Godzina „W”

Powstanie warszawskie – jak wiele wydarzeń historycznych – stanowił i stanowi materiał dla filmowców. Od „Kanału” Wajdy po „Miasto 44” Komasy, co daje spory rozrzut jakościowy. Inną produkcją poświęconą powstaniu jest telewizyjna „Godzina W” w reżyserii Janusza Morgensterna.

Krótki (nieco ponad godzinę) film oparto na opowiadaniu Jerzego Stefana Stawińskiego – pisarza, scenarzysty oraz jednego z weteranów Powstania. Sama historia jest o wiele bardziej kameralna, wyciszona i nie skupiona na akcji, walce czy batalistyce. Dzieje się wszystko na kilka godzin przed wybuchem, skupiając się na młodych ludziach z oddziału „Czarnego” (Jerzy Gudejko). Jego grupa ma zaatakować niemieckie koszary, razem z drugim plutonem Zabawy. Jednak pojawiają się pewne problemy: nie wszyscy się pojawiają, do tego jeden z żołnierzy jest postrzelony, zaś atak ma odbyć się bez dodatkowego wsparcia. Innymi słowy, grupa idzie na rzeź.

Być może z powodu budżetowych ograniczeń Morgenstern nie pokazuje walki (poza jedną drobną potyczką) i bardziej skupia się na budowaniu atmosfery oczekiwania. Oczekiwania na rozkaz ataku oraz – w końcu! – na wolność. Świat bez łapanek, aresztowań, gestapo, bez Niemców, wreszcie. Czuć ten entuzjazm młodych ludzi oraz silną nadzieję. Że uda się pokonać Szkopów i w jeden dzień ich wykurzyć. Z dzisiejszej perspektywy może i brzmi to bardzo naiwnie (znając finał), jednak nie czuć w tym fałszu. I tym bardziej uderza zakończenie, gdzie chyba powstańcy pierwszy raz zdają sobie sprawę, że nie będzie tak łatwo jak wyobrażali. Odwrotu jednak już nie ma, co dobitnie pokazują ostatnie ujęcia z użycie kilku stopklatek.

Technicznie jest to poprawnie zrobione. Nie ma tu Bóg wie jak imponującej scenografii czy dynamicznej pracy kamery, ale nie można się tu do czego przyczepić. Może do muzyki, która jest niemal żywcem zabrana z serialu „Kolumbowie” (fakt, że odpowiada za nią ten sam kompozytor, ale zgrzyt nadal jest). Zaś wiarygodności dodają mało znani (wtedy) i niezbyt opierzeni aktorzy: Jerzy Gudejko, Ewa Błaszczyk (sanitariuszka Teresa), Jan Piechociński („Jastrząb”), Piotr Łysak (Andrzej) czy Krzysztof Gosztyła („Sęp”). A to tylko część obsady, której nie chce mi się specjalnie wymieniać.

„Godzina W” jest zaledwie drobnym wycinkiem wielkiej historii, jednak Morgenstern ograniczenia potrafi nieźle wykorzystać oraz przekuć na swoją stronę. Bardzo kameralna i może niezbyt widowiskowa, ale bardzo klimatyczna, pozbawiona ciężkich nut martyrologii, tandetnych efektów specjalnych i zadęcia.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Eroica. Symfonia bohaterska w dwóch częściach

Andrzej Munk był jednym z tych filmowców, którzy – mimo skromnego dorobku – mieli większy wpływ na polskie kino. Mocno w opozycji do romantycznego spojrzenia na przeszłość w stylu Wajdy, korzystał z ironii, groteski, czasem nawet absurdu. Na wojnę, na przodowników pracy, mitomaństwo i patos – tak było w „Człowieku na torze”, „Zezowatym szczęściu”, tak też jest w przypadku „Eroiki”.

eroica2

Druga kolaboracja Munka ze scenarzystą Jerzym Stefanem Stawińskim pokazuje dwie historie skupione wobec bardzo newralgicznego tematu – bohaterstwa oraz jego sensu. Nie skupiają się jednak na jego efektach, ale raczej pytanie pada o przyczynę Co skłania ludzi do dokonywania czynów uznawanych za heroicznych, nawet jeśli wydają się daremne. Czy robią to dla własnej korzyści, uznania, zaszczytów? A może wskutek pewnych okoliczności, które wyciągają z ludzi cechy, jakie po nich się nie spodziewali? Odpowiedzi nie przychodzą łatwo, sprowokowane przez każdą z dwóch historyjek.

eroica1

Pierwsza dotyczy Dzidziusia Górkiewicza (doskonały Edward Dziewoński) – drobnego cwaniaczka podczas powstania warszawskiego, który dezerteruje z oddziału. Nie nadaje się na żołnierza, bardziej działając w sposób pragmatyczny, odkrywa iż w domu jego żony przebywa węgierski oficer. Okazuje się, że w okolicy stacjonuje oddział Madziarów (dwa bataliony), chcących dołączyć do powstania po stronie Polaków. To jest okazja na potężne wzmocnienie, bo uzbrojenie jest potężne – z działami i bateriami przeciwlotniczymi na czele. Wszystko w rękach dowództwa, ale wojsko jak to wojsko – ma swoje procedury, rozkazy i działa z własną, czasem pojebaną, logiką. Wiele jest tutaj ironicznego humoru oraz zderzenia trzeźwego rozumu cywila z armią, co potrafi doprowadzić do rozbrajających sytuacji jak aresztowanie Dzidziusia przez powstańców w drodze powrotnej. Tutaj jest dużo ciętych dialogów, zaskakująco wiele lekkości, a poważniejsze sceny przebijane są humorem. I finał potrafi zaskoczyć.

eroica3

Druga opowieść to kompletna zmiana klimatu, bo tym razem trafiamy do obozu jenieckiego po upadku powstania. Towarzyszymy dwóm młodym oficerom – porucznikowi Kurzawie (bardzo solidny Józef Nowak) oraz podporucznikowi Szpakowskiemu (porządny Roman Kłosowski). Obaj trafiają do baraku, gdzie przebywają jedni z pierwszych jeńców. W miejscu budowany jest mit porucznika Zawistowskiego – jedynego oficera, któremu udało się dokonać ucieczki z obozu. Wspominany jak bohater, traktowany niczym ikona, działa niczym wsparcie i pozwala w miarę funkcjonować na obcym gruncie. Ale to wszystko okazuje się jednym wielkim kłamstwem – Zawistowski tak naprawdę ukrywa się w przewodzie wentylacyjnym nad łazienką. Przypadkowo odkrywa to Kurzawa, lecz zachowuje to w tajemnicy. Tutaj też dochodzi do zderzenia postaw – nowi oficerowie traktują oflag jako miejsce na wypoczynek, bez bawienia się w szkolenie wojskowe czy dalszą walkę na wojnie. Tą drugą postawę reprezentuje porucznik Korwin-Makowski (debiutujący Mariusz Dmochowski) oraz przytakujący mu Dąbecki (stonowany Bogumił Kobiela).

eroica4

Oprócz nich jeszcze są nawiedzony religijnie porucznik Marianek (Wojciech Siemion), śpiący w dzień podporucznik Turek (debiutujący Kazimierz Rudzki) oraz mający sporo waluty hazardzista porucznik Krygier (Henryk Bąk). Jest też bardzo zdystansowany od wszystkich porucznik Żak (Józef Kostecki). Tutaj atmosfera jest cięższa, zaś dialogi są o wiele bardziej refleksyjne, zmuszając do zastanowienia na temat patriotyzmu, wojskowości czy tworzeniu legendy. I muszę przyznać, że ta historia mnie bardziej złapała.

Te dwie historie pokazują duży dystans Munka wobec historycznych wydarzeń, bohaterstwa i bohaterszczyzny. „Eroica” ma wiele ironii, złośliwości i dystansu, pozwalając pokazać wydarzenia w bardziej przyziemny, wręcz realistyczny sposób. Z humorem, ale także gorzką refleksją, co nie jest łatwe do osiągnięcia. Mocna rzecz mimo lat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Człowiek na torze

Rok 1950, gdzieś na Śląsku. Wszystko zaczęło się dość niewinnie, bo jedzie pociąg nocą. Jednak spokojna jazda zostaje przerwana z powodu człowieka na torze. Przejechanym mężczyzną był zwolniony wcześniej maszynista Orzechowski. Jednocześnie okazuje się, że na semaforze była zapalona tylko jedna lampa. Czyżby maszynista z zemsty dokonał sabotażu? Jeśli tak, to dlaczego stanął na torze? Specjalnie powołana komisja ma ustalić przebieg wydarzeń.

czlowiek na torze1

Andrzej Munk swoim debiutem z 1956 roku niejako rozpoczął nurt zwany polską szkołą filmową. Filmy te zaczęły dotykać tematów jakie wiele lat wcześniej były nietykalne. I nie chodzi tylko o czas wojenny (AK, Powstanie Warszawskie), ale też ówczesną rzeczywistość. „Człowiek na torze” ma tutaj formę tzw. produkcyjniaka. Czym były te produkcje? To były toczące się historie w środowisku robotniczym, skupione wokół kolektywu i realizacji jakiegoś planu. Postacie też wydają się wycięte z kartonu: młody idealista, kolektyw, wierny ideologii postępowiec, nie potrafiący się dostosować konserwatyści, sabotażyści czy wrogowie klasowi. Pierwsze minuty, kiedy komisja próbuje zebrać fakty, wydają się iść w tym kierunku. Lecz Munk jest bardziej cwany niż się wydaje i obnaża cała konwencję, pokazując jej pustkę oraz nijakość. Wszystko zaczyna nabierać więcej odcieni szarości.

czlowiek na torze2

Reżyser wykorzystuje te elementy do stworzenia kryminału. Wszystko skupia się wokół śledztwa, gdzie poznajemy relację trzech osób: członka komisji – zawiadowcę Tuszkę, mechanika Zaporę oraz dróżnika Sałatę. Każda z tych retrospekcji zaczyna rzucać nowe światło nie tylko na wydarzenia, ale i na samego Orzechowskiego. Niby kolejarz starej daty (jeszcze z czasów I wojny światowej), nie dostosowujący się do socrealistycznych norm, ale jest to profesjonalista, dla którego praca jest sensem życia. Bo gdzieś w realizacji tych wszystkich planów narzucanych przez system, człowiek wydaje się praktycznie nikim. Dla naszego maszynisty pójście na kompromisy (palenie gorszym węglem, wyrabianie się z czasem) wydaje się być niemal równoznaczne ze zdradą. Zdradą etosu pracy, etyki. Prawdę tą pokazuje tak naprawdę tylko zderzenie wszystkich relacji ze sobą, gdzie pewne rzeczy zaczynają nabierać nowego znaczenia.

czlowiek na torze3

Nadal wrażenie robi fantastyczny montaż oraz dialogi, do których ucho ma Jerzy Stefan Stawiński. Do tego najbardziej zaskakujący jest tutaj brak muzyki. Jej role pełnią tutaj dźwięki wydawane w tle przez pociągi oraz maszynerię. To nadaje rytmu całości, a nawet potrafi zbudować napięcie (scena przesłuchania dróżnika), co nadal robi wrażenie. Tak samo jak kapitalne aktorstwo, które za nic nie chce przejść do lamusa. Wielkie wrażenie robi Kazimierz Opaliński jako pozornie ostry Orzechowski oraz Zygmunt Maciejewski w roli wprowadzającego nowe porządki Tuszkę, a także Zygmunt Listkiewicz jako Zapała, powoli znoszący zachowania Orzechowskiego. Nawet drobne epizody zapadają w pamięć, co nawet dzisiaj wydaje się rzadkością.

Dla wielu problemem może być dość spokojne tempo oraz propagandowa nowomowa będąca gdzieś w tle. Ale „Człowiek na torze” trzyma w napięciu niczym rasowy dreszczowiec. Munk wymierza cios socrealizmu, burząc panujące filmowe normy, a za nim poszli kolejni reżyserzy.

8/10

Radosław Ostrowski

Zezowate szczęście

Ile było już takich filmów, gdzie los głównego bohatera spajał się z historią całego narodu. Najbardziej sztandarowym przykładem jest „Forrest Gump” Roberta Zemeckisa, gdzie tytułowy bohater pakował się mimo woli w wydarzenia z historii USA od lat 50. aż do 80. XX wieku. Ale okazuje się, że w Polsce też był ktoś taki jak Forrest, tylko że zupełnie inny.

Nazywa się Jan Piszczyk. Gdy go poznajemy właśnie ma wyjść z więzienia, ale nie chce tego zrobić. Jedynie we więźniu się czuje najlepiej, bo cały czas go prześladuje wielki pech, wręcz od małego i dlatego opowiada swoją historię naczelnikowi. Bo Piszczyk cokolwiek by chciał osiągnąć, zawsze dostawał w dupę. Nieważne, czy jako harcerz, student ze zbyt „semickim” nosem, korepetytor zakochany w uczennicy, niedoszły oficer podchorążówki, drobny handlarz czy powojenny urzędnik państwowy. Szczęście trwało krócej niż popisy piłkarskiej reprezentacji Arabii Saudyjskiej na ostatnim mundialu. Zupełnie jakby przykleił się do niego.

zezowate_szczescie1

Andrzej Munk był filmowcem, który zawsze bardziej stał przy ziemi, bez popadania w nadmierny patos czy symbolizm. „Zezowate szczęście” to jeden z najbardziej szyderczych polskich filmów w historii. Pozornie może wydawać się zbiorem dość prostych gagów, wręcz slapstickowych popisów (samoloty bombardujące pole kapusty) czy znanego z Benny Hilla przyspieszenia tempa, co najdobitniej widać w scenach z dzieciństwa. I już tutaj widać, że los Piszczyka wydaje się być przesądzony.

zezowate_szczescie2

Ale jednocześnie reżyser nawet kwestie pozornie poważne (wątki wojenne), nie są traktowane z patosem. Okres obozowy, gdzie Piszczyk początkowo jest traktowany jak heros, by później zostać uznanym za szpicla, jak i okupacja, pełna zarówno drobnych cwaniaczków, próbujących zebrać kupę forsy, może być dla wielu zaskoczeniem. Patos jest rozładowywany za pomocą ironii, szyderstwa, by pokazać konformistę. Bo tym jest Piszczyk – człowiekiem szukającym za wszelką cenę akceptacji otoczenia. Tylko, żeby to zrobić staje się bajarzem, mitomanem, dostosowującym się do każdych warunków – symbolicznie pokazuje to scena podczas demonstracji, gdzie bohater wykrzykuje najpierw hasła poparcia dla Marszałka (przód demonstracji), by przejść do nacjonalistycznych poglądów. A im dalej w las, mimo śmiechu, bardziej przerażająco.

zezowate_szczescie3

A Piszczyk w interpretacji Bogumiła Kobieli jest to totalna kreacja zagubionego człowieka. Człowieka, który pragnie akceptacji, szacunku, miłości. Ale żeby to osiągnąć dostosowuje się do okoliczności, pozbawiając siebie zarówno własnych przekonań, jak i wolnej woli. Można się z niego śmiać, ale bardziej wywoływał we mnie żal swoją biernością, nawet współczucie. Na drugim planie nie brakuje bardzo wyrazistych kreacji m.in. Edwarda Dziewońskiego (cwany i obrotny Jelonek), Barbary Kwiatkowskiej (apetyczna Jola), Wojciecha Siemiona (personalny Kacperski) czy Tadeusza Janczara (podchorąży Sawicki), zapadając bardzo mocno w pamięć.

„Zezowate szczęście” nadal się broni jako satyra na polskie mitotwórstwo oraz stereotypowe wizje narodu. Munk wbije szpilki, odbrązawiając obraz Polaków jako tylko dzielnych, odważnych i walecznych ludzi, zestawiając go z pozbawionym własnej osobowości Piszczykiem, który niczym ćma lgnie ku poklaskowi. Tylko, co dalej, obywatelu Piszczyk?

8/10 

Radosław Ostrowski