Central Park – seria 3

Wszystko kiedyś musi się skończyć. Nie sądziłem, że w dwa miesiące połknę tak cudowny serial jak „Central Park” – mieszanka musicalu i komedii z humorem bardziej dla dorosłych. I nadal mamy naszą znajomą paczkę, czyli Owena Tillermana, jego rodzinę, narratora-barda czy demoniczną Bitsy Brandenham oraz mającą chrapkę na jej kasę służącą Helen. Sprawy kupna Central Parku się komplikują po ustąpieniu burmistrza.

A poza tym co w naszej rodzince? Paige dostała zlecenie na napisanie powieści kryminalnej, Molly nadal tworzy komiksy o Pięściarze i przechodzi okres dojrzewania, Owen nadal ma na głowie mnóstwo rzeczy. Cole nadal ma fiksację na punkcie przyrody. Ale do Nowego Jorku przybywa siostra Paige – Abby. Wynajmuje mieszkanie z innymi lokatorami i próbuje spełnić się jako aktorka, próbując też znaleźć pracę. No i ją znajduje… u Bitsy Brandenham jako kelnerka. Nie muszę mówić, ze reszta rodziny bardzo się z tego powodu cieszy. Innymi słowy: dzień jak co dzień w Central Parku.

Odcinków tym razem mamy 13, ale nadal krążą w okolicy 25 minut. Wielowątkowa narracja i przeskoki między postaciami nadal działają. Twórcy cały czas potrafią zaskoczyć, piosenki pojawiają się znikąd i są o wszystkim, nawet o… praniu. (Jeszcze nie przyzwyczailiście się do takich numerów?) I w zasadzie każdy odcinek stanowi osobną opowieść, gdzie twórcy bawią się formą, eksperymentują, zaś do śpiewu może dołączyć każdy w najmniej oczekiwanym momencie. Zabawa dla mnie była przednia. Do tego nie brakuje odniesień do popkultury – sprawa kradzieży bardzo cennej wołowiny przypomina powieść Agathy Christie (albo film „Na noże”)), próba napisania rozdziałów przed deadlinem w obskurnym fotelu może skojarzyć się z „Bartonem Finkiem”, zaś segmenty z Pięściarą to parodia superbohaterszczyzny. A nawet jest odniesienie do… „Czarnego łabędzia”. Przy okazji twórcy dotykają kwestii rasizmu, przywiązania do ważnych postaci dla parku (odcinek poświęcony sprzedawcy hot-dogów i zastąpieniu go w bardzo ważnym dniu), poszukiwaniu pracy, poszukiwaniu członków k-popowego bandu, strajku pracowników Betsy czy… próbie sklonowania psa.

Jak i tak nie zdradzam nawet połowy tego, co w „Central Parku” się dzieje. Nadal wszystko jest kapitalnie zaśpiewane oraz zagrane, a do obsady wróciła Kristen Bell – teraz jako Abby. Ta pozytywnie nastawiona do życia dziewczyna jest przeurocza, znosząc dość cierpliwie ostre słowa Bitsy (Stanley Tucci nadal błyszczy). Ale jej finałowa frustracja i rzucenie pracy w diabły to jeden z najjaśniejszych punktów serialu. Nie ma tu spadku formy, każdy dając od siebie masę pasji, energii i zaangażowania. Nawet w drobnych epizodach jest parę perełek (optymistycznie nastawiony Elwood, naczelny Marvin czy bibliotekarka Karen), które nie pozwalają o sobie zapomnieć.

Jak to była cudna przygoda i kolejna perła w bibliotece Apple Tv+. Prosta kreska ma w sobie masę uroku, różne stylistycznie piosenki brzmią fantastycznie (teksty też niczego sobie), zaś obsada daje z siebie wszystko. Jeśli jeszcze nie widzieliście, zobaczcie koniecznie, bo tak eleganckiej komedii dla dorosłych nigdzie nie znajdziecie. CUDOWNE!!!!

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Central Park – seria 1

Nie ma bardziej ikonicznego miejsca w Nowym Jorku niż Central Park – chyba jeden z największych parków świata. Tu można zrobić masę rzeczy: spacerować, jeździć na rolkach, śpiewać, tańczyć itp. Choć w filmach to miejsce pojawiało się wielokrotnie, nigdy nie stało się samodzielnym bohaterem. Do teraz, kiedy Apple TV+ zrealizowało serial animowany, za który odpowiadali Loren Bouchard („Bob’s Burgers”), Nora Smith oraz Josh Gad. Co mogło z tego powstać?

Bohaterem tego serialu jest Owen (Leslie Odom Jr.), który pełni funkcję nadzorcy tytułowego parku. Mieszka w znajdującym się w Central Parku domu, będącym takim zmodyfikowanym zamkiem z żoną Paige oraz dwójką dzieci: Molly i Cole’m. Wszystko opowiada tutaj śpiewak Birdie (Josh Gad), będącym tutaj narratorem. Owen próbuje dbać o park, chcąc docenienia swojej pracy, Paige jest dziennikarką lokalnej gazety, zaś dzieciaki mają swoje problemy. Cole jest aż zbyt wrażliwy, zaś sarkastyczna Molly piszę własny komiks superbohaterski i… zakochuje się. W chłopaku, co lubi puszczać latawce. Ale nad parkiem zbierają się czarne chmury, a wszystko z powodu cholernie bogatej Bitsy Brandenham (Stanley Tucci). Kobieta chce wykupić Central Park i zbudować na nim osiedle dla elity.

„Central Park” wygląda jak coś w stylu „Simpsonów”, „Family Guya” czy wspomnianego „Bob’s Burgers” i jest mniej wulgarny jeśli chodzi o humor. Co nie znaczy, że nie jest to komedia. Bardziej zadziwiający jest fakt, że serial jest… musicalem. Choć każdy odcinek trwa około 25 minut, mamy co pięć minut piosenkę. W różnych stylach: od godnych Broadwaya po rocka i rap. Napisane z jajem (m.in. o parku, bohaterach czy… rzekomo panoszących się szczurach), bardzo chwytliwe i zapadające jak pierwszy utwór o Central Parku albo rapowany numer pokojówki Bitsy (Daveed Diggs), łasej na jej majątek. Numery pozwalają przerzucić parę gagów w trakcie wykonania oraz na zabawę formą, co tworzy mieszankę wybuchową. Ale serial nie jest tylko serwowaniem śmiechu oraz poprawie naszego samopoczucia, choć to robi znakomicie.

Bo w serialu mamy poruszana dość poważne tematy, nie tylko związane z parkiem czy dbaniem o przyrodę (i jak nadmierne trzymanie się liter prawa może przynieść wiele szkód), ale także kwestii dojrzewania, rodzicielstwa, odpowiedzialności. Przy okazji obrywa się najbogatszym, którzy są mocno oderwani od rzeczywistości, narcystyczni, lecz dzięki swoim wpływom są bardzo niebezpieczni. Każdy odcinek opowiada inną historię, choć głównym spoiwem są próby zdyskredytowania pracowników Central Parku na różne sposoby, m. in. nie przyjmowanie śmieci, wynajęcie graficiarza w celu dokonania aktów wandalizmu czy nasłanie pedantycznej urzędniczki. Choć pierwszy sezon kończy się happy endem, nie można pozbyć się wrażenia, że to dopiero rozgrzewka przed najważniejszym starciem.

Mało wam argumentów za? Do tego jeszcze mamy absolutnie rewelacyjną obsadę głosową, która gra i śpiewa tak, że mucha nie siada. Nie mam kompletnie zastrzeżeń na tym polu, a udało się zebrać cudną ekipę. Fantastyczni są członkowie naszej rodzinki, czyli Leslie Odom Jr. (Owen), Kathryn Hahn (Paige), Kirsten Bell (Molly) oraz Tituss Burgess (Cole). Świetnie się sprawdza także Josh Gad, czyli nasz trubadur Birdie. Narrator, troszkę ironiczny oraz samoświadomy, jest jedyną postacią zwracającą się bezpośrednio do nas, wnosząc wiele humoru także swoim śpiewem. Ale prawdziwą niespodziankę zrobił duet Daveed Diggs/Stanley Tucci, czyli parę naszych antagonistek. Tucci w roli Bitsy jest bardzo sarkastyczna, przebiegła oraz ma o sobie bardzo duże mniemanie, zaś jej służąca Helen (Diggs) jest coraz bardziej zmęczona pracą z Bitsy. I najchętniej położyłaby ręce na jej majątku, który chce przepisać… psu.

Pierwszy sezon „Central Park” okazał się dla mnie równie przyjemną niespodzianką jak „Ted Lasso”. Nie wydawał się na pierwszy rzut oka czymś interesującym, lecz animowany musical dla dorosłych (choć bez prostacko-wulgarnego humoru) z masą absurdalnych sytuacji, fantastycznego aktorstwa oraz cudownych piosenek. Jak już zaczniecie i wchłoniecie ten świat, to już stąd nie będziecie chcieli wyjść. Chyba, że nie lubicie musicali, na co już nie poradzę.

8/10

Radosław Ostrowski

Marshall

Nazwisko Thorgooda Marshalla dla amerykańskiego prawa jest bardzo istotne. Członek organizacji prawniczej walczącej o prawa obywatelskie, reprezentujący czarnoskórych oskarżonych w ważnych procesach, wreszcie w 1967 roku sędzia Sądu Najwyższego USA (pierwszy Afro-Amerykanin). Jednak tak naprawdę skupiamy się na roku 1941 roku, kiedy Marshall był zaangażowanym społecznie adwokatem. Dostaję sprawę w Bridgeport, stan Connecticut, gdzie czarnoskóry mężczyzna zostaje oskarżony o gwałt na białej kobiecie, zaś w sprawie pomaga mu Sam Friedman – specjalista od spraw ubezpieczeniowych.

marshall1

Trend o filmach prezentujących mroczne karty z USA ciągle jest podtrzymywany. Nowy film Reginalda Hudlina wpisuje się w ten nurt, mieszając biografie z dramatem sądowym. Clue całego filmu jest proces sądowy w miejscu oraz czasach, gdy czarnoskórzy byli traktowani jako obywatele „gorszego sortu”. Osobne toalety, osobne miejsca w autobusach, praca służących oraz jawna pogarda i nienawiść. Takich ludzi od razu można oskarżyć, bo „czarni” są zdolni tylko do wszelkiego zła tego świata. Sam reżyser powoli zaczyna serwować kolejne elementy układanki (sprzeczne zeznania, fałszywe zdania), mimo dość przewidywalnego przebiegu. Ale – i to dla mnie największa zaleta – główni bohaterowie dramatu nie są tutaj pokazani według prostego szablonu: biedny, niewinny Murzyn kontra kłamliwa, manipulująca, biała kobieta. Zaczynamy odkrywać kolejne informacje, dochodząc do sedna prawdy. Tylko, czy w tym konserwatywnym stanie jest miejsce na uczciwy, bezstronny wyrok?

marshall2

Hudlin dobrze odtwarza realia epoki i nie chodzi tylko o scenograficzno-kostiumowe detale, ale przede wszystkim mentalność ludzi. Ich nienawiść, wrogość nie tylko do czarnoskórych, ale też do wszelkich innych. Ten, kto nie jest „białym”, nie należy do klubu i kasty, jest niebezpieczny, należy go zastraszyć, pobić, postawić do pionu. To nadal przeraża, a napięcie jest odczuwalne. A w tle przygrywa przyjazna, jazzowa muzyka i jest to bardzo stylowo sfotografowane, bez efekciarskich sztuczek (może poza mową końcową oraz retrospekcjami z dnia zbrodni). Sam przebieg potrafi parę razy zaskoczyć i trzyma do końca.

marshall3

Nie miałoby to jednak swojej siły, gdyby nie świetne aktorstwo. Klasę kolejny raz potwierdza Chadwick Boseman w roli charyzmatycznego prawnika, przekonanego o swoich racjach i nie unikającego otwartej konfrontacji. Chce się go po prostu oglądać. Za to największą niespodziankę sprawił Josh Gad jako mecenas Friedman, który początkowo nie chce się angażować w sprawę, bo to nie jego działka. Z czasem zaczyna się zmieniać w zawodnika ciężkiej ligi, w czym pomaga mu Marshall. Równie wyrazista jest Kate Hudson w roli „ofiary”, pokazując naprawdę duży talent dramatyczny, zaś drugi plan solidnie wspiera Dan Stevens (prokurator), Sterling K. Brown (oskarżony) oraz James Cromwell (sędzia).

Sama historia może nie zaskakuje i bywa przewidywalny, ale „Marshall” potrafi dodać troszkę życia do tego ogranego schematu. Solidne kino z ważkim tematem, unikającym czarno-białego spojrzenia na świat.

7/10 

Radosław Ostrowski

Był sobie pies

Jaki jest pies, każdy widzi. Wiele powstało filmów o tych czworonogach uważanych za najlepszych przyjaciół dwunożnych istot zwanych ludźmi. I poznajemy takiego jednego pieseła, który z każdą śmiercią przechodzi do ciała kolejnego pieska, spotykając po drodze nowych właścicieli.

byl_sobie_pies1

Lasse Hallstrom i pies to połączenie już znane w kinie, co pokazał „Mój przyjaciel Hachiko”. „Był sobie pies” ma wydaje się podobny cel, czyli pokazanie jak silne więzi może stworzyć człowiek z psem. Cały myk polega na tym, że wszystko poznajemy z perspektywy… psa. Psa, który tak jak każda istota, próbuje rozgryźć o co w tym całym życiu tak naprawdę chodzi. Brzmi banalnie? Może i tak, ale reżyser potrafi poruszyć, nawet jeśli historia wydaje się mało zaskakująca. Początek to ucieczka oraz pierwsze wcielenie – rudy retriever nazwany Bailey, spotykający na swojej drodze Ethana, młodego chłopca. I przez większą część filmu twórcy skupiają się na tej relacji: przez dzieciaka aż po okres liceum, by w finale wrócić do tej postaci już jako dorosłego, dojrzałego mężczyzny.

byl_sobie_pies2

Ale jednocześnie Hallstrom nie boi się pokazywać mroku oraz ludzkiej podłości, bo relacja ze zwierzęciem zależy w dużej części od samego człowieka, jego nastawienia, tego jak traktuje oraz czego wymaga. Po drodze będzie zarówno wiele zabawy i frajdy (wyciągnięcie połkniętej monety), ale i znacznie poważniejszych kwestii: rozstań, śmierci, przemijaniu oraz pustki. Choć kolejne wcielenia nie są aż tak rozbudowane, to potrafią poruszyć – czy to relacja z policjantem Carlosem, zakończona dramatycznym pościgiem za porywaczem lub z bardzo samotną Mayą, która dzięki zwierzakowi poznaje… męża. A nasz psiak próbuje nas zrozumieć oraz znaleźć sens życia.

byl_sobie_pies3

Zrealizowane jest to solidnie, bez jakiegoś wielkiego błysku, ale chyba nie o to chodziło. Hallstrom jest szczery, a niektóre refleksje naszego narratora (fantastyczny Josh Gad, w polskiej wersji – Marcin Dorociński) potrafią rozbawić jak z całowaniem (że niby pan naszego psa szukał w niej… pożywienia, a im bardziej się starał, tym bardziej nie znajdował) czy próba nauczenia kota bycia psem. W tle towarzyszy bardzo liryczna muzyka Rachel Portman, zdjęcia też wyglądają ładnie, a i aktorzy grają całkiem nieźle.

byl_sobie_pies4

„Był sobie pies” to proste, wzruszające kino familijne, adresowane do zdecydowanie młodego odbiorcy, który być może będzie chciał mieć swojego czworonoga. Ciepły, refleksyjny, ale w żaden sposób naiwny czy infantylny.

7/10

Radosław Ostrowski