Nice Guys. Równi goście

Jak zrobić dobrą kumpelską komedię? Przepis jest bardzo prosty: trzeba znać dwóch bohaterów różnych jak noc i dzień, by się mogli nawzajem podocinać, dać im wspólną sprawę do rozwiązania, by zostali zmuszeni do połączenia sił, rzucić wieloma błyskotliwymi dialogami i gagami. Jeszcze dodać odpowiednich aktorów, porządnego reżysera, błyskotliwego scenarzysty, by jechać dalej. Ale od czasów „Zabójczej broni” niewiele powstało dobrych filmów w tym gatunku. Jednak w 2016 powrócił największy macher buddy movies, czyli scenarzysta Shane Black w swoim trzecim podejściu reżyserskim.

nice_guys1

Wszystko zaczyna się w Los Angeles roku 1977. W kinach szaleją „Gwiezdne wojny”, Oscara za najlepszy film dostał „Rocky”, ostatni raz zagrał Elvis Presley, zaczyna się rozkręcać era disco. I tutaj przyszło żyć naszym bohaterom. Jackson Healy to taki osiłek, którego się zatrudnia, by spuścił łomot komu trzeba. Holland March z kolei jest prywatnym detektywem, który samotnie wychowuje córkę i jest takim cwaniaczkiem. Co łączy tą parę? Niejaka Amelia, której wszyscy szukają i ktoś chce ją sprzątnąć. Kto i dlaczego?

nice_guys2

Black to spec, jeśli chodzi o komedie z wątkiem kryminalnym. Już na dzień dobry dostajemy wypadek gwiazdy kina porno, widziany przez młodego chłopaka. Jest krwawo i ostro, a to dopiero rozgrzewka. Reżyser czasami zapierdala na złamanie karku, serwując trzymające w napięciu pościgi, bijatyki, strzelaniny. Samo śledztwo i intryga jest równie prosta jak ustawy parlamentarne, coraz bardziej się gmatwa, kluczy, wpuszcza w maliny, by dokonać kilku wolt (w tym jednej bardzo krwawej). I co jest, że wszystko dzieje się na bardzo cienkiej granicy prawdopodobieństwa, a w sprawę są zamieszani politycy, firmy samochodowe, ekolodzy, gangsterzy i wymiar sprawiedliwości? To wszystko nie jest tak mocno istotne, choć zrealizowane pierwszorzędnie. Dlaczego to działa? Są dwie siły napędowe (plus dialogi i miejscami absurdalny, pełen ironii humor).

nice_guys3

Po pierwsze, stylizacja. Blackowi udaje się bardzo przekonująco odtworzyć klimat lat 70. Widać to nie tylko w strojach (takich hawajskich koszul i takich kolorowych garniturów dziś jak na lekarstwo) czy furach, bo to najmocniej, ale w całej warstwie wizualnej. Nie zawodzi scenografia (willa producenta porno), gdzie nawet takie drobne detale jak reklamy w gazecie czy wygląd telefonu. No i obowiązkowej muzyce z Earth, Wind & Fire oraz zespołem America na czele.

nice_guys4

Po drugie, to co w każdej takiej historii musi się sprawdzić, czyli chemia między głównymi bohaterami. Tutaj obsadzono znakomitych, chociaż nie unikających szarżowania Russella Crowe’a i Ryana Goslinga. Pierwszy, chociaż wygląda jak taki misio w hawajskiej koszuli z kurtką, to facet nie bojący się spuścić łomotu. Jednocześnie ma głowę na karku i jest dość inteligentny, wierzący w sprawiedliwość. Ale Gosling jest prawdziwą komediową petardą, opierającą swój humor na slapstickowych gagów (pobudka w wannie w pełnym ubraniu). Jednak to jest bohater złamany przez życie, z dużym ciężarem (zwróćcie uwagę na tatuaż na ręku) i bardzo widać jak zależy mu dziecku (cudowna Angourie Rice), które jest jego oczkiem w głowie. Ten duet rozkręca ten cały film, a docinki i złośliwości między nimi mają prawdziwego kopa. Może brakuje tutaj wyrazistego łotra (Matt Bomer jako Johnny Boy wydaje się troszkę komiksowy), ale nie jest to dużym problemem.

nice_guys5

„Nice Guys” przywraca wiarę w moc kumpelskiego kryminału, gdzie wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Konwencja gra, przemoc i humor idą ze sobą ręka w rękę, a chemia między bohaterami jest wręcz zabójcza. Czy powstanie sequel? Czas pokaże, bo duet Crowe/Gosling zasługuje, by nie być tylko jednorazowym wyskokiem.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Legendy ringu

30 lat temu Stany Zjednoczone mocno obserwowały rywalizację dwóch piekielnie zdolnych pięściarzy – Henry’ego „Razora” Sharpa i Billy’ego „The Kida” McDonnena. Obaj stoczyli ze sobą dwie walki – jedna wygrał Sharp, drugą Kid. I wtedy ten pierwszy ogłosił zakończenie kariery. Jednak syn legendarnego promotora, Dante Slade Jr decyduje się ustawić walkę miedzy obydwoma panami po 30 latach. Pytanie czy to ma sens?

legendy1

Sam pomysł na ten film jest mocno naciągany, a nazwisko reżysera (Peter Segal) nie zapowiadało niczego dobrego. Efekt okazał się jednak całkiem przyzwoity. Równie dobrze mogłoby się to nazywać „Rocky 7”, bo jest parę analogii do serii o Włoskim Ogierze. Przede wszystkim jest to jednak komedia o dwóch emerytach, którzy próbują wrócić na ring, by wyjaśnić stary spór – który z nich jest lepszy? Pozornie wydaje się to błahe i niepoważne, ale motywy tych postaci (nie tylko „ostatnia walka”, ale też szansa na poukładania swoich osobistych spraw – pogmatwanych jak wszystko zresztą) pozostają całkiem poważne, choć pokazane za pomocą narzędzia bardzo popularnego wśród reżyserów – łopaty (widać to zwłaszcza w końcówce, która jest odrobinkę przesłodzona). Żarty są całkiem niezłe (miejscami balansujące na granicy smaku, ale nigdy nie przekraczające tej granicy), pełne odrobiny złośliwości, zaś otoczka obyczajowa związana z byłą żoną Sharpa oraz dawno nie widzianym synem McDonnena zgrabnie się łączą z resztą. Dodajmy do tego naprawdę dobrą muzykę, niezłe sceny treningów i mamy całkiem solidną rozrywkę przez niecałe dwie godziny.

legendy2

Także od strony aktorskiej mamy całkiem niezła frajdę. Ale czy może być inaczej, jeśli między sobą mamy Sylvestra Stallone’a i Roberta De Niro? Obaj panowie grają z pewnym przymrużeniem oka, a nawet sporą dawką autoironii (zwłaszcza Sly, gdzie chce walnąć kawał wiszącego mięcha – coś wam to mówi?). Za to na drugim błyszczy niezawodny Alan Arkin. Jego Lightning to zgryźliwy, niedosłyszący dziadek, który staje się trenerem Razora, stosując dość niekonwencjonalne metody (serwowanie ciosów na basenie pod wodą czy użycie… końskiego moczu na ręce), w dodatku to stary erotoman. Dorównuje mu Kevin Hart jako patrzący tylko na szmal promotor Dante Slade. Tyle jeśli chodzi o humor. Za warstwę dramatyczną odpowiadają dawno nie widziana Kim Basinger (wypada nieźle jako Sally Rose) i znany z „Walking Dead” Jon Bernthal (BJ, syn Kida).

legendy3

Zapowiadała się porażka, ale nie było tak tragicznie. Panowie dali radę, nawet żarty nie były tragiczne. Co tym razem zrobi Sly? Może jeszcze nas czymś zaskoczyć.

6/10

Radosław Ostrowski

Ludzie, których znam

Eli Wurman jest specjalistą od PR-u, który swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą. Teraz jest starym, zmęczonym facetem nadużywającym alkoholu i lekarstw. Jego stały klient aktor Cary Launer prosi go o przysługę: zaprowadzenie jego kochanki do hotelu i potem na lotnisku. Przez to zostaje wplątany w morderstwo.

ludzie1

Film niejakiego Daniela Algranta to mieszanka dramatu obyczajowego z thrillerem. Samo to połączenie wydaje się dość karkołomne, jednak całość wyszła dość intrygująca. Opowieść o sile mediów i PR-u, od którego zależą losy wielu, bo bez „gwiazd i sław” nic nie można dzisiaj załatwić jest prowadzona w dość spokojny, wręcz ospały sposób. Tempo jest bardzo powolne, intryga jest dość jasna i klarowna, choć w połowie następuje przyśpieszenie, zaś parę wątków (polityczny, kryminalny, miłosny) wydaje się pourywanych. Niemniej jest to dobra historia, z dość zaskakującym finałem, gorzką refleksją i obnażeniem hipokryzji świata pozbawionego ideałów, gdzie inni ludzie decydują o naszym losie. Niby nic zaskakującego, ale dobrze się ogląda m.in. dzięki intrygującym zdjęciom i jazzowej muzyce.

ludzie_znam

Siła napędową jest zdecydowanie Al Pacino, który wcielił się w typ postaci, który ostatnio przylgnął do jego wizerunku – zmęczonego, skażonego złem człowieka. Jest to słaby, uzależniony od nałogów (leki, alkohol) facet wplątany w sytuację, która go zmusza do refleksji – jak się zachować? Poza Alem warto tez zwrócić na Kim Basinger (szwagierka Victoria, która chce z nim związać życie) oraz Teę Leoni (Jilli Hooper).

Dobre i sprawnie zrobione kino z magnetyzującym Alem P., który wielkim aktorem jest i basta.

7/10

Radosław Ostowski