Joker: folie a deux

Pierwszy „Joker” to była jedna z największych niespodzianek roku 2019, który wykorzystał świat kina superbohaterskiego do stworzenia dramatu psychologicznego z fenomenalną kreacją Joaquina Phoenixa. Ponieważ zarobił on kupę kasę (ponad miliard dolców), były naciski na stworzenie ciągu dalszego. I po kilku latach reżyser Todd Phillips uległ, Joaquin Phoenix zgodził się wrócić, co oznaczało materializację kontynuacji. Tym razem miał to być… musical, co wywołało zaciekawienie oraz konsternację. Co ostatecznie z tego wyszło?

Wracamy do Gotham, gdzie Arthur Fleck (Joaquin Phoenix) czeka na proces sądowy za wielokrotne morderstwo, które popełnił jako Joker. Jego adwokat (Catherine Keener) liczy, że zamiast do więzienia trafi do szpitala psychiatrycznego na leczenie. Jednak prokurator Harvey Dent widzi to inaczej. W więzieniu mężczyzna nie jest traktowany zbyt dobrze, cela jest więcej niż ciasna, a strażnicy i współwięźniowie raczej go nie szanują. Wszystko się jednak zmienia, gdy poznaje ją – Harleen Quinzell (Lady Gaga). Wydaje się ona widzieć w nim coś więcej niż reszta, a to mocno zaczyna komplikować życie Flecka.

Drugi „Joker” to dziwna bestia i hybryda, która spolaryzowała wszystkich. Już sam początek w formie klasycznej kreskówki Warnera o Jokerze i jego cieniu pokazuje jedno: będzie równie poważnie jak poprzednio. Nie brakuje odniesień do poprzednika (co jest zrozumiałe – w końcu mamy proces), ale czy jest coś ponadto? Są tutaj wstawki musicalowe. Nie chodzi mi tylko o momenty, gdy Fleck nagle zaczyna śpiewać (podczas oglądania telewizji w więzieniu), ale przede wszystkim te dziejące się niejako w jego głowie. Bardzo kolorowe, ze scenografią niczym z klasycznych musicali oraz znanymi szlagierami. Problem z nimi miałem taki, że one wybijały mnie z filmu i burzyły atmosferę. Phillips bardziej interesuje się zderzeniem między Fleckiem a Jokerem (szczególnie jego odbiorem przez osoby z zewnątrz) oraz jak wpływa to na psychikę bohatera. Reżyser jednak ledwo ślizga się po powierzchni nie wchodząc do głębin, czyniąc „Folie a deux” strasznie przewidywalnym i pozbawionym zaangażowania.

Sytuacji nie jest w stanie uratować nawet porządne aktorstwo. Phoenix jako Fleck odnajduje się jak ryba w wodzie, do tego jeszcze tańcząc i śpiewając, co wychodzi mu zaskakująco lekko. On w zasadzie dźwiga ten film na swoich barkach, po raz kolejny nie zawodząc. Z kolei Gaga jako Quinzell jest dla niewykorzystana w pełni. W partiach śpiewanych oraz na początku filmu potrafi intrygować, jak łatwo obraca sobie naszego bohatera wokół palca. Można domyślić się, że to sprytna manipulantka z obsesją na punkcie Jokera, jednak w drugiej części filmu jej rola ogranicza się do siedzenia na sali i… tyle. Choć drugi plan jest spory, dla mnie najbardziej wybijał się świetny Brendan Gleeson (szorstki strażnik Jackie Sullivan), niezawodna Catherine Keener (mecenas Maryanne Stewart) oraz kradnący scenę Steve Coogan (cyniczny dziennikarz Paddy Meyers).

„Joker 2” nie jest filmem tak złym jak wielu mówi, ale nie jest też tak dobry jak bym chciał. Szanuję Phillipsa za podjęcie ryzykownego miksu gatunkowego oraz szukania nowych środków wyrazu. Nie zawsze ma równe tempo, a parę numerów musicalowych jest zwyczajnie zbędnych, jednak ma w sobie wiele dobrego. Intrygujące kino, nie pozwalające sobie na nudę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Bracia Sisters

Westerny coraz bardziej wracają do łask – zarówno w formie niskobudżetowych dzieł na VOD, jak też przy większym budżecie. Nie mówiąc o zdobywaniu prestiżowych nagród filmowych. Taki jest też przykład „Braci Sisters” według powieści Patricka De Witta. Ale osoby tworzące ten tytuł stanowią mocno pokręconą mieszankę. Po kolei.

Tytułowi bracia, starszy Eli (John C. Reilly) i młodszy Charlie (Joaquin Phoenix) to rewolwerowcy, od długiego czasu będący na służbie Komandora (Rutger Hauer). Eli jest bardziej melancholijny i empatyczny, zaś Charlie jest narwanym dzikusem, co lubi strzelać, chlać oraz bzykać. Teraz dostają kolejną robotę od szefa – schwytać oraz zabić niejakiego Hermanna Wrena (Riz Ahmed). Mężczyznę obserwuje detektyw Pinkertona, John Morris (Jake Gyllenhaal), zostawiając informację naszym braciom. Wszystko z powodu stworzonej przez ściganego receptury, która pomaga w odnajdywaniu złota.

bracia sisters1

Powieść czytałem lata temu i klimatem przypominało to kino braci Coen, które bawiło się gatunkiem. Było mroczne i brutalne, a jednocześnie groteskowe i pełne czarnego humoru. Tym bardziej zaskoczył mnie fakt, że za filmową adaptację powieści De Witta odpowiadał… Jacques Audiard. Francuz znany z takich filmów jak „Prorok” czy „Rust and Bone” był nieoczywistym wyborem. Zwłaszcza, że jest to jego pierwsza anglojęzyczna produkcja, zaś sama historia jest mocno pokręcona. Wszystko tu zbudowane na kontraście: jest poważna, ale przyprawiona czarnym humorem; mroczna, lecz z pięknymi krajobrazami; niby Dziki Zachód, ale powoli wchodzi cywilizacja (scena, gdy bohaterowie nocują w hotelu).

bracia sisters2

Ta pokręcona zbitka i pomieszanie z poplątaniem nawet typowe elementy kowbojskiej opowieści ogrywa inaczej. Już pierwsza strzelanina pokazana jest po ciemku oraz z daleka, przez co początkowo czuć dezorientację. Sama akcja toczy się powolnym tempem, pełna interesujących dialogów i wyrazistych postaci. Niemniej muszę przyznać, że czasem dłuży się to wszystko, zaś parę detali pozostało dla mnie niejasnych (dlaczego Eli nocą wyjmuje, składa i chowa czerwony szal; jest jedna surrealistyczna scena snu z rozmazanymi postaciami w mroku; plany utopijnego społeczeństwa Wrena). A jednocześnie jest to historia nieprzewidywalna, z paroma twistami i zaskoczeniami jak planowana finałowa konfrontacja, która idzie kompletnie inaczej czy powoli budowana relacja między Wrennem a Morrisem. Więcej wam nie zdradzę, bo to trzeba sprawdzić na własne oczy.

bracia sisters3

To, co zdecydowanie zachwyca to piękne zdjęcia jak na western przystało. Co jest zaskakujące, bo film był kręcony w… Rumunii i widać, że to nie był tani film. Trafiamy do miast (San Francisco) i miasteczek, które nie wyglądają jak jedna ulica na krzyż. Chociaż przez większość czasu przebywamy poza cywilizacją, to jednak wygląda to oszałamiająco. Swoje też robi dość zaskakująca muzyka Alexandre’a Desplata, zupełnie inna niż się należało spodziewać po westernie. Nie jest ani pełnoorkiestrowym dziełem w starym stylu, ani nie jest oparta na gitarowych solówkach.

bracia sisters4

Dla mnie najmocniejszym punktem była relacja między braćmi. Obaj są zawodowcami w swojej pracy, jednak mają różne osobowości. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie casting, bo sparowanie Joaquina Phoenixa i Johna C. Reilly wydawało się najmniej oczywistym układem. A jednak to zadziałało. Phoenix ma w sobie szorstkość dzikusa i żądzę zabijania, ale Reilly zaskakuje swoją subtelnością oraz wrażliwą stroną. Obaj cechują się sporą inteligencją, czasem czepiają się pojedynczych słówek, jednak więź między nimi jest namacalna. Równie nieoczywisty jest bardzo wycofany Jake Gyllenhaal w roli detektywa, który przez spotkanie z Wrenem zaczyna przewartościowywać swoje życie. Czyżby zaczął wierzyć w wizję idealnego społeczeństwa, a może zobaczył w tym szansę na życiową zmianę? Z kolei Ahmed potwierdza, że jest bardzo interesującym aktorem, tworząc postać jakby z innych czasów – naukowca, chcącego żyć z dala od cywilizacji i szukającego miejsca, gdzie nie obowiązuje brutalne prawo silniejszego.

„Bracia Sisters” są bardzo nietypowym, nieszablonowym westernem, czego można spodziewać się po filmie od Europejczyka. To jest jednocześnie wada i zaleta, bo tak specyficzna hybryda antywesternu nie trafi do każdego. Ja miałem problem z tempem oraz „dziwnością” tego świata, nie wszystko mi się tu kleiło. Jednak jest to na tyle fascynujące doświadczenie, że warto dać szansę.

7/10

Radosław Ostrowski

C’mon C’mon

Joaquin Phoenix to taki aktor, który bardzo lubi zaskakiwać i zadziwiać swoim wyborami. Każdy z nas się zastanawiał nad kolejną rolą tego znakomitego odtwórcy po nagrodzeniu Oscarem za „Jokera”. Nie był to wysokobudżetowy blockbuster, ale kameralna produkcja studia A24. Po kolei jednak.

W „C’mon C’mon” aktor gra Johnny’ego – prezentera radiowego, prowadzącego sondę z dziećmi/nastolatkami w różnych miastach, podczas której zadaje pytania. Są one w rodzaju: jaką chciałbyś mieć supermoc, jaką widzisz przyszłość, co myślisz o dorosłych itd. Mężczyzna mieszka sam w Nowym Jorku, nie utrzymuje relacji ze swoją siostrą po śmierci matki. Jego powolne egzystowanie zmienia się, gdy siostra do niego dzwoni. Prosi go o pomoc w zaopiekowaniu się swoim synem (Jesse), gdy będzie zajmowała się swoim mężem. Jej facet dostał pracę, ale nasiliły się pewne problemy. Johnny się zgadzać, choć chłopak nie pamięta go i jest dość dziwny.

Za film odpowiada Mike Mills, reżyser świetnych „Debiutantów”, który na ludziach się zna. Tutaj też to potwierdza, choć filmów o relacji dziecko-dorosły widzieliśmy wiele. Obaj próbują zbudować więź i lepiej się poznawać. Myk jednak polega na tym, że twórcy pozwalają naszych bohaterom rozmawiać jak ludzie. W sensie, że traktują się poważnie (choć nie zawsze), pozwalając sobie na odrobinę humoru dla balansu. Tak jak w życiu, a ich wspólne rozmowy potrafią skłonić do przemyśleń, a nawet poruszyć. Tak samo jak wykorzystanie w formie offu fragmenty różnych książek, których tytuł pojawia się na ekranie. A wszystko w bardzo niespiesznym tempie, niczym w kinie obyczajowym.

Clou są też sceny wywiadów z dzieciakami, które zostają wplecione do narracji. One bardzo pokazują, że dzieci nie powinny być traktowane jak… dzieci przez dorosłych. Czyli jak idioci, a ich głos zasługuje na wysłuchanie. Poniekąd widać to także w relacji Johnny’ego z Jessem, gdzie obaj próbują udźwignąć wiele poważnych problemów. Wszystko to brzmi bardzo naturalnie, bez żadnego skrętu w fałsz, o co byłoby bardzo łatwo (mam wrażenie, że wiele dialogów było improwizowane). To wszystko działa dzięki rewelacyjnym rolom Phoenixa oraz debiutanta Woody’ego Normana. Chemia między nimi jest namacalna, obaj się fantastycznie uzupełniają, dominując całkowicie nad resztą.

Dla tego cudownego duetu, klimatycznych (czarno-białych!!) zdjęć oraz braku emocjonalnego szantażu. Delikatne niczym rysowany kredkami obrazek, chwytający za serducho kawałek małego, lecz wielkiego filmu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Joker

Jeden z najbardziej ikonicznych łotrów w historii komiksu. Na ekranie pojawiał się wielokrotnie, a dla każdego aktora była to szansa na wykazanie się, którą wykorzystywali (Jack Nicholson, Heath Ledger, Mark Hamill). Albo i nie (Jared Leto). Kiedy pojawiły się wieści, że nowego Jokera zagra Joaquin Phoenix, ekscytacja była wielka. Nawet reżyser Todd Phillips nie budził zbyt wielkich obaw. Ale tym razem miało być zupełnie inaczej.

joker1

Jest rok 1981, Gotham City. Wielka metropolia dusi się we własnych śmieciach i brudzie, a bezrobocie osiąga niebezpiecznie wysoki poziom. Jednym z ludzi próbujących się utrzymać jest Arthur Fleck. Pracuje jako błazen. Mieszka razem z matką, która coraz bardziej zaczyna żyć swoim życiem. Nikt go nie traktuje poważnie, otoczenie traktuje go jak dziwaka i parę razy bywa pobity. Kobieta kiedyś pracowała u Thomasa Wayne’a, który obecnie kandyduje na urząd burmistrza, zaś sam Fleck marzy o karierze komika. Jednak życie Flecka coraz bardziej zaczyna go dobijać, w czym nie pomaga mu gwałtowny śmiech, na którym nie ma kontroli. Najpierw zostaje zwolniony, a następnie zaatakowany w metrze, co kończy się śmiercią agresorów.

joker2

Reżyser ubiera cała opowieść w konwencję psychologicznego dramatu, więc fani herosów w lateksach, spuszczający sobie nawzajem łomot będą zdziwieni i rozczarowani. „Joker” skupia się na postaci Flecka oraz jego powolnej drodze ku szaleństwu. Jest poważnie, ale nie w stylu Zacka Snydera. Bliżej jest do mrocznych dramatów Martina Scorsese pokroju „Taksówkarza” czy „Króla dowcipu”. Tutaj nasza wiedza na temat głównego protagonisty zostaje poddana weryfikacji. Bo czy to, co naprawdę widzimy jest naprawdę, czy to tylko wytwór jego wyobraźni (jego dzieciństwo i przeszłość). A i sama rzeczywistość jest nieprzyjazna, brudna, lepka wręcz. Tutaj ludzie są źli, podli i okrutni (może nawet za bardzo), a do popadnięcia w gniew, szał, obłęd wystarczy tak niewiele.

joker3

Philips potrafi wręcz przerazić odkrywając kolejne elementy układanki, zaś wiele scen (m.in. Fleck w szalecie, wizyta w Arkham, pierwsze zabójstwo czy zamieszki) trzyma za gardło. Napięcie niczym w rasowym thrillerze potrafią spotęgowane wyprane od kolorów, znakomite zdjęcia oraz wrzynająca się w uszy muzyka. A sam finał potrafi przerazić i w każdej chwili może wydarzyć się naprawdę. Jedynym poważnym problemem dla mnie było troszkę nadmierne wykorzystywanie przez reżysera łopaty. Pewne rzeczy są zbyt często powtarzane, jakbyśmy nie do końca zrozumieli za pierwszym razem.

joker4

Jednak najmocniejszą kartą w talii reżysera jest Joaquin Phoenix. Jego Fleck magnetyzuje niemal od samego początku. Niemal rozedrgane ruchy nóg, pozorne opanowanie i spokój w głosie pokazują, że coś się tutaj kiełkuje. I jego przemiana z zagubionego, delikatnego człowieka w coraz bardziej obłąkanego, niebezpiecznego psychopatę robi piorunujące wrażenie. O ile na początku Fleck budzi współczucie i jego go zwyczajnie żal, to jako Joker budził we mnie tylko lęk oraz przerażenie. Ale najbardziej zadziwia fakt, że to on staje się symbolem ludzi wykluczonych, odrzuconych przez społeczeństwo i czujących się jako ci gorsi. Brzmi to jak żart, tylko że jakoś nikt się z niego nie śmieje. Reszta obsady robi tutaj tak naprawdę za tło, ale cieszy mnie dobra forma Roberta De Niro (prowadzący show Murray Franklin) oraz Frances Conroy (Matka Flecka), tworząc bardzo wyraziste kreacje.

„Joker” pokazuje troszkę inne oblicze kino superbohaterskiego, próbujące bardziej skupić się na psychologicznym portrecie niż na bijatyce i sianiu rozpierduchy. I to pokazuje jak bardzo w temacie superherosów i superłotrów jeszcze można pokazać. Mroczny, brudny, przerażający, niezapomniany.

8/10

Radosław Ostrowski

Bez obaw, daleko nie zajdzie

Słyszeliście kiedyś o Johnie Callahanie? To był znany satyrycznym rysownikiem, poruszającym się na wózku inwalidzkim. Wychowywany w rodzinie zastępczej, z niemal non stop obecną gorzałą, jego życie zmienia się gwałtownie. Wypadek, całkowity paraliż od pasa w dół i droga na dno. W końcu John idzie do klubu Anonimowych Alkoholików prowadzonych przez jowialnego Donny’ego. Dzięki temu odkrywa swoją rysowniczą pasję.

bez obaw1

Gus Van Sant to jeden z tych twórców uważanych za mistrza kina niezależnego zza Wielkiej Wody. Biografia Callahana jednak nie płynie z góry określonym szablonem. Bardziej przypomina rozbijane puzzle, pełne przeplatających się retrospekcji i opowieści. Całość bardziej skupiona jest na terapii Callahana i tego, co do niej doprowadziło. Jak alkohol dosłownie zniszczył życie i jak się w tym wszystkim odnaleźć po tragedii. A jednak w tym chaotycznym szaleństwie jest metoda, dzięki której zaczynamy coraz bliżej poznawać artystę na nowo wracającego do społeczeństwa. Człowieka pełnego demonów, gniewu oraz strasznego egotyka. Niby mamy tutaj elementy jakich w życiorysach artystów było wiele: obsesja na punkcie biologicznej matki, która go zostawiła, życie w szponach nałogu, moment przełomowy, poznana w szpitalu kobieta i szansa na miłość oraz powolne dochodzenie do trzeźwości w grupie dość ekscentrycznych jegomości (szkoda, że nie poznajemy wszystkich zbyt dobrze, oprócz ). Przejścia między etapami są tak płynne, że jest to zdumiewające i nie wywołuje dezorientacji.

bez obaw2

Czuć tutaj bardzo rękę reżysera, skupionego na pokazywaniu sytuacji tu i teraz. Wszystko to polane jest bardzo takim melancholijnym klimatem, a wisielczy humor obecny jest zarówno w dialogach, jak i wplecionych animowanych wstawkach w stylu Callahana. W paru momentach widać, że parę z tych scenek opartych jest na doświadczeniach bohatera (kwestia wypadku), co dodaje pewnej wiarygodności. Problem w tym, że nie wszystkie wątki są tutaj wygrane. Dla mnie dziurawa była relacja między Johnem a poznaną w szpitalu Annu, gdzie iskrzy między nimi od tak i prowadzone jest to w bardzo skokowy sposób. Tak samo chciałoby się większe interakcji bohatera ze współczłonkami grupy, oprócz mentora Donny’ego. A i sama droga bohatera do trzeźwości jest bardzo przewidywalna, pozbawiona niespodzianek.

bez obaw3

Całość jednak broni się aktorsko. Ale czy może być inaczej, jeśli w głównej roli masz Joaquina Phoenixa? Callahan w jego interpretacji jest kimś pomiędzy wrażliwym i bezsilnym artystą a czasem chamskim, skupionym na sobie człowieku. Człowieka wręcz chcącego cierpieć, by mieć kolejne wymówki nad swoim losem zamiast go zmienić. Ewolucja ten postaci pokazana jest delikatnymi spojrzeniami oraz pozornie niezbyt wielkimi gestami, ale magnetyzuje. Drugą taką wyrazistą postacią jest Donny w wykonaniu zaskakującego Jonah Hilla. Pozornie to znana figura mentora, pełna empatii, ale nawet pozornie banalne dialogi brzmią w jego ustach bardzo przekonująco. Energia tej dwójki rozsadza ekran, a show kradnie w drobnym epizodzie Jack Black.

Pozornie-niepozorny film. Tak można opisać w dużym skrócie „Bez obaw…”, balansujące między powagą a żartem. I gdyby nie cudowny duet Phoenix/Hill byłaby to solidna biografia z nałogiem w tle.

7/10

Radosław Ostrowski

Nigdy cię tu nie było

Kim jest Joe? Poza brodatym, zmęczonym facetem? To facet do wynajęcia, kiedyś posiadał bardzo odpowiedni zestaw umiejętności do tropienia, lokalizowania i likwidowania wszelkiej maści delikwentów. Gdy go widzimy po raz pierwszy, jest w trakcie roboty. Właśnie skończył i dostaje kolejną fuchę: porwano córkę pewnego senatora, kandydującego w wyborach.

nigdy_cie_tu_nie_bylo1

To bardzo dziwny film, który pozornie wydaje się klasycznym thrillerem. Lynne Ramsey postanowiła pomieszać wątek kryminalny z dramatem psychologicznym, polewając onirycznym klimatem znanym z filmów Lyncha czy Refna. Powbijane niczym kasza skwarkami krótkie retrospekcje potrafią wywołać dezorientację i próbują wejść płynnie w narrację, w czym częściowo pomaga montaż. Skąpane w mroku zdjęcia ze świdrującą uszy muzyką Jonny’ego Greenwooda tylko potęguje poczucie niejasności, tajemnicy, niezrozumienia. Wszystko jest jeszcze przyprawione arthouse’owym sosem, zawierającym długie kadry oraz bardzo krótkie sceny przemocy. Zdarzają się ciekawe pomysły (odbicie dziewczyny oraz sceny zabijania pokazywane z perspektywy kamery przemysłowej), jednak to wszystko nie wyjaśnia zbyt wiele. Reżyserka nie zostawia żadnych narzędzi pomocnych do interpretacji kilku scen czy symboli (odliczanie od 50 do 1 czy wrzucenie ciała do jeziora), a wszystko tonie we krwi. Samych scen przemocy nie ma zbyt wiele, widzimy główniej jej skutki.

nigdy_cie_tu_nie_bylo2

Drugim problemem jest dla mnie fabuła, sprawiająca wrażenie mocno naciąganej oraz banalnie prostej. Tylko, że samo rozwiązanie bardziej przypomina działanie deus ex machina, pozbawione czasem logiki (odnalezienie ciała sprawcy całego zamieszania, zakończone dużym poczuciem winy oraz… dotarciem do dziewczyny w kuchni, jedzącej sobie jak gdyby nigdy nic czy szybko budowana więź między Joe a porwaną) oraz sensu. Wszystko to wydaje się puste, pozbawione postaci, zbudowanymi z jakiegoś papierka zamiast krwi i kości.

nigdy_cie_tu_nie_bylo3

Wyjątkiem od tej reguły jest nasz bohater Joe, grany przez Joaquina Phoenixa. To gość z mocno połamaną psychiką oraz bardzo dziwnymi fetyszami (uwielbia duszenie w plastikowym worku, bawi się nożem i jest wielkim fanem młotków – ale nie takich dużych jak Thor) i wewnętrznymi demonami w środku. Ten facet mógłby być bratem Drivera z filmu Refna, a jego tajemnica zaczyna także męczyć.

„Nigdy Cię tu nie było” miało być chyba nowym wcieleniem „Taksówkarza”, tylko że nadmiar oniryzmu wywołuje totalny bajzel w głowie. O co tutaj tak naprawdę tu chodzi? Próba odkupienia? Zemsta? Sprawiedliwość? Możemy się domyślać, tylko że brak jakichkolwiek tropów doprowadza do stanu znużenia. Wymęczony seans dla prawdziwych twardzieli.

4/10

Radosław Ostrowski

Osada

UWAGA! Tekst zawiera spojlery!

Jest rok 1897. Gdzieś w Pensylwanii znajduje się mała osada otoczona lasem Covington, gdzie spokojnie żyją sobie ludzie pod wodzą Edwarda Walkera. Ale w tej okolicy obowiązują zasady, na skutek paktu między mieszkańcami a mieszkającymi w okolicy potworami. Nie można używać koloru czerwonego, nie można przekraczać granicy lasu, by nie wystraszyć stworów. Jednak pewien mieszkaniec imieniem Lucius Hunt łamie ten pakt, sprowadzając nieszczęście na całą wioskę.

osada1

Wiele osób po obejrzeniu zwiastuna dało się nabrać, gdyż M. Night Shyamalan znowu wszystkich wpuścił w pole. Poniższy opis zapowiadałby horror w strojach z epoki, ale tak naprawdę jest to melodramat z elementami mroku i strachu. Poza naszym wycofanym Luciusem istotną postacią jest córka burmistrza, niewidoma Ivy oraz podkochujący się w niej upośledzony umysłowo Noah. Bardzo powoli i stopniowo odkrywamy karty dotyczące tego paktu oraz tajemnicy związanej z założeniem tytułowej osady. Shyamalan skupia się bardziej na tej miłości – tłumionej, niewypowiadanej, sygnalizowanej spojrzeniami, niedopowiedzeniem. Również sama obecność tajemniczych bestii – przez sporą część widzimy tylko drobne fragmenty, skąpane w mroku i noszące czerwone płaszcze. Ich obecność (zdarte ze skóry zwierzęta, późniejsze znaki na drzwiach) oraz ciągłe fotografowany las budują aurę niepokoju, tajemnicy. Także dźwięk buduje strach jak w scenie czekania Ivy przed drzwiami na Luciusa i ucieczka do piwnicy czy ucieczka przed monstrum w lesie. „Osada” ma fantastyczne zdjęcia (zwłaszcza nocą) oraz kapitalną, liryczną muzykę.

osada2

I wszystko byłoby świetne, gdyby nie wyjaśnienie całej tajemnicy, czyli ostatnie 30 minut. Osada założona przez starszych kontroluje mieszkańców, wszystkie stwory to mistyfikacja, mająca na celu odstraszyć ludzi do opuszczenia. Dlaczego? Miasto jest siedliskiem zła i krzywdy, o czym opowiadają mieszkańcy. Ale zarówno otwarcie tajemniczych pudełek ze zdjęciem oraz spotkanie ze… strażnikiem chroniącym rezerwatu samochodem, wprawiło mnie w totalną konsternację zakończoną głęboką myślą: że co, kurwa? Że wewnątrz rezerwatu założono XIX-wieczną osadę, by się ukryć przed cywilizacją? Pomysł karkołomny, by stworzyć własną utopię nie jest niczym nowym i to nawet daje radę. Dla wielu osób to rozwiązanie może wydawać się idiotyczne, bo jak to mogło się udać zrobić to niezauważonym? Nie wiem, ale mindfuck gwarantowany.

osada3

Na szczęście ten finał jest zgrabnie maskowany świetnym aktorstwem, ze szczególnym wskazaniem na młodych aktorów. Film kradnie prześliczna debiutantka, czyli Bryce Dallas Howard jako Ivy. Niewidoma, ale bardzo wrażliwa, czarująca i inteligentna kobieta. Ona trzyma ten film na barkach i nie można oderwać od niej oczu. Wycofany Joaquin Phoenix jest świetny w roli ciekawego świata Luciusa – to jest ten typ aktora, który samą obecnością jest w stanie zbudować postać, a najbardziej pamięta się scenę wyznania wobec Ivy. Również Adrien Brody jako upośledzony Noah potrafi skraść film swoim dziwnym zachowaniem, nie popadając w parodię czy przerysowanie. Ze starszej gwardii najlepiej wypada William Hurt, czyli burmistrz Walker. Zawsze spokojny, opanowany i starający się trzymać całe otoczenie, nie pozbawiony jednak wrażliwości.

osada4

„Osada” to film dość nieoczywisty, bardzo stylowy, kapitalnie wygląda audio-wizualnie. Romantyczny horror, wodzący za nos i z obowiązkowym twistem made by Shyamalan. Jeśli ktoś spodziewa się klasycznego horroru, będzie rozczarowany, ale ta mieszanka działa skutecznie, z czym bywało różnie. Hindus z klasą w dobrej formie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nieracjonalny mężczyzna

Abe Lucas jest profesorem filozofii, który jest strasznie przygnębiony. Zostaje przeniesiony na uniwersytet, gdzie ma zostać wykładowcą, a już jego zła sława przyszła wcześniej. Wypalony, zmęczony i dręczony poczuciem bezsensowności egzystencji powoli zatapia się w życiu uniwersyteckiego. Do czasu kiedy poznaje studentkę Jill. Dziewczyna się w nim podkochuje, ale on się opiera. Podczas jedzenia posiłku, oboje podsłuchują rozmowę kobiety skarżącej się wobec nieuczciwego sędziego. Abe postanawia wykorzystać szansę i planuje zbrodnię doskonałą.

nieracjonalny_mezczyzna1

Woody Allen to jeden z tych reżyserów, którzy nawet jak się powtarzają i kręcą jeden, ten sam film, nie schodzi jednak poniżej wysokiego poziomu. Rzadko zdarzają mu się wpadki czy rozczarowania, ale zeszłoroczny film trudno określić innym słowem niż rozczarowanie. Oskarżanie reżysera o wtórność tematyczną jest czymś takim jak czepianie się garbatego, że chodzi krzywo. Bo Allen mimo pewnej powtarzalności zawsze miał duża dawkę uroku oraz trafnej obserwacji. Jednak tutaj trudno mówić o czymś takim w „Nieracjonalnym mężczyźnie” – to kolejna egzystencjalna opowieść o tym, jak życie potrafi być nieobliczalne, o wszystkim decyduje przypadek. To wiemy z innych filmów Nowojorczyka, a dylematy zbrodni i kary w pełni zostały pokazane w znakomitym „Wszystko gra”. I że paradoksalnie dokonanie najgorszego czynu, może dokonać przemiany człowieka (na lepsze).

nieracjonalny_mezczyzna2

W porównaniu z tamtym thrillerem z 2005 roku, przedostatni film Allena zwyczajnie nie trzyma w napięciu. Ani w scenie przygotowania morderstwa, gdy Abe znajduje się w laboratorium i zostaje zauważony przez studentkę czy podczas sceny morderstwa. Sam wątek romansowy też jest poprowadzony dość ślamazarnie i bez zaangażowania. I nie wiem, czy to wina dialogów czy reżyserii Allena, ale nie zagrało to wszystko. Może poza zakończeniem, ale to troszkę za mało.

nieracjonalny_mezczyzna3

Aktorzy starają się, by nadać charakteru swoim postaciom i to oni ratują ten tytuł przed porażką. Klasę potwierdza niezawodny Joaquin Phoenix w brawurowej roli Abe’a. Gdy go poznajemy, sprawia wrażenie wiecznie zmęczonego, zgorzkniałego faceta z zawsze towarzyszącą mu manierką. Ale powoli (i stopniowo) zaczyna na nowo wracać do krainy żywych, chociaż motywacja jest co najmniej dwuznaczna. Równie urocza jest Emma Stone jako niby pewna czego chce Jill, jednak dziewczyna ulega pokręconemu Abe’owi, niejako chcąc być jego kochanką i partnerką. Ale to ona okazuje się być osobą z silniejszym kręgosłupem moralnym. Chemia między tym duetem to w zasadzie największy atut tego filmu.

nieracjonalny_mezczyzna4

Powiedzmy to sobie wprost – „Nieracjonalny mężczyzna” to nie jest najlepszy film w dorobku Allena. To po prostu niezłe kino z zabarwieniu kryminalnym z odrobinką humoru oraz drwiną z wszelkiej maści filozofów teoretyków. Bo najważniejsze jest tutaj przeżycie życia, jakiekolwiek ono jest. Dla mnie to nihil novi.

6/10

Radosław Ostrowski

Wada ukryta

Czy mieliście takie wrażenie, że oglądaliście film i w trakcie seansu mieliście taką wielką czarną dziurę z powodu pogmatwania całej intrygi, nie pamiętając zbyt wiele? Chyba właśnie przed chwilą trafiłem na coś takiego. Twórczość Paula Thomasa Andersona jest znana mi tylko ze słyszenia (widziałem debiutancki „Sydney” oraz „Aż poleje się krew”), ale nawet to nie było w stanie przygotować mnie na „Wadę ukrytą” – najdziwaczniejszy film tego roku. Jednak po kolei.

wada_ukryta1

Jest rok 1970, jesteśmy w Kalifornii. I to tutaj poznajemy naszego bohatera – prywatnego detektywa Doca Sportello. Chociaż trudno go takim nazwać – nieogolony, ubrany niczym obdartus i zamiast papierosa jara skręty. I byłoby tak spokojnie, gdyby nie przyszła do niego jego była dziewczyna, Shasta Fay. Informuje go, że jej obecny partner – dziany bogacz i potentat firmy budowlanej ma paść ofiara intrygi swojej żony i jej kochanka. Po tej wiadomości, Shasta znika, a Doc podejmuje się poprowadzić własne śledztwo, w czym nie będzie mu pomagał detektyw Bjornsen zwany Wielką Stopą.

wada_ukryta2

Zapowiada się kryminał w stylistyce neo-noir? Bullshit. Reżyser tak komplikuje opowieść, że choćbyście jak bardzo by się starali, nie będziecie w stanie tego rozgryźć i ogarnąć. Bo dzieje się tu wiele, a dodatkowo cała sprawę komplikuje jeszcze obecność narratorki (dziewczyna o imieniu Sortilege), wprowadzając dodatkowy zamęt. Niby jest jakieś śledztwo, ale tak przy okazji. Spiski, bractwo aryjskie, dentyści zajmujący się dystrybucją narkotyków, salon masażu jako pralnia brudnych pieniędzy, szpital psychiatryczny, jakiś okręt – Anderson dekonstruuje kryminał i wywraca cała konwencję do góry nogami, niczym swój mentor, Robert Altman. A wszystko to w oparach narkotyków i absurdu, dodając tak specyficznego humoru, że albo pokochacie ten film albo odrzucicie już po pierwszej godzinie.

wada_ukryta3

Poza komplikującą się z minuty na minutę intrygę, gdzie trudno się połapać: kto, kogo, za co i dlaczego, reszta jest z najwyższego sortu. Bardzo przestrzenne zdjęcia Roberta Elswita, utrzymana w realiach epoki muzyka, szczegółowo odtworzona scenografia oraz kostiumy, mówiące o postaciach więcej niż słowa. To wszystko potęguje jeszcze bardziej psychodeliczny klimat, gdzie niemal każdy żyje na granicy stanu załamania nerwowego.

wada_ukryta4

To byłby w zasadzie dobry kryminał, gdyby nie kapitalnie poprowadzona przez Andersona obsada. Bryluje niesamowity Joaquin Phoenix jako detektyw-hipis. Inteligentny, cyniczny, jednak zamiast alkoholu i papierosów mamy jointy z marihuaną, a pakowanie się w kłopoty to jego specjalność. Poza nim mamy pojawiających się w mniejszych rolach gigantów – fantastycznego Josha Brolin (konserwatywny detektyw Wielka Stopa), świetnego Benicio Del Toro (prawnik Sauncho Smilax) oraz trzymającą fason Reese Witherspoon (prokurator Penny Kimball).  Są też aż trzy niespodzianki. Pierwsza to kompletnie nietypowo obsadzony Owen Wilson w roli tajniaka, mającego dość swojej pracy. Drugą jest kompletnie mi nieznana Katherine Waterston, czyli Shasta – niemal klasyczna femme fatale w wersji hipisowskiej, a trzecią Joanna Newson (narratorka Sortilege) i jednego jestem pewny – o tych paniach jeszcze usłyszymy.

wada_ukryta5

Czym jest „Wada ukryta”? Parodią kryminału, zgrywą, wariactwem, narkotycznym tripem? Wszystkim po trochu i najbardziej nieoczywistym utworem w dorobku Paula Thomasa Andersona. Mimo niedoskonałości (bardzo specyficzny humor – m.in. wizyta u dr Blatnoyda czy posiłek w azjatyckiej restauracji, najbardziej skomplikowana intryga z jaką miałem do czynienia), to jedna z najciekawszych produkcji tego roku. Nie wiem, czy uda wam się wejść w ten klimat, ale powinniście spróbować.

8/10

Radosław Ostrowski

Droga przez piekło

Bobby Cooper to facet, który ma dużego pecha. Jest winien kupę szmalu pewnemu gangsterowi i jedzie mu ja oddać do Las Vegas. Jednak w trakcie jazdy nawala samochód, przez co trafia na Zadupie, które tutaj nazywa się Superior, gdzie zostaje okradziony z forsy. Wtedy przychodzi mu z pomocą szef agencji nieruchomości, niejaki Jake McKenna, który proponuje mu zabicie swojej żony – bardzo atrakcyjnej i młodej Grace.

drogapieklo1

Pozornie historia opowiadana przez Olivera Stone’a wydaje się bardzo prosta i mało złożona. Ale dla naszego bohatera dzień w miasteczku będzie po prostu piekłem i łańcuchem nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności oraz złego pecha, który nie chce opuścić Bobby’ego. W dodatku jest upał, dookoła pustynia, sępy, węże i tym podobne stworzenia. A kiedy wydaje się, że jest wyjście, okazuje się dla bohatera pułapką spowodowaną przez parę pokręconych postaci. Stone to wszystko opowiada w swoim stylu, trochę niespiesznie, ale stosując naprawdę rwany montaż, przebitki, ujęcia kręcone z różnych perspektyw, co tylko tworzy wrażenie kompletnego odrealnienia, sennego koszmaru w czym pomaga lekko westernowa muzyka Ennio Morricone i wplecione w całość piosenki. A poza tym prawie wszystko, co w czarnym kryminalne: zmęczony twardziel, femme fatale, skomplikowana intryga, nieufność i zbrodnia.Do tego jeszcze dość ciekawie zbudowane tło i kilka postaci, które przewijają się przez ekran (m.in. ślepy Indianin, szeryf miasteczka czy zakochany chłopak, który jest lekko narwany). O dziwo ta pokręcona mikstura, naprawdę działa, choć wielu może ona znudzić i zniechęcić.

drogapieklo2

Na szczęście Stone poza dobrymi dialogami oraz paroma woltami, dodaje naprawdę gwiazdorską obsadę. Na pierwszym planie mamy trójkąt, który rozkręca cała imprezę i tworzy wielkie szoł. Po pierwsze – Sean Penn, czyli zblazowany i mocno zmęczony Bobby Cooper, który chce jak najszybciej wyrwać się z miasteczka. Bardzo nieufny, cyniczny facet z wyrokiem na karku, coraz bardziej wpada w ciąg zdarzeń jak śliwka w kompot (napad na sklep, gdzie nabój ze strzelby „niszczy” jego forsę czy bilet zeżarty przez zazdrosnego Toby’ego). Kiedy pozornie wydaje się wychodzić na prostą, to finał jego losów jest mocno rozczarowujący. Ale mimo to jest świetny. Po drugie – Nick Nolte, niezawodny jak zawsze. Tutaj mocno wykreowany na czarny charakter, ale nigdy nie popada w przerysowanie czy groteskę. Zawsze jest przy ziemi, kocha i nienawidzi swoją żonę. I wreszcie wierzchołek, czyli apetyczna Jennifer Lopez. Kobieta apetyczna, bardzo delikatna, ale także podstępna i świadoma swoich atutów. Dodatkowo jeszcze mamy drobne epizody m.in. Billy’ego Boba Thorntona (mechanik Darrell), Joaquina Phoenixa (narwany Toby N. Tucker) i Jona Voighta (ślepy Indianin).

drogapieklo3

Stone może niczym nie powalił czy zaskoczył, ale „Drogę przez piekło” ogląda się naprawdę dobrze. Świetnie zagrane, dobrze poprowadzone, z miejscami naprawdę mocno nierealnym klimatem. Czemu film przepadł? To dobre pytanie.

7/10

Radosław Ostrowski