Lot nad kukułczym gniazdem

Choć „Odlot” poniósł komercyjną porażkę nie zniechęciło to Milośa Formana do tworzenia filmów w USA. I tym razem zaskoczył wszystkich, choć ten film wydawał się być mu pisany. Oparty na powieści Kena Keseya „Lot nad kukułczym gniazdem” wydanej w 1962 roku okazał się ogromną niespodzianką, sporym kasowym hitem (przy budżecie niecałego 4,5 mln dolarów zarobił ponad 130 baniek) oraz artystycznym, zdobywając m. in. Wielką Piątkę przy Oscarach (najlepszy film, reżyseria, scenariusz oraz role pierwszoplanowe).

Dlaczego było to niejako przeznaczone dla czeskiego reżysera? Otóż prawa do książki wykupił aktor Kirk Douglas, a ten zaproponował pracę Czechowi po tym jak wyruszył w trasę po komunistycznej Europie Środkowej w 1969 roku. Problem w tym, że kopię książki przechwycili cenzorzy, a panowie stracili kontakt. Wszystko się zmieniło, kiedy twórca „Miłości blondynki” przybył do USA, zaś prawa do ekranizacji przejął syn Kirka, Michael Douglas. Po próbach szukania reżysera (przez pewien czas byli związani Richard Rush i Hal Ashby) skontaktowali się z Formanem, a ten po otrzymaniu kopii książki od razu się zgodził. A o czym jest sam film? Sama historia dzieje się w 1963 roku w szpitalu psychiatrycznym gdzieś w stanie Oregon. Tam trafia nowy pacjent, czyli Randall Patrick MacMurphy (Jack Nicholson). Przybywa z więzienia, gdzie został skazany za seks z nieletnią, a po drodze jeszcze pięciokrotnie zaatakował strażników. Ma zostać poddany obserwacji i sprawdzeniu czy nie symuluje. I niemal od razu trafia na kolizyjny kurs z prowadzącą oddział siostrą Ratched (Louise Fletcher), trzymającą wszystkich pod kontrolą.

Nie będzie raczej zaskoczeniem, że film Formana ma prostą opowieść i jest alegorią opisującą zderzenie systemowego porządku z chaosem oraz walczącym z jakąkolwiek formą kontroli wolnym duchem. Sama historia prowadzona jest w bezpośredni sposób, realizacyjnie przypominając niemal dokument. Ze stonowanymi kolorami, bardzo oszczędnie wykorzystywaną muzyką, sporą ilością zbliżeń na twarze, bez żadnych zabaw formalnych. Ale za to mamy galerię bardzo wyrazistych postaci (głównie pacjentów, którzy – w większości – są tu z własnej woli), mających swoje własne dziwactwa. Nieśmiały jąkała Billy, inteligent Harding, bardzo impulsywny Cheswick, lekko bucowaty Tabor, głuchoniemy wielkolud Wódz czy lekko dziecięcy Mancini – nawet jeśli nie są zbyt rozmowni, zapadają mocno w pamięć.

Pozornie nic się nie dzieje, jednak działania MacMurphy’ego wywołują ogromny ferment – od prób oglądania meczu baseballa przez ucieczkę i łowienie ryb przez gwałtowny atak Cheswicka z powodu kary ograniczenia papierosów aż po nocną imprezę z dwiema dziewczynami. Forman podkręca napięcie nawet w pozornie prostych scenach, gdzie siostra Ratched prowadzi rozmowy grupowe i więcej widzimy spojrzeń między nią a – pozornie spokojnym – MacMurphym. Wszystko w bardzo sterylnym pomieszczeniu, budującym poczucie izolacji. O wiele bardziej niż więzienie, bo tam przynajmniej wiesz ile trwa wyrok, a w szpitalu może to trwać w nieskończoność. Zaś próby łamania (limitowane ilości, fizyczne bicie, elektrowstrząsy czy lobotomia) potrafią być brutalne, wręcz barbarzyńskie. Ale czy da się złamać wolnego ducha? Zakończenie daje pewną nadzieję.

A całość jest rewelacyjnie zagrana. Jack Nicholson tworzy charyzmatyczną kreację bardzo wyluzowanego, cwanego i pewnego siebie MacMurphy’ego. Uważnie obserwuje, niemal od razu budzi sympatię swoim bezkompromisowym podejściem, siejąc chaos, ferment oraz pobudzając innych. Każde jego podejście czyni seans nieprzewidywalnym oraz pełnym energii. W kontrze do niego stoi równie wyrazista Louise Fletcher w roli siostry Ratched. Ona jest o wiele spokojniejsza, wręcz nienaturalnie pozbawiona emocji niczym robot. Jest w tym spokoju coś bardzo niepokojącego jak bardzo delikatnym głosem potrafi wszystkich postawić na baczność. Wspólne sceny tego duetu elektryzują aż do mocarnego finału. Za to drugi plan jest wręcz przebogaty – od debiutującego Brada Dourifa (bardzo nieśmiały oraz stłumiony Billy), przez potężnego Willa Sampsona (Wódz), chaotycznego Christophera Lloyda (Tabor), wyciszonego Danny’ego DeVito (Mancini) po kapitalnego Williama Redfielda (inteligent Harding).

„Lot nad kukułczym gniazdem” nie bez przyczyny jest uważany za jeden z najlepszych filmów lat 70. oraz jeden z największych triumfów Formana. Precyzyjnie napisany, fenomenalnie zagrany oraz zadziwiająco realistyczny w pokazywaniu szpitali psychiatrycznych jako bezwzględnych klatek, z których można nigdy nie wyjść. Prowokujące do myślenia, zaskakująco aktualne i emocjonalnie angażujące do ostatniej sceny.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Odlot

Po nakręceniu „Pali się, moja panno” film Milośa Formana nie trafił do kinowej dystrybucji w Czechosłowacji i kariera tego twórcy wydawała się chylić ku końcowi. Jednak reżyser otrzymał propozycję nakręcenia filmu w Stanach Zjednoczonych, gdzie poprzednie jego filmy (szczególnie „Miłość blondynki”) dały pewną rozpoznawalność. W czasie prac doszło do „praskiej wiosny”, co zmusiło Formana do pozostania w Ameryce. A jaka była jego pierwsza produkcja amerykańska?

„Odlot” ma w sobie tego ducha znanego z „czeskiego okresu”, czyli utrzymaną w dokumentalnym stylu komedią o… różnicach pokoleniowych, gdzie jedni nie są w stanie zrozumieć drugich. Punktem wyjścia jest zniknięcie nastoletniej Jeannie Tyne (Linnea Heacock), co wyszła z domu i tyle ją widziano. Jej rodzice, Larry (Buck Henry) i Lynn (Lynn Carlin) próbują ją znaleźć – ona zostaje pod telefonem, on wyrusza na miasta. Kończy się to popijawą w barze, a dziewczyna wraca. Jednak po podejrzeniach o zażycie narkotyków… znowu znika. I zaczynają się poszukiwania.

Forman kontynuuje eksperymenty ze swoich poprzednich dzieł z dość pozornie niepowiązaną fabułą. Cały czas przeplatana są tu piosenki z castingu do… no właśnie, nie wiadomo czego. Z ciągle śpiewającymi dziewczynami (wśród nich m. in. bardzo młoda Kathy Bates czy Carly Simon) – czy to z własnymi utworami, czy z coverami. Wszystko mocno okraszone bardzo absurdalnym humorem, który ciągle łapie z zaskoczenia. Wizyta u terapeuty, który za pomocą hipnozy leczy z palenia papierosów; popijawa w knajpie panów z rozmowami pań o… seksie (choć nie wprost); znalezienie innej zaginionej nastolatki. Ale kompletnie nie byłem gotowy na spotkanie Stowarzyszenia Rodziców Zaginionych Dzieci (tak, pojawia się tu coś takiego), gdzie – by zrozumieć dlaczego biorą narkotyki – wszyscy… palą jointy oraz rozbieranego pokera. Całość jest absolutnie nieobliczalna, szalona i anarchistyczna, pełna cholernie dobrych dialogów i genialnie zmontowana.

Znowu mamy mało znane twarze w obsadzie (poza scenarzystą Buckiem Henrym w roli „rozsądnego” ojca oraz charakterystyczną twarzą Vincenta Schiavelliego), które dodają autentyzmu do całości. Dzięki temu „Odlot” pozostaje najbardziej czeskim filmem na amerykańskiej ziemi i ostatnim szaleństwem Formana w kierunku absurdu. Najbardziej zapomniany oraz niedoceniony film w dorobku Czecha.

8/10

Radosław Ostrowski

Kopnęłabym Cię, gdybym mogła

Dawno nie widziałem filmu, który byłby taką emocjonalną jazdą bez trzymanki jak „Kopnęłabym Cię, gdybym mogła”. Film Mary Bronstein jest złożonym portretem psychologicznym kobiety coraz bardziej zmierzającej ku załamaniu nerwowemu oraz coraz większym kłodom rzuconym pod nogami.

Taki jest przypadek Lindy (Rose Byrne) – terapeutki, która wychowuje chorującą córkę (Delaney Quinn), która ma problemy z przyjmowaniem pokarmu, dlatego je przez rurkę wszytą do żołądka. Mąż (Christian Slater) jest kapitanem statku i większość czasu jest poza domem, kolega z pracy i przełożony (Conan O’Brien) nie wydaje się wspierać podczas sesji, a do tego dosłownie zawala się sufit w mieszkaniu, przez co kobieta zmuszona jest zamieszkać w hotelu. Z córką oraz jej aparaturą, która jest strasznie głośna i nie pozwala spać.

Bronstein ewidentnie skupia się na budowaniu portretu psychologicznego oraz kompletnego zdemitologizowania macierzyństwa. Kamera niemal jest przyklejona do Lindy oraz jej twarzy, obserwując jej rutynę: wizyta u lekarza, pracy jako terapeutki, wizyta u szefa, rozmowa telefoniczna z mężem, odwiedzanie mieszkania w celu sprawdzenia postępów naprawy, wreszcie nocne wyjścia na papierosa, alkohol. Bo przez tą maszynę spać się nie da, więc może lepiej wyjść na zewnątrz. Czasem jeszcze będzie wizyta u lekarki, by postawić kolejny cel w leczeniu córki i jeszcze konfrontacja z parkingowym, a także pewne interakcje ze sklepikarką oraz kierownikiem Jamesem (raper A$AP Rocky). Ma to swój rytm i tempo, ale jednocześnie jest to dość chaotyczne. Szczególnie w scenach, gdzie Linda patrzy na dziurę. Jakby tam znajdowały się wszystkie jej demony, lęki, obawy i koszmary. A także poczucie, że to nie tak to miało wszystko wyglądać.

„>Kopnęłabym Cię…” nie jest filmem przyjemnym do oglądania i wręcz czuć to przytłoczenie, poczucie ciągłej duszności, bezsilności oraz całkowitej braki kontroli nad swoim życiem. A najgorszy jest tutaj brak wsparcia kogokolwiek, gdzie w zasadzie jest się zdanym tylko na siebie. Nawet okruszki bardzo czarnego humoru (scena z uciekającym chomikiem) nie są w stanie złagodzić tego tonu. Jest tu parę mocnych scen, które zostaną w głowie – szczególnie lekko oniryczne zakończenie. Z kolei Rose Byrne jest fenomenalna w roli zdesperowanej, przytłuczonej oraz niemal ciągle konfrontującej się ze światem kobiety. Niemal czuć jak niewiele brakuje, by doszło do eksplozji i kompletnego rozpadu.

Ale mimo tego nie byłem w stanie całkowicie zaangażować się w tą historię. To nie jest, że jest to film źle zrealizowany, fatalnie zagrany czy napisany. Wszystko jest tu przemyślane oraz prowadzone z żelazną konsekwencją, jednak – jakby to ująć – nie był ze mną kompatybilny.

7/10

Radosław Ostrowski

Bracie, gdzie jesteś?

Już w te wakacje pojawi się w kinach „Odyseja” w reżyserii Christophera Nolana. Ale wielkie dzieło Homera było już przenoszone na ekran wielokrotnie. Żadna adaptacja jednak nie była tak nietypowa jak pochodzący z 2000 roku „Bracie, gdzie jesteś?” braci Coen. Jak sami twórcy przyznali, nigdy nie czyli utworu o Odyseuszu, bardziej inspirując się innymi ekranizacjami. Co brzmi jak czyste szaleństwo.

Akcja filmu dzieje się w USA lat 30., parę lat po Wielkim Kryzysie i skupia się wokół trzech zbiegów. Ulysses Everett McGill (George Clooney) jest najbardziej wygadanym z trójki, z twarzy podobny do Clarka Gable’a, strasznie dba o swoje włosy. Pozostali jego wspólnicy są mniej lotni, a nawet dość prości: wierzący w różne dziwności Delmar (Tim Blake Nelson) oraz lekko nerwowy Pete (John Turturro). Cała trójka jest skuta łańcuchem i razem ucieka. Po co? By znaleźć zakopany łup z napadu na ciężarówkę, jakiego dokonał Ulysses. Tylko droga do niego nie będzie wcale łatwa.

Reżyserski duet wrzuca od razu w klimat Południa przy scenie śpiewania więźniów podczas pracy na torach. Skoro jesteśmy na Południu, gdzieś w okolicach Luizjany, Nowego Orleanu czy innego Mississippi, to w tle gra blues, bluegrass oraz szeroko rozumiane country. Jednak sama historia pozornie idzie w znajomym kierunku wobec „Odysei”: jest Odyseusz (Ulisses), jest ślepy prorok (nie jedyny niewidomy), jednooki olbrzym (tutaj sprzedaje Biblię), nawet są śpiewające syreny (a tak naprawdę to praczki) oraz Penelopa (ona jednak ma pewien problem z wiernością). Jednak szczegóły to Coenowie pełną gębą – mieszanka inteligentne dialogi z odrobiną slapsticku, zmieszane z galerią barwnych i ekscentrycznych postaci: niewidomego prowadzącego radio (Stephen Root), tropiącego zbiegów gliniarza w ciemnych okularach z czarnym psem; George „Buźka” Nelson – legendarny gangster, napadający na banki i zdrowo porąbany czy czarnoskóry gitarzysta, co sprzedał duszę diabłu za grę na gitarze. A potem jeszcze mamy „Chłopaków z Mokradeł” czy Ku Klux Klan (ich zebranie oraz próba egzekucji to najjaśniejszy punkt filmu), wywołujące jeszcze większe zamieszanie.

Całość wygląda bardzo pięknie, co jest zasługą niezawodnego Rogera Deakinsa, z mocnym nasyceniem żółci i zieleni. Od mokradeł, lasów po miasteczko i bank – czuć realia lat 30.: od rekwizytów (pomadka) aż po stroje i scenografię. Gdzieś tu czuć troszkę klimat „Bonnie i Clyde”, nawet jeśli skręcamy w sceny kompletnie absurdalne. Coenowie świetnie odnajdują się w tej pokręconej historii o miłości i przyjaźni.

Wszystko na swoich barkach dźwiga fantastyczny George Clooney. Jego Ulysses to złotousty cwaniaczek, z aparycją przystojniaka, próbujący lawirować między różnymi przeciwnościami. Potrafi być zarówno poruszający (modlitwa przed planowaną egzekucją), jak i rozbawić (występ jako lider „Chłopaków z Mokradeł” w przebraniu). Także partnerujący mu Turturro oraz Nelson świetnie się uzupełniają, ze swoimi prostolinijnymi temperamentami. Jednak to wszystko jest ubarwione przez masę drugoplanowych postaci: od niezawodnego Johna Goodmana (Wielki Dan Teague) przez cudownego Michaela Badalucco (gangster George „Buźka” Nelson) i bardzo solidnego Chrisa Thomasa Kinga (Tommy Johnson) aż po Holly Hunter (Penny McGill, żona Ulyssesa) oraz Charlesa Durninga (burmistrz O’Daniel).

Pierwsze dzieło braci Coen stworzone na progu tysiąclecia jest bardzo udaną komedią, okraszoną silną nutą nostalgii. Jeden z najpiękniejszych wizualnie filmów w dorobku rodzeństwa, luźno czerpiące z wielkiego eposu Homera, fantastyczną muzyką i aktorstwem. Może przesłanie o tym, że nie zawsze skarbem jest to, co materialne nie jest czymś zaskakującym, czyni ono całość bardzo satysfakcjonującą.

7,5/10

Radosław Ostrowski

 

 

Pali się, moja panno

„Pali się, moja panno” – ten tytuł kojarzył mi się z piosenką zespołu Buldog. Ale tak też został nazwany ostatni film Milośa Formana nakręcony w Czechosłowacji. Produkcja została zablokowana w kraju, a kiedy zbliżały się wojska Układu Warszawskiego rok później podczas praskiej wiosny, reżyser uciekł do Stanów Zjednoczonych. Poprosił o azyl i tam zaczął tworzyć kolejne filmy. Zanim jednak dojdziemy do tego, skupmy się na ostatnim czeskim dziele.

Akcja dzieje się w małym miasteczku w trakcie balu z okazji Dnia Strażaka. Podczas imprezy ma się odbyć także: konkurs piękności, loteria z fantami do wygrania oraz wręczenie najbardziej zasłużonemu strażakowi prezentu. Komitet organizacyjny jest przygotowany, zwarty i gotowy. Fanty na miejscu i sprawa wydaje się być zaplanowana do najmniejszego szczegółu. Tylko, że… nie. Sprawy dość szybko zaczynają się komplikować, doprowadzając do nieoczekiwanych sytuacji.

Tym razem Forman zrealizował ten film w kolorze, do tego niemal w całości osadzając w jednym miejscu oraz tworząc bardziej zwartą opowieść. Już od samego początku widać, że będzie to bardziej satyryczne spojrzenie na rzeczywistość. Porządek jest pozorny, zaś każda próba utrzymania go się kończy kompletnym chaosem: fanty zostają skradzione, panie nie są zbyt chętnie wziąć udział w konkursie (niektórzy nawet serwują drinki dla komitetu), a komitet próbuje robić dobrą minę do złej gry. Z każdą minutą sytuacja robi się absurdalna, panowie kierujący – dużo starsi i mniej ruchliwi – okazują się bardziej nieporadni, safandułowani. Atmosferę potęguje marszowa muzyka w tle czy niektóre mocne dialogi. Wszystko zostaje spięte bardzo gorzkim finałem, kiedy dochodzi do pożaru w okolicy.

Ze wszystkich „czeskich” filmów w dorobku Formana „Pali się, moja panno” jest najbardziej zwarty i spójny w swojej formie. Świetnie zagrany, mocniej ocierający się w absurd i ostrzej w niedorzeczny, niewydolny system. Jeśli kojarzy wam się z „Rejsem” Marka Piwowskiego, to jest to właściwy adres.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Czarny Piotruś

Każdy reżyser od czegoś zaczynał i rzadko się zdarza, żeby pierwszy film rzucił na kolana. Ale takim filmem zdecydowanie NIE BYŁ (przynajmniej dla mnie) pełnometrażowy debiut Milośa Formana. I nie chodzi o to, że film powstał w Czechosłowacji czy jest czarno-biały, albo w niczym nie przypomina jego późniejszych filmów.

„Czarny Piotruś” w zasadzie jest takim wycinkiem z kilku dni nastoletniego Piotra (Ladislav Jakim), który jakoś próbuje się odnaleźć w przyszłym życiu dorosłym. Pracuje w sklepie samoobsługowym jako tak jakby ochroniarz, mieszka nadal z rodzicami, umawia się z dziewczyną. Problem w tym, że chłopak nie odnajduje się w niczym i wszystko idzie mu mocno pod górkę. Nawet zagadanie, umówienie się na randkę jest dla niego wyzwaniem, tak jak tańczenie na imprezie.

Wszystko jest zrobione w niemal dokumentalnym stylu, w zasadzie pozbawionym ilustracji muzycznej, do tego bez udziału zawodowych aktorów. Forman niejako przygląda się młodym ludziom, nie potrafiącym odnaleźć się w rzeczywistości. Brakuje im sił do wyrwania się z marazmu, miotają się i nie pasują do komunistycznej normy. Absurdalne sceny w sklepie, gdzie kierownik instruuje młodzieńca jak ma nie rzucać się w oczy; dziwaczny duet podrywaczy, co pracują na budowie i tylko udają pewnych siebie; próbujący go naprowadzić ojciec (fantastyczny Jan Vostrcil). Jest jeszcze przyjaciel, co śpiewa na gitarze i grają go w radiu. Jako jedyny wydaje się ogarniać ten świat.

Ale choć całość trwała nieco ponad półtorej godziny, to „Czarny Piotruś” mi się strasznie dłużył, co mnie zdziwiło. Szczególnie scena w potańcówce wydała mi się rozciągnięta oraz tracącą energię po kilku minutach. Zagrane jest to nieźle przez nieznane twarze, sporo jest momentów ciszy oraz dziwna atmosfera. Mi brakowało jednak tutaj jakiegoś kleju, który by to wszystko połączył ze sobą. Mocniejszego uderzenia emocjonalnego, które by mnie złapało bardziej za serducho. Ostatecznie wychodzi z tego tylko niezły film, który był dopiero rozgrzewką przed kolejnymi dziełami Formana.

6/10

Radosław Ostrowski

Anioł stróż

Keanu Reeves może i nie jest wybitnym aktorem, czasami ocierającym się o drewno (pamiętacie „Draculę” Coppoli oraz jego „brytyjski” akcent?), jednak potrafi parę razy zaskoczyć w swojej karierze. Po czterech częściach masakrowania jako „John Wick” postanowił pokazać swoją mniej agresywną oraz pozbawioną furii twarz. I pojawia się tym razem w roli… anioła stróża. Bieda anioła z Temu.

Anioł ma pięknie imię Gabriel oraz bardzo małe skrzydełka, przez co nie jest zbyt lotny. Zaś jego zadaniem jest pilnowanie ludzi piszących SMS-y podczas jazdy telefonem. Nie brzmi jak coś ważnego czy ekscytującego, choć jego szefowa Martha (Sandra Oh) ma inne zdanie. Na swoje nieszczęście aniołek chce pomóc zagubionej duszy, a tych w Los Angeles jest na pęczki. Tak poznaje Arja (Aziz Ansari) – hinduskiego imigranta, biorącego kilka fuch naraz, mieszkającego w samochodzie i ledwo radzącego sobie z czymkolwiek. Wydawało się, że wszystko się zmieni, kiedy zostaje asystentem dzianego Jeffa (Seth Rogen) i poznaje Elenę (Keke Palmer) – koleżankę z pracy, co chce założyć związek zawodowy. Na swoje nieszczęście zostaje zwolniony, dziewczyna ma wypadek i nie może przyjść na randkę, co uruchamia spiralę dramatu. Gabriel postanawia pomóc, czyli pokazuje możliwą przyszłość oraz… zamienia Arja i Jeffa miejscami. Na tydzień, by docenił swoje życie. Efekty tej decyzji mocno się odbiją na całej trójce.

Założenie kinowego debiutu Aziza Ansariego – aktora i stand-upera, który najbardziej znany jest dzięki serialowi „Specjalista od niczego” – jest połączeniem „To wspaniałe życie”, „Nieoczekiwanej zmiany miejsc” i… „Anioła w Krakowie”. Czyli mieszankę komedii, przerysowanej satyry i zadziwiająco poważnego dramatu. Jakim cudem to gra? Problemy Arja z multitaskingiem mogą wydawać się początkowo źródłem zabawnych sytuacji, lecz zaczyna się przebijać desperacka walka o przetrwanie. Pokazuje absurdalność tej rzeczywistości (praca jako kolejkowicz na zakupach, „samodzielnie” dorobienie się bogaczy), gdzie amerykański sen to kit i bujda dostępna tylko dla nielicznych. Ze sporą dawką ironii, ale też zadziwiająco sporą dawką empatii.

Szczególnie w drugiej połowie, gdy naiwny Gabriel trafia na ziemię jako człowiek. I Keanu w tej roli odnajduje się fantastycznie, mieszając stoicki spokój, tony naiwności dziecka oraz odkrywanie drobnych przyjemności (tacos, taniec, shake). Jest w tym przeuroczy, dodając sporo jowialności, szczególnie ubrany jako kuchenny sprzątacz z papierosem w ręku. Stoi w kontrze z bardzo wygadanym, ekspresyjnym i energicznym Anzarim oraz bardziej poważnym Rogenem, czyniąc bardzo elektryzującą święt(n)ą trójcę. Ale swoje też robią postacie drugoplanowe jak anielica Martha, walcząca o lepsze warunki pracy Elena czy – mój absolutny MVP – Felipe, szef Gabriela w knajpie (cudowna jest scena, kiedy on rozmawia z popijającym Gabrielem).

Mógłbym się tutaj przyczepić, że zakończenie jest troszkę zbyt słodkawe i moralizujące, zaś początek jest lekko niemrawy. Niemniej po seansie „Anioła stróża” wyszedłem z odrobinę lepszym samopoczuciem. Może i przesłanie może wydawać się banalne („życie może bywa do dupy, ale w towarzystwie wspierających cię ludzi jest bardziej znośne”), przez większość czasu nie czuć w tym fałszu czy naiwności. Fell-good movie, który potrafi poruszyć, rozbawić i skłonić do zastanowienia.

7/10

Radosław Ostrowski

Teściowie 3

Chyba nawet sam dramaturg Marek Modzelewski nie spodziewał się, że jego teatralny „Wstyd” i jego kinowa adaptacja w postaci „Teściów” wywoła taki ferment. Lekko satyryczne zderzenia mentalności „Warszawki” z Podlasiem na ślubie ich dzieci potrafi rozbawić, ale też ostro potraktować hipokryzję i puste przywiązanie do tradycji. Sukces był tak duży, że powstała kontynuacja, jednak zmiana reżysera mocno odbiła się na jakości. Jednak przy części trzeciej wraca reżyser Jakub Michalczuk i forma też jakby jest lepsza.

W „trójce” już tym razem ślubu nie będzie, bo już był. Do tego jeszcze panna młoda już zaciążyła i razem z mężem mieszkają w Niemczech. Ale teraz wracają młodzi, rodzice panny młodej – Wanda z Tadeuszem (Iza Kuna i Adam Woronowicz) oraz matka pana młodego, Małgorzata (Maja Ostaszewska). Już z mężem nie są razem, więc kobieta przyszła razem z przyjaciółką, Grażynka (Magdalena Popławska). Ku jej zaskoczeniu pojawia się także jej dawny partner, Andrzej (Marcin Dorociński) z Australii. Razem z… synem. Po co spotyka się cała rodzinka? Na urodzinach najmłodszego członka rodziny oraz… jego chrzcinach. A to staje się dla Małgorzaty prawdziwą iskrą w prochu.

Reżyser wraca do zderzenia dwóch przeciwstawnych światów, gdzie baty są serwowane obydwu stronom. I już od samego początku, gdzie mamy podobne długie ujęcie prowadzące na naszych gospodarzy przez kuchnię, czuć pewną świeżość. Znowu wracamy do tradycji i skrytych pozorów skonfrontowanych z tak szerokim otwarciem się na świat (wiedza o chorobach psychicznych oraz przyczynach, wiara w różne talizmany), że doprowadza to do totalnych idiotyzmów. Te spięcia (zwłaszcza wobec pań) mają w sobie tą znaną ostrość poprzedników. Ale jest w tym wszystkim zaskakująco sporo bardziej refleksyjnej nuty. Szczególnie widać to w wątku Andrzeja, który zaczyna (przynajmniej takie sprawia wrażenie) dojrzewać do ogarnięcia się. Jeszcze jest tu zamknięty w sobie Tadeusz, odkrywający paskudną tajemnicę Wandy, z którą będzie musiał się zmierzyć. W ogóle ostatnie 30 minut to najintensywniejsza farsa, jaką widziałem od dawien dawna, z masą przewrotek i zakrętów oraz bardzo satysfakcjonującego zakończenia.

A wszystko jest absolutnie rewelacyjnie zagrane. Ostaszewską z Kuną drą łacha tak mocno, że się już bardziej nie da, wycofany Woronowicz nadal budzi mnóstwo sympatii, zaś wracający Dorociński ma w sobie masę uroku. Wspólne sceny obu panów wywołują wiele śmiechu, także doprowadzając do najbardziej widowiskowej sceny filmu. Do tego miksu jeszcze wrzuceni zostają bardzo energiczny Wojciech Mecwaldowski (właściciel knajpy Marek Vajs) oraz niezawodna Magdalena Popławska (neurotyczna Grażyna), dodający sporo świeżej energii.

Trzecie spotkanie z „Teściami” jest powrotem do dobrej dyspozycji, choć muszę przyznać, że jest bardziej refleksyjna i skupiona na postaciach niż humorze. Nadal jest to inteligentna rozrywka, zrobiona z dużym wyczuciem, masą energii oraz cudownym aktorstwem. W zasadzie domyka całą serię, aczkolwiek nie miałbym nic przeciw kolejnej części.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Cinema Paradiso

Kino przez wiele dekad było miejscem centralizującym małe społeczności. Źródłem jedynej (poza radiem) rozrywki, mającym ogromną siłę oddziaływania na widzach. Podobno w niektórych miejscowościach nadal tak potrafi rezonować. A przynajmniej tak słyszałem. O takiej sile kina opowiada wracający do kin „Cinema Paradiso” – włosko-francuska koprodukcja z 1988 roku.

Tytułowe kino znajduje się w małym miasteczku Giancaldo na Sycylii i jest jedynym kinem w okolicy. Prowadzi je kinooperator Alfredo (Philippe Noiret), zaś akcja zaczyna się po zakończeniu II wojny światowej. Innym odwiedzającym kino jest niejaki Salvatore Di Vita (Salvatore Cascio jako dziecko; Marco Leonardi w wieku nastoletnim oraz Jacques Perrin w wersji dorosłej) zwany Toto – wychowywany przez matkę, gdyż ojciec wyruszył walczyć za kraj. Z czasem chłopiec staje się pomocnikiem i uczy się obsługiwać projektor, wzmacniając miłość dzieciaka do kina. Ale podczas jednego z seansu taśma filmu się spala, doprowadzając do pożaru, wskutek którego kino zostaje zniszczone, zaś Alfredo traci wzrok.

„Cinema Paradiso” to był drugi film w dorobku Tornatore. Po debiutanckim gangsterskim „Kamoryście” nie można się było spodziewać się większego zwrotu o 180 stopni. Jest to pełen ogromnej dawki nostalgii, ciepła oraz humoru portret świata, którego już nie ma. Świata, gdzie lokalne kino było oknem na świat oraz miejscem łączącym całą społeczność. I jest to prawdziwa zbieranina ekscentrycznych postaci: od takich, co zatracają się całkowicie w ekran przez takich, co chodzą na seans… zdrzemnąć się czy miejscem na romantyczną schadzkę. Jest też jeszcze lokalny proboszcz, będący cenzorem, co widzi każdy film przed seansem i każe wyciąć „gorszące” momenty pocałunku. Bo tak naprawdę jest tu kilka opowieści w jednym. Z jednej strony o sile ruchowym obrazów i ich wpływie na widzów, z drugiej to inicjacyjna opowieść o dojrzewaniu i przyjaźni, z trzeciej historia zauroczenia oraz miłości do wobec ślicznej Eleny (przeurocza Agnese Nano).

Można byłoby się spodziewać, że Tornatore tutaj jest bardziej sentymentalny czy wręcz ckliwy (z paroma kliszami w rodzaju pocałunku młodych w deszczu). Ale reżyser przemyca do tej mieszanki nutki goryczy i smutku. Najdobitniej to czuć w trzecim akcie, kiedy już dorosły Salvatore (ceniony i znany reżyser) wraca do miasteczka na pogrzeb Alfreda. Miejsce zmienia się nie do poznania, zaś samo kino idzie do rozbiórki. Sam widok miejsca pełnego pajęczyn, zrujnowanego kina zapada bardzo mocno w pamięć. Tak jak finał z oglądanymi ścinkami przez Salvatore – taki przepięknych scen tu więcej. Wszystko okraszone przepiękną muzyką mistrza Morricone (to była pierwsza współpraca z Tornatore, która trwała aż do śmierci kompozytora w 2020 roku), tworzącymi niezwykłą atmosferę zdjęciami oraz rewelacyjnym aktorstwem z Philippem Noiretem na czele.

Rozumiem skąd bierze się fenomen „Kina Paradiso” i dlaczego jest aż tak uwielbianym filmem w na świecie. Tornatore odtwarza dawny świat, kiedy lokalne kina było centrum kulturalnym. Wszystko w czasach przed telewizją, kasetami video oraz platformami streamingowymi. Melancholijne, słodko-gorzkie oraz zadziwiająco poruszające kino, z niezapomnianymi dialogami oraz scenami.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Fenicki układ

Jakie są filmy Wesa Andersona, każdy widzi. Styl wizualny jest bardzo charakterystyczny i rozpoznawalny od pierwszych kadrów, co czyni go jednym z najciekawszych autorów kina. Jednak treściowo jest za każdym razem inaczej, choć najczęściej mamy do czynienia z dysfunkcyjnymi rodzinami. I tak też jest z „Fenickim układem”, mieszanką komedii, filmu szpiegowskiego (to coś nowego) oraz dramatu.

Tym razem jesteśmy w latach 50., zaś bohaterem jest potentat finansowy Zsa Zsa Korda (Benicio Del Toro). Ma masę wrogów, którzy chcą go zabić (lecz są w tym kompletnie nieudolni), sprawia wrażenie bardzo zdecydowanego i chytrego, że nawet rządy chcą go udupić. W sensie zinfiltrować firmę i zabrać całą kasę. Jednak Korda ma plan na potężną inwestycję w Fenicji, która ustawiłaby go oraz jego wspólników na 150 lat. Postanawia wtajemniczyć do swojego planu jedyną córkę, przyszłą zakonnicę Liesl (Mia Threapletone) zamiast jej dziewięciu (!!!) braci. Może dlatego iż są jeszcze bardzo młodzi i niepełnoletni. Dwójce towarzyszy jeszcze nauczyciel, specjalista od owadów, profesor Bjorn Lund (Michael Cera). Jednak od samego początku Kordę prześladuje pech (manipulacja rynkiem) i dość ryzykowne przedsięwzięcie może okazać się katastrofą.

„Fenicki układ” pozornie jest taki sam jak zawsze. Nadal mamy mocne, pastelowe kolory, symetryczne kadry i specyficzną pracę kamery czy bogatą w detale scenografię. Jednak tutaj Anderson nie wali wątkami jak szalony, nie tworzy opowieści w opowieści, tylko w całości skupia się na trójce postaci oraz ich dynamice. A jednocześnie mamy całą tą kombinację związaną z tytułowym układem oraz „Wyrwą”, czyli dołożeniem troszkę piniądzorów do tej inwestycji. Próby negocjacji, gdzie tak naprawdę sporo zależy od szczęścia i zbiegów okoliczności potrafią rozbawić, zaskoczyć, a nawet zadziwić kreatywnością (jak rozwiązanie sporu przez… grę w koszykówkę czy nagłe wkroczenie grupy terrorystycznej). Jednak tak naprawdę mamy zderzenie dwóch światów: religijnej, głęboko wierzącej, idealistycznej Liesl z bezwzględnym, wyrachowanym kapitalistą Kordą. Jeszcze bardziej widać tą konfrontację w czarno-białych, surrealistycznych scenach osadzonych w zaświatach. Więc czy wygra interes czy może więzy rodzinne?

Realizacyjnie jest jak zawsze, ale jednocześnie czuć pewne drobne szczególiki. Nadal mamy tu mocne kolory, imponującą scenografią i kostiumy oraz skupienie na detalach. O zadziwiających rekwizytach w postaci zminiaturyzowanego wykrywacza kłamstw i wersji zdalnego telefonu nie mówiąc. Jednak parę razy kamera bawi się ujęciami (uderzenia z liścia pokazane z oczu czy pogoń za postaciami w finałowej konfrontacji), muzyka pojawia się o wiele rzadziej, zaś humor kilkukrotnie łapie z zaskoczenia.

A wszystko działa dzięki (jak zawsze imponującej) obsadzie, choć najważniejsze jest tutaj trio: Del Toro/Threapletone/Cera. Pierwszy jest absolutnie charyzmatyczny, sprytnie lawirujący między różnymi siłami/potencjalnymi sojusznikami oraz szorstki, wręcz pozbawiony jakichkolwiek emocji (co wynika z dość trudnego życia rodzinnego). Jednak coś powoli zaczyna się w nim zmieniać, choć nie jest to widoczne na pierwszy rzut oka. Prawdziwym odkryciem jest Theapletone, czyli głęboko wierząca przyszła zakonnica. Pozornie jest naiwna, mocno oderwana od rzeczywistości, jednak okazuje się być o wiele sprytniejsza niż się wydaje. Ich wspólne wymiany zdań, docinki to dla mnie prawdziwe serce tego filmu. Jednak całość kradnie Michael Cera i jest to dziwne, że dopiero teraz pojawia się w filmach Andersona. Od rozbrajającego akcentu aż po niemal obsesję na punkcie owadów potrafią zaserwować sporą ilość zabawnych dialogów. Jak zawsze mamy na drugim planie masę znajomych twarzy: od Toma Hanksa i Bryana Cranstona przez Mathieu Amalrica aż po Jeffreya Wrighta oraz Benedicta Cumberbatcha z dziwaczną bródką.

„Fenicki układ” nie jest rewolucją czy gruntowną zmianą w plastycznym świecie Wesa Andersona, jednak inaczej rozkłada akcenty, co wnosi o wiele więcej świeżości niż się można było spodziewać. Wracamy do rodzinnej opowieści, która potrafi zaskakująco trzymać w napięciu, oszołomić wizualnie i (w nieoczywistym finale) nawet wzruszyć. Czego takiego u tego reżysera nie czułem od czasu „Grand Budapest Hotel”, pokazując jak wiele mogą zmienić drobiazgi.

7,5/10

Radosław Ostrowski