Irlandczyk

Martin Scorsese to jeden z tych filmowców, na którego filmy – jakiekolwiek by nie były – zawsze się czeka. Ten człowiek wyrobił sobie reputację jednego z największych reżyserów kina amerykańskiego, chociaż ostatnio mówi się o jego wypowiedzi na temat filmów z gośćmi w lateksach. Zostawmy tą dyskusję i skupmy się na najnowszym dziele mistrza zrobionym dla Netflixa. Filmie gangsterskim. Trwającym ponad trzy i pół godziny. Zainteresowani?

Głównym bohaterem „Irlandczyka” jest Frank Sheeran. Kiedy go poznajemy, przebywa w domu starców i jest już w mocno zaawansowanym wieku. Zaczyna nam opowiadać o sobie, a cała historia pokazana jest nam na trzech planach czasowych: współcześnie, w okresie od lat 50. do połowy 70. oraz podczas podróży samochodem na ślub w 1975 roku. Swoją karierę zaczynał jako kierowca ciężarówek, potem został związkowcem, a następnie malarzem domów. I nie chodzi o to, że wziął pędzle, robił tapety, ale zabijał ludzi. Dla mafijnej rodziny Bufalino. Ale jego kariera poszła dalej, gdy na swojej drodze spotkał Jimmy’ego Hoffę – szefa amerykańskich związków zawodowych.

irlandczyk3

Jeśli jednak ktoś spodziewa się gangsterskiej rozwałki, efektownych strzelanin oraz rozbryzgującej krwi wszędzie, „Irlandczyk” będzie wielkim rozczarowaniem. Sceny przemocy są tutaj bardzo krótkie, gwałtowne i niespodziewane, ale jest ich bardzo mało. Historia płynie bardzo powoli, skupiając się tylko na dialogach, rozmowach oraz narracji z offu. Brzmi jak powtórka z rozrywki? Bo już widzieliśmy wiele filmów o mafii, gangsterach, więc co można nowego opowiedzieć?

Dla Scorsese najważniejsza jest tutaj opowieść o wyborach, które rzutują na całe nasze życie. Szkoda tylko, że konsekwencje tych decyzji są odczuwalne dopiero po pewnym czasie. Co jest ważniejsze: lojalność wobec przyjaciół (mafii) czy wobec rodziny? Bo to, co nam się wydaje najważniejsze, z upływem czasu może być zwykłą, nieistotną duperelą bez znaczenia. A to, co ważne, mieliśmy cały czas pod nosem. Tylko, co tak naprawdę jest ważne, gdy pod koniec swojego żywota dokonujesz bilansu? I jesteś sam, a zdrowie już jest nie te, trzeba codziennie brać leki, czekając tylko na śmierć. Ten lekko melancholijny klimat budził we mnie skojarzenia z „Dawno temu w Ameryce” Sergio Leone (tylko pół godziny dłuższy od „Irlandczyka”), z którego Scorsese czerpie mocno. Zarówno pod względem tematyki (przemijanie, przyjaźń vs lojalność), jak i konstrukcji (przeplatane linie czasowe).

irlandczyk1

Bo formalnie nie ma tutaj jakiś popisów czy eksperymentów. Owszem, nie brakuje kilku mastershotów, slow-motion czy najazdów na daną postać, ale nie ma czego nowatorskiego. Niemniej wygląda to wszystko bardzo dobrze i jest dopięte do najdrobniejszego detalu. Scenografia, kostiumy, samochody, muzyka – to wszystko pomaga w odtworzeniu realiów epoki. Najwięcej jednak szumu wywołało komputerowe odmłodzenie trójki głównych bohaterów, przez co budżet był bardzo wysoki. I chociaż na początku może to wywołać mocno surrealistyczne, z czasem jednak nie kłuje aż tak bardzo w oczy. Ale im starsza retrospekcja, tym słabiej się to prezentuje.

irlandczyk2

Aktorstwo jednak trzyma bardzo wysoki poziom, a reżyserowi udało się zebrać stara gwardię oraz kilku młodzików. Główną rolę dostał Robert De Niro i tworzy jedną ze swoich lepszych ról ostatnich lat, choć jego bohater jest bardzo wycofany. Ale pod koniec udaje mu się wygrać jego nieudolność, mocno tłumione emocje oraz wyrzuty sumienia. Bardzo zaskakuje Joe Pesci jako Russell Bufalino – bardzo opanowany, spokojny mafiozo, choć budzący sympatię od samego początku. Ale prawdziwy huragan następuje, gdy pojawia się Al Pacino jako Hoffa. Wtedy film nabiera kopa, a aktor szarżuje jak miło, tworząc swoją najlepszą kreację od lat. W jego wykonaniu Hoffa pokazany jest jako charyzmatyczny frontman, pozbawiony cierpliwości, z niewyparzoną gębą oraz wielką pewnością siebie. Przekonany o swojej nietykalności wydaje się człowiekiem nie do złamania, ale tylko do czasu. I ta trójka robi ten film, choć na drugim planie mamy takich gości jak Ray Romano (William Bufalino), Jesse Plemons (Chuckie O’Brien), Bobby Cannavale (Felix DiTulio), Stephen Graham (Anthony Provenzano) czy Harvey Keitel (Angelo Bruno).

irlandczyk4

„Irlandczyk” tylko potwierdza talent Martina Scorsese do opowiadania wciągających historii. Potrafi trzymać w napięciu, świetnie prowadzi aktorów, zaś czas mija bardzo szybko. Ale takiej dawki melancholii w mafijnej opowieści się nie spodziewałem.

8/10

Radosław Ostrowski

Kevin sam w domu

Dziś nastał taki dzień, w którym po raz pierwszy (!!!) obejrzałem Kevina, co sam w domu został. Nie, nie jest to film opowiadający o ostatnich zdarzeniach z życia Kevina Spacey, ale pewnego chłopaka. Kevin McCallister jest prawdziwym wrzodem na dupie całej rodziny, choć ma dopiero 8 lat. Cała familia wyrusza na święta do Paryża, jednak wskutek awarii prądu wszyscy muszą wziąć tyłki w troki i pospieszyć się na lotnisko. Tylko Kevin, co został za karę, ostał się sam w domu. Zwłaszcza, że tylko on jest w stanie powstrzymać dwóch złodziejaszków.

kevin1

Nakręcony w 1991 roku przez Chrisa Columbusa w oparciu o scenariusz Johna Hughesa „Kevin sam w domu” stał się klasykiem, bez którego Święta w Polsce nie istnieją. Sama historia może wydawać się błaha, lecz reżyser ogrywa to bardzo zgrabnymi gagami, mieszając humor z powagą. Pod pozorem komedii o chłopaku spędzającym święta w domu, tak naprawdę dostajemy to samo przesłanie, że święta powinno się spędzać z najbliższymi. Nawet jeśli nie jesteśmy z nimi w najlepszych relacjach. To przesłanie mocno akcentuje postać tajemniczego Marleya, o którym krążą mroczne i krwawe opowieści. On sam jest filmowy jakby był postacią z horroru, podobnie jak piecyk z piwnicy.

kevin2

Reżyser zgrabnie bawi się slapstickiem (użycie wody do golenia, ucieczka przed policjantem), wnosząc sporo lekkości. Ale poza próbami powrotu matki do domu, tak naprawdę w pamięci pozostaje ostatni akt, czyli rozprawa Kevina ze złodziejami. Tutaj nasz chłopak okazuje się niebezpiecznym połączeniem MacGyvera z prawdziwym psychopatą. Palnik, klej, samochodziki, puszki, strzelba – wszystko idzie w ruch, dając prawdziwą adrenalinę oraz kupę śmiechu, co jest także zasługą brawurowego duetu Joe Pesci/Daniel Stern. I jest jeszcze Macaulay Culkin jako troszkę bezczelny Kevin, czyniący spustoszenie w pustym domu.

kevin3

Po latach rozumiem, czemu film cieszy się aż taką renomą, lecz dla mnie to „tylko” dobre kino familijne. Gdybym obejrzał je jako dziecko i miał ogromny sentyment, może bardziej życzliwie przyjąłbym losy młodego McCallistera. Ale u mnie nadal wygrywa John McClane.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Chłopcy z ferajny

Amerykanie kochają gangsterów i traktują ich niczym bogów. Bo jak inaczej wyjaśnić fascynację Bonnie i Clyde, donem Corleone czy Carlito Brigante. Jednak w 1990 roku pewien reżyser postanowił zerwać z tą mitotwórczą otoczką gangsterskiego życia, w czym pomógł mu życiorys Henry’ego Hilla. Nie słyszeliście o nim? Był kimś, prawdziwym królem życia, co miał wszystko – żonę, dzieci, kochankę i dużo forsy. Ale popełnił błąd, idąc w dochodowy, lecz niebezpieczny interes, czyli handel narkotykami. Za to go aresztowano, został objęty Programem Ochrony Świadków, sypnął wszystkich i to był jego najgorszy dzień w życiu.

chlopcy_z_ferajny1

Jego historię opisał w swojej książce Nicholas Pileggi, a utwór ten wpadł w ręce Martina Scorsese. I tak narodzili się „Chłopcy z ferajny”, czyli nieśmiertelny klasyk kina gangsterskiego inny niż wszystko. Reżyser bardzo szybko opowiada historię Hilla, ale jednocześnie jest bardzo dokładny, przedstawia barwne tło tego świata. Ale mafia tutaj nie jest tutaj miejscem ludzi honoru, chociaż funkcjonuje tutaj niepisane prawo. Być może wynika to z faktu, ze reżyser opisuje to wszystko z perspektywy ulicy, małych płotek, a nie największych szych półświatka. Hill oprowadza nas po tym świecie, gdzie szybko zdobywa się szacunek, tylko trzeba zrobić tylko dwie rzeczy: nie sypać kumpli i zawsze trzymać gębę na kłódkę (pierwsze aresztowanie Hilla).

chlopcy_z_ferajny2

Problem jednak zaczyna się w momencie, gdy nie potrafisz zachować równowagi między byciem królem życia, któremu wszystko wolno, a swoim życiem rodzinnym. Wtedy może bardzo łatwo uderzyć woda sodowa oraz zachłyśnięcie się sukcesem. Scorsese też pokazuje jeszcze jedną rzecz – zdrada czy jeden błąd może się skończyć w jeden sposób, czyli śmiercią. A skąd będziesz wiedział, ze idziesz do odstrzału? Nie będziesz, bo zrobi to przyjaciel, któremu ufasz i będzie miał uśmiech na twarzy. Co gorsza, strzał może pojawić się znikąd i pod wpływem kompletnie nieobliczalnego zachowania innych ludzi. Tutaj śmierć jest bardzo gwałtowna, a jej przyczyną może być źle rzucone słowo, nerwowość czy słowo mające być żartem (śmierć Spidera). Dodatkowo całość jest polana kapitalną muzyką z epoki (Cream, Rolling Stones), dynamicznym montażem oraz bardzo długimi ujęciami kamery (pierwsze wejście do knajpy).

chlopcy_z_ferajny3

To wszystko nie miałoby siły, gdyby nie rewelacyjny scenariusz i reżyseria Scorsese oraz genialne aktorstwo. Tutaj błyszczy Ray Liotta, który zagrał tutaj rolę życia – opanowany, niemal spokojny głos, ogromna pewność siebie. Hill to facet, który wie, co chce („zawsze chciałem być gangsterem”) i trudno go nie podziwiać. Pod koniec coraz bardziej zaczyna świrować (dragi robią z mózgu wodę), dostaje paranoi, a wszystko to jest wygrane bez cienia fałszu. Równie znakomity jest Robert De Niro jako błyszczący i jednocześnie mądry Jimmy Conway, będący mentorem i przyjacielem Henry’ego. Ale całość bezczelnie skradł Joe Pesci (zasłużony Oscar) jako psychopatyczny, nieobliczalny Tommy DeVito. Stojąc obok niego nie wiesz, co może zrobić i zabić za byle co. Mały człowiek z wielką energią, a jedyną kobietą w tym zestawie jest Karen (fantastyczna Lorraine Bracco) – kobieta, próbująca się ogarnąć w tym gangsterskim świecie, czasami ma swój głos w tym filmie. Scena, gdy atakuje swoją kochankę przez domofon czy próbuje zabić Henry’ego to prawdziwa kanonada aktorstwa.

chlopcy_z_ferajny4

„Chłopcy z ferajny” mimo ponad 25 lat na karku to znakomite kino gangsterskie, gdzie nie ma tutaj stylowo pokazanej przemocy, lojalność mocno wystawiona jest na kark, a amerykański sen się musi skończyć. Jeśli dodamy do tego bardzo gorzki finał, otrzymujemy znakomitą petardą, pełną błyskotliwej obserwacji oraz dużej dawki czarnego humoru. Śmiało można postawić na półce obok „Ojca chrzestnego”.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

JFK

22 listopada 1963 roku był jednym z najważniejszych wydarzeń w historii Stanów Zjednoczonych. Wtedy dokonano zamachu na prezydenta tego kraju, Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, który zmarł wskutek odniesionych ran, zaś za sprawcę uznano Lee Harveya Oswalda. Jednak w 1966 roku, prokurator z Nowego Orleanu Jim Garrison podjął się na własną rękę poprowadzić śledztwo w sprawie zamachu, podejrzewając spisek i zamach stanu.

jfk1

W oparciu o książkę Garrisona swój film nakręcił Oliver Stone – facet, który uważany był za speca od kina niewygodnego, trudnego i skrajnie subiektywnego. W „JFK” tym razem poszedł na całość i stworzył najbardziej porażający spisek od czasów „Wszystkich ludzi prezydenta” Alana J. Pakuli. Samo śledztwo Garrisone jest oparte bardziej na pogłoskach, zeznaniach osób, które nie mogą stanąć przed sądem („skoro oni zabili prezydenta, co może ich powstrzymać przed zabicie striptizerki?”) oraz materiałach, które zostały utajnione i ujrzą światło dzienne (prawdopodobnie, chyba że znów coś zmajstrują) w 2029 roku. Akt oskarżenia, który pokazuje w tym 3-godzinnym thrillerze jest więcej niż mocny: obrywa się administracji prezydenta, tajnym służbom, federalnym i mafii. Masa nazwisk, poszlak i pokazano wszelkie próby zatarcia śladów, nie pokazując sprawców. Stone pokazuje tyle znaków zapytania, że nie ma żadnych wątpliwości, co do istnienia spisku.

Czy my będziemy w stanie w to uwierzyć? To już zostawiam waszej ocenie, ale jedno nie ulega wątpliwości – reżyser opowiada to, w tak fascynujący sposób, że nie byłem w stanie oderwać oczu od tego, co się dzieje. Zdjęcia, w których zgrabnie wpleciono inscenizowane momenty (czarno-biała taśma) z materiałami archiwalnymi oraz świetny montaż w połączeniu z intrygującym scenariuszem tworzą koktajl Mołotowa. I choć sam proces zajmuje jakieś ostatnie 45 minut filmu, to jest on wisienką na torcie i czymś, co powinno dać nam satysfakcję. Ale jest jedna rzecz, która nie daje mi tu spokoju i przeszkadzała mi w seansie: wybielenie i zmitologizowanie prezydenta Kennedy’ego jako męża stanu. Jednak wynika to z faktu, że ten aspekt życia prezydenta nie interesował reżysera.

Ale i nawet to wszystko, nie byłoby takie pociągające, gdyby nie świetna obsada, w której nie zabrakło bardzo znanych i uznanych aktorów. Najważniejszy jest tutaj Jim Garrison, czyli jak zwykle dzielny i prawy Kevin Costner. Może i nie jest to specjalnie zaskakujący wybór, ale tutaj aktor naprawdę zaskoczył i wypadł bardzo dobrze. Silny charakter, choć pełen wątpliwości, zaś jego mowa w procesie to jeden z najważniejszych monologów w historii kina. Poza nim pierwsze skrzypce tutaj grają nadpobudliwy Joe Pesci (paranoiczny David Ferrie) i bardzo oszczędny Tommy Lee Jones (Clay Shaw, nie ukrywający swojego homoseksualizmu, ale to tylko pozory). Jest jeszcze Gary Oldman, czyli Lee Harvery Oswald – tutaj pokazany jako agent wywiadu, który zostaje wystawiony do wiatru czy grający współpracowników Garrisona Michael Rooker (Bill Broussard) i Jay O. Sanders (Lou Ivon). Ale jest tutaj masa epizodycznych ról świadków, którzy odgrywani są, m.in. przez Jacka Lemmona (Jack Martin) czy Kevina Bacona (Willie O’Keefe), jednak na mnie największe wrażenie zrobił Donald Sutherland jako tajemniczy X – były szef wywiadu wojskowego.

Mógłbym napisać więcej, ale „JFK” to naprawdę mocny film polityczny, który przykuwa uwagę do samego końca. Pytanie czy kiedykolwiek zostanie ujawniona prawda o Kennedym pozostaje otwarte, ale reżyser wierzy, że w końcu ludzie przejrzą na oczy. Może brzmi to naiwnie, ale jest to bardzo sugestywne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski