Street Fighter. Uliczny wojownik

Filmowe adaptacje gier komputerowych nie należą do łatwych zadań i – w najlepszym wypadku – są oceniane jako niezłe. Chyba, że mówimy o serialowych adaptacjach. Są pewne wyjątki jak animowany „Super Mario Bros. Movie”, ale jest ich bardzo mało. Czy do tego wąskiego grona dołączy najnowsza adaptacja „Street Fightera”?

Nie jest to pierwsze podejście do tej serii bijatyk od japońskiego studia Capcom, jednak nie należały one do zbyt udanych. Film z 1994 roku z Jean-Claudem van Damme’m miał skróconą pre-produkcję, a gwiazdor był w toksycznej relacji z kokainą, zaś „Legenda Chun-Li” od Andrzeja Bartkowiaka… im mniej o niej, tym lepiej. Teraz pojawia się nowa inkarnacja „Ulicznego wojownika”, przy której palce maczał reżyser współpracujący z kontrowersyjnym komikiem Erikiem Andre. Sam nie miałem styczności z serią, która jednoznacznie kojarzy się z konsolami, nie będącymi (przynajmniej w peaku cyklu) zbyt popularnymi w kraju zdominowanym przez PC-ty. Więc nie powiem wam jak blisko się trzyma gier nowy film.

Sama historia skupia się na dwóch „braciach” – Ryu (Andrew Koji) oraz Kena (Noeh Centineo). Obaj byli uczniami mistrza Goukena (Don Lee), będącego takim odpowiednikiem mistrza Yody, co dbał o to, by nie przeszli obaj na ciemną stronę (Hado). Bo wtedy pojawi się demoniczna bestia zwana Akumą, której moc jest niepowstrzymana, a została obudzona podczas Wielkiego Turnieju w 1987. Od tamtej pory drogi obydwu wojowników się rozeszły – Ken stał się celebrytą, zaś Ryu zniknął z życia. Po sześciu latach dyktator M. Bison (David Dastmalchian) organizuje drugi turniej w swojej ojczyźnie i obaj panowie stają do walki. Jednak jest to tylko zasłona dymna.

Nowy „Street Fighter” to pomieszanie z poplątaniem, zarówno pod względem tonalnym, jak i gatunkowym. Z jednej strony jest mamy w centrum turniej, gdzie walczy ze sobą zbieranina ekscentrycznych i nieprzeciętnych osobowości jak bokser Balrog (raper 50 Cent), giętki i gibki mistrz Dhalsim (Vidyut Jammwal), przypakowany Zangief (Olivier Richters) czy posiadający dziwaczną fryzurę żołdak Guile (Cody Rhodes). Z drugiej jednak największe skupienie jest na Ryu oraz Kenie – pierwszy to siła spokoju, skrywająca mrok a drugi to wątpiący w swojej umiejętności facet z parciem na szkło. A jeszcze w tle mamy żądnego władzy i mocy Bisona, ustawiającego całą rozgrywkę. Dzieje się sporo, wszystko polane mocno absurdalnym sosem oraz klimatem lat 90., z dialogami mieszającymi poważne i „głębokie” refleksje znanego z filmów boksersko-sportowych oraz żartami. Najbardziej jednak wybijają się retrospekcje, pełniące funkcję ekspozycyjnego worka i zrobione w formie… anime, niemal żywcem zrobionego z lat 80 i 90. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie same walki, które są absolutnie szalone oraz naginające prawa fizyki. Efekciarskie to jest jak diabli, wściekle zmontowane, slow-motion, wystrzeliwane kule mocy (Hadouken) i inne cuda wianki.

Aczkolwiek mam dwa poważniejsze zarzuty. Po pierwsze, humor jest nierówny i obok perełek (pierwsze spotkanie Kena i Ryu w hotelowym pokoju, zakończone pokraczną bójka) są momenty żenady (niemal wszystko z udziałem Erica Andre jako prezentera wiadomości, który zostaje sędzią i ma fetysz na punkcie stóp). A także czasem bywa zbyt poważnie, co jest kwestią stylu. Po drugie, zakończenie, a tak naprawdę jego brak. Bo całość urywa się w najciekawszym momencie, nęcąc i licząc na sequel. Czy powstanie? Ciężko mi powiedzieć.

Sama obsada to pokręcona i dziwaczna mieszanka komików, zawodowych wrestlerów i fighterów oraz aktorów charakterystycznych. Najbardziej wybijają się fantastyczni Noah Centineo oraz Andrew Koji, czyli będący sercem Ken i Ryu. Pierwszy jest bardzo niepewnym siebie zawodnikiem z wielkim ego, jeszcze większym parciem na szkło oraz potrzebą udowodnienia swojej wartości; drugi jest wyciszonym, przesiąkniętym mrokiem człowiekiem z tajemnicą. Obaj się świetnie uzupełniają, tworząc jeden z ciekawszych duetów. Warto też wyróżnić absolutnie świetną Caillanę Lang (Chun-Li) oraz nietypowo obsadzonego Davida Dastmalchiana (dyktator M. Bison – mniej przerysowany i karykaturalny, za to odpowiednio budzący grozę), a także wyrazistego epizodu Jasona Momoę (zielonkawa bestia Blanka). Widać, że tu wszyscy mieli masę frajdę i nie ma tutaj w zasadzie słabego czy nietrafionego występu.

Nie sądziłem, że to powiem, ale nowy „Street Fighter” jest o wiele lepszą egranizacją niż dwie ostatnie części „Mortal Kombat” razem wzięte. Nie wszystkim spodoba się ta mieszanka powagi, zgrywy i kompletnie przegiętego mordobicia, jednak potrzebowałem takiego miksu. Jestem pewny, że za kilka to będzie film o statusie kultowym.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Katastrofa w duecie

Podobno jeszcze są ludzie, którym nie znudziło się oglądanie Ryana Reynoldsa. Znany najbardziej z roli Deadpoola aktor w zasadzie gra dość podobnego gościa – uprzejmego i miłego, który pakuje się w kompletnie przerastającą go sytuację. Nie inaczej jest w przypadku nowego filmu platformy Apple Tv+, osadzonego w realiach zimnej wojny. A dokładniej do roku 1987 roku.

W „Mayday” Reynolds gra porucznika Troya „Assassin” Kelly’ego – pilota marynarki, który jest cholernie uzdolniony i lekko egotyczny. Ale jest też cholernie uzdolniony niczym Maverick z znanego „Top Gun”. I to właśnie Kelly zostaje przydzielony do udziału w locie szpiegowskim na terenie Sowietów. Robota była prosta: przelecieć nad celem, zrobić zdjęcia i wrócić. Niemniej samolot zostaje namierzony i zestrzelony, a porucznikowi udaje się katapultować. Problem w tym, że do granicy jest kilka tysięcy kilometrów, znajomość języka rosyjskiego nie należy do zbyt wysokich, a żeby było jeszcze gorzej mocno obrywa w nogę. Wtedy z pomocą przychodzi Nikolaj (Kenneth Branagh ze sporą brodą), który mieszka w chatce pośrodku lasu, jest zafascynowany Ameryką i próbuje zaprzyjaźnić się z Amerykaninem. Fajny facet, poza faktem, że to… agent KGB, choć tak naprawdę to nie.

Duet reżyserski John Francis Daley/Jonathan Goldstein na komedii się zna, co pokazali już w „Wieczorze gier” oraz przygodowym „Dungeons & Dragons: Złodziejski honor”. Ich najnowsze dzieło jest klasyczną kumpelską komedią, gdzie dwóch niedopasowanych bohaterów musi współpracować w realizacji celu. Tutaj mamy amerykańskiego pilota na obcej ziemi oraz ekscentrycznego, zafascynowanego Ameryką (oraz piracką wersją klasyka Tony’ego Scotta) Nikolaja. Nie brakuje tu zderzeń charakterów, coraz bardziej podkręconej akcji z kreatywną pracą kamery (od bójki w barze – a jakże – przez ucieczkę w pociągu po absurdalną jazdę kradzionym… wozem z pociskiem nuklearnym) i zwiedzania dawnego komunistycznego kraju.

Wrażenie tutaj robi przede wszystkim scenografia i rekwizyty, pozwalające wejść w późny komunizm. Zarówno samochody, telewizory, blokowiska jak też stare domostwa na wsi wyglądają bardzo przekonująco (co ciekawe, film kręcono na Węgrzech). W tle grają hity z epoki (ze szczególnym wskazaniem na Bruce’a Springsteena – choć brakuje czegoś z kraju rad) oraz nieinwazyjna muzyka elektroniczna, a humor zwyczajnie działa. Ale przy okazji twórcy serwują zderzenie dwóch mentalności (zniewolonego i zmuszonego do kłamstwa komunizmu oraz pozornie wolnego, choć pazernego kapitalizmu) zmuszające do weryfikacji swoich poglądów i przekonań.

A wszystko działa dzięki paru niespodziankom obsadowym. Reynolds jak to Reynolds – sympatyczny, trochę cwany, choć kompletnie nieodnajdujący się w obcym otoczeniu. Zaskoczeniem okazał się dla mnie Branagh. I to nie dlatego, że płynnie gawarit pa ruski czy wygląda jak metrosekskualny dwarl, ale właśnie on robi tu za herosa kina akcji. Większość walk tutaj robi Brytyjczyk i – ku mojemu zaskoczeniu – wypada o wiele lepiej niż się spodziewałem. A ta dynamika jest prawdziwym paliwem tego filmu. Za to drugi plan kradnie intensywny i wręcz diaboliczny Marcin Dorociński w roli tropiącego naszą parę agenta KBG Wołkowa, będący prawdziwym (prze)koksem oraz zagrożeniem. Na pewno nasz ulubieniec spędza więcej czasu niż w przedostatnim „Mission Impossible”, nawet jeśli jest tutaj jako złol.

Troszkę szkoda, że „Katastrofa w duecie” trafiła na streaming, bo wygląda jak coś idealnego na wypad do kina. Odpowiednio lekki i widowiskowy, z masą akcji i humoru, nawet jeśli bywa czasem przerysowany. Czysty fun i czasem więcej nie trzeba.

7/10

Radosław Ostrowski

Nowokaina

Chyba żaden film akcji w ostatnich latach nie miał takiego wpływu na gatunek jak „John Wick”. Można stwierdzić to także po ilości (lepszych lub gorszych) naśladowców – od wersji kobiecej („Atomic Blonde”) przez drugowojenną („Sisu”) aż po okraszone humorem („Nikt”). Teraz pojawił się jeszcze bardziej komediowa „Nowokaina”. Z prostym konceptem, który chyba nie do końca został wykorzystany.

Tytułowy „Nowokaina” to ksywa Nathana Caine’a (Jack Quaid) – pozornie 30-letniego faceta, który pracuje w banku w San Diego. I to nie jako szary pracownik, lecz zastępca kierownika. Lubi grać w gry, jest strasznie nieśmiały oraz ma paskudne choróbsko. Otóż Nate kompletnie nie czuje bólu fizycznego, co może brzmieć jak supermoc. Ale nie oznacza to, że nie może się wykrwawić, połamać i nawet stracić kończyny, nie mając o tym pojęcia. Jednak jego życie w kokonie się zmienia, kiedy w końcu umawia się z dziewczyną swoich marzeń – Sherry (Amber Midthunter). I może coś by z tego wyszło, gdyby nie… napad na bank. Nawet nie chodzi o to, że skradziono kasę i zastrzelono kierownika, ale porwano Sherry. I nasz „Nowokaina” postanawia na własną rękę odbić dziewczynę.

I już tutaj widać dokąd zmierza to wszystko. Duet reżyserski Dan Berk/Robert Olsen tworzy niby „Johna Wicka”, ale będącego kompletnie przypadkowym herosem. Skoro może znieść wiele w trybie pierdoła/superman (bicie, pchnięcia, postrzał, kłucia, nawet poparzenie), robiącego rzeczy wbrew sobie. I mającego więcej szczęścia niż przeciętny Kowalski, co postanowił zgrywać twardziela. Problem jednak w tym, że po mocnym uderzeniu oraz dobrze zrobionej pierwszej konfrontacji w kuchni restauracyjnej zaczyna brakować energii. Całość staje się przewidywalna (włącznie z kwestią złodziei/porywaczy), z krótkimi przebłyskami geniuszu (dom jednego ze złoli pełen pułapek), ale nie zapada za mocno w pamięć. Nawet humor też nie do końca trafia, co widać w przypadku duetu policjantów.

Sytuację częściowo ratuje uroczy i rozbrajający Jack Quaid w roli tytułowej, dając sporo frajdy. Same jego reakcje na absurdalne sytuacje, gdzie dokonuje bardzo brutalnych eliminacji, dostając solidny łomot to małe złoto. Może czasem przypomina Hughiego z „The Boys” (szczególnie na lunchu), jednak z czasem to zmienia się w coś własnego. Drugi plan nie ma tu zbyt wyrazistych postaci, choć nikt nie gra tu źle (najbardziej wybija się Amber Midthunder w roli „dziewczyny” oraz w drobnym epizodzie Jacob Balaton jako kumpel growy).

„Nowokaina” przypomina granie w grę z wpisanym kodem na nieśmiertelność. Niby daje to frajdę z grania, ale nie czuć kompletnie stawki i po pewnym czasie przestaje angażować. Był tu potencjał na fajne, lekkie kino rozrywkowe, lecz nie do końca to zagrało.

6/10

Radosław Ostrowski

Różowy cadillac

Clint Eastwood zawsze kojarzył się z postacią małomównego, szorstkiego twardziela, co wychodzi z każdej opresji cało. Nie oznacza to, że nie próbował co jakiś czas zagrać w czymś lżejszym i mniej poważnym, jednak o tych filmach się nie mówi. Jedną z takich prób bardziej komediowego wcielenia Clinta był „Różowy cadillac” z 1989 roku.

Eastwood gra w nim Toma Nowaka, łowcę głów pracującego dla poręczyciela. Innymi słowy, jeśli poręczyciel wypłacił kaucję za Ciebie, a ty postanowiłeś zwiać, to Nowak cię znajdzie i postawi przed władzami. Teraz jednak trafia mu się naprawdę trudna sprawa. Otóż jego celem jest Lou Ann McGuinn (Bernadette Peters), oskarżona o posiadanie fałszywych pieniędzy. Wpłacono za nią poręczenie, a ta uciekła różowym cadillakiem swojego męża (Timothy Carhart) razem ze swoją kilkumiesięczną córką. Facet próbował robić różne interesy, lecz to zawsze kończyło się zawodem. Teraz dołączył do grupy neonazistów pod wodzą Alexa (Michael Des Barres) i też chcą ją dopaść. Dlaczego? Ponieważ w skradzionym wozie znajduje się nieco ponad ćwierć miliona dolarów, za które mieli kupić broń.

Tym razem za kamerą stanął Buddy Van Horn, który przez prawie 50 lat był kaskaderem Eastwooda i pracował także jako drugi reżyser. „Różowy cadillac” to trzeci i ostatni wspólny film reżysera z Eastwoodem, co chyba tłumaczy moje rozczarowanie. Film chce być thrillerem, a jednocześnie próbuje grać w bardziej komediowym tonie. Efekt jest mocno schizofreniczny. Przez humor ciężko traktować ten film poważnie, przez co kompletnie nie trzyma w napięciu. Jasne, przebieranki Eastwooda potrafią rozbawić (podszywanie się pod prezentera radiowego – świetne), jednak w momencie trafienia na Lou Ann robi się dziwnie. Twórcy próbowali zrobić z tej relacji skręt ku kinu kumpelskiemu, jednak ta dynamika dla mnie kompletnie nie działała. Humor i cięte (w teorii) dialogi wydawały się bardzo wymuszone, za to sceny akcji są zadziwiająco pozbawione pazura.

Za to antagoniści to albo przerysowani psychopaci (lider Alex czy Waycross), albo kompletni idioci. Niby miało to pokazać zróżnicowanie grupy, lecz dla mnie to kompletnie nie czułem zagrożenia. Bardziej wydawali się pewną przeszkodą. Jeszcze bardziej rozczarowuje finałowa konfrontacja w obozie. Niby jest tu pościg i strzelanina, lecz kompletnie nie czuć tu napięcia. A całość pozornie wydaje się happy endem, bo udaje się naszej parze uciec. Jednak samo zagrożenie nie zostało zneutralizowane, przez co finał jeszcze bardziej wydaje się sztuczny i niesatysfakcjonujący.

Nawet najbardziej zatwardziali fani Clinta Eastwooda mogą poczuć się rozczarowani „Różowym cadillakiem”. Rozkrok między komedią a sensacją jest tak mocny, że nie działa w żadnej z tych konwencji. Zbyt niepoważny, zbyt głupi, pozbawiony jakiegokolwiek napięcia. Nawet charyzma starego Clinta zwyczajnie nie wystarcza, by chcieć pojechać tym cadillakiem gdziekolwiek.

4/10

Radosław Ostrowski

Naga broń

„Naga broń” to najgłupsza komedia jaką widziałem w tym roku. I to jest jedna z jego zalet, pokazująca żywotność filmowych parodii oraz humoru mocno opartego na absurdzie, slapsticku, a także totalnego szaleństwa.

Bohaterem tej części (w połowie reboot, w połowie legacy sequel, w połowie remake) jest Frank Drebin Jr. (Liam Neeson), który – tak jak jego ojciec – jest członkiem Wydziału Specjalnego, elitarnej jednostki policji. Po ojcu odziedziczył skłonność do noirowej narracji, nieprzeciętną (delikatnie mówiąc) inteligencję, która nie przeszkadza mu w rozwiązywaniu spraw oraz spore szczęście. Przy okazji sieje też spory chaos i zamieszanie, co niespecjalnie podoba się pani burmistrz (CCH Pounder). Właśnie dostaje do wyjaśnienia sprawę wypadku pewnego pracownika firmy skupiającej się na produkcji elektrycznych samochodów. Wygląda to na… samobójstwo, choć ktoś uważa zupełnie inaczej. Mianowicie jego siostra Beth Davenport (Pamela Anderson), pisarka true crime („oparte na faktach, które zmyśliłam”), próbująca naciskać na naszego gliniarza. Zgadnijcie jak to się skończy?

Za kamerą tym razem stanął Akira Schaffer, czyli członek kolektywu Lonely Island, który odpowiada za masę podbijających Internet skeczy Saturday Night Live. Sama fabuła w zasadzie jest pretekstem do serwowania żartów i gagów z prędkością karabinu maszynowego, którym Rambo zabijał swoich przeciwników. I jak w przypadku poprzednich części, trzeba uważnie się rozglądać w trakcie seansu, bo wiele żartów dzieje się gdzieś w tle, przez co można je łatwo przeoczyć (choćby w formie tekstu). A gagi to prawdziwy szwedzki stół: od slapsticku przez żarty słowne w formie DOSŁOWNIE traktowanych wypowiedzi, wizualne żarty (trójkącik między Frankiem, Beth i… psem – to brzmi bardziej durnie niż się wydaje) aż po totalnie absurdalne rzeczy w stylu bałwanek ganiający z pistoletem. Albo zacznie reagować ostrą głupawką, albo będzie kompletnie skonsternowani albo będzie się zastanawiać pod wpływem jakich narkotyków pisano ten film. Mówiąc prościej, nie wszystkie żarty są w pełni udane i zabawne, ale jak już trafią, to trafią w sam środek tarczy. Mnie trafiały o wiele częściej niż myślałem, lecz zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim ten humor podejdzie.

Sama intryga nie jest może aż tak wciągająca, zaś czarny charakter (solidny Danny Huston) to kolejna wariacja chciwego technokraty a’la Elon Musk, który tęskni za „starymi, dobrymi czasami”. Czasami, gdy nazwanie kogoś niedorozwiniętym nie było (aż tak) obraźliwe, mężczyźni byli mężczyznami, a kobiety kobietami. I niby ten film nabija się z politycznej poprawności, ale można byłoby jeszcze bardziej podkręcić śrubę, by zakpić z tej mentalności. W drugiej połowie ten humor czasem siada. Jednak krótki czas trwania (niecałe półtorej godziny) działa tutaj na korzyść, przez co nie ma szansy na zmęczenie oraz znudzenie.

A jak sobie radzi obsada? Zacznijmy od najważniejszej kwestii, a mianowicie: czy Liam „Napierdalacz” Neeson odnajduje się jako Frank Drebin Jr.? Jest absolutnie znakomity, całkowicie sprzedając (z absolutną powagą) wygadywane przez niego nawet najbardziej idiotyczne zdania. Absolutnie nieporadny idiota, z rzadkimi momentami przebłysku oraz (bardzo dużą ilością) szczęścia, pozwalającemu wyjść cało z różnych tarapatów. A jednocześnie ma on w sobie masę uroku. Równie zaskakująca jest Pamela Anderson w roli powiedzmy, że femme fatale. Ona jest tą mądrzejszą (powiedzmy), ma parę komediowych przebłysków i świetną chemię z Neesonem (tak mocną, że między nimi zaiskrzyło poza planem). Do tego drugi plan błyszczy (najbardziej ekran skradł Paul Walter Hauser jako kapitan Ed Hocken Jr. oraz CCH Pounder w roli burmistrz miasta).

Wielu mówi, że nowa „Naga broń” to powrót filmowej parodii i zgrywy oraz najlepsza komedia od paru lat. Ostatni raz tak ostry atak śmiechu miałem przy filmach o Deadpoolu, który jako samoświadoma zgrywa działa jednak lepiej. Niemniej czas spędzony przy filmie Schaffera nie będzie żadną stratą i mam nadzieję, że powstanie kontynuacja.

8/10

Radosław Ostrowski

Kokainowy miś

Chyba żaden film nie wywołał we mnie takiego poczucia zmarnowanego potencjału jak „Kokainowy miś”. Film w reżyserii Elizabeth Banks, wyprodukowany przez duet Phil Lord/Christopher Miller, do tego inspirowany prawdziwą historią stoi w dziwnym rozkroku.

Akcja toczy się w 1985 roku, skupiając się wokół osób na terenie park przyrody Chattahoochee w stanie Georgia. To między innymi tutaj zostały wyrzucone torby zawierające kokainę przez przemytnika, ale ten w trakcie wyskoczenia z samolotu… uderza głową o drzwi i spada. Jego szef, Syd White (Ray Liotta), by znaleźć cały towar wysyła swojego syna Eddiego (Aiden Ehrenreich) oraz jego kumpla, Daveeda (O’Shea Jackson Jr.). Do tego jeszcze w całą tą sprawę wplątuje się trójka nastoletnich złodziejaszków, lokalna pielęgniarka (Keri Russell), jej córka (Brooklynn Prince), kolega z klasy (Christian Convery) towarzyszący jej w wagarach do wodospadu, strażniczka leśna (Margo Martindale) oraz ścigający White’a gliniarz (Isaiah Whitlock Jr.). Ale żadne z nich nie jest gotowe na to, że kokaina wpadła w ręce (bardziej pasowałoby w łapy)… niedźwiedzia grizzly. A ten pod jej wpływem zmienia się w żadną krwi bestię, która atakuje wszystkich na swojej drodze.

Sam ten koncept brzmi jak czyste szaleństwo i – ku zaskoczeniu wielu – jest to inspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Prawdą jest sam przerzut narkotyków samolotem, jak i fakt naćpania się niedźwiedzia. W dodatku samicy. Jednak nikogo nie zabiła, tylko zmarła z powodu przedawkowania. Sama reżyserka miała tu spory potencjał do popisu. Bo film mógł pójść w B-klasowy monster movie okraszony dawką czarnego humoru, poważny dramat albo nawet thriller. Ostatecznie film idzie we wszystkich kierunkach, co wywołuje ogromną dezorientację. Jako komedia nie sprawdza się za bardzo i ma parę irytujących postaci (trójka gówniarzy czy przechodzący żałobę Eddie), z kolei jako krwawy slasher ma tych momentów o wiele za mało. Choć trzeba przyznać, że są brutalne, mimo użycia komputerowo zrobionego niedźwiedzia (atak na karetkę pogotowia – cudowne). Postaci jest zwyczajnie za dużo, przed ich nadmiar akcja jest zadziwiająco wolna (a film trwa niecałe półtorej godziny) i nie są zbyt angażujące (chociaż nikt nie gra tu źle).

Technicznie też jest tutaj co najmniej przyzwoicie. Krajobrazy lasu wyglądają ładnie, efekty specjalne nie wybijają z seansu, zaś w tle gra mocno elektroniczna muzyka. Jednak dla mnie ten film byłby lepszy, gdyby twórcy bardziej zaszaleli. Bardziej skupili się na naćpanym, szalejącym po lesie miśku i pokazali (ze sporą dawką czarnego humoru) jego akcje. A tak dostajemy kino, które jest zbyt poważne na komedię oraz zbyt głupie na dramat. Twórcy zrobili temu filmowi – nomen omen – niedźwiedzią przysługę.

5/10

Radosław Ostrowski

Deadpool & Wolverine

Sześć lat – tyle trzeba było czekać na nowego Deadpoola. W międzyczasie studio 20th Century Fox zostało sprzedane Disneyowi, do tego przedłużające się prace nad scenariuszem, zmiana reżysera czy – co nas najbardziej zaskoczyło – powrót Hugh Jackmana do roli Wolverine’a. Ale w końcu Najemnik z Nawijką powrócił, ale czy pod nowym kierownictwem nie stracił ze swojego charakteru i nie ugrzeczniono go?

Jak dobrze pamiętamy pod koniec „dwójki” Wade Wilson (Ryan Reynolds) troszkę namieszał w czasie, by odzyskać swoją kobietę. Porzucił jednak swoją działalność jako superheros, rozstał się z Vanessą i teraz pracuje jako… sprzedawca samochodów. Przeszłość jednak dopada go w najmniej oczekiwanym momencie i zostaje schwytany przez agentów TVA. Szef komórki Paradox (Matthew Macfadyen) prosi Wade’a, by po śmierci Wolverine’a pozostał Istotą Prymarną, inaczej cała linia czasowa tego świata zostanie wymazana. Ale Deadpool nie byłby sobą, gdyby zamierzał dotrzymać tej umowy. Zamiast tego skacze po różnych liniach czasowych, by znaleźć Wolverine’a (Hugh Jackman) godnego zastąpić Wolverine’a z naszego świata. Akurat trafia na lubiącego mocno wypić i nie mającego nic do stracenia wariację wściekłego zabijaki, co mocno miesza w planach Paradoxa.

Tym razem za kamerą stanął Shawn Levy, który pracował już z Ryanem Reynoldsem przy „Uwolnić Guya” i „Projekcie Adam”, zaś z Hugh Jackmanem stworzył „Gigantów ze stali”. Od razu uprzedzę wszystkie obawy – Deadpool nie został utemperowany, nadal klnie jak szewc, rzuca żartami jak szalony, zaś krew leje się gęsto. Także sprytnie wykorzystywane są piosenki („Bye Bye Bye” N’Sync w pierwszej scenie akcji czy okraszone chórem „Like a Prayer” Madonny), co jest przebłyskiem natchnionego umysłu. Po drodze dostajemy masę nieoczywistych cameo (nie powiem wam kto), szpile wrzucane w Foxa, multiwersum, wariacje Deadpooli. Dzieje się tu dużo i pierwszy raz w tej serii poczułem się przytłoczony. A nie wspomniałem o świecie, gdzie znajdują się zapomniane inkarnacje herosów Marvela, gdzie przebywa główna antagonistka, Cassandra (Emma Corrin).

Kiedy mamy zderzenie śmieszka Deadpoola z bardziej poważnym oraz tragicznym Wolverine’m, czuć tutaj ducha klasycznych buddy movie i to jest prawdziwe serce tego tytułu. Chemia między Hugh Jackmanem a Ryanem Reynoldsem dorównuje takim parom jak Mel Gibson/Danny Glover czy Channing Tatum/Jonah Hill. Ale czasem miało się ochotę, by Deadpool się troszkę zamknął. Tutaj wiele żartów nie trafia w cel, czego się kompletnie nie spodziewałem. Jeszcze bardziej zdziwiło mnie jak bardzo nierówne jest tempo, zaś najbliżsi przyjaciele Deadpoola (o których życie toczy się ta gra) zostają zepchnięci do mało wyrazistego tła. No czuć tutaj lekkie zmęczenie materiału. A i sama antagonistka wydaje się nie być zbyt wyrazistą postacią

Czy to oznacza, że „Deadpool i Wolverine” to film słaby? Z całej serii o tym herosie – tak, ze wszystkich filmów Marvela – nie. Mimo pewnych przestojów i nie zawsze trafionych żartów, film Levy’ego nadal potrafi dostarczyć sporo dobra i potrafi emocjonalnie trafić. Zaskakująco porządne kino, choć zostawia lekki niedosyt.

7,5/10

Radosław Ostrowski 

Kaskader

Czasem jest tak, że znając reżysera filmu na jaki się wybieramy, wiadomo czego można się spodziewać. Takim twórcą zdecydowanie jest David Leitch – były kaskader, wyspecjalizowany w szeroko pojętym kinie akcji z takimi tytułami jak „Atomic Blonde”, „Deadpool 2” czy „Bullet Train” w swoim dorobku. Dlatego idąc na „Kaskadera” można się spodziewać: praktycznych efektów specjalnych, popisów kaskaderskich, dynamicznych oraz lekko przejaskrawionych scen akcji. I w dużej części to właśnie dostałem.

kaskader2

Tytułowym kaskaderem jest Colt Seavers (Ryan Gosling), dla którego podpalenie, skakanie przed eksplozją i brawurowa jazda samochodem marki Cinquecento to chleb powszedni. Od lat jest dublerem gwiazdy kina akcji, Toma Rydera (Aaron Taylor-Johnson) i jest strasznie zabujany w operatorce, Jody (Emily Blunt). Wszystko wydaje się iść dobrze, ALE podczas kręcenia prostej sceny kaskaderskiej coś poszło nie tak. Skończyło się to uszkodzonym kręgosłupem oraz wycofaniem się z branży. Dla kogoś takiego to wyrok śmierci, więc przez 18 miesięcy zaszywa się gdzieś. Wtedy pojawia się jeden telefon od producentki Gail (kompletnie nie do poznania Hannah Waddingham), by znów zrobił swoje jako kaskader do filmu reżyserowanego przez… Jody. I to na jej wyraźną prośbę. Na miejscu sprawa okazuje się o wiele bardziej skomplikowana: Tom Ryder zniknął bez śladu i trzeba go znaleźć, bo inaczej produkcja zostanie wstrzymana. Czasu mało jest, więc Colt musi działać szybko.

kaskader1

Film oparty jest na popularnym w USA, ale nieznanym u nas serialu telewizyjnym z lat 80. Historia jest dość prostą mieszanką kryminału, akcji i odrobiny romansu. A także spojrzenie na branżę filmową z perspektywy osób mniej rozpoznawalnych niż aktorzy i reżyserzy, zaś wykonują najbardziej niebezpieczną pracę – kaskaderów. I czuć tą pasję w tych ludziach oraz szacunek do tego, co robią – w końcu narażają swoje życie dla naszej (poniekąd) rozrywki. Tutaj masę scen pościgów, bijatyk, wybuchów i strzelanin wykonywana jest praktycznie, z niewielką ilością efektów komputerowych. Nasz bohater pakuje się w poważną kabałę i by dotrzeć do prawdę robi masę SZALONYCH rzeczy: a to ściga gości, co porwali asystentkę Rydera, co kończy się bijatyką w jeżdżącej ciężarówce, pędzi na motorówce czy robi mordobicie w klubie na haju. Nie jest to aż tak brutalne i szorstkie jak w „Atomic Blonde” lub energetyczne niczym w „Bullet Train”, lecz jest to zrobione bardzo solidnie. A już finał, gdzie na planie filmowym dochodzi do absolutnej JAZDY BEZ TRZYMANKI (choć plan jest durny), cieszyłem się jak dzieciak, co bardzo baaaaaaaaaaaaaardzo fajne zabawki.

kaskader4

Sama kryminalna intryga i sprawa Rydera nie jest aż tak wciągająca. Łatwo można się domyśleć kto za tym wszystkim stoi, zaś dynamiczna relacja między Coltem a Jodi trochę jest bardziej na wiarę (choć czuć tu chemię między Blunt a Goslingiem). Za to jest dużo jest też humoru oraz odniesień do innych filmów czy to w formie cytatu („Ostatni Mohikanin”, „Rocky”), warstwy wizualnej („Mad Max”, „Diuna”) czy postaci (pies o imieniu… Jean-Claude!!!), gra świetna muza z lat 80. (Kiss, AC/DC, Jan Hammer) i buduje klimat.

kaskader4

Ale to by nie zadziałało, gdyby nie przekonujące aktorstwo. Ryan Gosling jest na wznoszącej fali i kolejny raz sprawdza się jako doświadczony kaskader/detektyw-amator. To ostatnie trochę budzi skojarzenia z postacią graną w „Nice Guys”, tylko po drodze wykonujący różne ewolucje kaskaderskie. Pełen charyzmy i zaskakująco szerokiego wachlarzu emocji: melancholijnego smutku, opanowania, gniewu aż po dziką energię. I wypada świetnie. Równie dobrze radzi sobie Emily Blunt w roli debiutującej reżyserki, próbującej ogarnąć ten realizacyjny chaos. Zaś chemia między tą dwójką działa na tyle, by zaangażować się w tą historię. Ale całość tak naprawdę kradnie świetny Winston Duke (bardzo lojalny i oddany szef kaskaderów Dan Tucker) oraz Hannah Waddingham (producentka Gail, pozornie wspierająca produkcję).

kaskader5

To nie jest najlepszy film akcji i nie jest to najlepszy film w dorobku Davida Leitcha. Za to jest to – jak sam reżyser określił – list miłosny do kaskaderów, odnosząc się z szacunkiem do ich profesji. A wszystko w formie bezpretensjonalną rozrywką w sam raz na zbliżający się okres letni. Wskakujcie śmiało, ściągnijcie kumpli (płci obojga) i bawcie się dobrze, tak jak ja.

7/10

PS. Jak zaczną się napisy końcowe, nie wychodźcie z kina. Nie tylko ze względu na scenę po napisach, ale także na pokazywane momenty realizacji tego filmu.

Radosław Ostrowski

Argylle – tajny szpieg

Parodie i wszelkiego rodzaju pastisze filmów szpiegowskich są równie stare jak filmy szpiegowskie. W ostatnim czasie takim specem od tego gatunku stał się Matthew Vaughn, dzięki serii filmów „Kingsman”. Reżyser bardzo efekciarskiego, intensywnego i kreatywnego (w formie) kina rozrywkowego wraca z kolejną historią o szpiegach. Tylko, że troszkę inaczej opowiedzianej.

Początek idzie bardzo w stylówę a’la James Bond, który tym razem nazywa się agent Aubrey Argylle (Henry Cavill z „kwadratową” fryzurą). Podczas misji w Grecji ma schwytać niejaką LaGrange (Dua Lipa) i znaleźć główny klucz. Sprawy się komplikują, bo a) Argylle zostaje zdekonspirowany, b) LaGrange ucieka i trzeba ją dopaść. Ale od czego jest sprawdzony kumpel, Wyatt (John Cena). Po krótkim przesłuchaniu okazuje się, że kobieta pracowała dla… dyrektora organizacji, dla której pracuje Argylle. By znaleźć dowody tej zdrady, panowie ruszają do Londynu, by znaleźć hakera i „główny klucz”.

Wciągnęło was? To muszę was rozczarować, bo cała ta historia to… finał czwartego tomu cyklu powieści o Argylle’u autorstwa Elly Conway (Bryce Dallas Howard). Kobieta pracuje już nad piątym tomem, jednak brakuje zakończenia. Chcąc przełamać blokadę twórczą pisarka wyrusza do matki (Catherine O’Hara), by razem popracować nad rozwiązaniem. W pociągu poznaje niejakiego Aidena (Sam Rockwell), który przysiada się obok i… okazuje się być szpiegiem. Choć prawdę mówiąc z długim zarostem i włosami wygląda jak ostatni menel. Do tego wszyscy (prawie) pasażerowie chcą ją zabić. Czy ma to coś wspólnego z książką?

Jak widać „Argylle” ma fabułę tak prostą do zrozumienia jak ustawy sejmowe. I tu nawet nie chodzi o przeplatanie się fikcji literackiej z rzeczywistością czy pastiszowy ton całości. Vaughn – jak na niego przystało – robi efekciarskie, szalone opowieści, gdzie realizm robi sobie wolne. Bardzo dynamicznie sfilmowanie i zmontowane sceny akcji podkręcają adrenalinę (szczególnie jak Aiden zmienia się w Argylle’a), wszystko pędzi na złamanie karku, mieszając brutalną jatkę (choć film ma kategorię PG-13) z humorem, mocno polanym absurdem. Po drodze odkrywamy kolejne twisty i zakręty, których jest sporo. Być może nawet za dużo, przez co gdzieś bliżej końca stawały się łatwe do przewidzenia. Aż już trzeci akt i finałowa konfrontacja to jest czyste szaleństwo, w którym główną rolę odgrywają ropa, granaty dymne, podczerwień i noże jako… łyżwy. Więcej nie powiem, bo to trzeba zobaczyć na własne oczy. Wielu może zmęczyć ten przesyt fajerwerków, jednak ja bawiłem się naprawdę dobrze. Może nie tak jak w serii „Kingsman”, ale Brytyjczyk nie ma się czego wstydzić.

Sytuację wspierają świetni aktorzy. Bardzo pozytywnie zaskakują Bryce Dallas Howard i Sam Rockwell. Ta pierwsza jako pisarka wrzucona w sam środek szpiegowskiej intrygi jest bardzo przekonująca. Szczególnie korzystając z inteligencji i sprytu, unikając siłowej konfrontacji. Im jednak dalej, okazuje się mieć o wiele więcej umiejętności niż się można spodziewać. Z kolei Rockwell nie miał roli tak wymagającej fizycznie jak Aiden. Brutalny, bardziej stąpający po ziemi i miejscami sarkastyczno-zblazowany. Intrygujące duo. Na drugim (oraz trzecim) planie mamy zbieraninę wyrazistych ról: od szorstkiego Bryana Cranstona (dyrektor Ritter, czyli główny antagonista) przez zaskakującą Catherine O’Harę (matka Elly) po drobne epizody Samuela L. Jacksona (Alfie) czy pojawiających się we „fragmentach książek” Henry’ego Cavilla i Johna Cenę.

Zdaję sobie sprawę, że będę raczej w mniejszości, ale… podobał mi się ten „Argylle – Tajny szpieg”. Może nie jest aż tak zaskakująca i szalona jak osadzona w podobnym klimacie seria „Kingsman”, jednak Vaughn jakimś cudem potrafi cały czas wykrzesać swoją szaloną wyobraźnię. Efekciarskie, celowo tandetne i bardzo kreatywne kino akcji z humorkiem.

7/10

Radosław Ostrowski

Bullet Train

Macie czasami tak, że idzie na film, znacie reżysera i mniej więcej wiecie, czego możecie się spodziewać. Idziecie pozytywnie nastawieni, ale po wyjściu z seansu jesteście zmieszani, skonfundowani, nawet lekko rozczarowani. Takie dziwne doświadczenie miałem podczas seansu nowego filmu Davida Leitcha – „Bullet Train”. Nadal nie jestem pewny, czy my się ten film podobał.

Punkt wyjścia jest prosty, wręcz banalny. Bohaterem jest Biedronka (Brad Pitt) – najemnik, wykonujący robotę jako złodziej i raczej cwaniak. Czemu jest on promowany jako twardy zabijaka, to ja nie wiem. Gościu znany jest z tego, że ma pecha o skali wręcz kosmicznej i nawrócił się, podążając ku drodze zen. Znaczy się bez przemocy, zabijania i używania broni palnej. Teraz wraca do gry w zastępstwie za chorego kolegę, z zadaniem banalnie prostym. Wsiąść do tytułowego pociągu, co pędzi szybciej niż TGV na linii Tokio-Kyoto, zabrać walizkę z kasą i wyjść. Ale wiecie jak to jest z prostymi zadaniami: proste są tylko z nazwy. Po pierwsze, pasażerów jest dziwnie mało, po drugie to są wszelkiej maści cyngle, zabójcy i mordercy, po trzecie (prawie) wszyscy są tej walizki. A po czwarte, jeśli uważacie, że to wszystko to jeden zbieg okoliczności, popełniliście wielki błąd.

bullet train1

Leich kojarzony jest z akcją, w końcu to doświadczony kaskader (był też dublerem Brada Pitta m.in. w „Podziemnym kręgu”, „Ocean’s Eleven” i „Troi”) oraz reżyser takich filmów jak „John Wick”, „Atomic Blonde” czy „Deadpool 2”.  I spodziewałem się bezpretensjonalnego kina akcji, z wariackimi scenami akcji, niesamowitą choreografią. ALE tutaj chodzi o coś jeszcze, bo reżyser opierając film na powieści Kotaro Isaki próbując zrobić coś jeszcze. Zaserwować skomplikowaną fabułę, pełną przewrotek, skupiając się na kilku postaciach oraz ustaleniu o co tu do cholery chodzi i kto za tym wszystkim stoi? To jest jednocześnie siła i słabość tego filmu. Jak to możliwe? Już tłumaczę.

bullet train2

Tu nie chodzi o to, że postacie są nieciekawe, źle zagrane czy dialogi są nudne. Problem mam z retrospekcjami, których jest zaskakująco sporo i (oczywiście) dzieją się poza pociągiem. Pociągiem szybkim, zautomatyzowanym oraz ciasnym, co buduje lekko klaustrofobiczną atmosferę. Same przeskoki w czasie oraz sceny poza pociągiem są tutaj bronią obosieczną. Z jednej strony dobudowują cała historię, odkrywając kolejne elementy układanki, z drugiej zaś destabilizują rytm oraz niszczą budowaną atmosferę. Szczególnie jak parę scen się powtarza. Reżyser i scenarzysta za bardzo próbują iść w stronę Tarantino oraz Ritchiego w sosie azjatyckim, tylko na sterydach. Wszystkiego jest tu dużo. Dużo akcji (świetnie zrobionej), dużo humoru (niestety, w pewnej chwili zbyt powtarzalnego), dużo postaci (z czego kilka drobnych epizodów zaskakuje – nie, nie będę zdradzał), dużo gadania i zbiegów okoliczności. W środku filmu czułem się zdezorientowany tym chaosem i bałaganem, który w finałowym akcie (czyli ostatecznej konfrontacji oraz wyjaśnieniu całego tego pierdolnika) skrystalizował się. Wręcz nabrał wiatru w żagle, chociaż pod koniec pojawiają się efekty komputerowe.

bullet train3

Aktorsko jest tu bardzo interesująco, choć nierówno. Dobrze radzi sobie Brad Pitt jako pechowy Biedronka, co serwuje mądrości z poradnika pozytywnego myślenia i zderzenie jego nowej filozofii z coraz brutalniejszą jatką potrafią rozbawić do łez. Swoje robi absolutnie szalony duet Aaron Taylor-Johnson/Brian Tyree Henry czy para „bliźniaków” Cytryna/Mandarynka. Mieszanka opanowania, słowotwórstwa oraz obsesji na punkcie „Tomka i przyjaciół” tworzy potężną bombę. Jest jeszcze kradnąca ekran Joey King jako niepozorna psychopatka o ksywie… Książę, która opanowała do perfekcji sztukę manipulacji i ma własny interes, by być w tym pociągu oraz – jak zawsze trzymający fason – Hiroyuki Sanada. O głównym arcyłotrze nie chcę mówić zbyt wiele (tajemniczy gangster o ksywie Biała Śmierć), ale aktor grający tą postać, niemal w całości noszący maskę, był dla mnie dużą niespodzianką.

bullet train4

Trudno mi jednoznacznie powiedzieć, czy warto pójść na „Kulisty pociąg” (przekład mój), bo to produkcja pełna sprzeczności. Przerysowana, mocno absurdalna i przegięta aż do granicy wytrzymałości, z barwnymi postaciami, świetnymi scen akcji oraz zbyt skomplikowaną intrygą. Leitch miał o wiele większe ambicje, ale zaczął gubić kroki i parę razy się przewrócił.

6,5/10

Radosław Ostrowski