Samarytanin

Kino superbohaterskie jest w tak silnej ofensywie, że można odnieść wrażenie jakby inne filmy nie istniały. Dzieła Marvela, DC, Netflixa, Prime Video – gdzie nie spojrzeć jakiś film czy serial z gośćmi w lateksach i/lub posiadającym supermoce. Teraz do tego grona trafia „Samarytanin”, czyli nowy film z Sylvestrem Stallonem jako superherosem. Co raczej jest sporym zaskoczeniem patrząc na wiek aktora.

samarytanin1

Punkt wyjścia jest bardzo prosty – jest sobie miasto, gdzie panuje chaos i anarchia. Niczym w Detroit z „RoboCopa”, czyli syf, kiła i malaria. Tutaj 25 lat temu doszło do ostatecznego starcia między superherosem zwanym Samarytaninem a jego bratem bliźniakiem Nemezisem. Żaden z nich nie wyszedł żywy. 25 lat później poznajemy 13-letniego Sama (Javon Walton), mieszkający z matką i mający fioła na punkcie Samarytanina. Chcąc pomóc matce, bierze udział w kradzieży. Szef szajki, wielbiciel Nemezisa Cyrus (Pilou Asbaek) jest pod wrażeniem, że Sam nie pęka i daje mu sporą kasę. Zostaje napadnięty, a z opresji wyciąga go sąsiad Joe Smith (Sylvester Stallone). Niezwykła siła mężczyzny podsuwa chłopakowi podejrzenia, że mężczyzna jest uznanym za zmarłego Samarytaninem.

samarytanin3

Jeśli opis sugeruje wam kino z lat 90., to dzieło Juliusa Avery’ego właśnie tym jest. „Samarytanin” to taka mieszanka „Niezniszczalnego” (superbohater ukrywający swoją tożsamość) i „Shazama” (dzieciak zafascynowany głównym bohaterem oraz chcący być jak swój idol). Schematów i klisz jest tu od groma, a twórcy kompletnie się tego nie wstydzą. Mamy skrywającego swoją tożsamość superherosa, zafascynowanego nim dzieciaka (relacja ojcowska się buduje), wreszcie antagonisty, będącego fanem Nemezisa i planującego dokończyć jego dzieło. Po drodze jeszcze bredzi bzdury jak to na złola przystało, przez co potem ciężko traktować go poważnie. No i jeszcze finałowa konfrontacja (akurat świetnie zrobiona) w siedzibie antagonisty. Zaskoczeń nie ma (poza jednym, którego nie zdradzę), fabuła idzie po sznurku i wydaje się bardzo skromne, wręcz niskobudżetowe.

samarytanin4

I to niestety czuć. O samym mieście wiemy niewiele, przeszłość Samarytanina i Nemezisa jest zarysowana tylko w krótkim wstępie (ręcznie rysowanym, stylizowanym na komiks), zaś okolica ogranicza się do paru budynków. Jakby tego było mało efekty specjalne są niezbyt dobre (szczególnie pod koniec filmu), reszta postaci – poza trójką bohaterów – stanowi mało wyraziste tło. Z drugiej strony nieliczne sceny akcji są dobrze zrobione, z wieloma długimi ujęciami oraz czytelną choreografią. Szczególnie finałowa konfrontacja czy atak na Smitha przez gang potrafią dostarczyć wiele satysfakcji. Gdyby jednak jeszcze dostał kategorię R i lała się krew, efekt mógłby być jeszcze lepszy.

samarytanin2

Aktorsko tak naprawdę film skupia się na trzech postaciach: Smithie, Samie oraz Cyrusie, granych przez Stallone’a, Waltona i Asbaeka. Pierwszy wypada bardzo przekonująco jako samotny, wycofany heros z przeszłością, chcący mieć święty spokój. Mimo ponad 70 lat na karku Sly nadal daje radę w scenach akcji, co jest imponujące. Drugi bardzo naturalnie wypada w roli zafascynowanego Samarytaninem chłopca, który także próbuje pomóc mamie. Chociaż drogą jaką wybiera na początku nie jest zbyt uczciwa. Relacja tej dwójki to emocjonalne paliwo, potrafiące złapać za serce, gdzie Smith staje się mentorem i figurą ojca. Problem mam z Asbaekiem, który jako Cyrus wypada zaledwie ok. Sprawdza się jako szef gangu i wygląda jak ktoś z kim nie chcesz zadzierać. Ale im dalej w las, tym bardziej staje się on przerysowanym złolem, którego nie da się traktować poważnie.

„Samarytanin” jest bardzo staroszkolny w formie, a Klisza to jego dobre imię. B-klasowy film akcji w superbohaterskich fatałaszkach, ciągnięty dzięki charyzmie Stallone’a oraz porządnym scenom mordobicia. Jest pozostawiona furtka na sequel, ale czy potrzebny nam jest?

6/10

Radosław Ostrowski

The Nightingale

Słowik jak wszyscy wiemy to ptak cudnie śpiewający i pięknie wyglądający. Jak kobieta. Ale jedno i drugie nie bardzo przepada za byciem uwięzionym. Nie inaczej jest z Claire – irlandzką kobietą, która trafiła w XIX wieku do Tasmanii. A był to czas, kiedy w tej brytyjskiej kolonii trafiali skazańcy wszelkich płci. Kobieta została wypuszczona z więzienia, gdzie trafiła za kradzież dzięki porucznikowi Hawkinsowi. Ten miał napisać jej list, dzięki któremu mogłaby swobodnie przebywać, jednak odwleka sprawę i traktuje Claire jak swoją własność. To bardzo nie podoba się mężowi kobiety, doprowadzając do ostrej awantury oraz braku awansu dla oficera. Ten z zemsty zabija mężczyzna oraz niedawno urodzone dziecko razem z dwoma żołnierzami, gwałcą ją oraz ciężko poturbowaną zostawiają w buszu. Co pozostaje Claire do zrobienia? Jedna, oczywista rzecz – zemsta, w czym ma jej pomóc rdzenny przewodnik Billy, który nie zna jej motywacji. Oboje wyruszają w pościg za Anglikami.

Pochodząca z Australii reżyser Jennifer Kent zwróciła na siebie uwagę horrorem „Babadook” w 2014 roku. „The Nightingale” to drugi film w dorobku reżyserki i potwierdza, że warto uważniej przyglądać się tej twórczyni. Tutaj jest to mieszanka filmu historycznego z thrillerem i kinem zemsty. Ale nie spodziewajcie się czegoś w stylu „Johna Wicka” czy popisów a’la Charlize Theron. Czyli co, mamy wolnego snuja z żółwim tempem, doprowadzającego do wczesnego zaśnięcia? Na szczęście nie. Kent spokojnie opowiada swoją historię, tylko pozornie chłodną i z masą statycznych ujęć. Jednak w środku widać, że się tam pod skórą gotuje. Samo wprowadzenie trwa ponad 30 minut, kończąc się bardzo nieprzyjemną sceną gwałtu oraz morderstwa. Niby widziałem takich scen wiele, a ta wygląda zwyczajnie. Jednak czułem mocno dyskomfort, spotęgowany przez bardzo ciasne zdjęcia.

Sama historia zemsty dla reżyserki jest także pretekstem do pokazania historii Tasmanii oraz relacji między rdzennymi mieszkańcami a białymi ludźmi. Ci pierwsi zostali wypchnięci ze swoich domów, terenów łowieckich, stając się niejako niewolnikami. Robią za przewodników po swoim własnym kraju, niby są „cywilizowani” przez białych, a tak naprawdę tracą swoją tożsamość, język czy duchowe życie. A nawet tylko swoje życie – czy można dokonać większej podłości niż wywyższanie się nad innymi na niby swoim terenie? To jednak nie jako toczy się przy okazji pokazując sojusz dwójki outsiderów w nieprzyjaznym dla nich świecie. Nie brakuje tu zarówno onirycznych momentów, gdy bohaterkę prześladują koszmary jak i bardzo intensywnych, choć krótkich scen przemocy.

Ta intensywność wynika też z absolutnie rewelacyjnego aktorstwa. Odkryciem są tutaj Aisling Franciosi (Claire) oraz Baykali Ganambarr (Billy, przewodnik), którzy byli dla mnie kompletnie nieznani. Oboje niejako odrzuceni przez świat, początkowo niechętni i obcy, z czasem zaczynają się zbliżać (nie fizycznie). Ta więź była dla mnie prawdziwym paliwem, poprowadzona absolutnie bezbłędnie i są to role zasługujące na wszelkie nagrody. Ale największą niespodzianką był Sam Claffin jako porucznik Hawkins. Taki przystojny facet, a taki skurwysyn z krwi i kości, za wszelką cenę dążący do awansu. Tak obrzydliwego, odpychającego degenerata nie widziałem od bardzo dawna. I ta rola pokazuje inne, niespotykane predyspozycje tego aktora.

„Słowik” pokazuje jak rozwija się Jennifer Kent i jedno mogę wam powiedzieć – delikatnych filmów ta osoba robić nie będzie. Mocny, powalający i trzymający w napięciu do krwawego finału, przebijający debiut. Kolejny przykład pokazania niewygodnej przeszłości, pokazując do czego był (i nadal jest) zdolny biały człowiek.

8/10

Radosław Ostrowski

Operacja Overlord

Pozornie fabuła filmu Juliusa Avery’ego brzmi jakby wyciągnięta z szalonej wizji maniaka kina VHS. Jest 6 czerwca 1944, czyli zbliża się lądowanie w Normandii. Wszystko widzimy z perspektywy oddziału spadochroniarzy, którzy zostają wysłani za linię frontu. Oddział kaprala Forda ma za zadanie wysadzić wieżę kościoła, gdzie znajduje się nadajnik radiowy. Żołnierze trafiają do domu Francuzki Chloe, zaś na miejscu jeden z żołnierzy znajduje pod wieżą laboratorium. A tam przeprowadzane są eksperymenty w celu stworzenia superżołnierzy.

operacja overlord1

Brzmi jak B-klasowy śmieć albo adaptacja którejś części gry „Wolfenstein”? Reżyser wsparty przez J.J. Abramsa robi wariacką sklejkę mieszającą horror z zombiakami oraz wojenny film akcji. Można dość szybko się domyślić tajemnicy związanej z kościołem, ale i tak reżyser bardzo dobrze buduje napięcie. Sam początek z ostrzałem samolotu oraz zeskakiwania łapie za gardło (m.in. za pomocą mastershota, przyklejonego do głowy bohatera), czekając na nowe zagrożenie. Nieważne, czy są to żołnierze, miny czy nieumarli superżołnierze. Efektem jest mieszanka krwawego rozpierdolu, one-linerów, nazistowkie eksperymenty (pokazujące kolejne oblicza okrucieństwa nazistów – mimo przerysowania), zmutowane zombiaki (pierwsze wejście czy wykorzystanie serum na zabitym fotografowi), miotacze ognia oraz strzelaniny. Z drugiej strony, poza rzeźnickim tłem oraz przegięciem wobec realiów, są próby bardziej psychologicznego portretu głównego bohatera – niedoświadczonego Boyce’a.

operacja overlord3

W teorii te dwa elementy powinny doprowadzić do ostrych spięć, szwów, bo te elementy są jak ogień i woda. Ale o dziwo, te dwa elementy są zaskakująco dobrze zbalansowane. Avery trzyma to w garści, zaś każda scena nie wydaje się zbędna czy niepotrzebna. I nie ważne, czy jest to wspomnienie Chloe o ciotce czy Boyce’a z myszami, nie mówiąc o przemianie głównego antagonisty w mutanta. Jest też odrobina humoru, świetne zdjęcia oraz scena akcji podnoszące adrenaliny (finałowa konfrontacja czy schwytanie Wafnera).

operacja overlord2

Aktorsko też wypada naprawdę dobrze, mimo kompletnie nieznanych twarzy. Wybija się z tego grona Mathilde Olivier jako zdeterminowana Chloe oraz Pilou Asbaek w roli charyzmatycznego antagonisty, Wafnera. Jeszcze jest też twardy jak czołg kapral Ford (Wayne Russell) oraz złośliwy Tibbet (John Magaro), dodający odrobinę smaku.

Powiem szczerze, że takiego filmu, próbującego iść w stylu Tarantino, gdzie faktografia oraz jakikolwiek realizm idą do kosza. Brutalna, krwawa i ostra sieczka dla fanów wojennych horrorów oraz poszukiwaczy bezpardonowej rozróby.

7/10

Radosław Ostrowski

Assassin’s Creed

Czy ktoś z tu obecnych zna serię gier „Assassin’s Creed”? W skrócie chodzi o odwieczną walkę Templariuszy z Asasynami, gdzie gracz wcielał się w asasyna walczącego w realiach historycznych. Był to zazwyczaj przodek postaci z wątku współczesnego (z czasem zrezygnowano z tego wątku), przenosząc się za pomocą Animusa (łączenie kodu genetycznego przodka ), a walka toczyła się o Artefakty Edenu. Po drodze jeszcze bieganie, zabijanie, Credo itp. Pytanie, czy wreszcie dało się stworzyć udaną egranizację?

Punkt wyjścia jest podobny. Najpierw poznajemy niejakiego Aquilara – hiszpańskiego członka bractwa Asasynów. Składa przysięgę i ma za zadanie chronić Jabłko Edenu. Potem przeskakujemy do współczesności, gdzie poznajemy Calluma Lyncha – mordercę, który jako chłopiec widział śmierć swojej matki. Zostaje uznany za zmarłego i ściągnięty przez tajemniczą organizację, która chce znaleźć Jabłko Edenu. Dlaczego? Oficjalnie, by wyleczyć ludzkość z przemocy. Ale chyba nasz bohater jest mniej kumaty, bo wierzy w to.

asasyn2

Co zrobić, by znaleźć klucz do dobrej egranizacji? Znajomość materiału źródłowego oraz pewne zdrowe podejście, by każdą bzdurę uczynić przekonującą. Problem w tym, że pod względem scenariusza film Justina Kurzela zwyczajnie leży. Dlaczego? W grach większość czasu spędzaliśmy jako asasyn wykonujący różne zadania, mające pomóc w powstrzymaniu Templariuszy, rzadko przechodząc do wątków współczesnych, które były strasznie nudne. Justin Kurzel odwraca te proporcję i zamiast prezentować wszelkie losy asasyna Aquiera, wybiera świata Calluma, budzącego się w jakimś tajemniczym miejscu – hotel, więzienie, laboratorium? Razem z tym bohaterem czujemy się zdezorientowani, próbujemy rozgryźć prawdziwe motywacje (my jesteśmy o krok przez Lynchem) oraz odnaleźć się w tym całym bajzlu. Tylko, że przemiana cynicznego Lyncha w prawego Asasyna to są jakieś jaja, pozbawione psychologii, motywacji oraz wiarygodności. Wszystko jest opowiadane tak serio, ze aż przyprawia to o ból istnienia (czyżby Kurzel nie widział pierwszego „Mortal Kombat”?) i dialogi niemal wywołują znudzenie niczym w „Adwokacie”.

asasyn1

Z kolei wątek hiszpański też jest ledwo liźnięty, trafiamy do dawnych czasów raptem 4 razy, rzuceni w sam środek wydarzeń (tak jak w grze), gdzie święta Inkwizycja w imię Boże dopuszcza się mordowania, palenia oraz usuwania niewygodnych wrogów. Sceny te bronią się przede wszystkim mrocznym klimatem, świetną pracą kamery (to przejście w świat, bura kolorystyka czy dynamicznie zrobione sceny ucieczki, gdzie przeskakują z dachu na dach – wow) oraz na tyle sprawnym montażem, że nie ma miejsca na nudę. Tylko, że brakuje zaangażowania oraz bliższego poznania jakiejkolwiek postaci, nic nas nie obchodzą.

asasyn3

Nawet aktorsko brakuje tutaj jakiegokolwiek mocnego punktu zaczepienia. Na początku Michael Fassbender jako Lynch sprawia wrażenie obojętnego cynika, skonfrontowany z odważnym, walecznym przodkiem (Aquilar to postać bardziej czynu i tutaj trudno kwestionować oddanie), ale jego przemiana wygląda niewiarygodnie, wręcz sztucznie. Zbyt skrótowo potraktowano tą postać, która mogłaby zyskać nieco więcej, gdyby miała większą interakcję. Zawiodła mnie mocno Marion Cotilliard, będąca tutaj naukowcem manipulowanym przez swojego ojca (mocny Jeremy Irons). Jej mechaniczny, wręcz monotonny głos strasznie zmęczył i jest ona zwyczajnie nijaka. Kompletnie zaskakuje brak wyrazistego drugiego planu, gdzie mamy z jednej strony podobnie „uzdolnionych” jak Lynch (ale brakuje im charakteru, tła, historii), z drugiej tak rozpoznawalnych aktorów jak Brendan Gleeson czy Charlotte Rampling, którzy nie mają tutaj absolutnie nic do roboty. Takiego marnotrawstwa talentu nie znoszę.

W jednej ze scen Lynch mówi: „Co tu się k*** dzieje?”. I to samo mogli poczuć fani gry, widząc co Kurzel zrobił w swojej adaptacji. Intryga jest zagmatwana, historię poznajemy w bardzo krótkich fragmentach, licząc na coś więcej. Owszem, zostają zachowane charakterystyczne elementy z gry jak skok wiary czy parkourowe popisy na dachach, ale to za mało, by skupić uwagę widza. Widać, że jest to początek większej całości, która może kiedyś powstanie. Ja jednak mówię pas.

4/10

Radosław Ostrowski

Una

Kim jest tytułowa Una? Gdy ją poznajemy jest w klubie i uprawia seks z przypadkowym facetem. Potem wraca do domu, gdzie mieszka razem z matką na przedmieściach. Ale pewne jedno zdjęcie budzi wspomnienia. Jest na nim jej pierwszy mężczyzna w jej życiu, którego decyduje się odnaleźć. Tylko, że ona miała wtedy 13 lat, a on był dorosły. Znajduje go w pracy, pod nowym nazwiskiem, odciął się kompletnie od przeszłości. Tylko do czego doprowadzi konfrontacja Raya (obecnie już Petera) z dawną dziewczyną?

una1

„Una” jest adaptacją sztuki teatralnej oraz reżyserskim debiutem Benedicta Andrewsa (do tej pory twórcy teatralnego), pokazującym bardzo mroczną stronę uczucia. Ale jakiego? Czy to była miłość, pożądanie, seks czy może jednak pedofilia? Twórcy w żaden sposób nie zamierzają dać na jakiejkolwiek odpowiedzi – wszystko trzeba samemu wyczytać między słowami, rozedrganymi spojrzeniami oraz wplecionymi w całość retrospekcjami. A jak było naprawdę? Każde z nich pamięta zupełnie inaczej pewne wydarzenia, zaś twórcom nie zależy na szokowaniu czy robieniu skandalu. Nie ma tutaj epatowania seksem (chociaż jest to bardzo sugestywnie opowiedziane), jednak nie mogłem wejść w tą specyficzną opowieść. Może wynikać z faktu, że dwójkę naszych bohaterów bardzo trudno rozgryźć, przez co wiele osób odbije się jak od ściany. Ale widać, że oboje – w jakiś sposób – zostali naznaczeni wydarzeniami z przeszłości.

una2

Całość niemal ograniczona do jednej przestrzeni (pomieszczeń biurowych), które kamera próbuje ogrywać dynamiczną pracą oraz zabawą oświetleniem. Także bardzo pulsująca muzyka oparta na elektronice buduje niemal oniryczną aurę. A wszystko kończy się wielkim znakiem zapytania, zawieszając losy bohaterów.

una3

„Una” nie miałaby siły przyciągania, gdyby nie intrygujące aktorstwo. Trudno oderwać było mi oczy od Rooney Mary, pozornie grającą w ten sposób – wycofaną, bardzo skrytą kobietę. Nie jest ona w stanie uwolnić się od przeszłości, ale czy ona tego naprawdę chce? Skrzywdzona ofiara czy konsekwentnie próbująca osiągnąć (nawet nierealny) cel? Te sprzeczne charaktery są bardzo delikatnie odmalowane (plus świetna Ruby Stokes jako jej młodsze wcielenie), a ja próbowałem zrozumieć tą postać. Równie zagadkowy jest Ben Mendelsson, czyli Ray. Człowiek, który chce zapomnieć o przeszłości, ale jednocześnie ofiara swojej własnej obsesji. Pedofil, uwodziciel czy ofiara „Lolity”?

Debiut Andrewsa to zaledwie niezłe kino, oparte na bardzo niejednoznacznych postaciach oraz ich przeżyciach. Jednak dla świetnego aktorstwa warto zmierzyć się z „Uną”.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Obcy: Przymierze

Zastanawiam się, co kierowało Ridleyem Scottem, by zrealizować „Prometeusza”. Film w zamierzeniu miał być prequelem kultowego „Obecgo”, jednak został polany dużą dawką sosu filozoficznego i stawianiem pytań o poszukiwania stwórców ludzkości. Ni to horror, ni SF, a bełkot wylewający się z ekranu psuł jakąkolwiek frajdę. Scott jednak nie odpuszcza i kontynuuje swoją opowieść.

obcy_przymierze1

Tytułowe Przymierze to statek kolonizacyjny skierowany z misją odnalezienia nowego domu dla ludzi. Podczas lotu na przyszłą planetę, dochodzi do odbioru sygnału, przy okazji lekko niszcząc statek. Pełniący obowiązki dowódcy Oram podejmuje decyzję o sprawdzeniu miejsca, zwłaszcza że spełniałoby warunki do mieszkania. Problem w tym, że jest jakoś dziwnie pusto i cicho. Aż tu pojawiają się pewne stwory oraz gospodarz tej tajemniczej planety – Dawid.

obcy_przymierze2

Scott próbuje mieszać tutaj aż trzy wątki: pierwszy dotyczy Dawida oraz jego pobytu na tej opustoszałej planecie, drugi dotyczy eksploracji i odkrywania kolejnych elementów układanki, trzeci to mieszanka horroru z akcyjniakiem. Problem w tym, że wszystko gryzie się tutaj ze sobą. Początek to przedstawienie załogi, która zachowuje się jak banda idiotów, panikuje bez powodu, strzelając nawet na ślepo. Eksploracja i aura tajemnicy jest budowana, a cisza wydaje się bardzo niepokojąca. Poczucie izolacji i napięcie jest coraz gęstsze, lecz po jednej trzeciej filmu zmienia się konwencja. Pojawiają się pytania o kreacjonizm, bycie stwórcą i spotkanie dwóch androidów (obydwa mają twarz tego samego aktora). Zderzenie dwóch postaw (posłusznej wobec ludzi oraz bardziej ambitnej, posiadające własne sny, pragnienia) troszkę przypomina „Blade Runnera” i stawia pytania o to, czy androidy mogą być takie jak ludzie. Ten wątek wydaje się najciekawszy, jednak szybko zostaje przerwany przez naparzankę Dawida i Waltera, urwaną w kluczowym momencie.

obcy_przymierze3

W trakcie seansu jeszcze mamy retrospekcje pokazujące to, co się stało i to wyjaśnienie (włącznie z genezą przyszłego Obcego) jest mocno rozczarowujące. Z kolei finał to słabe kino akcji, pozbawione suspensu i atakiem paskudnego niby-xenomorpha. Kiedy zna się poprzednie części serii „Obcego” łatwo wypatrzyć pewne nielogiczności (dość szybkie działanie oraz „rodzenie” monstrum), a działanie ocalałej dwójki budzi zastrzeżenia, zwłaszcza wobec (pozornie) przewrotnej wolty.

obcy_przymierze4

Aktorsko jest tak sobie, bo nie jesteśmy w stanie polubić tych bohaterów. Jedynie troje postaci wybija się z tego nurtu. Po pierwsze, Billy Crudup jako dowódca mimo woli, który bierze na siebie wielką odpowiedzialność i jest osamotniony w tym. Po drugie, Katherine Waterston, która pod koniec chce być drugą Ripley (ale nigdy nią nie będzie). I po trzecie, Michael Fassbender w podwójnej roli androidów. Za każdym razem widać różnice między Dawidem i Walterem, od intonacji głosem, akcent i gesty po spojrzenia. Ten aktor skupia na sobie największą uwagę.

obcy_przymierze5

„Przymierze” jest na pewno troszkę lepszym filmem od „Prometeusza”, który miał być prequelem i nie chciał nim być jednocześnie. Tu jest podobnie, a niezdecydowanie w jakim kierunku to wszystko ma pójść jeszcze bardziej drażni. I znowu wszystko próbuje ratować Fassbender, ale nawet jego obecność (poza świetnymi zdjęciami) nie wystarczyła, by wypalić. Bezczelny, pozbawiony klimatu dawnej serii skok na kasę i nic więcej. Obawiam się, że ciąg dalszy nastąpi.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Makbet

William Szekspir od zawsze interesował filmowców. Praktycznie każda jego stuka była co najmniej raz przeniesiona na ekran. Nie inaczej było z „Makbetem”, którego najsłynniejszą wersją kinową była ta zrealizowana przez Romana Polańskiego w 1971 roku. Teraz jednak własną interpretację przedstawia Justin Kurzel.

makbet_2015_1

I muszę przyznać, ze ta wersja podoba mi się bardzo. Reżyser stawia na surowy realizm, brud i krew. Imponuje zwłaszcza scenografia i piękne szkockie plenery, spowite mgłą, pełne lasów. Wszystko to tworzy wręcz oniryczny klimat, którzy wyczuwalny jest od początku. To we mgle Makbet walczy ze zdrajcami swojego króla Duncana, to we mgle widzi wiedźmy, co przepowiadają mu przyszłość. I wreszcie we mgle zabarwionej krwią zmierzy się ze swoim przeznaczeniem. Kurzel bardzo starannie dobiera kolory: dominuje chłodna zieleń w scenach leśnych, mocna czerwień podczas scen akcji i zabijania (albo podczas scen w kościele, gdzie jest pełno świec). Dla wielu nadal problemem może być archaiczny (z dzisiejszej perspektywy) dialogi oraz monologi bohaterów, pełne kwiecistego stylu. Dlatego zawsze należy wczytywać się między słowami, by zrozumieć moralne rozterki Makbeta, rozdartego między żądzą władzy a oddaniem prawości.

makbet_2015_2

Imponują świetnie zrealizowane sceny zbiorowe: egzekucja rodziny Makduffa, potyczki, wreszcie ceremonia koronacji w pięknie oświetlonej katedrze. Co jednak najciekawsze jedna scena zmienia kontekst zachowania lady Makbet. Tak, ona nadal popycha męża ku zbrodniczej drodze, ale nawet ona zaczyna się swojego męża bać, przez co pogrąża się w szaleństwie. A otwierająca całość scena pogrzebu dziecka państwa Makbet mogła być katalizatorem obłędu. Kurzel niczym w transie skupia całą swoją uwagę, w czym pomaga świdrująca uszy muzyka oraz bardzo rytmiczny montaż.

makbet_2015_4

Ale tak naprawdę nową wersję bronią też świetni aktorzy. Tym razem Makbet ma aparycje Michaela Fassbendera, który tak płynnie mówi szkockim akcentem (jak cała obsada), jakby to był jego naturalny język. A w oczach ma ten błysk szaleństwa, którego nie można w żaden sposób zignorować. Jednak dla mnie „Makbet” to film Marion Cotillard, która zupełnie inaczej przedstawia postać lady Makbet (interpretację wspomniałem wcześniej). I to ten duet bardzo mocno wybija się z grona zacnej obsady, która solidnie wywiązała się ze swoich zadań.

makbet_2015_3

Justin Kurzel wie jak robić historię z klimatem, a jego wersja „Makbeta”, choć surowa, wnosi duży powiem świeżości. Ogrywa teatralność oryginału, za pomocą klimatycznych zdjęć oraz montażu, przez co nie ma miejsca tutaj na nudę. Ale wymaga w zamian skupienia, uwagi, bo łatwo można przeoczyć pewne detale.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Slow West

Wierzycie w miłość? Ale taką prawdziwą, czystą, nieskażoną brudem? W taką wierzył Jay Cavendish – 17-letni szkocki chłopak. Wyjechał na Dziki Zachód, by znaleźć swoją Różę. I nie chodzi mi o kwiat, tylko o dziewczynę, którą bardzo kocha. Ona jednak pochodziła z nizin, a on był synem arystokraty. I to przez niego ona wyjechała. Po drodze chłopiec spotyka tajemniczego Silasa, który – za odpowiednią opłatą – staje się jego przewodnikiem po tym świecie.

slow_west1

Nie trzeba być jasnowidzem, by dostrzec renesans westernu trwający dobre kilka lat. Postanowił wejść w ten nurt brytyjski twórca John Maclean i nakręcił całość w miejscu, które z tym gatunkiem kojarzy się nierozerwanie – Nową Zelandią. I trzeba przyznać, że plenery są tutaj niesamowicie plastycznie, wręcz bajkowe i pełne intensywnych kolorów. Chatka otoczona polem pszenicy, łąka pełna kwiatów – te obrazy bardzo wysmakowane plastycznie jakby to ruchowe malowidła inspirowane impresjonizmem oraz Wesem Andersonem, Jimem Jarmushem oraz smolistym humorem braci Coen. I w tym pięknym krajobrazie dochodzi do mordów, hasają Indianie i tajemniczy mędrcy. Sama opowiastka jest prościutka i ma charakter tak uniwersalny, że mogła toczyć się w każdym miejscu, czasie. Niby to film o miłości, ale to jest historia utraty niewinności oraz naiwności, która przechodzi Jay. Chłopiec nie wie, że za jego dziewczynę wyznaczono nagrodę. Nawet finałowe starcie w domku jest zabarwione taką dawką groteski, że trudno traktować do końca poważnie. I najbardziej zaskoczył mnie morał, ale to sami się przekonajcie.

slow_west2

Prawdziwym filarem tego filmu jest znakomity Michael Fassbender – małomówny, cyniczny, z nieodłącznym cygarem na ustach i mroczną tajemnicą. Troszkę w stylu młodego Clinta Eastwooda, co wiele widział, wiele przeżył. Jest kontrastem dla opanowanego, eleganckiego Jaya (Kodi Smit-McPhee) – naiwnego, wrażliwego romantyka, dla którego będzie to lekcja na całe życie. I trzeba przyznać, że ten duet nakręca ten film.

slow_west3

„Slow West” to rzeczywiście film powolny, podczas którego można kontemplować piękne plenery Zachodu, gdzie nadal naiwni poszukiwacze przygód szukają szczęścia, miłości, stabilności. Czuć tutaj inspiracje różnymi twórcami, ale ta sklejka dobrze wyszła. I już czekam na kolejny popis Macleana.

7/10

Radosław Ostrowski

Son of a Gun

Młody JR właśnie trafia do więzienia, gdzie bez wsparcia innych możesz sobie nie poradzić. Tam właśnie poznaje doświadczonego wygę Brendana Lyncha, który odsiaduje za kradzież. Weteran postanawia pomóc młodemu w pierdlu, ale jak to się mówi – nic za darmo. Po wyjściu chłopak ma pomóc Brendanowi w ucieczce oraz wziąć udział w dużym skoku.

son_of_a_gun1
Australijski reżyser Julius Avery miał ambicje pozostania nowym Michaelem Mannem. Przynajmniej czuć inspirację tym reżyserem mocno, ze wskazaniem na „Złodzieja”. Intryga jak zawsze ulega komplikacjom, prosty plan się sypie, a krew leje się tu czasami mocno. Problem w tym, że jest to tak wtórne i mało angażujące – łatwo przewidzieć następny ruch, finałowa konfrontacja sprawia wrażenie jakby była, bo musiała być. Kobiet tu praktycznie nie ma – poza jedną cwaniarą o imieniu Tasha. Owszem, pościgi i strzelaniny są zrobione bez zarzutu i na poziomie, jednak ani klimatu, ani napięcia to nie nakręca, choć wydaje się być wszystko na miejscu. Troszkę szkoda, bo porządnej sensacji nigdy dość.

son_of_a_gun2
Sytuacje próbuje ratować przyzwoite aktorstwo. Do Ewana McGregora nie można się przyczepić, gdyż ma w sobie tyle charyzmy, iż jest w stanie przekonać jako gangster. Nieźle sobie poradził za to Brendon Twaites w roli młodego wilczka z temperamentem oraz szybkim wchłanianiem wiedzy. Problem w tym, że między nimi nie ma żadnego zwarcia ani chemii, co jest niewybaczalnym błędem. Reszta obsady tak naprawdę jest tylko elementem dekoracyjnym.

Trudno odmówić reżyserowi ambicji oraz dynamicznych scen akcji, problem w tym, że „Son of a Gun” niczym nie zaskakuje i po pewnym czasie łatwo przewidzieć kolejność wydarzeń. Przed Averym jest jeszcze daleka droga do zostania mistrzem gatunku.

6/10

Radosław Ostrowski

Babadook

Amelia mieszka sama z 7-letnim synem Samuelem. Jej mąż, a ojciec Samuela zginął w wypadku w drodze do szpitala. Chłopiec jednak zaczyna wariować na punkcie potworów i duchów. Obsesja nasila się po przeczytaniu książki o Babadooku, który prześladuje w nocy. Od tej pory chłopak staje się naprawdę nieznośny. Niewinne szaleństwo dziecka czy naprawdę pojawił się Babadook?

babadook1

To w Australii robi się horrory? Debiut niejakiej Jennifer Kent (częściowo sfinansowany przez Kickstartera) pokazuje, że tak. Pozornie jest to opowieść jakich tysiące – jest mroczno, strach jest budowany klasycznie (czyli jeszcze ciemniejsze pomieszczenia, zwidy, latający ludzie, porywani ludzie, noże w ręku, niewidoczny Babadook – tak niewidoczny, ze nie wiadomo czy w ogóle istnieje). Niby nie ma niespodzianek, stawia się tu bardziej na nastrój i klimat (taki jaki w horrorze być powinien), zabawę dziwnymi dźwiękami (pukanie do drzwi, a za drzwiami nikt czy rzucanie fakami, by odstraszyć potwora), ale tak naprawdę ostatnie 20 minut wywołuje prawdziwą grozę i przerażenie, reszta filmu to stopniowe obserwowanie tego, co się dzieje z dwójką bohaterów. A dzieją się naprawdę fajne rzeczy. Więcej wam nie powiem, to musicie zobaczyć, bo w krainie grozy (biednej i mniej strasznej ostatnio, chyba że jesteście fanami makabrycznych mordowni pokroju „Piły”) coraz mniej ciekawych rzeczy się dzieje, a „Babadook” jest świeżynką w krainie wtórności.

babadook2

Tak naprawdę ten film wygrywa dwójka aktorów, znakomitych zresztą: Essie Davis i Noah Wiseman. Ona, niepogodzona ze stratą męża kobieta, która nie do końca radzi sobie z wychowaniem dziecka. On, dziwaczny, wierzący w potwory i bardzo agresywny wobec otoczenia. Tych dwoje walczy czasem ze sobą, ale i bardzo mocno stara się wspierać, ta relacja rozkręca całą opowieść. Reszta aktorów to tło dla tej dwójki.

Mamusie, pamiętajcie, że zawsze należy walczyć z duchami, nawet jeśli w nie nie wierzymy. I jeszcze jedno: jak się pokaże, to zagroźcie mu, że go kurwa zabijecie i da wam spokój. Poza tym zaskakująco ciekawy horror to jest.

7/10

Radosław Ostrowski