Kyle Eastwood – The View from Here

The_View_from_Here

Niedaleko czasem pada jabłko od jabłoni, także tej rodzinnej. Zwłaszcza, gdy mówimy o rodzinie artystycznej. Tutaj tym razem mówimy o kolejnej płycie jazzowej, z muzyką instrumentalną. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jej autor. Jest nim znany basista i muzyk jazzowy, Kyle Eastwood. Syn TEGO Eastwooda, który zabijał na ekranie więcej ludzi niż ktokolwiek z czytających tutaj. A to już jego szósty solowy album (o soundtrackach pisanych do filmów ojca, nawet nie wspomnę).

Kompozycji jest 12 i jak wspomniałem są to jazzowe standardy i zaprosił wielu uznanych muzyków: saksofonistę Graeme’a Blevinsa, trębacza Graeme’a Flowersa, pianistę Andrew McCormacka i perkusistę Martyna Kaine’a. A miedzy nimi jest odczuwalna chemia. Na pierwszy plan jednak wybijają się dęciaki („For M.E.”), chociaż i fortepian czasem błyśnie („Sirocco”). Kompozycje są bardzo długie (najkrótsza ma 4 i pół minuty), ale każda z nich ma swój własny rytm i zróżnicowane tempo narzucane przez sekcję rytmiczną. Nie brakuje szybkiego tempa („Une suit at Senegal”), instrumentalnych popisów (głównie saksofonu i trąbki. Każdy z instrumentów rozbrzmiewa w każdym utworze, a całość wypada naprawdę elegancko i słucha się tego z przyjemnością, nawet dla osób, które nie przepadają za tego typu muzyką.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Blues Brothers

Blues_Brothers

Ta ekipa powstała w programie kabaretowym Saturday Night Live w połowie lat 70. Doszło nawet do tego, że wydali płytę z muzyka rhythm’n’bluesową. Odniosła ona tak wielki sukces, że w 1980 roku powstał o nich film – jedyny w swoim rodzaju. Mowa oczywiści o „Blues Brothers” – jednej z najlepszych komedii muzycznych jakie widziałem. Sama fabuła była dość prosta – bracia Blues muszą zebrać 5 tysięcy dolców, bo inaczej zamkną sierociniec, w którym się wychowywali. W tym celu decydują się na reaktywację zespołu grającego starego rhyth’n’bluesa. Zadanie nie będzie łatwa, bo braciszkowie będę musieli zwiewać przed glinami, neonazistami i tajemniczą kobietą, która chce ich zabić.

Jedną z przyczyn sukcesu tego filmu jest muzyka, która została wydana przez Atlantic Records w 1980 r. Znajduje się tu 11 utworów (tak naprawdę piosenek + jeden instrumentalny utwór). Co mogę o tych utworach powiedzieć? Nierozerwalnie łączą się z filmem i można ich słuchać także bez znajomości filmu, a także że są to piosenki przerobione na bluesową modłę. Zaś wykonuje je Blues Brothers Band, czyli na wokalu Dan Aycroyd i John Belushi (obaj są fantastyczni zarówno razem jak i oddzielnie). Dęciaki, perkusja, bas i klawisze współgrają ze sobą idealnie, tworząc bardzo energetyzującą mieszankę. Tu już słychać w „She Caught the Katy”, a potem jest jeszcze ciekawiej, bo są tu kultowe „Everybody Need Somebody to Love” (wprowadzenie Aycroyda przeszło do historii) i nieśmiertelne „Sweet Home Chicago” ze świetnymi solówkami instrumentalnymi w połowie utworu.

Jednak nie wszystkie utwory śpiewają bracia Blues. Nie zabrakło tutaj też ikon gatunku, którzy grają dość kluczowe role jak Ray Charles jako właściciel sklepu muzycznego („Shake a Tail Feather”), Aretha Franklin – żona jednego z muzyków (soulowe „Think”) czy James Brown, czyli charyzmatyczny ojciec Kleofas (gospelowe „The Old Landmark”). Jest różnorodne, bogato i energetycznie.

Mógłbym jeszcze opowiedzieć więcej o tym albumie, ale jako fan nie jestem obiektywny w tej kwestii, więc powiem krótko. Jeśli kochacie dobrą muzykę – nieważne czy to rock, blues, jazz, pop, rap czy muzykę klasyczną – MUSICIE po prostu ją mieć. Przesłuchanie jej to misja od Boga.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Marzena Korzonek – 33 1/2

33_i_pol

Kolejna przypadkowo odkryta postać z Polski, która zajmuje się śpiewaniem. Urodziła się w 1979 r. w Raciborzu, z wykształcenia jest prawnikiem. Po raz usłyszano o niej w „Szansie na sukces”, gdzie wykonała „Modlitwę” Tadeusza Nalepy, która doprowadziła ją do finału w Sali Kongresowej, zajmując ex aequo pierwsze miejsce. I dopiero w tym roku wydała debiutancką płytę „33 1/2”.

Album zawiera 12 piosenek wyprodukowanych przez Adama Drzewieckiego i mogę ten album świadomie nazwać popem. Jednak nie jest to ten rodzaj muzyki popularnej, którą możemy znaleźć w stacjach radiowych (przynajmniej w większości), bo tutaj stawia się przede wszystkim na żywe instrumenty, a nie na bity i podkład, który drażni. Całość brzmi elegancko, a aranżacja jest bogata. Poza wyraźnie słyszalną sekcją rytmiczną, pojawia się i gitara elektryczna („Pozwól kochać”), akustyczna („Marzenia”), delikatne klawisze („Samotność w wielkim mieście”, „Mr. Bad”), smyczki („Na huśtawce”), fortepian (jazzowe „Na huśtawce”) i chórki („Mr. bad”). Ale nie wymieniłem wszystkiego, bo każdy utwór  brzmi interesująco. A na te zbliżające się upały, potrzeba będzie posłuchania czegoś lżejszego i orzeźwiającego. Są to głównie ballady, ale bardzo ciekawie zrobione i przyjemne w odsłuchu.

Głos pani Marzeny bywa czasem delikatny („Utonąć chcę”, „Modlitwa” Brekoutu), ale potrafi też bardziej ekspresyjnie („Tylko tam”, „Jak maj”). Brzmi to bardzo dobrze tak jak warstwa tekstowa, która może nie zaskakuje tematyką, jednak trzyma poziom.

Czasami zdarzają się przypadki, gdy trafia się na album, którego ani tytuł ani wykonawca nic nie mówi, a potem okazuje się to miłą niespodzianką. Tak jest właśnie tutaj.

7,5/10

Radosław Ostrowski


ZAZ – Recto Verso

Recto_Verso

Mówi się, że trudno jest nagrać drugą płytę, które byłaby w stanie dorównać poziomem debiutowi. Czy w przypadku Francuzki ZAZ się udała ta sztuka?

Niby jesteśmy stylistycznie w tych samych klimatach, co przy debiucie, choć nie do końca i widać pewne nowe dźwięki i delikatną elektronikę, która mocniej daje o sobie znać. Czy to źle? Nie, bo całość nadal brzmi po prostu uroczo. Jednak jest tu większe zróżnicowanie, choć i nie zabrakło jazzowego zacięcie wsparte gitarą i skrzypcami („Oublie loulou”), skocznych i szybkich melodii („Comme si, comme sa”, „Toujours”), czy stonowanych ballad („Si” z fortepianem czy gitarowe „La lessive”). Ale jak wspomniałem więcej ma do powiedzenia elektronika  jak w singlowym „On ira”, idący w stronę melodii z wesołego miasteczka „J’ai tant escamote” czy „Gamine”), ale jest ona bardzo delikatna i ciepła. Więcej tutaj jest pogodnych i sympatycznych melodii, choć nie jest tu aż tak magicznie jak przy debiucie, który bardziej mi się podobał. Gdzieś od połowy zrobiło się trochę zbyt podobnie i na jedno kopyto.

Co do reszty, tu nie ma się czego przyczepić. Głos nadal jest przyciągający, francuski brzmi ładnie, zaś teksty trzymają poziom. Nie znaczy to, że jest to kompletnie nieudany materiał. „Retro Verso” jest zwyczajnie dobre, choć liczyłem na więcej.

7/10

Radosław Ostrowski


ZAZ – ZAZ

Zaz

Z czym wam się kojarzy Francja? Ślimaki, wieża Eiffla, Asterix i Obelix, a ostatnio z gejami (dobra, to ostatnie może nie na miejscu). Ale zawsze Francja kojarzyła się też z muzyką francuską. W ostatnim czasie pojawiło się kilka francuskich wokalistek, które całkiem nieźle sobie radzą na świecie. Tak jak Isabelle Geffory, bardziej znana jako Zaz. Po raz pierwszy usłyszałem o niej w Trójce i zwróciła moją uwagę bezpretensjonalnością i urokiem. I dlatego sięgnąłem po jej płyty. Niedawno pojawiła się nowa, ale ja jednak zacznę od debiutu sprzed 3 lat, który osiągnął u nas status podwójnej platyny.

Album noszący prosty i uczciwy tytuł „ZAZ” zawiera 11 piosenek utrzymanych w szeroko pojętej muzyce pop. Ale nie ma tutaj elektroniki czy dyskotekowego bitu, który drażni uszy, a radiowcy mi wmawiają, że to dobre jest. Tu stawia się na żywe instrumenty, choć czasem odezwą się delikatnie klawisze, zaś brzmienie i tempo jest bardzo zróżnicowane. Więc będziemy porwani w jazz („Prends garde a ta lounge” z dęciakami), potem zwiedzimy folk, gdzie będzie czekać na nas gitara („Les passants”, „Port Coton”), czasem podkręcimy tempo w lekki blues („Ni oui ni non” z gitarą i smyczkiem na pierwszym planie czy swing jak w „Je veux”), a nawet jeśli pojawia się gitara elektryczna to robi za tło („J’aime a nouveau”), ale i tak najważniejsza jest gitara. Choć ustępuje ona miejsca innym instrumentom jak fortepian („Dans Ma Rue”).

Zaz ma bardzo delikatny i ciepły głos, choć czasem pozwala sobie na bardziej ekspresyjne momenty („Eblouie par la nuit”), zawsze jest jednak przekonująca i szczera. Także teksty, które choć dotykają odwiecznych tematów większości wokalistów, są napisane naprawdę dobrze i nie pozbawione odrobiny humoru.

Dlaczego ta kobieta zrobiła taką furorę na świecie? Posłuchajcie jej debiutu, a będziecie wiedzieli (a może i nie). Piękny album, który nie zanudza i potrafi parę razy zaskoczyć. Może po prostu mam słabość do śpiewających wokalistek?

8/10

Radosław Ostrowski

Beth Hart & Joe Bonamassa – Seasaw

Seesaw

Ten duet razem zagrał po raz pierwszy dwa lata temu. On – bardzo aktywny gitarzysta, działający nie tylko solo, ona – wokalistka z siłą głosu porównywalną z Janis Joplin. Mówię o Beth Hart i Joe Bonamassie, którzy nagrali wspólnie drugą płytę.

I tak jak w przypadku „Don’t Explain” jest to album z coverami, sztuk 11, a wśród nic utwory jakich wykonawców jak Gary Moore, Louis Armstrong, Billie Holiday czy Melody Gardot. Całość wyprodukowana przez niezmordowanego Kevina Shirleya, zaś duet wspierany jest przez grupę muzyków, m.in. basistka Carmine Rojas, pianista Alran Schierbaum i perkusista Argon Fig. I mamy tutaj do czynienia z bluesem i odrobiną jazzu, bo więcej do powiedzenia mają tutaj dęciaki („Seesaw”, „Them There Eyes”). Jednak stylistycznie mamy tutaj spory rozrzut: od szybkich, rock’n’rollowych „Them There Eyes” i jazzowych „Nutbush City Limits”, powolne bluesowe „I Love You More Than You’ll Ever Know” czy bardzo rytmiczne i utrzymane w lekkiej stylistyce country „Can’t Let Go”.

Bonamassa na gitarze gra po prostu fantastycznie i w każdym utworze odnajduje się jak ryba w wodzie, zaś Beth potwierdza swój talent wokalny. Zarówno, gdy trzeba spokojnie i delikatnie („I Love You More Than You’ll Ever Know”), jak i ostrzej, gdzie naprawdę słychać inspiracje Joplin („Miss Lady”).  Jednak mimo rozrzutu brzmieniowego, album jest zaskakująco spójny, zaś piosenki mniej znane otrzymują drugie życie.

Co ja tu będę mówił więcej, ten duet naprawdę razem brzmi fantastycznie, co w przypadku dwóch silnych osobowości nie jest takie łatwe. I znowu im się udało, co powoli zaczyna być normą.

8/10


Howard Shore – The Game

the_score

„Rozgrywka” Franka Oza to kryminał o planowanym ostatnim skoku, którego celem jest cenne berło. Jednak Nick złodziej i właściciel nocnego klubu tym razem ma do pomocy młodego chłopaka Jacka, któremu nie ufa. Niby takich opowieści widzieliśmy wiele, ale jednak Ozowi udało się stworzyć naprawdę dobry film. Pytanie czy muzyka też jest udana i okazała się dobrym złodziejem czasu.

Howard_ShoreJej autorem jest Howard Shore – Kanadyjczyk, który jest najbardziej kojarzony z trylogią „Władca Pierścieni” oraz eksperymentalnymi pracami do filmów Davida Cronenberga. Jednak tym razem kompozytor trochę zaskoczył swoich fanów, bo stworzył dość przystępny album, gdzie wykorzystał do pomocy niewielką orkiestrę (głównie smyczki) oraz zespół jazzowy (trąbka, perkusja, kontrabas i lekko brzmiąca elektronika). To drugie może wydawać się dość nietypowe dla tego kompozytora, ale w konwencji tego filmu jest trafieniem prosto w tarczę, zaś sama płyta trwa nieco ponad 30 minut, więc nie ma tu miejsca na nudę. Ale po kolei.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to temat przewodni pojawiający się jak tradycja nakazuje w „Main Title”, gdzie pierwsze skrzypce gra trąbka z kontrabasem i rytmiczną perkusją, zaś w tle towarzyszą im smyczki z dęciaki. Temat ten będzie pojawiał się jeszcze parokrotnie w różnych aranżacjach (m.in. kończącym album „Bye Bye”), dla wielu osób może nawet zbyt często. Mimo to całość brzmi naprawdę elegancko i bardzo stylowo jak we „Flashback” (z marimbą oraz fletem) czy „Recon”. Napięcie zaś jest potęgowane w „Ironclad” (nerwowy kontrabas i smyczki) oraz w kompozycjach opisujący cały skok, tworząc wielki finał.

„The Score Begins” zaczyna perkusja wspierana przez dęciaki, „Set Up” to popis nerwowych smyczków oraz delikatnego fortepianu i trąbki dla kontrastu, „Run Late” to marimba wspierana mocnymi dęciakami oraz trzaskami i elektroniką zmieszaną z kontrabasem z każdą sekundą przyśpieszająca, zaś najbardziej słychać to w najdłuższym „Suspended”, który zaczyna się ostro brzmiącymi smyczkami i trąbką, bardzo szybkim kontrabasem, marszowo brzmiącymi dęciakami i smyczkami, które zapętlają się i przyśpieszają. Perkusja wtedy również przyśpiesza, a trąbka robi za tło. Bardzo szybkie i dynamiczne 7 minut, a czas mija jak z bicza strzelił, kończąc wszystko podniosłym „Bye Bye”.

Shore po raz kolejny zaskoczył i napisał jedną ze swoich bardziej przystępnych partytur, która jednocześnie sprawdza się w filmie jak i poza nią. „Rozgrywka” nie jest może czymś zaskakującym, ale to bardzo przyjemna muzyka jazzowa napisana do filmu. Album nie tylko dla fanów kompozytora.

7,5/10

Radosław Ostrowski


David Arnold – Four Brothers

Four_Brothers

Są takie filmy, które są zapominane i przechodzą przez ekran oraz świadomość kinomanów bez echa. Takim filmem byli „Czterej bracia” Johna Singletona – solidnie zrobiony film sensacyjny z zemstą w tle, który oglądałem z niemałą frajdą. Jednak o filmie już mówiłem, więc teraz pora skupić się na muzyce.

Jej autorem jest David Arnold – brytyjski kompozytor, który już współpracował z Johnem Singletonem przy filmach: „Shaft”, „Baby Boy” i „Za szybcy, za wściekli”. Kojarzony jest przede wszystkim z filmami o Bondzie oraz z serialu „Sherlock”. Tutaj zaś kompozytor postanowił pójść w stylistykę kina sensacyjnego z lat 70. trochę zahaczając o Lalo Schifrina – czyli jazzowo-funkową ścieżkę, gdzie orkiestra w zasadzie jest zredukowana do smyczków i dęciaków.

Aarnold słychać to już w otwierającym album, ale nie wykorzystanym w filmie „Four Brothers”, gdzie poza wspomnianymi instrumentami swoje daje funkowa gitara, delikatna elektronika oraz perkusja, z której temat będzie dość często się przewijał (m.in. w „Thanksgiving” z fletem oraz „czarnym” żeńskim wokalem). Zaś równie istotna jest tu muzyka akcji budowana w starym stylu za pomocą nerwowych i przeciągających się skrzypiec wspieranych dęciakami, perkusją i basem jak w „Holding Court” czy najbardziej dynamicznym „Shoot Out” (gdzie dochodzi do tego jeszcze elektronika i fortepian). Całość wypada bardzo spójnie i atrakcyjnie, nawet jak pojawiają się utwory niewykorzystane w filmie („400k Plan”, kończące album „Rebuilding the House”), co w przypadku tych utworów jest dość zastanawiające.

Niby nie jest to nic nowego, zaskakującego czy oryginalnego, ale Arnold napisał bardzo ciekawą i interesującą muzykę, która w filmie sprawdza się świetnie. Połączenie starych metod z nowoczesnymi brzmieniami, stworzyło ciekawy klimat, a i na płycie też słucha się tego z niekłamaną przyjemnością. Bardzo udana płyta Anrolda spoza cyklu o agencie 007.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Caro Emerald – The Shocking Miss Emerald

The_Shocking_Miss_Emerald

Trzy lata temu objawiła się światu pewna holenderska wokalistka, która mieszała retro z nowoczesnością. Teraz Caro Emerald po świetnie przyjętym debiucie pojawia się ze swoim najnowszym albumem, gdzie dzieją się różne rzeczy.

„The Shocking Miss Emerald” konsekwentnie idzie drogą wyznaczoną przez debiut, czyli łączymy otoczkę retro (w tym przypadku swing i jazz) z bardziej współczesnym rytmem. Nie brakuje tutaj skreczy (singlowe „Tangled Up” mieszające tango z rapem), trochę wodewilu („Coming Back As a Man”), pójścia w klimaty Bonda („I Belong to You”) czy odrobiny mroku („Black Valentine”). Całość jest naprawdę równa, każdy z instrumentów ze świetnymi dęciakami i rytmicznym kontrabasem na czele + skrecze i ziomalska konsoleta pasuje do całości i tworzy bardzo intrygującą tkankę („Completely”). Poza tym pojawiają się dość często smyczki („One Day”), gdzieś w tle przewija się gitara elektryczna („Black Valentine”), pianino („Pack Up the Louie”), mandolina („Liquid Lunch”). Owszem, przypomina to trochę stylem Michaela Buble czy Dianę Krall, ale moim skromnym zdaniem Emerald jest bardziej do tańca i skoczniejsza od pozostałej dwójki.

Jej dość delikatny głos dopełnia tego obrazu, który jest trochę jakby wzięty z dawnej epoki. Razem z niezłymi tekstami tworzy to bardzo ciekawą i intrygującą całość. Innymi słowy: byłem w szoku i mnie zatkało, że tak można łączyć stare z nowym. Warte czasu i pieniędzy, nie tylko dla starszych.

8/10

Radosław Ostrowski


Kult – Prosto

kult__prosto

Ten zespół działa już 30 lat, osiągnął status kapeli kultowej i tak jak Metallica skończył się na „Kill’em All”. Innymi słowy, ostatnie wielkie płyty przypadły na lata 90., ale mimo tego Kult jest jedną z najpopularniejszych kapel polskich. Po dobrze przyjętej „Hurra!”, świetnym koncercie „MTV Unplugged” wydaje się, że powoli skład pod wodzą Kazika wraca do formy. Czy „Prosto” potwierdza te przypuszczenia?

Album ten zawiera 16 piosenek, zaś za produkcję odpowiada Adam Toczko – uznany realizator dźwięku, który współpracował, m.in. z Liroyem, Edytą Bartosiewicz, Monika Brodką czy z zespołami Apteka, Coma i Vader. I brzmieniowo to Kult, który znamy częściowo naśladowany przez Buldoga. Sekcja dęta, gitara, perkusja i klawisze + Kazik na wokalu, tu się nic nie zmieniło. Perkusja wali mocno, czasem szybko, klawisze brzmią nadal jak organy, dęciaki grają swoje, czasem gitara tylko robi za tło, ale i tak wypada całość lepiej niż „Poligono Industrial”. Nie zabrakło instrumentalnego wstępu („Teide”).  Tempo nadal się zmienia i zaskakują aranżacje (początek „Dzisiaj jest mojej córki wesele” kościelne organy, gitara akustyczna i bas), melodie wpadają w ucho, ale też nie brakuje tu pazura (tytułowy utwór z wyraźnie brzmiącą gitarą i „akordeonem” zgranym z dęciakami oraz zmieniającą tempo perkusją czy „Moja myszko” z zadziorną gitarą), a nawet rapowania („Mój mąż”, „Największa armia świata wzywa cię”). Słucha się całości bez znużenia czy monotonii, co w przypadku trwania całości (prawie godzina) jest istotnym czynnikiem.

Kazik jak zawsze nie jest wokalistą, który imponuje swoim niesamowitym głosem, ale potrafi przekazać emocje, bez względu na to czy robi to ze spokojem, krzyczy czy klnie. Poniżej pewnego poziomu, ten człowiek nie schodzi. Zaś tekstowo mamy to, co zawsze – z jednej strony zgorzkniałego cynika, który jest rozczarowany i wk***ony rzeczywistością,  m.in. polityką („Prosto”, „Bomba na parlament”), kompromitacjami („Dlaczego tak tu jest”), kibicami (wyznanie piłkarza w „Nie chcę grać w reprezentacji”), zawiścią („Układ zamknięty”), religią („Modlitwa moja”), nałogami („Największa armia świata wzywa cię”), okraszając to czarnym humorem („Zabiłem ministra finansów”) i ciekawymi obserwacjami („Sport każdy przyzna to rozrywka, a nie Bóg, honor, ojczyzna„). Druga jego twarz to wrażliwy facet, poruszający tematykę niepolityczną, jednak tutaj też nie zabrakło ironii więc nie zabrakło i o miłości (ironiczna „Moja myszko”, ponury „Mój mąż”), o Bogu („Twoje słowo jest prawdą”, „Modlitwa moja”), ale też i o wnukach („Dobrze być dziadkiem”).

Już „Plamy na słońcu” KNŻ pokazywały, że mamy do czynienia z progresem. Kazik znów błyszczy wnikliwą obserwacją, świetnymi frazami, zaś muzyka znów nabrała żywotności i dynamiki, choć pod koniec jest trochę lżej i dowcipniej. Dowód na to, że dobry Kazik to wkur***ny Kazik.

8/10

Radosław Ostrowski