGuire), inżynier Diatłow (Paul Ritter) czy dowodzący wojskowymi generał Tarakanow (Ralph Inieson)  – to tylko wierzchołek bardzo wyrazistych kreacji. Tak naprawdę zwraca się na trójkę głównych bohaterów, czyli Legasowa, Szczerbinę oraz Chomiuk. I cała ta trójka, czyli Jared Harris, Stellan Skarsgaard oraz Emily Watson są absolutnie kapitalni, w szczególności dynamiczna relacja między Legasowem a Szczerbiną z każdym odcinkiem zaczyna nabierać rumieńców. Nawet jak nie mówią, ich twarze oraz spojrzenia przekazują wszelkie tłumione emocje, konflikty, wątpliwości.

czarnobyl6

Czy „Czarnobyl” to tak wybitny serial jak mówią? Ma pewne rysy i potknięcia, ale nie na tyle istotne, by psuć jakąkolwiek frajdę z seansu. A HBO kolejny raz przypomina, że seriale też potrafi zrobić świetne. I nawet rzadka obecność języka rosyjskiego (rozmowa z dyspozytorką straży pożarnej czy śpiewana pieśń o czarnym kruku) nie wybiła mnie z tego świata.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sprzymierzeni

Rok 1942, Maroko. Tam zostaje wysłany kanadyjski szpieg, Max Vatan. Jego zadaniem jest sprawdzenie członkini francuskiego ruchu oporu i razem z nią mają zabić niemieckiego ambasadora. Po drodze zdarza się coś, co podczas wojny nie powinno się wydarzyć – oboje zakochują się w sobie. Takie okoliczności nie zapowiadają nic dobrego, ale wbrew realiom decydują się wziąć ślub. Rodzi się dziecko i wszystko wydaje się zmierzać ku dobremu końcowi. Jednak wywiad podejrzewa, że pani Vatan jest niemieckim szpiegiem i musi zostać zlikwidowana.

sprzymierzeni1

Robert Zemeckis jest jednym z moich ulubionych reżyserów, który miał wszelkie zadatki na bycie drugim Spielbergiem. Tutaj próbuje połączyć elegancki i stylowy melodramat z wojennym thrillerem, co początkowo może wydawać się szalone. Całość przypomina takie klasyczne kino sprzed kilkudziesięciu lat, a sam początek w Maroku, budzi skojarzenia z „Casablanką”. Zachwyt budzi wizualny przepych: scenografia i kostiumy wygląda przepięknie, efekty specjalne są wyjątkowo stonowane (burza piaskowa, bombardowanie Londynu) i nie kłują w oczy. Wątek miłosny poprowadzony jest bardzo spokojnie, ale ciągle czuć napięcie, a scena zamachu ma prawdziwego kopa. Ale sceny obyczajowe wprowadzają mnie w stan spokoju i wtedy robi się troszkę nudno. Niby wątek prywatnego śledztwa naszego antagonisty próbuje znów wprowadzić niepokój (i częściowo się to udaje), choć parę pomysłów wydaje się dość dziwacznych (wypad do Paryża, by spotkać się z informatorem w więzieniu – grube jaja), przez co napięcie zaczyna siadać, mimo dynamiczniejszej akcji. A wszystko wraca dopiero w dramatycznym finale, ale czy nie jest już za późno?

sprzymierzeni2

Wszystko byłoby jeszcze lepsze, gdyby było mocniej czuć chemię między głównymi bohaterami. Szczególnie Brad Pitt jest bardzo, bardzo sztywny, chociaż próbuje nadrobić wszystko swoim francuskim akcentem. Sprawia wrażenie jakby troszkę nieobecnego, a na twarzy niemal żywcem wziętej z muzeum figur woskowych trudno cokolwiek wyczytać. Znacznie ciekawsza jest Marion Cotilliard i nie tylko dlatego, że wokół niej opiera się cała tajemnica filmu. Na początku jest pewna siebie, znająca bardzo dobrze zasady gry szpiegowskiej, ale też przyciąga swoją urodą. Im dalej w las, tym więcej jest niepokoju, lęku, a finał zawłaszcza dla siebie.

sprzymierzeni3

Zemeckis przyzwyczaił mnie do świetnych i dobrych filmów. „Sprzymierzeni” to przyzwoita robota, która może odstraszyć dość wolnym tempem oraz brakiem silnej chemii między głównymi bohaterami. Pozostaje jednak całkiem solidnym filmem rozrywkowym, dającym miejscami sporo satysfakcji oraz magii. Niemniej liczę, że Zemeckis jeszcze pokaże siłę.

sprzymierzeni4

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kobieta w błękitnej wodzie

Cleveland Heep pracuje w apartamentowcu jako dozorca. Jąka się, ale jest bardzo pomocny i udzielający się innym. Największym jego problemem jest kwestia związana z basenem, a dokładniej z tym, iż ktoś w nocy włamuje się do basenu. Nakrywa kogoś, ale wpada do wody i traci przytomność. Gdy się budzi, widzi obok siebie przemoczoną kobietę. Imię jej Story, a Heep odkrywa jej pochodzenie nie z tego świata. Chce wrócić do siebie, ale stwory pilnują wejścia.

kobieta_blekit2

Film uważany jest za pierwsze duże potknięcie w dorobku Shyamalana i nawet jestem w stanie się z tym zgodzić. Ta dziwna mieszanka dreszczowca z baśnią, gdzie bohaterowie próbują poznać swoje prawdziwe miejsce na ziemi. Obecność każdego z bohaterów nie jest przypadkowa, pokazując silne powiązanie. Opowieść toczy się w typowym, spokojnym rytmie jaki znamy z poprzednich filmów Hindusa. Zapowiedzią całości może być wstęp pokazujący historię ludzi oraz morskich istot – narf. Shyamalan lekko podnosi stawkę i opowiada to wszystko absolutnie poważnie, chociaż mamy w tle galerię dość ekscentrycznych postaci: chińską studentkę, krzyżówkowicza i jego syna zafascynowanego płatkami śniadaniowymi, hipisów, opiekunkę zwierząt, atletę dbającego o połowę swojego ciała, pracującego na dziełem życia pod genialnym tytułem „Książka kucharska” oraz złośliwego, przemądrzałego krytyka filmowego. To nie wszyscy, ale najważniejsi bohaterowie. Klimat mroku budują świetne zdjęcia Christophera Doyle’a oraz magiczna muzyka Jamesa Newtona Howarda.

kobieta_blekit1

Tylko, że całość brzmi mocno absurdalnie, a kilka pomysłów wydaje się mocno szalonych. Dotyczy to odnalezienia postaci mających pomóc wrócić Story do domu: Bractwa, Strażnika i Tłumacza. Wszystko to oparte jest na bardzo starej baśni, a Heep czerpie z tego całą swoją wiedzę. Szukanie sposobu za pomocą… haseł z krzyżówki, a następnie… opakowań po płatkach śniadaniowych. Brzmi idiotycznie? I mógłbym to potraktować jako żart, gdyby reżyser nie opowiadał to tak serio. Książka mająca zmienić oblicze świata – aż za poważne czy wyciąganie informacji od córki starszej pani (to akurat było zabawne). Nawet pierwsza konfrontacja Heepa ze stworem zamiast budować napięcie wywoływała śmiech. Humor dodaje postać krytyka, czyli pana Farbera (Bob Balaban, wyglądający jak James Newton Howard), ale to za mało. Dodatkowo wszyscy, bez zająknięcia wierzą w historię tej dziewczyny, choć wydaje się nierealna dla człowieka.

kobieta_blekit3

Aktorsko film budują dwie osoby i wywiązują się ze swoich zadań z nawiązką. Mowa tu o Paulu Giamattim, czyli sympatycznym panu Heep z mroczną tajemnicą oraz zjawiskowej Bryce Dallas Howard. On jest bardzo empatycznym, ciepłym facetem, ona nieświadomą swojego prawdziwego przeznaczenia i posiada zdolność „budzenia” mocy siedzącej w ludziach. Czuć między nimi chemię i to ta dwójka rozkręca całość. Reszta postaci jest ledwo zarysowana (poza Faberem), przez co trudno traktować ich poważnie.

kobieta_blekit4

„Kobieta” miała być – i pewnie jest – baśnią, skierowaną raczej do młodszego odbiorcy. Osoby w takim wieku jak ja albo dostrzegą pewne drugie dno (musiałem je chyba bardzo przeoczyć), albo uznają całość za przekombinowaną, dziwaczną hybrydę, pełną głupoty, absurdu oraz niemożnością rozgryzienia logiki. Mnie odrzuciło kompletnie. Do tego Shyamalan obsadził się w większej roli, pogrążając się mocniej niż zwykle. Początek upadku intrygującego reżysera.

4/10

Radosław Ostrowski

Kryptonim U.N.C.L.E.

Dziś prawdziwych szpiegów już nie ma – narzekał Ritchie Valentine z filmu „Kingsman” Matthew Vaughna. Chyba wynika to z faktu, że nie oglądał najnowszego filmu Guya Ritchie. Anglik znany z komedii gangsterskich oraz pokazania nowego oblicza Sherlocka Holmesa znów zaskoczył.

kryptonim_uncle1

Jest rok 1962, zimna wojna w pełnym stanie, Mur Berliński już zbudowano, a obydwa mocarstwa zmierzają do ostatecznej konfrontacji. Czy jest coś, co mogłoby połączyć CIA i KGB? Ukrywający się nazistowscy zbrodniarze, którzy porwali profesora i zmusili go do pracy nad bombą atomową. Dlatego wyznaczeni przez swoich przełożonych Napoleon Solo i Ilja Kuriakin muszą podjąć współpracę, by nie dopuścić do planów zbrodniarzy. Ale czy będą w stanie sobie zaufać? No właśnie.

kryptonim_uncle2

Ritchie wziął na warsztat bardzo popularny serial z lat 60., gdzie główne role grali Robert Vaughn i David McCullum. Jednak zamiast uwspółcześnić całą intrygę, jak to się zdarza w przypadku remake’ów seriali telewizyjnych (m.in.: seria „Mission: Impossible” czy „Drużyna A”), stawia na estetykę retro. „U.N.C.L.E.” to bardzo eleganckie kino, z którego aż czuć ducha lat 60. – zarówno jeśli chodzi o kostiumy (panie noszą piękne stroje, panowie w eleganckich garniturach), jak i scenografię, która robi imponujące wrażenie. I nieważne, czy jesteśmy w mrocznym Berlinie czy słonecznym Rzymie – atrakcji jest co nie miara. Owszem, intryga jest nie do końca realistyczna (te finezyjne gadżety!) i jedzie po sprawdzonych kliszach, jednak pewna ręka Ritchiego, wsparta przez scenariusz pełen wolt, dowcipnych dialogów oraz wodzenia za nos (sposób montowania scen, gdy bohaterowie odkrywają swoje karty przypomina… „Sherlocka Holmesa” i jest to kapitalnie rozegrane). Jeśli dodamy do tego jeszcze równie oldskulową muzykę Daniela Pembertona, mamy przednie kino rozrywkowe, dorównujące „Kingsman”.

kryptonim_uncle3

No i jeszcze dobrana świetna ekipa aktorów. Henry „Superman” Cavill może nie sprawdził się jako Człowiek ze Stali, jednak jako Napoleon Solo jest kapitalny. Elegancko ubrany, czarujący złodziejaszek, z gracją i klasą podchodzący do swoich zadań. I jest obowiązkowym podrywaczem – czysty Amerykanin 🙂 Partneruje mu Arnie Hammer i Kuriakin jest odpowiednim kontrastem dla agenta CIA – surowy profesjonalista, który tylko pozornie sprawia wrażenie osiłka. Czuć zgranie między obydwoma panami, a początkowa niechęć musi ufność i jest to pokazane wiarygodnie. Panowie są też wspierani przez czarujące panie – Alicię Vikander (Gaby Teller) oraz Elizabeth Debicki (Victoria Vinciguerra – główna antagonistka), a także obsadzony wbrew swojemu emploi Hugh Grant.

kryptonim_uncle4

Nie jest to może idealna rozrywka (konfrontacja na wyspie troszkę przypomina strzelaniny z gier komputerowych jak „Call of Duty”), ale Ritchie zaskakuje i wraca do formy, co cieszy. Smuci fakt, że tak mało widzów obejrzało „Kryptonim U.N.C.L.E.”, przez co szansa na sequel jest bardzo mała, bo chętnie obejrzałbym ciąg dalszy. Może jak podbije rynek DVD i Blu-Ray, nadzieja ożyje?

8/10

Radosław Ostrowski