Krzysztof Kiljański – Powrót

powrot

Ten jazzujący wokalista najbardziej stał się znany dzięki swojej debiutanckiej płycie, gdzie zaśpiewał m.in. duet z Kayah. A potem przez lata była cisza, choć nadal funkcjonował i nagrywał. I właśnie teraz ukazuje się jego trzeci album. Czy jest to jednak udany „Powrót”?

Album jest zawiera 12 piosenek utrzymanych w delikatnej, jazzowo-popowej stylistyce. Poznać ją można nie tylko po charakterystycznych brzmieniach perkusji, ale także fajnie grających klawiszach („Zapomnę”, „Po prostu”), delikatnej gitarze elektrycznej oraz akustycznej („Księżycowa kołysanka”) i przede wszystkim fortepianu. Pojawia się także pstrykanie („Po prostu”) i bas („Chodź do mnie”) zaś całość jest lekka i relaksująca. Choć tak naprawdę stricte jazzowy jest tylko „Kochać i być”, gdzie jeszcze pojawiają się skrzypce. Nie zabrakło też żywszych kompozycji jak „Zapytaj czy” z kastanietami czy „Zawsze obok mnie” z mocniejszą perkusją i gitarą elektryczną, urozmaicając spokojny klimat.

Sam wokal Kiljańskiego też jest bardzo delikatny i romantyczny, bardzo pasujący do całości i współtworzący klimat. Także teksty całkiem nieźle mówiące o tematyce miłosnej. Wokalista także pojawia się w dwóch zgrabnych duetach: z Dorotą Miśkiewicz („Naprawdę”) oraz Haliną Młynkovą („Podejrzani zakochani”).

Nie będę oszukiwał, „Powrót” nie powalił mnie na kolana. Okazał się solidną płytą, której słucha się z frajdą, choć liczyłem trochę na więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Angelo Badalamenti – Twin Peaks

twin_peaks

Na pozór jest to zwykłe miasteczko leżące na pograniczu, gdzie wszyscy się znają. Ale kiedy zostają znalezione zwłoki niejakiej Laury Palmer, życie mieszkańców zmienia się totalnie – dawno skrywane tajemnice powoli zaczynają wychodzić na jaw, a wręcz idylliczny obrazek rozpada się wraz z pojawieniem się agenta Coopera. Tak można w skrócie opisać fabułę „Miasteczka Twin Peaks” – produkcji Davida Lyncha i Marka Frosta, która zmieniła oblicze telewizji na zawsze. Mieszanka thrillera, horroru, czarnej komedii i telenoweli stała się potem inspiracją m.in. dla „Zagubionych” czy „Dextera”.

A skoro za serial odpowiada Lynch, to muzykę mógł napisać tylko jeden człowiek – Angelo Badalamenti, dla którego ta praca miała być przełomem w jego karierze, zaś cała ścieżka stanowi z serialem nierozerwalną całość. Całą płytę można opisać słowami – tajemnicza, mroczna, niepokojąca. Album zawierająca muzykę z pierwszej serii (8 odcinków) serialu, a co najważniejsze całość jest naprawdę równa i bez słabych punktów.

badalamentiA zaczyna ją legendarny temat przewodni – melodia rozpisana na syntezator i gitarę elektryczną przeszła do historii. I za pomocą tych środków, a także jazzowych brzmień budowany jest klimat. Potwierdza się to na każdym utworze, jednak najbardziej w temacie Laury Palmer – mroczna elektronika skontrastowana jest z pojawiającym się stale delikatnym, pięknym fortepianem. Bardziej chyba nie dało się pokazać dwóch twarzy człowieka oraz tego, że nic nie jest takie jakim się wydaje. Temat ten pojawia się jeszcze parę razy – w „Audrey’s Dance” zaaranżowanym na elektroniczne dęciaki i dzwony, klarnet, pstrykanie oraz jazzową perkusję, a także w „Love Theme from Twin Peaks” rozpisanym na bas, flet i klawisze. Podobnie wybrzmiewa „Freshly Squezed”, gdzie tutaj główną rolę gra ksylofon oraz najdynamiczniejszym „The Bookhouse Boys” z szybką perkusją, gitarą elektryczną, trąbką, by w połowie wykorzystać temat Laury.

Natężenie w mocno elektronicznym „Night Life in Twin Peaks” pokazuje prawdziwe, niepokojące oblicze miasteczka, gdyż to w nocy zaczynają się dziać straszne rzeczy, podkreślane przez klawisze, klarnet i flet. „Dance of the Dream Man” z saksofonem na pierwszej linii brzmi wybornie.

Ale nie można zapomnieć o jednym istotnym szczególe – między utworami pojawiają się trzy piosenki, które dopełniają klimatu i pojawiają się w serialu, zaś wykonuje je Julie Cruise. „The Nightingale”, „Into the Night” i oparte na motywie przewodnim „Falling” za każdym razem brzmią wyjątkowo, niepokojąco i przyciągająco. Tak jak zresztą cały album, który powinien się znaleźć w kolekcji każdego szanującego się kino- i telemaniaka.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Paul Anka – Duets

duets

W tym roku Paul Anka obchodzi  55-lecie działalności artystycznej i z tej okazji pojawia się okolicznościowe wydawnictwo. Nie, nie jest to żaden Greatest Hits, ale płyta z duetami. I jest tu czego posłuchać, a parę z nich może być zaskoczeniem.

Utworów ogólnie jest 16, co przesłuchując ostatnie płyty to spora liczba, zaś aranżacja każdej z piosenek jest dość zbliżona i oszczędna, bez swingujących fragmentów. Po prostu Anka dołącza się do wykonawcy w jego utworze. Zaś gości jest tu sporo i to bez podziału pokoleniowego czy gatunkowego. Bo choć jest to ogólnie przyjęty pop (wyborne „This Is It” z Michaelem Jacksonem – świetne chórki w refrenach oraz delikatną elektroniką), to nie zabrakło tu jazzu („I Really Miss You” z Leonem Russellem), latynoskich klimatów („I Really Miss You” z Glorią Estefan), country („Do I Love You (Yes, In Every Day)” z Dolly Parton) czy charakterystycznych dla siebie swingujących klimatów („Pennies from Heaven” z Michaelem Buble i „Les filles de Paris” z Chrisem Botti). Ale też czasem pojedyncze instrumenty potrafią zaskoczyć (trąbka w „You Are My Destiny” z Patti LaBelle), ale wśród gości nie zabrakło Toma Jonesa, Celine Dion czy samego Franka Sinatry. To nie są wszyscy wykonawcy, ale już samo to pokazuje, że jest to poważne przedsięwzięcie.

Zaś sam Anka czuje się tu jak ryba w wodzie, zaś partnerzy są traktowani na równi z nim. Jako całość wypada ona bardzo elegancko, może odrobinę monotonnie, choć aranżacje niektórych utworów nie są takie oczywiste („She’s the Lady” z lekko latynoskim zacięciem). Choć wydaje się, że jest to album dla osób w wieku minimum 55 lat, to jednak trudno odmówić dobrej realizacji i wysokiego pułapu. Ciekawy zestaw.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Paul Anka – Rock Swings

Rock_Swings

Ten wokalista w tym roku obchodzi 55-lecie działalności artystycznej. Najbardziej znany głównie dzięki przebojom „Oh, Carol” i „Diana” Paul Anka w roku 2005 zrobił najbardziej zaskakującą płytę w jego dorobku.

Na „Rock Swings” znajduje się 14 coverów rockowych piosenek, które Anka przerobił na swoją modłę (swingowo-jazzową) i brzmią tak jakby powstały 50 lat temu. Za pierwszy razem może to wywołać konsternację i zdziwienie, ale utwory te pozbawione rockowego pazura brzmią naprawdę interesująco. Zresztą Anka nie jest pierwszy wokalistą dokonującym tego typu album (przed nim zrobił to Pat Boone i Richard Cheese). Może i brzmi to staroświecko, nie zabrakło obowiązkowych dęciaków („Eye on the Tiger” z solo saksofonu oraz „rykiem tygrysa”), fortepianu czy smyczków, a linia melodyjna nie ulega jakimś poważnym zmianom, ale brzmi to zaskakująco lekko, a nawet zabawnie.

Zaś samy wybór piosenek też imponuje: od Van Halen przez Soundgarden, Oasis, Bon Jovi i Nirvanę, aż na Claptonie kończąc. A także pojawiają się tu przeróbki bardziej popowych wykonawców jak Michael Jackson czy Pet Shop Boys. Nie brakuje tutaj dynamicznego tempa („Jump” Van Halen), jak i bardziej stonowania i elegancji („Everybody Hurts” R.E.M., które w połowie nabiera większej mocy czy zrobionego w podobny sposób „Black Hole Sun”) czy takiego swingowego sznytu („Wonderwall” Oasis), jednak naprawdę brzmi to zaskakująco dobrze. Dla mnie największymi zaskoczeniami było „It’s My Life” i bardzo delikatne „It’s A Sin”.

Zaś sam wokal Anki jest naprawdę ciekawy. Miałem wrażenie, że ten muzyk po prostu się świetnie bawi i ma ten feeling, który jest w takiej muzyce wskazany. Śpiewa lekko, a nawet i zadziornie.

Mimo dość długiej działalności, Anka tym albumem pokazał, że ma jaja, tworząc kompletnie nowe wersje znanych hitów w stylistyce, w której czuje się wygodnie. Ja bawiłem się przy tej płycie bardzo. A was zachęcam, bo tego jeszcze nie słyszeliście.

8/10

Radosław Ostrowski

James Horner – 48 Hrs.

48_Hrs.

Filmów o dwóch przeciwnych charakterach było wiele, zazwyczaj obaj panowie muszą ze sobą współpracować, choć różni ich wiele. Jednym z takich popularnych filmów była komedia sensacyjna „48 godzin”. Tam czarnoskóry złodziejaszek (debiut Eddiego Murphy’ego), pomagał białego gliniarzowi (jak zawsze niezawodny Nick Nolte) w odnalezieniu zabójców jego kolegów, na co mieli tylko dwie doby, wypełnione sprzeczkami i potyczkami słownymi. A po drodze strzelając i ścigając. Także muzyka zyskała ciepłe przyjecie, choć została potem przyćmiona. Zaś w całości została wydana dopiero w 2011 roku przez wytwórnię Intrada.

Za tą część produkcji Waltera Hilla odpowiada jeszcze raczkujący wówczas James Horner, który w tym samym roku napisał muzykę do drugiej części „Star Treka”, przynosząc mu rozpoznawalność  rozgłos. Natomiast muzyka z tego filmu stała się przez dłuższe lata wyznacznikiem muzyki akcji w innych praca Hornera, dając coś, co po latach zostało nazwane jazgotem, serwując dość charakterystyczny zestaw instrumentów (perkusja, bas, saksofon, gitara i elektronika brzmiąca „karaibsko”), zaś orkiestra pojawia się tu w śladowych ilościach tworząc bardzo intrygująca mieszankę. Na płycie jest osiem kompozycji Hornera + 5 piosenek, a całość trwa nieco ponad 45 minut i zawiera całość materiału Hornera.

hornerZaczyna się wszystko od „Main Theme” (bardzo często wykorzystywana nazwa w przypadku płyt), która jest pięciominutową jazdą bez trzymanki. Zaczyna się to dość spokojnie, choć trudno nazwać spokojnym walenie perkusji, do którego dołącza potem bas, gitara i fortepian. Ale z pojawieniem się saksofonu, gitara przyśpiesza i staje się bardzo nerwowa, perkusja zaczyna walić mocniej, by po niecałej minucie razem z „opadającymi” smyczkami wręcz eksplodować, a wtedy pojawiają się bębny i cymbałki, wraca saksofon. Wreszcie następuje wyciszenie, ale przez ostatnie półtorej minuty pojawiają się dęciaki, perkusja wali, pojawiają się trzaski smyczków, a kończy się to solówką saksofonu. Petarda, która w filmie sprawdza się bezbłędnie. Elementy względnego spokoju pojawiają się w „Jack Leaves Elaine’s Apartment” – skróconej wersji tematu przewodniego, w którym pojawiają się perkusjonalia oraz karaibsko brzmiąca elektronika. Znów nerwowo jest w „The Walden Hotel”, gdzie na początku bęben oraz bardzo nerwowe smyczki i fortepian tworzą napięcie i chaos, a później do tego rozgardiaszu dołącza perkusja, „karaiby”, trzaski, by w połowie się wyciszyć, a smyczki budowały posępną atmosferę. I potem pojawia się jedyny wyluzowany utwór „Aerobics”, z „karaibskimi” klimatami. Dalej pozostaje nam muzyka akcji i budująca klimat pościgu, gdzie zespół, elektronika i orkiestra tworzą dość dziwną mieszankę. Najbardziej słychać to w „Subway Station”, w którym obok siebie idą perkusja, karaibsko brzmiąca elektronika, smyczki i saksofon, a w połowie następuje zmiana tempa, a elektronika i saksofon wręcz szaleją. Następujące po sobie „Luther’s Chase” i „Luther’s Bus” czasowo i treściowo są do siebie zbliżone. I w końcu finał, czyli „The Alley” – 5-minutowy rozgardiasz, którego słowa nie opiszą. problemem tej ścieżki jest pewna powtarzalność tematyki oraz trochę ubogie wykorzystanie orkiestry. Zaś tematyka i instrumentarium zostały potem przez Hornera wykorzystane, m.in. w kultowym „Komando”, z którym jest bardziej kojarzona, a także w „Parku Gorkiego” (przyprawiona „rosyjskością”) czy „Czerwonej gorączce”.

Pozostałe pięć utworów to już zupełnie inna para kaloszy. Są to bardzo skoczne, jazzowe piosenki zespołu The Bus Boys, których kawałek „The Boys Are Back in Town” stał się najbardziej rozpoznawalnym utworem z tego filmu. Pozostałe piosenki utrzymane są w tej samej stylistyce i dobrze się stało, ze zostały dołączone do partytury Hornera. Natomiast wszystko kończy się instrumentalną melodią Iry Newborna (m.in. muzyka do serii „Naga broń”) „Torchy’s Boogie”, gdzie gitara elektryczna idzie ręką w rękę ze skrzypcami – kompletny odlot.

Jak ocenić tę muzykę? Na pewno dobrze sprawdza się w filmie, wydana jest porządnie, zaś sama zawartość lekko się zestarzała. Słychać, że to jeszcze początki, ale czuć duży potencjał. Niezła robota, którą można czasem odpalić.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Dave Matthews Band – Away from the World (deluxe edition)

away_from_the_world

Ten zespół grający coś między alternatywnym rockiem i jazzem działa już od 1991 roku. Do tej pory nagrali 7 płyt, a w trakcie nagrywania tej ostatniej zmarł współzałożyciel i saksofonista LeRoi Moore. Po tej tragedii Dave Matthews Band działa jako kwartet w składzie Dave Matthews (gitara, wokal), Stefan Lessard (bas), Boyd Tinsley (skrzypce) i Carter Beauford (perkusja), do którego dołączyli muzycy sesyjni: saksofonista Jeff Coffin, trębacz Rashawn Ross oraz gitarzysta Tim Reynolds. Choć ta płyta wyszła ponad pół roku temu, teraz wróćiłem do niej i opowiem wam o „Away from the World”.

Album zawiera jedenaście piosenek, a produkcją zajął się Steve Lillywhite, który odpowiada za 4 pierwsze płyty zespołu. Wsparci przez grającego na organach Hammonda Roger Smith. Poza okładką, wersja deluxe zawiera też 3 koncertowe wersje piosenek z tego albumu (brzmią one świetnie), który zaczyna się z wysokiego C. „Broken Things” z piękną partią skrzypiec, dęciaków oraz gitarą elektryczną jest piękną, choć bardziej stonowana balladą (z chwytliwym i prostym refrenem). Bardziej żywiołowe jest „Belly Belly Nice” z dynamicznymi dęciakami (saksofon tutaj bryluje), chórkiem oraz rytmicznym basem, a tempo z każdym utworem się zmienia. Jest stonowane „Mercy” z Hammondem oraz przyśpieszające „Gaucho”, gdzie każdy instrument ma swoje „pięć minut”, zaś końcówka (bicie serca i dziecięcy chórek) jest kapitalna – takich rzeczy nie da się zapomnieć i płynnie przechodzi do akustycznego „Sweet” granego na ukulele, do którego w ostatniej minucie dołącza sekcja rytmiczna, skrzypce i flet.

Dalej jest zróżnicowane tempem „The Riff” pachnące country (gitara) ze świetną perkusją oraz znów dynamicznym refrenem, a końcówka jest znowu rewelacyjna (ostry gitarowy riff). I znów wyciszenie – półtora minutowy, akustyczny „Belly Full”. I tego zróżnicowania nie brakuje w „If Only”, „Rooftop” (najbardziej zadziorny i najbardziej rockowy kawałek z całej płyty), elegancki „Snow Outside” czy najdłuższy „Drunken Soldier”.

Całość zrealizowana jest na bardzo wysokim poziomie, co jeszcze bardziej podnosi świetny, pełen emocji wokal Dave’a Matthewsa. Także w warstwie tekstowej, gdzie dominuje tematyka damsko-męska wypada przekonująco.

Mimo upływu (niewielkiego) czasu, „Away from the World” nadal brzmi rewelacyjnie. Tu wszystko tworzy kompletną, nierozerwalną całość. Jedna z najlepszych płyt 2012 roku.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Marvin Hamlisch – Sting

sting

Najtrudniej opisać muzykę, którą się zna i pamięta, a gdy jeszcze stała się klasyką, do filmu będącego tez klasykiem to już w ogóle. Tak jest w przypadku „Żądła” – lekkiej i niesamowicie odprężającej komedii kryminalnej George’a Roya Hilla, nagrodzonej 7 Oscarami,  z kapitalnymi kreacjami Roberta Redforda i Paula Newmana. Zemsta na grubej rybie za pomocą kantu pojawiała się potem wielokrotnie, ale film pozostaje niedoścignionym wzorem tej konwencji.

ScottJoplinZ muzyką, która też przeszła do historii i zbudowała klimat tego dzieła stało się podobnie, choć należy trochę bliżej się przyjrzeć, ponieważ na okładce tej płyty wymienione są dwa nazwiska. Tak naprawdę kompozycje, które słyszymy napisał na przełomie XIX i XX wieku Scott Joplin – pianista, który stworzył podgatunek muzyki jazzowej zwany ragtime. A że muzyk ten zmarł w 1910 roku, nie mógł on napisać tej partytury. Znaczy, powiem tak, to są jego kompozycje, tylko zostały zaadaptowane i zaaranżowane przez Marvina Hamlischa, który widnieje na okładce jako współautor ścieżki. I to co zrobił Amerykanin imponuje, bo muzyka ta nadal jest żywotna, lekka i bezsprzecznie kojarzy się z filmem, a poza nim słucha się znakomicie.

hamlischMotywem przewodnim i jednocześnie wizytówką tej pracy jest „The Entertainer” z bardzo chwytliwym fortepianem, który pojawia się tutaj trzykrotnie (z orkiestrą – choć to trochę mocne nadużycie, lepsze byłoby określenie zespół z trąbkami, fletami i perkusją; solo na fortepian oraz razem z rytmicznym „Rag Time Dance” kończącym płytę i film). Najważniejszy tutaj jest fortepian, bez którego ta muzyka nie miałaby siły. Gdy trzeba jest refleksyjny i stonowany jak w „Solace” (też z orkiestrą oraz solo fortepianowe) oraz w jego wolniejszej aranżacji „Luther” (świetne dęciaki nadające „pogrzebowe” tempo i klimat), a kiedy indziej skoczny i bardzo chwytliwy („Pine Apple Rag/Gladious Rag”). I tak można byłoby opisać całą ścieżkę, pełną klimatu lat 30. oraz jazzowego feelingu. Dynamiczną i lekką („The Glove” ze skocznymi smyczkami i dęciakami czy „Hooker’s Hooker”), ale też refleksyjną jak „Luther”. Kompletnym zaskoczeniem oraz kompozycją, która może nie pasować jest „Merry-Go-Round Music” opartą na dzwonkach muzykę z karuzeli, ale nie gryzie się z resztą.

„The Sting” to jedna z najbardziej rozpoznawalnych prac Hamlischa i jednocześnie przykład adaptacji muzyki. Lekka, przyjemna, perfekcyjnie zgrana z obrazem i praktycznie nie posiadająca żadnych wad. Czy muszę mówić, że nie wypada nie znać?

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Jimi Hendrix – People, Hell & Angels

PeopleHellAngels

Mówiło się o nim, że urodził się z gitarą elektryczną. Choć nie ma go od ponad 40 Jimi Hendrix nadal zostaje jednym z najważniejszych gitarzystów XX wieku. Kiedy wydawało się, że już nagrano wszystko co nagrał, okazało się, że byliśmy w wielkim błędzie, co potwierdza ten album.

„People, Hell & Agels” zawiera 12 niepublikowanych do tej pory piosenek na płytę, które miała być kontynuacją „Electric Ladyland”. Utwory zostały nagrane w Record Plant Studios w Nowym Jorku w 1968 i 1969. I to słychać. Zespół w składzie Hendrix, Billy Cox (bas), Buddy Miles (perkusja) i Mitch Mitchell (perkusja) nagrał płytę w starym, dobrym stylu, gdzie czuć klimat tej epoki. I pomimo upływu wielu lat, ta muzyka brzmi bardzo dobrze. Nie brakuje surowych i dynamicznych riffów Hendrixa (najlepsze są w „Bleeding Heart” oraz instrumentalny „Easy Blues”), gdzie rock miesza się z bluesem. I nie tylko, bo poza gitarą elektryczną i sekcją rytmiczną, pojawiają się kongi („Izabella”), saksofon (świetna solówka Lonnie Youngblooda w „Let Me Move You” i „Mojo Man”), klawisze Hammonda („Let Me Move You”) czy chórki („Earth Blues”).

Także wokal Hendrixa brzmi nadal fantastycznie. Jednak poza śpiewem bardziej pamięta się jego umiejętności gry na gitarze. Słuchanie samych solówek sprawia największą przyjemność i potwierdza to, co już o nim wiadomo – wielkim gitarzystą był. Jeśli rock jest wam bliski albo chcecie posłuchać naprawdę dobrego grania, „People, Hell & Angels” powinniście nabyć. Choć pojawiają się w takich przypadkach podejrzenia, że jest to skok na kasę fanów. Ja jednak nie zgadzam się z tym, ta muzyka broni się po latach i pokazuje jak piekielnie zdolny był Jimmy.

9/10 + znak jakości (czy ocena mogła być inna?)

Radosław Ostrowski

PS. W dobrych sklepach muzycznych od 5 marca.

Harry Connick Jr. – Smokey Mary

smokey_mary

Wielu było aktorów, którzy brali się za muzykowanie. Tak samo jak wielu było muzyków, którzy grali w filmach i paru z nich nawet się udawało. Do tego drugiego grona zalicza się Harry Connick Jr. – pianista i wokalista jazowy, choć sporadycznie i aktor. Swoją pierwsza płytę nagrał w wieku 11 lat, a obecnie ma ich ponad 20. I teraz ukazała się kolejna.

„Smokey Mary” zawiera 12 piosenek utrzymany w stylistyce jazzowej. Najważniejszym instrumentem, który dominuje przy tym materiale jest fortepian, na którym gra wokalista. Brzmi on bardzo lekko, gdy trzeba dynamicznie („Smokey Mary”, „Cuddina Done It”), gdy trzeba ustępuje miejsca innym. Jednak nie tylko fortepian tutaj można usłyszeć. Oldskulowe organy („Hurricane”), trąbkę, puzon i saksofon (świetne solówki w „Hurricane” oraz „S’pposed To Be”), funkowa gitara elektryczna („The Preacher”), rytmiczny bas czy bębenki („Wish I Were Him”). Nie jest to stricte jazzowy album, bo nie brakuje tu skrętów w swing („Cuddina Done It”, „S’pposed To Be”) czy nawet country (gitara elektryczna w „Nola Girl”). Aranżacyjnie jest tu bardzo dynamicznie, przyjemnie i energetycznie, a jednocześnie bardzo lekko, nie ma tu mowy o nudzie.

Zaś gospodarz, czyli Connick Jr. wypada naprawdę dobrze. Jego wokal zarówno pasuje do muzyki, tekstów i nie ma tu żadnego udawania. Czuć, że mamy do czynienia z osobą znającą się na swoim fachu, a jednocześnie czuć pasję.

„Smokey Mary” to sympatyczny energetyzer, który powinien spodobać się nie tylko fanom jazzu i Harry’ego Connicka Jra, ale dla osób lubiących dobrą muzykę. Po prostu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Robert Downey Jr. – The Futurist

robert downey jr. - the futurist

Aktor śpiewający to dość niebezpieczne zjawisko. Zwłaszcza, gdy to robi za pierwszym razem, musi być pewny tego, co robi. Inaczej można się rozczarować i przejechać. Ale w 2004 roku tego zadania podjął się pewien upadły aktor, którego kariera była na rozdrożu. A to wszystko dzięki narkotykom i alkoholowi. Jednak zanim do tego, miał opinię naprawdę obiecującego i cholernie zdolnego.

Był Chaplinem, pilotem helikoptera w „Air America”, cynicznym dziennikarzem w „Urodzonych mordercach” czy adwokatem, który zdobył serce Ally McBeal (m.in. ze wsparciem Stinga). Na planie serialu „Ally McBeal” odkrył talent wokalny. Być może wtedy padła decyzja o wydaniu płyty. A osobnikiem tym był Robert Downey Jr.

Ten młody facet na swoim albumie „The Futurist” nagrał 10 utworów utrzymanych w lekko jazzowej stylistyce. Za produkcję odpowiadali Jonathan Elias (kompozytor muzyki filmowej) oraz Mark Hudson, który współpracował m.in. z Ozzym Osbornem, Stevenem Tylerem, Katie Melua czy Andreą Bocelli. Czyli wzięli się zawodowcy. A efekt jest dla mnie satysfakcjonujący, a twórcy idą w stronę wyciszenia i delikatnego chilloutu, a aranżacje są naprawdę bardzo solidne, tak jak bogate instrumentarium, gdzie dominuje fortepian, na którym gra sam Downey. Ale poza nim przewijają się też smyczki („Man Like Me”, „Kimberly Glide” czy „Smile”), gitara akustyczna („Broken”, „The Futurist”), bas („Broken”), a nawet skrzydłówka („Details”). Także kompozycje są dość zróżnicowane i nie ma tu kopiowania innych.

Robert Downey Jr. poza użyczeniem głosu jest w większości autorem tekstów i muzyki, z wyjątkiem dwóch piosenek. Są to „Smile” Charliego Chaplina oraz „Your Move”, który jest połówką „I’ve Seen All Good People” zespołu Yes. Ogólnie liryka jest bardzo w porządku, zaś wokal Downeya w paru miejscach fałszuje, jednak wrażenie jest dobre, nie ma udawania, zaś warstwa liryczna jest napisana nieźle, choć tematyka mało odkrywcza.

Po tym albumie kariera Downeya Jr. nabrała rozpędu i pokazała wszechstronny talent tego aktora, stając się Iron Manem. A tak na poważnie to dobra płyta.

7,5/10

Radosław Ostrowski