Doktor Freud

Zygmunt Freud – jedna z najważniejszych postaci przełomu XIX i XX wieku, tworzący silne fundamenty pod współczesną psychologią. Jego teoria dotycząca „kompleksu Edypa” była przełomem dla nauki, choć początkowo była odrzucona przez środowisko naukowe. Wreszcie o jego pracy postanowili sięgnąć filmowcy, zaś jednym z pierwszych był John Huston.

dr freud1

Cała opowieść zaczyna się w momencie, kiedy Freud popada w konflikt ze swoim przełożonym w Wiedniu, dr Meynerta. Wszystko dotyczy histerii – wówczas uważanej za chorobę kobiecą, będącą źródłem nerwic. Zygmunt decyduje się wyjechać do Paryża, gdzie poznaje profesora Charcota, mającego inne zdanie oraz wykorzystujący hipnozę do leczenia pacjentów (a to było nieuznawane za środowisko). Wraca do Wiednia, gdzie pojawia się na jego drodze dr Breuer, który prosi go o pomoc przy badaniu swoich pacjentów.

dr freud2

Scenariusz do filmu napisał znawca naukowca, słynny francuski filozof Jean-Paul Sartre, jednak mający ponad tysiąc stron tekst nie za bardzo nadawał się do ekranizacji. Twórcy skupiają się na pięciu latach badań Freuda, doprowadzających do odkrycia, że świadomość a myśli to nie jest to samo. A co jest źródłem histerii i czy dotyka tylko kobiet? Odpowiedzi na te pytania są poznawane bardzo powoli, zaś kluczowe są tutaj dwa wątki: badanie pacjentki Cecylii Koertner (kobieta cierpi na paraliż nogi i bezsenność) oraz męcząca tajemnica Freuda, która męczy go od momentu pogrzebu ojca (lekarz mdleje przed bramą cmentarza). Obydwa te „dochodzenia” są prowadzone za pomocą dialogów oraz ciągle odkrywanych retrospekcji z lekko „zasmugowanymi” ujęciami. Dla mnie problemem było – troszkę wrzucone na siłę – wątki dotyczące żony Freuda, które tak naprawdę niczego dla mnie nie wnosiły. Wrażenie za to robią monochromatyczne zdjęcia, bardzo szczegółowa scenografia oraz wyrazista muzyka Jerry’ego Goldsmitha (jedna z pierwszych dużych prac kompozytora), wykorzystująca elektronikę.

dr freud3

Wszystko tak naprawdę trzyma na barkach Montgomery Clift w tytułowej roli. Bardzo wycofany, wręcz powściągliwy, ale konsekwentnie dociekliwy i skupiony. Zwłaszcza podczas rozmów z pacjentką (mocna Susannah York) oraz ze swoim przyjacielem Breuerem (świetny Larry Parks), potrafi wyczuć swoją postać. No i ma pewne własne demony do poskromienia.

„Doktor Freud” to jeden ze spokojniejszych, bardziej kameralnych filmów w dorobku Hustona. Solidna biografia, skupiona przede wszystkim na naukowych dokonaniach lekarza, z wybijającą się rolą Clifta (jedną z ostatnich w karierze).

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

Skłóceni z życiem

Kiedy poznajemy Roselyn rozwodzi się ze swoim mężem. Mieszka ze swoją najlepszą przyjaciółką i próbuje na nowo poukładać sobie życie. Przypadkowo poznaje w barze dwóch przyjaciół: kierowcę i pilota Guido oraz kowboja Gaya. Panowie razem polują na dzikie konie, sprzedając je handlarzom. Kobieta dość szybko zaprzyjaźnia się z mężczyznami i dołącza do kolejnej wyprawy. Razem z nimi dołącza stary znajomy Guya, uczestniczący w rodeo Perce’a Howlanda.

skloceni z zyciem1

John Huston w 1961 roku postanowił pójść w zupełnie innym kierunku niż zwykle. Zamiast kina gatunkowego, mamy poważny dramat psychologiczny skupiony na trzech facetach oraz jednej kobiecie. Niby dwóch z nich to kowboje, ale w dzisiejszych czasach to słowo ma inne znaczenie niż teraz. Może i przestrzeń pozostała niezmieniona (tylko koni jakoś mniej niż zwykle), ale zamiast wolności jest samotność, nałogi oraz wręcz pustka życia. Guy poluje na konie, które potem zostają przerobione ma pokarm dla psów, niby ma dwie córki, ale ich nigdy nie widzi. Guido nadal prowadzi samolot i mieszka w domu, gdzie zmarła jego żona. Z kolei Perce jest wręcz uzależniony od rodeo i nie może pogodzić się ze śmiercią ojca oraz ślubu matki z nowym facetem. Z tego powodu nie może już być ranczerem. Każdy z tej trójki nie chce dostosować się do nowych czasów („wszystko jest lepsze od etatu”), ale zamiast wolności, tkwią w kolejnej pułapce, stając się niejako wyrzutkami społeczeństwa. I do nich trafia młoda kobieta na rozstaju dróg, ale ona ma jeszcze wszystko przed sobą. Ma jeszcze wybór, tylko co zrobi?

skloceni z zyciem3

Trudno mówić tutaj o fabule, bo Huston skupia się na relacjach między bohaterami. Przyjaźń zostaje tutaj mocno wystawione na próbę, zaś obecność młodej, troszkę naiwnej kobiety zmusza do weryfikacji oraz budzi pewne tłumione emocje. Miłość, zazdrość, nieufność – wszystko to zaczyna wyłazić, chociaż reżyser wszystko prowadzi w sposób stonowany. Nie brakuje chwytających momentów (scena tańca Roselyn z Guido, rodeo), ale mi najbardziej w pamięci pozostanie finałowe polowanie. Tutaj dochodzi do ostatecznego zdarcia romantycznego spojrzenia na wizerunek kowboja. Zamiast poczucia wolności – samotność, lęk, poczucie zmęczenia. Wszystko podane w fantastycznych dialogach, pewnej (choć spokojnej) reżyserii, okraszonej świetną muzyką.

skloceni z zyciem2

I do tego mamy prawdziwe spotkanie na aktorskim szczycie. Największą niespodziankę robi tutaj Marilyn Monroe prezentując (chyba) najdojrzalszą kreację w swojej karierze. Niby nadal wydaje się mieszanką naiwności, nieporadności ze szczerością oraz urokiem, ale tutaj dosłownie chwyta ze serce i wierzy się jej. A jednocześnie nie kipi seksapilem, co jest zaskoczeniem. Klasę za to prezentują znakomici Clark Gable oraz Montgomery Clift. Obaj dość zmęczeni życiem, znający się niemal jak łyse konie i mają wiele demonów przeszłości, tkwiąc niejako w swoim niby-wolnym życiu. Bardzo wyraziste postacie, z najlepszymi dialogami. W podobnym tonie nadaje Eli Wallach jako żyjący przeszłością Guido, tworząc tragiczną postać.

skloceni z zyciem4

Polskie tłumaczenie idealnie oddaje klimat oraz charakter filmu Hustona. Filmu o przemijaniu, życiu w nieprzyjemnych czasach niczym niedopasowane kawałki puzzli. Jeden z najmocniejszych, wręcz drapieżnych filmów amerykańskiego reżysera, plasujący się w ścisłej czołówce.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Nie do przebaczenia

Jesteśmy gdzieś na Dzikim Zachodzie, gdzie przebywa rodzina ranczerów Zacharych. Najstarszy syn Ben jest niejako głową rodziny po tym, jak ojciec zginął przez Indian i razem z sąsiadami prowadzi spółkę. Poza Benem jest jeszcze matka, dwóch braci oraz śliczna Rachel, która ma troszkę ciemniejszą karnację. Jednak te dobre relacje zostają popsute przez nieprzyjaznego Abe’a Kelseya, znającego dość mroczną tajemnicę.

nie_do_przebaczenia2

John Huston znowu wraca do westernu i próbuje opowiedzieć opowieść z rasizmem w tle. Jest powoli skrywana tajemnica rodzinna, która doprowadza do spięć między sąsiadami oraz Indianami. Problem jednak w tym, że ambicje reżysera zostały zderzone z wizją producentów, pragnących sukcesu komercyjnego. I niestety, te spięcia są bardzo widoczne, bo reżyser chce przyłożyć oraz pokazać siłę (negatywną) głęboko zakorzenionego rasizmu. Widmo rodzinnej tajemnicy powinno ciążyć oraz doprowadzić do większych konfliktów, co widać najmocniej na przykładzie Casha – brata nienawidzącego Indian. Gdyby mógł, to by ich chętnie wymordował, zaś sama myśl, iż jego siostra mogła być czerwonoskóra, doprowadza do szału. Tak samo zachowują się wspólnicy (rodzina Rawlinsów), jakby te kilka lat znajomości oraz przyjaźni nie miały żadnego znaczenia, były nic nie warte. Rozumiem, że mogło tu chodzi o pokazanie siły głęboko zakorzenionej nienawiści, tylko że brzmi to po prostu niedorzecznie.

nie_do_przebaczenia1

Tak samo portretowanie Indian jako tych złych, chociaż punkt wyjścia mógł być pole do dyskusji na temat przynależności rasowej. No bo Rachel na pierwszy rzut oka nie różni się od innych „białych” ludzi (może poza ciemniejszą karnacją, ale nie aż tak mocną) i jest wychowywana przez rodzinę jak swoja. Tu mogło być duże pole do pokazania pewnego wewnętrznego konfliktu kobiety. Ale ten wątek zostaje pogrzebany i stępiony, zaś jej przemiana (finałowa scena oblężenia) oraz niejako potwierdzenie swojej tożsamości to po prostu jakiś kiepski dowcip. A wszystko kończy się wręcz ostrą rzezią oraz zabijaniem Indian, bo jednak rodzina to rodzina i te więzy są silniejsze niż cokolwiek innego.

nie_do_przebaczenia3

Nawet aktorstwo jest tu dość nierówne. Ryzykownym pomysłem było obsadzenie Audrey Hepburn jako Rachel. Z jednej strony rozumiem ten chwyt: nazwisko miało skupić uwagę, a jednocześnie jej wygląd ma budzić jak najmniej podejrzeń w sprawie jej prawdziwego pochodzenia. Problem jednak w tym, że ten chwyt nie działa, zaś jej występ wydaje się średni. O wiele lepiej prezentuje się twardy niczym czołg Burt Lancaster, który ciągnie ten film na barkach aż do samego końca. Tak samo wyrazista jest legendarna Lillian Gish jako matka skrywająca tajemnicę oraz Joseph Wiseman w roli Kelseya.

„Nie do przebaczenia” miało spory potencjał na mocne, ostre kino piętnujące rasizm oraz nienawiść do innych. Ale po drodze Hustonowi stępiono pazury, dodano dość niekonsekwentny scenariusz i nierówne aktorstwo. Ciężko strawna mieszanka i jeden z najsłabszych filmów Amerykanina.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307


Barbarzyńca i gejsza

Mamy tutaj historię człowieka, który trafił na obcy grunt i próbował zrozumieć nowy, nieznany świat. Jest rok 1858, Japonia czasu szogunatu. Od wielu wieków nie został tu wpuszczony żaden cudzoziemiec, traktowany przez tutejszych jak zaraza. Tym razem do Kraju Kwitnącej Wiśni trafia amerykański dyplomata Townsend Harris na polecenie samego prezydenta USA, by nawiązać stosunki dyplomatyczne z Japonią. Ale miejscowe władze dość sceptycznie traktują nowego przybysza, nie uznając jego uprawnień ani kompetencji i chcą się go jak najszybciej pozbyć. Zostaje mu jednak przydzielona gejsza Okichi, mająca obserwować, ale i pilnować przybysza.

barbarzynca_i_gejsza2

Kolejne zderzenie dwóch światów w dorobku Johna Hustona, ale tym razem mamy dwie odmienne kultury oraz historię inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami. Czyli co może zrobić Amerykanin, by poznać kulturę japońską oraz przełamać izolacje tego kraju od reszty świata. Problem w tym, że film chce połączyć wątki polityczno-kulturowe z romansem między cudzoziemcem a gejszą. I efekt jest dość rozczarowujący. Niby są pewne próby pokazania państwa Japonii jako wewnętrznie skonfliktowanego, rozdartego między tradycją i przesądami a chęcią przełamania izolacjonizmu, ale to wszystko wydaje się jakieś takie płytkie, mocno skrótowe i nieangażujące. To samo dotyczy romansu między Harrisem a Okichi, który bardziej jest deklaratywny niż widoczny. Do tego nie czuć było chemii między bohaterami, co boli. Przyczyną tego stanu rzeczy może być fakt, że „Barbarzyńca i gejsza” przed premierą został przemontowany i wiele rzeczy trafiło do kosza. Zmiany były tak duże, że Huston chciał wycofać swoje nazwisko z czołówki.

barbarzynca_i_gejsza1

Czy jest coś dobrego i udanego w tym tytule? Zdecydowanie broni się warstwa wizualna: scenografia oraz kostiumy wyglądają naprawdę dobrze. Twórcy część zdjęć kręcili w Japonii i to widać, zaś muzyka też oddaje specyfikę kraju. Nie brakuje kilku mocnych scen jak wybuch epidemii cholery czy popis łuczników na koniu oraz przepychu podczas pokazania pewnego pietyzmu, obyczajów, ale to troszkę za mało. Boli też pewien drobiazg, czyli chwile, gdy niektórzy aktorzy azjatyccy posługują się angielszczyzną. Ja rozumiem, że chodziło o zrozumienie dialogów, ale to wszystko wydaje się bardzo sztuczne z dzisiejszej perspektywy.

Sytuacji nie jest w stanie nawet uratować aktorstwo. Pomyłką (inaczej nie jestem w stanie tego nazwać) było obsadzenie Johna Wayne’a w roli dyplomaty. Niby jest to próba przełamania swojego emploi, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że aktor jest bardzo sztywny, czuje się mocno skrępowany, zaś głos brzmi tak jak typowy John Wayne. Tylko, że ten aktor sprawdza się w rolach wymagających czynów fizycznych, a nie mówienia dialogów, co brzmi strasznie. Lepiej wypada zarówno Sam Jeffe (tłumacz Henry) oraz Eiko Ando jako Okichi.

„Barbarzyńca i gejsza” to jeden z tych filmów, dla których czas był bardzo okrutny. Mocno archaiczne w formie, bardzo płytko traktujący kwestię przełamywania barier oraz romansu między osobami z dwóch różnych światów. Zasłużenie zapomniane dzieło w dorobku Hustona.

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307


Bóg jeden wie, panie Allison

Rok 1944, gdzieś na Pacyfiku płynie ponton ze zmęczonym żołnierzem. Trafia na wyspę, gdzie jedyną osobą jest siostra zakonna Angela. Samo miejsce, poza sporym miejscem oraz poczuciem osamotnienia, wydaje się być rajem. Powoli nasza dwójka zaczyna się bliżej poznawać, lecz na wyspie pojawiają się Japończycy.

mr_allison1

John Huston w jakimś sensie robi powtórkę z rozrywki, czyli coś w stylu „Afrykańskiej królowej”, tylko inaczej. Zapomnijcie o jakimś wiszącym w powietrzu romansie, tutaj nawet takich sugestii nie ma. Nie oznacza to jednak, że nie dochodzi do pewnych spięć. Dialogi są niepozbawione lekkości oraz humoru, gdy dochodzi do zderzeń dwóch postaw. Z jednej strony kapral marines, dla którego wojsko jest jedynym sensem życia (brak żony, rodziny, kryminalna przeszłość), z drugiej zakonnica jeszcze przed przyjęciem ostatecznych ślubów. Reżyser bardzo dobrze balansuje między humorem (dialogi, polowanie na żółwia) a dramatem (ukrywanie się przed Japończykami w jaskini czy choroba siostry Angeli), pokazując coraz bardziej tworzącą się więź między bohaterami: szacunek, sympatię, nawet przyjaźń. Nie ma tutaj ckliwości czy sentymentalizmu, czego troszkę się obawiałem, nawet stawka jest tutaj bardziej namacalna i odczuwalna. Nie brakuje tutaj scen batalistycznych, chociaż są pokazywane one są z daleka, co jest absolutnie zrozumiałe, a napięcie wynikające z tego faktu budowane jest mocno, konkretnie i treściwie. Jakby wróg był niemal wszechobecny.

mr_allison2

Sama wyspa też wygląda dość okazale, podobnie jak solidna scenografia, która ulega zniszczeniu z każdą sekundą. Miałem wrażenie naturalności całego miejsca, a większa przestrzeń powoduje, że film wydaje się mniej teatralny. Jedyna rzecz, do której mógłbym się przyczepić to troszkę słabsze zakończenie, gdzie wątek naszych bohaterów dość mocno się urywa.

Wszystko na barkach zmuszony jest nieść duet naszych bohaterów, grany przez Roberta Mitchuma i Deborah Kerr. Zwłaszcza Mitchum tutaj błyszczy jako prostolinijny (ale nie prostacki) wojak, serwujący swoim żargonem, niepozbawiony sprytu. Każdą emocję wygrywa bezbłędnie, co świetnie pokazuje mowa ciała czy scena rozmowy po pijaku.

To pozornie bardzo kameralny film w dorobku Hustona, chociaż pełen emocji oraz świetnie poprowadzonego duetu Mitchum/Kerr. Odpowiednio zabawny, inteligentny, ale i poruszający, bez popadania w ckliwe, melodramatyczne tony. Tylko trzeba wczytać między słowami.

8/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307


Moby Dick

O tym wielorybie słyszał każdy. Moby Dick, czyli wielki biały wieloryb, któremu wbijano harpuny wiele razy i wydaje się być nie do pokonania. Ale pewien kapitan o imieniu Ahab, dowódca okrętu Pequad, ma z wielorybem rachunki do wyrównania. W całą tą rozgrywkę zostaje wplątana cała załoga okrętu, w tym nowy marynarz Iszmael.

Powieść Hermanna Melville’a była przenoszona wielokrotnie, stanowiąc sporą inspirację dla kinomanów. W 1956 roku postanowił zaryzykować John Huston, lecz żadne studio nie chciało sfinansować mroczny film, bez żeńskiej obsady oraz wątków romansowych. Po trzech latach dano zielone światło od Warner Bros., ale postawiono jeden warunek – kapitana Ahaba miała zagrać znana gwiazda. Ostatecznie wybrano do tej roli Gregory’ego Pecka i ruszyły zdjęcia, które trwały kilka miesięcy. I jaki jest efekt? Ku mojemu zaskoczeniu satysfakcjonujący.

moby_dick1

Fabuła mocno trzyma się pierwowzoru i jest takim surowym kinem przygodowym, gdzie akcja nie jest tutaj najważniejsza. Reżyser skupia się na pokazaniu życia na okręcie, w otwartym morzu. Zabijanie wielorybów staje się czymś w rodzaju powołania, zadania wyznaczonego przez samego Boga, a kapitan jest tutaj panem i władcą. Jego słowo ma wymiar ostateczny i nieodwołalny, jakby pochodziło od Najwyższego. Stąd wiele jest tutaj scen symbolicznych jak ślubowanie harpunników czy wręczanie trunku od kapitana do całej załogi, pokazujących jaką więź ma mieć kapitan ze swoją załogą. Ale całość jest pełna niepokoju, który nasila się z coraz większym szaleństwem Ahaba, żadnego zemsty za stratę nogi. I nikt nie jest w stanie go powstrzymać, zaś każdy znak widzi jako szansę na dorwanie Moby Dicka, nawet kosztem wielkiego połowu.

moby_dick2

Niby nie dzieje się zbyt wiele, ale duże przywiązanie do detali (scena ataków na wieloryby) ma charakter wręcz pietyzmu. Sam okręt też wygląda imponująco, tak samo jak wręcz malarskie zdjęcia. Morze wygląda tutaj naprawdę groźnie, a poczucie majestatu buduje też odpowiednio stonowana muzyka. Scenografia i kostiumy też przekonująco odtwarzają XIX-wiecznie nadmorskie miasteczko, choć nie przebywamy w nim na długo. Wszystko zmierza może i do dość brutalnego finału, jednak potrafi wiele razy utrzymać w napięciu oraz zainteresowaniu, zachowując fatalistyczną aurę.

Muszę przyznać, że mimo lat aktorstwo nadal trzyma wysoki poziom. Najbardziej zaskakuje tutaj Peck grając bardzo mroczną postać, dla którego motywacja jest od samego początku jasna: zabicie Moby Dicka oraz wyrównanie rachunków. Posępne spojrzenie, bardzo niski głos oraz władcza sylwetka – aktor tworzy bardzo wyrazistą postać, bez popadania w karykaturę, o co byłoby bardzo łatwo. Drugi plan pozornie może wydawać się zlepkiem bezbarwnych postaci, lecz to tylko złudzenie. Bo każdy członek załogi ma swoje przysłowiowe pięć minut: harpunnik Queequag, zachowujący rozsądek I oficer Starbuck, cieśla okrętowy czy rozbrykany Pip.

„Moby Dick” wydaje się być mnie znanym i (na razie) najbardziej niedocenionym filmem w dorobku Hustona. Reżyser zmierzył się z ambitną literaturą i choć całość ma troszkę postojów, to jednak świetne dialogi, filozoficzna otoczka oraz mocne aktorstwo powodują, że film zostaje długo w pamięci. Czyli da się z wielkie literatury zrobić kino zahaczające o wielkość?

8/10

Radosław Ostrowski


Afrykańska królowa

Rok 1914, gdzieś w środkowej części Afryki. Tytułowa Afrykańska Królowa to bardzo skromna i zużyta łajba, którą przepływa niejaki Charlie Allnut – kanadyjski marynarz, pracujący w pobliskiej kopalni. A jedną z jego prac jest też dostarczania wiadomości brytyjskiemu misjonarzowi oraz jego siostrze. Wkrótce jednak wybucha I wojna światowa, a misja zostaje zlikwidowana i duchowny umiera. Charlie decyduje się wziąć kobietę na swój statek i wyruszyć dalej.

afrykanska_krolowa2

To jeden z głośniejszych filmów w dorobku Johna Hustona, który tym razem postanowił zrobić kino przygodowe, oparte niemal na dwóch postaciach oraz jednej podniszczonej łajbie. Podobno wszystko było niemal robione w studio, ale jakoś tego nie widać. Tak naprawdę do gatunkowa hybryda, niepozbawiona wątku (melo)dramatycznego, odrobiny humoru oraz akcji. Same krajobrazy dość delikatnie wykorzystane w tle, nadal wyglądają imponująco, tak samo jak bardzo oszczędna scenografia. Wydaje się by filmem zahaczającym o survival (komary, pijawki), ale dla mnie problemem był kompletny brak poczucia zagrożenia. Nie oznacza to, że nie brakuje przeszkód do pokonania: przepływanie przez rwące prądy, zwierzęta czy przepłynięcie przez fort z niemieckimi żołnierzami. Ale to wszystko przychodzi dość gładko, bez problemów nie do rozwiązania, dzięki pomysłowości oraz odrobinie sprytu, co pokazuje troszkę zwariowany finał.

afrykanska_krolowa1

Tak naprawdę jednak na pierwszy plan wybija się relacja między szorstkim Allnutem (wycofany Humphrey Bogart), a twardą i charakterną panną Rose (czarująca Katherine Hepburn). Początkowo wydają się postaciami z kompletnie różnych światów, ale okoliczności przyrody zmuszają na znalezienia wspólnego języka. Powoli zaczynają pękać lody, zaś złośliwości ustępują miejsca czemuś znacznie głębszemu i poważniejszemu. Może dla wielu ta relacja może wydawać się dość uproszczona i sentymentalna, jednak grający główne role Bogart oraz Hepburn wyciskają ze swoich postaci wszystko. I to chemia między nimi jest prawdziwym paliwem napędowym tego tytułu.

afrykanska_krolowa3

Huston tym filmem troszkę wpuszcza w maliny. Osoby oczekujące kina stricte przygodowego, mogą poczuć się rozczarowani, bo tak naprawdę na pierwszym plan wybija się wątek melodramatyczny. Widać mocno wiek „Afrykańskiej królowej”, ale ma to wszystko swój staroświecki urok i pozwala przyjemnie spędzić czas. Tylko i aż tyle.

7/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307


Asfaltowa dżungla

Ile w swoim życiu oglądaliście filmów z gatunku heist movie? Filmy te mają dość prostą konstrukcję – zawsze jest jakiś facet z planem dużego skoku, trzeba zebrać ekipę ludzi, zapłacić im za robótkę i spieniężyć łup. Jednym z pierwszych filmów, który stworzył fundamenty tego gatunku była nakręcona w 1950 roku „Asfaltowa dżungla” Johna Hustona.

Człowiekiem z planem jest wychodzący z więzienia „Doc” Riefenschneider, który wymyślił skok jeszcze przed odsiadką. Cel jest prosty: jubiler oraz masa cennych kamieni, wartych ponad pół miliona dolców. Do roboty trzeba zorganizować jeszcze trzech ludzi: kasiarza, kierowcę i osiłka (na wszelki wypadek) oraz sfinansować całą akcję (wypłata, sprzęt itp.) Doc przychodzi do bardzo znanego adwokata z powiązaniami półświatka, Alonzo Emmericha. Ten widzi w akcji szansę na odkucie się i planuje grę na dwa fronty.

asfaltowa_dzungla2

Reżyser pozornie realizuje film, według elementów wykorzystywanych później w tym gatunku: opracowanie planu, którego treści nie poznajemy w całości, zebranie ekipy, egzekwowanie opracowanej drogi oraz ucieczka przed policją i próba spieniężenia łupu. O dziwo jednak sama fabuła toczy się dość spokojnym torem, dając szansę na bliższe poznanie bohaterów wplątanych w intrygę. Ale kiedy już wskoczymy i bliżej poznamy bohaterów, by im kibicować, wszystko zaczyna nabierać tempa. Do tego jeszcze mamy kilka wolt, nieczystych zagrań, pokazując dużą siłę lojalności, wręcz przyjaźni.

asfaltowa_dzungla1

Czuć noirowy klimat, gdzie miasto – przegniłe, skorumpowane (policja ma tutaj dwie twarze: będącego na „liście płac” Dietricha oraz komisarza) przypomina dżunglę, gdzie dominuje prawo silnego, sprytnego, bezwzględnego. Jedynie osoby wyjęte spod prawa wydają się w miarę uczciwymi bohaterami, co zaskakuje. Nie brakuje tutaj zarówno świetnych dialogów, wyrazistych postaci oraz pomysłowo zainscenizowaną scenę napadu. Sama ta sekwencja jest nie tylko bardzo dobrze zmontowana, ale też pozbawiona warstwy muzycznej, co tylko podkręca suspens. Mimo lat to niemal czyste złoto realizacyjne, sprawiające wielką frajdę. Co ciekawa, nadal film potrafi trzymać w napięciu, mimo że podejrzewałem przebieg wydarzeń (bo idealny plan nigdy nie jest idealny). Niestety, film trafił na okres, gdzie postacie negatywne nie mogą wygrać i za swoje czyny muszą zapłacić odsiadką albo śmiercią. Nie inaczej jest tutaj, co dla wielu może być barierą nie do przeskoczenia. Tak samo lekko moralizatorskie ostatnie słowa komisarza policji podczas konferencji prasowej mogą wywołać zgrzyt. Ale to na szczęście nie osłabia zbyt mocny siły tego tytułu.

asfaltowa_dzungla3

Także aktorstwo dzisiaj prezentuje naprawdę dobry poziom. Absolutnie tutaj błyszczy Sam Jaffe w roli Doca, który jest mieszanką eleganckiego stylu z bardzo błyskotliwym umysłem o aparycji staruszka. Wydaje się niepozorny, jednak samą obecnością zwyczajnie magnetyzuje. Równie swoje robi też zbudowany na zasadzie kontrastu postać Emmericha (Louis Calhern). Też wydaje się być eleganckim dżentelmenem, jednak prowadzącym bardzo bogaty styl życia (chora żona, młoda kochanka), co doprowadza do ruiny. Stąd próba działania na dwa fronty. Jeszcze mamy mocne role Sterlinga Haydena (dość szorstki Dix Handley), Jamesa Whitmore’a (garbaty barman Gus) czy Marca Lawrence’a (rozgadany Cobby), dodającymi ciekawego tła. Warto też wspomnieć o debiucie Marilyn Monroe (kochanka Emmericha), choć w zasadzie poza jedną sceną, nie ma tutaj zbyt wiele do roboty.

Mimo lekko rozczarowującego zakończenia, „Asfaltowa dżungla” pozostaje bardzo pociągającym (i chyba pierwszym) filmem z gatunku heist movie. Każde kolejne dzieło bardziej lub mniej wykorzystuje pewne elementy z tego dzieła. Nadal potrafi trzymać w napięciu, nie brakuje soczystych dialogów, zaś w relacje między postaciami są pokazane bez fałszu. Trochę przeszkadza też manichejskie poczucie sprawiedliwości, z dzisiejszej perspektywy już archaiczne. Niemniej potrafi dostarczyć świetnej rozrywki.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307


Key Largo

Frank McCourt wydaje się być zwykłym, szarym człowiekiem, który przyjechał do tytułowego Key Largo na Florydzie. Tam znajduje się hotel, gdzie pracuje rodzina jednego z jego podwładnych podczas wojny, który już nie wrócił do domu.  Na miejscu sytuacja jest dość dziwaczna – hotel wydaje się być zamknięty, ale w środku przebywa kilku gości, dodatkowo noszą spluwy i w ogóle są dość nieprzyjemni. Okazuje się, że szefem tej zgrai jest wygnany z kraju gangster – Johnny Rocco. Jakby tego było mało komplikacji, do miasta zbliża się huragan.

key_largo1

John Huston wraca do kina noir, ale tym razem troszkę inaczej rozkłada akcenty. Mamy bohatera z mroczną przeszłością, nieprzyjemnych gangsterów oraz bardzo ograniczoną przestrzeń. Samo to wywołuje pewien niepokój oraz stan zagrożenia, gdzie każde wypowiedziane słowo może stać się zapalnikiem do tragedii. Dialogi są mocne i pokazują zderzenie dwóch światów: siły, pieniądza, wpływów (zła) oraz zasad, uczciwości. Ta konfrontacja tylko pozornie wydaje się łatwa do przewidzenia, ale pewne okoliczności doprowadzają do roszad. Niepewność jest budowana przez reżysera bardzo delikatnymi środkami, głównie za pomocą zbliżeń oraz montażowymi cięciami, co w połączeniu z zamkniętą przestrzenią tworzy niepokojący klimat. Jeśli dodamy do tego jeszcze świetne efekty dźwiękowe (coraz bardziej nasilający się huragan) oraz bardzo powolne odkrywanie kolejny elementów układanki, „Key Largo” będzie w stanie zaangażować nas na dłużej.

key_largo3

Ale jednocześnie pokazuje pewne drobne szczegóły, powoli zmieniające spojrzenie na ten gatunek. Nie ma tutaj dużego miasta czy klasycznej femme fatale, jest za to dość cyniczne spojrzenie na świat. Tutaj – jak w westernie – wygrywa zawsze ten, co ma więcej sprytu, chociaż swoje robi ten w wielu momentach strach, zgotowany przez wojenną przeszłość, poczucie bezradności oraz manipulacje dokonywane przez bezwzględnego gangstera. Swoje robi też delikatnie zarysowane tło, czyli relacja właściciela hotelu z rdzennymi mieszkańcami Ameryki czy postać dawnej kochanki mafioza z wielkim talentem wokalnym, częściej jednak zaglądającej do kieliszka. Być może dla wielu samo zawiązanie intrygi może wydawać się zaplątane, zaś dialogi bywają zbyt ekspozycyjne (na szczęście niezbyt często), jednak nie wywołują one aż tak wielkich zgrzytów, jak by się można było spodziewać.

key_largo2

Poza dialogami, klimatem oraz zgrabnym scenariuszem najbardziej błyszczy tutaj aktorstwo. Huston znów podjął współpracę z Humphreyem Bogartem, który tutaj sprawia wrażenie trochę bardziej zmęczonego oraz mniej twardego niż zwykle. Jego Frank to postać zdecydowanie naznaczona przeszłością, przez co bardziej cyniczna, wręcz obojętna wobec świata (pozornie, bo czyny mówią coś zupełnie innego). To zderzenie potrafi zaskoczyć. Ale absolutnie tutaj błyszczy Edward G. Robinson w roli bezwzględnego gangstera Rocco, który zachowaniem troszkę przypomina Ala Capone z „Nietykalnych” De Plamy. Zapatrzony w siebie pyszałek, który jest bardzo pewny i przekonany o swojej potędze, żyjący troszkę cieniem dawnej sławy. Niemniej magnetyzuje charyzmą, bezwzględnym dążeniem do celu oraz sprytem. Po środku tej gry są świetny Lionel Barrymore (pan Temple), niezawodna oraz czarująca Lauren Bacall (Nora Temple), a także bardzo przygnębiająca postać Gaye Down (nagrodzona Oscarem Claire Trevor), wiarygodnie prezentująca stan uzależnienia alkoholowego.

„Key Largo” może i wygląda teatralnie, ale realizacja jest jak najbardziej filmowa. Sama intryga początkowo może wydawać się dość ospała, jednak z czasem nabiera rozpędu, zaś napięcie Huston potrafi wyegzekwować do samego finału. Trzyma fason, co zaskakuje.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307


Skarb Sierra Madre

Miasteczko Tampico w Meksyku, gdzieś na początku XX wieku. Miejsce, gdzie krąży wielu gringo, próbujących jakoś przetrwać ten okres albo za jakąś drobną robotę lub żebrząc o pieniądze. Kimś takim jest Fred Dobbs – jeden z tych, co szukali w tym kraju szansę od zdobycie fortuny. Nawet udało mu się znaleźć pracę, jednak zleceniodawca okazał się oszustem, co nie płacił za realizację fuchy. Razem z poznanym Curtinem decyduje się na pewien szalony pomysł zarobku – zdobyciu złota znajdującego się w pobliskich górach. Razem z doświadczonym poszukiwaczem, Howardem zawiązują spółkę i wyruszają w drogę.

Opromieniony sukcesem „Sokoła maltańskiego” Huston postanowił zmierzyć się z powieścią niejakiego B. Traversa, będącego mieszanką przygody, dreszczowca, akcji i moralitetu w jednym. Pozornie taka kombinacja może wydawać się dość ciężkostrawna. Jednak film, mimo bardzo wielu lat na karku, trzyma się bardzo mocno ziemi. I co gorsza, nadal ma w sobie energię młodzieniaszka, dziarsko przechodzącego przez szczyty. Bez zmęczenia. Nie wierzycie? Przekonajcie się sami.

sierra_madre1

Sama historia na pierwszy rzut oka wydaje się prosta niczym konstrukcja cepa – czyli wyprawa w celu zdobycia złota. Ile tego złota jest (o ile jest), czy po drodze nie pojawią się konkurenci lub – co gorsze – bandyci, chcący wszystkiego, co tylko da się zabrać. Ale pojawia się jeszcze jeden dylemat, który zmusza naszych bohaterów do jednego pytania: czy mogą sobie nawzajem zaufać? Bo fortuna, czy tego chcemy czy nie, jest bardzo kusząca. I kusić będzie aż do samego końca, mocno nadwyrężając nasza przyjaźń. Nawet ci, co mówią, że taka fortuna nie jest w stanie ich zmienić, będą musieli zweryfikować swoje przekonania. Coraz bardziej zaczyna się pojawiać paranoja (nocne „sprawdzanie osłów”, a tak naprawdę sprawdzenie swoich łupów, przypadkowe znalezienie jednej z kryjówek), atmosfera staje się coraz bardziej nerwowa, zaś kolejne komplikacje tylko podkręcają poczucie niepewności. Człowieczeństwo zostaje wystawione na wielką próbę.

sierra_madre2

Realizacja nadal potrafi zrobić wrażenie (może poza strzelaniną w pociągu, gdzie widać „doklejone” tło), mimo czarno-białej taśmy oraz troszkę nachalnej muzyki. Wszystko sprawia wrażenie bardzo naturalnej, bez kręcenia w studiu czy jakiś pustych dekoracjach. Tu wszystko żyje, oddycha, a podczas strzelanin kurz leci tak mocno, że mocno ogranicza pole widzenia. Same zgony dzieją się niejako poza ekranem, a krwi praktycznie nie widać (wynika to z działającego kodeksu Hayesa), niemniej udaje się zachować mroczny klimat. To nie jest przygoda w stylu Indiany Jonesa, to szorstka, brutalna wyprawa, zmieniająca się w bezwzględną walkę, doprowadzając niemal do szaleństwa, obłędu, zaprzedania się mamonie. Być może to przesłanie bywa dość nachalnie prezentowane w dialogach (głównie wypowiadanych przez Howarda), ale to jedyna poważna wada tego tytułu, który ogląda się znakomicie.

sierra_madre3

Błyszczy tutaj także obsada, ze wskazaniem na trio naszych protagonistów. Absolutnie zaskakuje tutaj Humphrey Bogart w roli Dobbsa. Pozornie wydaje się typowym twardzielem, z mocnymi ripostami oraz twardym kręgosłupem. Ale z czasem widać nie tylko zmęczenie na twarzy oraz fizyczne wyczerpanie wędrówką (ten zarost!!!), lecz także mocno nadszarpniętą moralność, coraz bardziej popadającą w obłęd, paranoję oraz żądzę chciwości. Jakby nowe okoliczności pokazały prawdziwe oblicze, godne potwora. Mocna, niesamowita, magnetyzująca postać, zabrana bezbłędnie. Drugi z obsady, czyli Tim Holt w roli Curtina też jest świetny. Mimo sponiewierania przez los, potrafi trzymać się ustalonych zasad, nie stawiając w pierwszej kolejności na korzyści. Zdecydowanie pozytywna postać. Jednak film kradnie Walter Huston (ojciec reżysera) wcielający się w postaci Howarda, czyli niejako przewodnika oraz mędrca całej wyprawy. Widać na twarzy przebyte doświadczenie, każde słowo brzmi bez cienia fałszu, ale on raczej traktuje wyprawę jako kolejną przygodę niż sposób na dodatkowy zarobek. Z całej trójki ten bohater ma najwięcej dystansu dla całego przedsięwzięcia – absolutnie kapitalna kreacja, słusznie nagrodzona Oscarem.

„Skarb Sierra Madre” pozostaje zaskakująco mroczną balladą o chciwości, mimo dość ograniczonej ilości przemocy. Brutalny, przerażający traktat, ubrany w szaty kina gatunkowego, bez popadania w nadmierny dydaktyzm, tak charakterystyczny dla tego okresu kina. Zaś finał nadal pozostaje bardzo przewrotny, wręcz ironiczny. Ale to się sami przekonacie.

8,5/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307