Szkarłatne godło odwagi

Powieść Stephena Crane’a z 1892 roku jest ważnym dziełem dla amerykańskiej kultury. Jej bohaterem jest młody chłopak, uczestniczący w wojnie secesyjnej po stronie Północy, gdzie ma wkrótce dojść do wielkiej bitwy. Pierwszej w jego życiu i chce pokazać, że nie jest cykorem. Problem w tym, że tchórzy i ucieka. Jednak budzi się w nim sumienie, wraca, zostaje ranny (tytułowe szkarłatne godło) oraz wraca na decydujące starcie. Powieść ta przyniosła autorowi rozgłos, kasę oraz uznanie, a w końcu musiała zostać zekranizowana. I w 1951 roku zadania tego podjął się uznany oraz znany John Huston.

szkarlatne godlo odwagi1

Sam reżyser uważał, że to mógł być jego najlepszy film w karierze. Problem jednak w tym, że producenci z MGM mocno wtrącali się w pracę reżysera, przez co film trwa nieco ponad godzinę. Twórca później próbował wykupić film i przemontować zgodnie ze swoją wizją, ale nic z tego nie wyszło. Poza tym w 1965 roku spłonął magazyn MGM i wszystko poszło z dymem. Czy oznacza to, że „Szkarłatne godło odwagi” to absolutny niewypał?

szkarlatne godlo odwagi2

Nie do końca, ale nie można też mówić w pełni o udanym dziele. Bohaterem jest Henry Fleming, ale nie jest jedynym żołnierzem. Choć jesteśmy na samym froncie, to scen batalistycznych jest niewiele, za to reżyser skupia się na odczuciach naszych żołnierzy. Zarówno tych głośno deklarujących swoją gotowość do walki, jak i takich bardziej wyciszonych. Wszyscy chcą udowodnić swoją wartość, ale każdego z nich dosięga strach oraz lęk. Słowa padają tu częściej niż kule Granica między heroizmem a tchórzostwem jest bardzo cienka i przekroczyć ją jest bardzo łatwo. Nie trzeba zbyt wiele, tak samo jak szansy na rehabilitację. Wcześniej trzeba jednak przełamać wstyd i usłyszeć od doświadczonego wojaka o podobnej sytuacji.

szkarlatne godlo odwagi3

Huston dobrze postąpił stawiając na mniej znane twarze, co pomaga w budowaniu wiarygodnego portretu zmęczonych żołnierzy, jak i dopiero zaczynających nabierać swoje doświadczenie podczas walk. Może na początku wypowiadane dialogi wydają się troszkę pachnące dydaktyzmem (do tego wplecione fragmenty powieści), zaś pewne powtarzane frazy mogą drażnić, ale i tak wiele można z tego wynieść.

Ostatecznie wychodzi bardzo przyzwoity dramat pokazujący konflikt między poczuciem obowiązku a swoimi lękami, pytając o granicę odwagi. I czy można się zrehabilitować po czynie niegodnym żołnierza. Aż chciałoby się zobaczyć te wycięte sceny oraz rozmach godny kina wojennego.

6,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Sędzia z Teksasu

Roy Bean nie był świętym człowiekiem pełnym cnót, lecz wyjętym spod prawa bandytą. Przejeżdżał przez małą wioskę w Teksasie, gdzie znajdował się burdel oraz szałasy Meksykanów. Tam właśnie zostaje pobity, okradziony oraz pozostawiony na śmierć. Lecz wraca do miasteczka, by zemścić się na swoich oprawcach, mordując ich z zimną krwią. To jednak nie wszystko, bo ogłasza się sędzią i zamierza tutaj wprowadzić cywilizację, postęp oraz pokój, w czym pomaga mu grupa wyjętych spod prawa, awansowanych na egzekutorów.

sedzia z teksasu1

Ten film miał być reżyserskim debiutem Johna Miliusa, który próbował zrobić (przynajmniej tak to rozumiem) taką westernową wersję „Lawrence’a z Arabii”. Problem w tym, że filmowi bonzowie nie wierzyli w umiejętności przyszłego twórcy „Conana Barbarzyńcy” i zamiast niego tą fabułę zrobił John Huston. Milius bardzo szanował tego doświadczonego reżysera… do momentu, kiedy nie wzięto się za jego tekst. Zamiast szacunku oraz entuzjazmu, pojawiła się wściekłość oraz oskarżenie o zniszczenie dzieła. I powiem szczerze, że jest to jedno spore pomieszanie z poplątaniem, gdzie nie do końca wiadomo o co chodzi.

sedzia z teksasu2

Sam wydaje się mieszanka westernowego sztafażu z dość specyficznym rodzajem komedii. Z jednej strony mamy do czynienia z bezkompromisowym sędzią, który chce podążyć za swoją wizją miasta pełnego porządku, ale ten porządek troszkę jest oparty czasem na widzi mi się (jak sędzia przegrywa w karty, cena alkoholu drożeje) oraz bardzo surowym egzekwowaniu – wieszanie i/lub odstrzał. Miasto zaczyna się jednak coraz bardziej rozbudowywać, a do głosu coraz bardziej dochodzi pewien podstępny prawnik nazwiskiem Gass. I tutaj ta konfrontacja mogłaby być czymś na kształt „Aż poleje się krew”, tylko z konfrontacją między powoli odchodzącą przeszłością Dzikiego Zachodu a postępującą cywilizacją. Nie brakuje też klasycznych elementów oraz typów postaci jak traper (Grizzly Adams) czy bandyta terroryzujący okolicę (Zły Bob „Albinos”), a zamiast psa mamy… niedźwiedzia.

sedzia z teksasu3

Problem dla mnie jednak, że te wszystkie elementy nie chcą się połączyć w żadną spójną całość (romantyczna randka sędziego z Marią Eleną oraz Niedźwiedziem – co do cholery?). Przeskoki w czasie są dość spore, narracja nie prowadzi za bardzo do celu (chyba nawet nie jest w stanie go ustawić), zaś przesłanie wyparowuje. No i ten finał, gdzie do miasteczka przybywa sławna aktorka, którą wielbił Bean (ciekawe cameo Avy Gardner) wydaje się zbędny. Jest jednak jeden mocny punkt tego tytułu, czyli zawsze trzymający poziom Paul Newman w roli tytułowej, tworząc troszkę romantyczną wizję pokręconego stróża prawa.

sedzia z teksasu4

To jeden z najdziwniejszych filmów w dorobku Hustona, gdzie powaga zderza się z groteską, przez co tytuł stoi w rozkroku. Niby chce być poważny i dotykać poważnych kwestii, ale rozjeżdża się nadmiarem groteskowych scen, przez co wywołuje jedynie dezorientację.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

List na Kreml

Akcja zaczyna się pod koniec roku 1969… w Paryżu. Tam rosyjski urzędnik z wyższych sfer, czyli Poliakow podczas spotkania z amerykańskim agentem przekonuje go o jak najszybszym odzyskaniu listu. Parę dni później urzędnik popełnia samobójstwo, znaleziony przez szefa Wydziału III (kontrwywiad wojskowy), pułkownika Koslowa. W tym samym czasie zostaje zwolniony z Marynarki Wojennej Charles Rona i trafia do niezależnej komórki wywiadowczej, kierowanej przez Warda oraz Rozbójnika. Na początku ma zebrać ekipę oraz przygotować się do pierwszego zadania: odzyskania tytułowego „listu na Kreml”. Był to dokument stworzony dla Poliakowa, który miał być gwarancją jego przejścia na stronę Amerykanów w zamian za zniszczenie bomb nuklearnych w Chinach. By odzyskać dokument, komórka wywiadowcza trafia do Moskwy, gdzie sidła zastawiają nie tylko ludzie Koslowa, ale także szefa biura politycznego, Aleksieja Bresnawicza.

list na kreml1

John Huston tym razem bierze się na bary z kinem sensacyjno-szpiegowskim. Wsparty przez powieść Noela Behna (byłego oficera kontrwywiadu wojskowego), reżyser pokazuje pracę agentów jako ciągłą grę pozorów oraz złudzeń. Nigdy nie wiadomo, kto tak naprawdę pociąga za sznurki, kto jest kim i jaki jest naprawdę cel całej opowieści. W tle mamy nieżyjącego agenta (Robert Stuydevant), który stworzył mocną ekipę, werbowanie agentów, rozgrywki między Bresnawiczem a Koslowem. Cała fabuła się bardzo gmatwa i wystarczy, że odwrócisz oczy na chwilę, a nie będziesz w stanie tego posklejać w całość. Wiele rzeczy dzieje się poza ekranem, przez co wiele osób może uważać, że film zawiera dziury. Niemniej wrażenie robi tutaj scenografia oraz odtworzenie realiów Związku Radzieckiego.

list na kreml2

Huston pozornie opowiada wszystko w bardzo spokojnym tempie, bez efekciarstwa, co przypominało mi adaptacje książek Johna le Carre. Ale jednocześnie dochodzi do kilku przerzutek, atmosfera robi się gęstsza, by w finale uderzyć niczym obuchem w łeb. Rona (początkowo miał go grać James Coburn, ale zastąpił go Patrick O’Neal) może wydaje się inteligentny oraz sprytny, lecz tak naprawdę okazuje się dzieckiem we mgle, mimo sprytnego ułożenia wszystkich puzzli. I jest pewien drobny szczególik: dialogi w języku innym niż angielski są podana w oryginale, ale nakładany jest na to angielski lektor. Dziwaczny zabieg.

list na kreml3

Aktorko jest tutaj nawet niezły gwiazdozbiór, choć tak naprawdę wybijają się trzy postacie: chłodny i opanowany pułkownik Koslow (cudowny Max von Sydow), działający niczym prawdziwy szachista Ward (Richard Boone) oraz powoli podkochująca się w bohaterze złodziejka B.A. (pociągająca Barbara Parkins). I choć nie brakuje znanych mi twarzy (Orson Welles czy George Sanders), wszyscy trzymają wysoki poziom.

list na kreml4

„List na Kreml” to bardzo wymagający film szpiegowski i jeden z bardziej pogmatwanych dzieł w karierze Hustona. Intryga może wydawać się nieczytelna, bardzo skomplikowana, jednak najbardziej wyróżnia go z tłumu bardzo gorzki klimat, godny kina noir. Tutaj świat szpiegów jest brudny, brutalny oraz czasem pozbawiony jakiegokolwiek sensu.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

Zachłanne miasto

Małe miasto gdzieś w Kalifornii. To tutaj mieszka Billy Tully – kiedyś bardzo obiecujący bokser, ale po rozstaniu z żoną jego jedyną kobietą był alkohol. Do tej pory nie może wybaczyć swojemu dawnemu menadżerowi oraz promotorowi ostatniej walki. Próbuje znaleźć jakąś pracę, jednak nie udaje mu się długo miejsca zagrzać. W końcu decyduje pójść na siłownię, gdzie poznaje bardzo uzdolnionego, młodego pięściarza. Namawia go, by poszedł do Rubena i spróbował szczęścia jako zawodowiec.

zachlanne miasto1

John Huston tym razem niejako wraca do nurtu opowieści o ludziach mierzących się z własnymi demonami oraz próbującymi się utrzymać na powierzchni. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to niemal paradokumentalna stylistyka, bardzo charakterystyczna dla początków lat 70. Kolorystyka jest bardzo stonowana, nie ma tutaj jakichś efektownych czy efekciarskich sztuczek. Nawet sceny bokserskie są bardzo statycznie fotografowane, co dodaje tylko realizmu. A i samo miejsce wydaje się bardzo takie niesprzyjające szansom na osiągnięcie sukcesu. Tutaj mamy ludzi w jakimś sensie przegranych, którzy odnajdują szczęście albo w krótkich chwilach sławy na ringu, albo w tonach używek. Niemal każdy czuje się niespełniony, przeżywający kolejne rozczarowania, problemy, drobne sukcesy. Wierzą, że jeszcze nie wszystko stracone, że będzie jeszcze szansa na wygraną. Tylko, czy naprawdę tak jest? Wszyscy karmią się złudzeniami, nawet menadżer Ruben, prowadzący siłownię i motywujący swoich podopiecznych dobrych słowem, młodociany Ernie, mający dziewczynę oraz dziecko w drodze, nie będzie w stanie utrzymać ich tylko dzięki walkom czy ciągle pijąca Oma, żyjąca w związku z czarnoskórym.

zachlanne miasto2

Reżyser kibicuje i sympatyzuje z tymi ludźmi, nawet jeśli wydają się bardzo naiwni czy nieznośni na ekranie. Nie oznacza to jednak, że idzie ku sentymentalizmowi oraz da dający nadzieję happy end. Co to, to nie. Miasto Stockton jest tak naprawdę siedliskiem kolejnych wykolejeńców, wiążących koniec z końcem, mający do dyspozycji jedynie karierę jako robotnik. Przeżuje cię, wypluje i ostatecznie odbierze ci siły, energię, motywację, odkładając ją w nieskończoność. Nawet przygrywająca w tle muzyka country wydaje się jakby wzięta z innej bajki.

zachlanne miasto3

Huston trzyma mocno wszystko w ryzach, zaś aktorzy dają z siebie wszystko, tworząc co najmniej bardzo dobre role. Absolutnie błyszczą tutaj trzy kreacje: Stacy’ego Keatcha, Jeffa Bridgesa oraz Susan Tyrrell. Pierwszy wydaje się być najbardziej zmęczony, z bardzo słomianym zapałem, lecz w momencie decydującym (finałowa walka) daje z siebie wszystko. Młody Bridges tutaj gra chłopaka na początku swojego dorosłego życia, ale wydaje się nie być zdecydowany. I te dylematy są bardzo widoczne. Ale szoł kradnie Tyrrell jako wyszczekana Oma, która tylko pije, wydaje się niezadowolona ze wszystkiego (i nie boi się tego powiedzieć), zaś jej przeszłość mocno na nią rzutuje.

zachlanne miasto4

„Zachłannym miastem” John Huston wraca do formy i pokazuje, że nadal jest trafnym obserwatorem rzeczywistości. Szczery, surowy, brutalny oraz bardzo gorzki, a jednocześnie trzymający za gardło do końca. No i jeszcze to proste zakończenie, mówiąc tak wiele z tak mała ilością słów.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Zbereźnik

Kojarzycie taką postać jak Davey Haggart? Jego ojciec był sławnym bandytą oraz rozbójnikiem, ale został powieszony w bardzo młodym wieku. Jednak jego syn postanawia pójść jego drogą i dokończyć jego nieudany napad na księcia Argylla. Problem w tym, że ciągle towarzyszy mu ciągle głęboko religijna Annie, próbująca walczyć o duszę grzesznika.

zbereznik1

Dla Johna Hustona adaptacja wspomnień Haggarta dawała duże pole do popisu. „Zbereźnik” ma w sobie potencjał na łotrzykowsko-komediową przygodę bandyty spadającego z deszczu pod rynnę. Zaczyna się od dezercji z wojska, a dalej jest już różnie: drobne kradzieże, napad na dyliżans, ucieczka z więzienia, nawet Davey sam zostaje okradziony, wreszcie próba spektakularnego napadu podczas balu. Dzieje się wiele, a jednocześnie nasz heros staje się uwodzicielem żeńskich serduszek. Problem jednak w tym, że reżyser chyba nie do końca wie, na czym się skupić. Próbuje ubarwić to wszystko humorem, niby inteligentnym, serwującym masę gagów, mającym chyba podkreślić zmienne szczęście naszego bohatera. Wrażenie robią plenery oraz utrzymana w klasycystycznym stylu muzyka. Tylko, że to wszystko zwyczajnie nie angażuje, a intryga działa zwyczajnie usypiająca.

zbereznik2

Wydaje się to wszystko zbiorem scenek, z bardzo luźno zbudowanym scenariuszu, bez wątku głównego. Niby chodzi o przebicie „sławy” swojego ojca, jednak nasz heros o aparycji Johna Hurta (bardzo dobrego) bardziej wydaje się mający sporo szczęścia fajtłapą. Do tego bardzo irytująca Annie (niezła Pamela Franklin), próbująca „ocalić” naszego tytułowego bohatera za wszelką cenę. Nawet jeżeli musi przeszkodzić w kradzieży. Rolę tą początkowo miała zagrać córka reżysera, Anjelica Huston, lecz było to źródłem wielu spięć między Hustonem a producentami. I te ingerencje wydają się być mocno odczuwalne: zbędne dla fabuły sceny erotycznych podbojów, wręcz bardzo błaha stawka czy niemal rozcieńczona intryga.

zbereznik3

Czułem bardzo duży potencjał w „Zbereźniku” i wydaje mi się, że Huston czuł wielką frajdę podczas pracy nad filmem. Niemniej mimo pewnych zalet, adaptacja wspomnień Haggarta zwyczajnie nudzi i rozczarowuje. Brakuje jakiejś iskry, by strzeliło jak diabli, w czym nie pomagała statyczna kamera podczas scen pościgów czy pojedynków (strasznie zestarzał się ten tytuł). Mocny kandydat do najgorszego filmu Amerykanina.

4/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

 

W zwierciadle złotego oka

Wszystko zaczyna się w garnizonie wojskowym, gdzie – jak dostajemy na początku info – dochodzi do morderstwa. Chociaż na pierwszy rzut oka nic tego nie zapowiada. Wszystko się skupia na czterech kluczowych postaciach: majorze Pendeltonie, jego żonie Eleonorze, ich sąsiadach państwu Langdon oraz opiekującego się koniem majorowej, szeregowca Williamsa. Problem w tym, że major jest zafascynowany szeregowym, zaś między nim a żoną się nie układa, sąsiad podkochuje się w majorowej, a jego żona ma problemy psychiczne (tragiczny poród dziecka zakończony jego śmiercią). Tragedia wydaje się nieunikniona.

zwierciadlo zlotego oka1

To jest jeden z trudniejszych filmów Johna Hustona oparty na powieści Carson McCullers. Dlaczego trudny? Bo skupiony na tym, czego nie widać i nie słychać od razu, przez co wymaga większego wysiłku w trakcie seansu. Każdy z bohaterów tego dzieła jest zduszony w pewnych konwenansach oraz szablonach, do których muszą się dostosować, lecz tak naprawdę są nieszczęśliwy, przytłumieni. Każdy tutaj coś ukrywa: tragedię, demony, swoją orientację oraz lęki. Problem w tym, że nie jest to powiedziane wprost, przez co seans wydaje się dość trudny. Bo mamy nieudaną próbę samobójczą (żona porucznika), podglądactwo (szeregowy Williams), tłumiony homoseksualizm zakończony maltretowania zwierząt (major) czy brak pożądania (majorowa) i to wszystko doprowadza do pewnych wynaturzeń, degradacji. Ci wszyscy ludzie są w stanie pewnego zawieszenia, nie gotowi na podjęcie tego ostatecznego, decydującego kroku.

zwierciadlo zlotego oka2

Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas oglądania „W zwierciadle…” to zdjęcia, nałożone na kadry żółty, wręcz złoty filtr, tworzący lekko surrealistyczne doświadczenie. Tak samo jak bardzo oszczędna, niepokojąca muzyka, budująca mroczny, gęsty, fatalistyczny klimat. Gdyby to jeszcze było bardziej czytelne, seans na pewno byłby bardziej satysfakcjonujący.

zwierciadlo zlotego oka3

Aktorstwo wypada tutaj więcej niż dobrze. Fason trzyma bardzo wycofany Marlon Brando (głos prawie jak Billy Bob Thornton w „Sling Blade”) w roli tłumiącego swoją orientację majora, wyżywającego się na koniu. Zjawiskowo wygląda (jak zawsze) Elizabeth Taylor jako pani major, troszkę głupia, egoistyczna, pełna chuci. Dla mnie jednak film kradnie Julie Harris, czyli pani Langdon – naznaczoną traumą kobietę, żyjąca wręcz niczym duch, nabierająca radości dopiero w obecności służącego Anacleto (równie cudny Zorro David). I była to jedyna postać, z którą byłem w stanie nawiązać jakąś więź. Mniej do roboty miał za to debiutujący Robert Forster w roli szeregowego Williamsa, będący tylko ładnym dodatkiem.

„W zwierciadle złotego oka” to kolejna próba Hustona do wejścia w stan ludzkich lęków, emocji, tłumionych przez lata. Tak jak w „Skłóconych z życiem” czy „Nocy iguany”, lecz ten film z 1967 roku wydaje się najmniej przystępne z tego nurtu Amerykanina. Niemniej jest to intrygująca produkcja z gęstym klimatem oraz wyrazistym aktorstwem.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Biblia: Początki świata

Czy jest bardziej znany tekst w historii ludzkości niż Biblia? Żaden inny tekst nie był inspiracją dla szeroko pojętej kultury, w tym także dla filmowców. Czasami były to wybrane poszczególne wydarzenia, a czasami szersze fragmenty (głównie nowy Testament i losy niejakiego Jezusa Chrystusa). Było tego od groma, a nie zanosi się na to, by miało się to wszystko skończyć.  Z Biblią postanowił się także zmierzyć John Huston wsparty przez legendarnego (obecnie) producenta Dino De Laurentiisa.

biblia1

„Biblia” (w Polsce opatrzona podtytułem: Początek świata) miał być częścią większego przedsięwzięcia, skupiającego się na nieśmiertelnym tekście. Fabuła skupia się na wydarzeniach z Księgi Rodzaju: od powstania świata aż do próby wiary (złożenie ofiary przez Abrahama). Po drodze będzie wygnanie z raju, zniszczenie Sodomy i Gomory, budowa wieży Babel oraz potop plus Arka Noego. To wyjaśnia też, czemu ten film trwa prawie 3 godziny (!!!). I trzeba przyznać, że to miejscami robi spore wrażenie. Niby statyczna praca kamery, jednak scenografia oraz kostiumy wyglądają bardzo dobrze. Tak samo Eden, sceny budowy arki przez Noego, sama wieża Babel czy Sodoma przed zniszczeniem. Dość szybko przeskakujemy z wątków na wątek w kolejności chronologicznej, bez udziwnień oraz eksperymentowania. Problem jednak w tym, że choć wiele się zdarza, to parę wątków wydaje się potraktowanych dość po macoszemu, wręcz poskracanych, co też wynika z dość epizodycznej konstrukcji scenariusza (a i samej Biblii). Niby pomaga to zachować wierność, ale wiele z tych wydarzeń nie angażuje tak bardzo jak choćby wątek Abrahama i Sary, czyli ostatnie parędziesiąt minut. Reszta po prostu się dzieje i w zasadzie nic mnie nie obchodziło, tak samo jak jednowymiarowość bohaterów.

biblia2

Niemniej ogląda się ten film naprawdę nieźle. Jeśli coś zwróciło na mnie uwagę to przede wszystkim fantastyczna, wręcz operowa muzyka Toshiro Mayuzumiego, dodająca tego odpowiedniego rozmachu wielu scenom jak podczas tworzenia świata czy potopu. I to muzyka jest dla mnie największą gwiazdą tego filmu, spychając aktorów na dalszy plan. A że grają tu tacy znany mistrzowie ekranu jak Richard Harris (Kain), George C. Scott (Abraham), Ava Gardner (Sara) czy sam Huston w roli narratora/Boga oraz Noego, to jest na co popatrzeć. Szkoda, że nie wszyscy dostają szansę na stworzenie głębszych postaci (oprócz Abrahama) i sporo z obsady to w zasadzie epizody jak w przypadku Michaela Parksa (Adam), Stephena Boyda (król Nimrod) czy Petera O’Toole’a (anioł w trzech postaciach).

biblia3

Trudno mi jednoznacznie ocenić „Biblię”, która – nawet jak na tamte czasy – była bardzo ambitnym przedsięwzięciem. Ma bardzo epicki rozmach, niektóre efekty specjalne godnie znoszą upływ czasu, muzyka brzmi fenomenalnie, ale to wszystko wydaje się takie emocjonalnie chłodne, nie angażujące. Może zamiast zebrania tylu wydarzeń należałoby się skupić na jednym oraz skupić się na tym. Ale na to odpowiedzi już nie dostaniemy.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Noc iguany

Wszystko zaczyna się od pewnego kościoła, gdzie posługę kapłańską pełni pastor Lawrence Shannon – człowiek słaby, przeżywający załamanie nerwowe oraz kryzys wiary. Podczas mszy doprowadza do poważnego incydentu, przez co zostaje usunięty z parafii. Teraz jest pilotem wycieczek dla biura podróży po Meksyku, gdzie jego klientkami są starsze panie oraz pewna młoda dziewczyna o imieniu Charlotte, która chce uwieść byłego duchownego. I ta relacja sprowadza na niego kłopoty, zwłaszcza z powodu „przyzwoitki” towarzyszącej Charlotte, która chce za wszelką cenę zniszczyć Shannona. Mężczyzna podstępem zmusza wycieczkę do przyjazdu do podskórnego i lekko podniszczonego motelu, prowadzoną przez dawną znajomą. Do tego samego miejsca przybywa portrecistka z swoim ojcem, pracującym nad nowym wierszem.

noc iguany1

Zawsze trudnym zadaniem jest przeniesienie na ekran sztuki teatralnej, zwłaszcza jeśli jest napisana przez wybitnego autora. Ale John Huston wiele razy pokazywał w swojej karierze, że nie boi się wyzwań, więc adaptacja sztuki Tennessee Williamsa nie wydawała się jakimś szaleństwem. Szczególnie, że już wcześniej przenoszono na ekran sztuki tego dramaturga. I znów mamy do czynienia z ludźmi, walczącymi ze swoimi tłumionymi pragnieniami, demonami oraz przewartościowaniem swojego życia. Nie ma tutaj klasycznie rozumianej akcji, zaś postacie poznajemy dzięki świetnie napisanym dialogom oraz relacjom. Tutaj reżyser bardzo spokojnie prowadzi wszystkich, pozwalając odkryć ich tajemnice. Bo i kogo tu nie ma: mierzący się z alkoholizmem oraz kryzysem wiary były duchowny Shannon, który chce sobie (oraz innym) coś udowodnić, ciągle apetyczna właścicielka hotelu Maxine, pełna silnego charakteru, młoda lolitka o imieniu Charlotte potrafiąca zdobyć każdego mężczyznę, jej opiekunka panna Fellowes, mocno tłumiąca w sobie uczucie wobec Charlotte (nie jest to powiedziane wprost, ale wydaje mi się, iż jest ona homoseksualistką). No i jest jeszcze tajemnicza Hannah – malarka, wędrująca z ojcem po całym świecie, sprawia wrażenie delikatnej, bardzo empatycznej persony, łatwo tworząc więź z Shannonem.

noc iguany2

Huston nie stosuje jakichś skomplikowanych formalnych sztuczek (może poza zbliżeniami na twarzach oraz drobnych masterszotach), jednak ten teatralny rodowód kompletnie nie przeszkadza. Osadzenie akcji w Meksyku podczas lata w motelu z dala od cywilizacji też buduje klimat pewnego odcięcia, rodzaju duszności, zaś emocje zaczynają z każdą chwilą gęstnieć. Jednak nie ma tutaj jakieś mocnego uderzenia, a zakończenie wydawało mi się troszkę zbyt radosne.

noc iguany3

Ten zwykły dramat nie miałby takiej siły ognia, gdyby nie znakomite aktorstwo z najwyższej półki. Richard Burton kolejny raz błyszczy jako rozedrgany, przechodzący kryzys duchowny, kochający mocne trunki i nie mający siły oprzeć się dziewczynom. Jednak dla mnie film skradły absolutnie magnetyzujące panie: pociągająca Ava Gardner (Maxime), bardzo stonowana Deborah Kerr (Hannah) oraz wręcz ekspresyjna Grayson Hall (panna Fellowes). Odstaje od tej reszty Sue Lyon, powtarzając niejako swoją kreację z „Lolity”, ale bez tej głębi.

noc iguany4

Huston kolejny raz pokazuje, że bardzo uważnie przygląda się ludzkiej duszy oraz wewnętrznym niepokojom. „Noc iguany” to kolejny przykład fantastycznego prowadzenia aktorów, którzy dają z siebie wszystko, ale jednocześnie nie czuć tak mocno bariery jaką często dają adaptacje sztuk teatralnych. Wiele dialogów (m.in. o błękitnym diable) to perełki, jakie zostaną długo po seansie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Lista Adriana Messengera

Adrian Messenger jest bardzo uznanym i cenionym pisarzem brytyjskim. Pewnego dnia przed wyjazdem do USA prosi swojego przyjaciela, emerytowanego generała MI5 o sprawdzenie ludzi z listy. Wieczorem samolot, którym leci pisarz zostaje wysadzony w powietrze. Jedynym ocalałym jest francuski weteran ruchu oporu, Raoul Le Berg. Generał Gethryn postanawia przeprowadzić własne śledztwo, w czym pomaga mu Francuz i okazuje się, że wszyscy z listy Messengera zginęli w dziwnych wypadkach.

adrian messenger1

John Huston sięgnął po utwór Philipa MacDonalda, tworząc coś w stylu mistrza Alfreda Hitchcocka (suspens, zagadka) oraz książek Agathy Christie (brytyjskie wyższe sfery). Film oparty jest na tajemnicy, która bardzo oszczędnie jest odkrywana przez naszego „detektywa”. Gethryn w wykonaniu George’a C. Scotta mógłby spokojnie być uwspółcześnioną wersją Sherlocka Holmesa, wykorzystując dedukcję oraz zdolność szybkich kojarzeń. Sama realizacja przypomina staroświecki, elegancki kryminał, gdzie zbrodnie są pokazywane niejako poza ekranem, zaś antagonista jest ciągle o krok przed naszymi bohaterami. Do tego osadzenie w środowisku brytyjskiej arystokracji dodaje pewnego specyficznego klimatu.

adrian messenger2

I jest jeszcze jeden istotny myk, który sprawia, że film zostaje w pamięci: gościnne cameo wielkich gwiazd (m.in. Robert Mitchum, Frank Sinatra czy Burt Lancaster), które zostały tak ucharakteryzowane, iż nie ma możliwości ich rozpoznać od razu (dopiero w finale zostają zdjęte maski). Wyjątkiem od tej reguły jest Kirk Douglas, który jest tutaj głównym antagonistą, zaś jego zdolności kamuflażu są pokazane niemal od pierwszej sceny. Dla wielu może pewnym problemem być wyjaśnienie całej intrygi oraz motywacja naszego złola, która brzmi dość niepoważnie. Jakby wymagała ona zbyt dużo wysiłku do osiągnięcia swojego celu, ale można na to przymknąć oko. Tak samo na drobny portrecik arystokracji, która ciągle urządza polowania na lisa oraz gra w karty. Można się czepić drobnych niedoróbek (przywiązane linki do aktorów widoczne przy zbliżeniach podczas polowania na lisa), jednak zarówno zdjęcia, jak i scenografia czy jazzująca muzyka Jerry’ego Goldsmitha z szybkim motywem fortepianowym są wysokiej jakości.

adrian messenger3

Huston dobrze się bawi w układanie całej intrygi, w czym pomaga mu obsada. Wspomniani już Scott i Douglas po prostu błyszczą, choć ten pierwszy wydaje się mieć o wiele więcej do roboty. Kirk nadal ma w sobie sporo uroku, który tutaj dodaje mu odrobinę demonicznego charakteru, pasując do przebiegłości jego postaci. Poza tym duetem warto wspomnieć o czarującej Danie Wynter (lady Bruttenholm) oraz Jacques Roux (pomagający w śledztwie Le Berg), dodając animuszu do całości.

adrian messenger4

„Lista” to jeden z lżejszych filmów w karierze Hustona, który nadal potrafi dostarczyć sporo rozrywki. Mimo pewnej staroświeckości, a może dzięki niej, potrafi dostarczyć masę frajdy, jakiej rzadko się dzisiaj dostaje. Elegancka zabawa w tajemnicę.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

Przez Pacyfik

Początek grudnia 1941 roku. Kapitan Rick Leland wskutek pewnego działania (kradzież pieniędzy ze sztabu) zostaje zwolniony ze służby. Mężczyzna decyduje się wyruszyć statkiem do Azji, zaś w trakcie wyprawy poznaje doktora Lorenza oraz apetyczną Albertę Marlowe. Powoli zaczynamy odkrywać jakie są prawdziwe motywy działania Lelanda, który okazuje się tajnym agentem wojskowego wywiadu.

przez pacyfik1

Opromieniony sukcesem „Sokoła maltańskiego” John Huston tym razem postanowił wymieszać kryminał, dramat szpiegowski oraz melodramat. Całość niemal rozgrywana w kilku różnych lokacjach, chociaż początek może wydawać się teatralna w formie (większość akcji dzieje się na statku), zaś intryga toczy się bardzo powoli, wręcz ospale. Owszem, robi wszystko, by nie zanudzić, dodając masę humoru (złośliwe docinki między Lelandem z Marlow) czy kilka podnoszących napięcie scen akcji (próba zabicia doktora czy próba zdobycia informacji na temat położenia uzbrojenia). Problem jednak w tym, że to wszystko wydaje się gryźć ze sobą i nie wywołuje to takiego zaangażowania, jakiego można się było spodziewać. Do tego jeszcze dodajmy bardzo nachalną muzykę (typową dla tego okresu kina), brak jakiegoś silnego zaangażowania w całą opowieść, no i wręcz zbyt widowiskowy finał.

przez pacyfik2

Huston próbuje przykuć uwagę aktorstwem i udaje się zebrać znajomych z „Sokoła”: Humphreya Bogarta, Mary Astor oraz Sydneya Greenstreeta. Pierwszy jest typowym dla siebie Bogartem, czyli szorstkim, cynicznym twardzielem w prochowcu z twardymi pięściami oraz złośliwym poczuciem humoru. Czyli solidny standard. Astor ma w sobie wiele uroku oraz zadziornego charakteru, zaś docinki między nią a postacią Bogarta są dla mnie najlepszymi fragmentami tego tytułu. Zaś Greenstreet zgrabnie podtrzymuje fason jako elegancki dżentelmen, działający bardzo nieczysto. Reszta robi tylko za tło.

przez pacyfik3

„Przez Pacyfik” jest filmem Hustona, który pod koniec pracy otrzymał powołanie do armii i dzieło zostało dokończone przez Vincenta Shermana. Ale nie zmienia to tego, że niezbyt dobrze wytrzymał próbę czasu, głównie przez bardzo odstraszające tempo oraz nieangażującą intrygą. Szkoda bardzo.

5,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307