Gdzie dwa studia animowane się biją, tam trzecie korzysta. Disney/Pixar i DreamWorks ostatnio rozkręcają swoje dzieła, zdobywające uznanie widowni oraz krytyki, co jakiś czas daje o sobie przypomnieć Sony. Nie dość, że parę lat temu wywrócili reguły „Spider-Man: Uniwersum”, którego styl potem naśladowali inni („Kot w butach: Ostatnie życzenie”, „To nie wypanda”), to jeszcze sami się nim bawili. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego dzieła, czyli „Wielka mała koza” (w oryginale „GOAT”).

Akcja dzieje się w Pnączowie – jednym z miast, gdzie żyją antropomorficzne zwierzęta (niczym w „Zwierzogrodzie”). Tutaj powstała bardzo popularna gra zwana rykokoszem. Taka wariacja koszykówki, gdzie grają wielcy (dosłownie i w przenośni) zwierzęta, stanowiąc inspirację dla innych. Dla takich jak Will Harris – zwykła koza, pracujący w knajpie jako dostawca żarcia na wynos. Marzył, by być wielkim zawodnikiem jak jego idolka, Jett Fillmore z jego lokalnej drużyny Kolce. Problem w tym, że ekipa od lat nie wygrała żadnego meczu, zaś zawodniczka robi się coraz starsza. Wskutek niezwykłego zbiegu okoliczności (gra Willa z najlepszym graczem – koniem Main Attraction na skromnym boisku, która trafia do Internetu) zostaje zauważony przez właścicielkę klubu oraz dodany jako szósty zawodnik.

Nowe dzieło Sony od reżyserów Tyree Dillihay/Adam Rosette to w zasadzie klasyczne kino sportowe w stylu „Rocky’ego” czy innych opowieści o underdogach. Czyli tych, co nie mają zbyt wielkich predyspozycji (tutaj jest to wzrost) do zwycięstwa i dlatego im się kibicuje, a jednak to oni wygrywają. Droga zawsze jest wyboista i pełna zakrętów – egoistyczna, podstarzała gwiazda; niedopasowana drużyna (nosorożec, strusia, żyrafa, kameleon); zagubiony trener; o przeciwnikach wielkich jak King Kong nie muszę wspominać – co podbija stawkę i pomaga zaangażować. To sprawdzona formuła, która – jeśli jest dobrze wykonana oraz wyegzekwowana – działa cuda. Ale to także opowieść o lokalnym patriotyzmie (co z tego, że mówimy o kibicach), scalającym społeczności.

Sama animacja bardzo przypomina zarówno „Spider-Mana”, a także ostatni hit studia – „K-popowe łowczynie demonów”. Tła wyglądają niczym malowane sprajem od graffiti, dodając pewnej własnej tożsamości, mieszając to z hip-hopową muzyką. Sceny gry w kosza są bardzo efektowne, niepozbawione slow-motion czy szybkiego montażu, dodając mi odpowiednią dawkę adrenaliny. Wszystko w różnorodnych boiskach (od wiszących stalaktytów przez lód aż po niemal spaloną ziemię), a same postaci poruszają się bardzo płynnie i wyglądają bardzo porządnie. Nie było tu miejsca na nudę i kibicowałem do samego końca. A o to tu chodzi.

Film jest u nas pokazywany z polskim dubbingiem, za który odpowiada Bartosz Wierzbięta (reżyseria i dialogi). Tłumaczenie nie wywołuje jakiś zgrzytów językowych, a dobrane głosy pasują. Mocno reklamowany jest ten film udziałem koszykarza Marcina Gortata, który użyczył głosu żyrafie Lenny’emu i wypada solidnie. Dla mnie jednak najmocniejszym punktem było trio: Karol Jankiewicz (Will), Monika Dryl (Jett Fillmore) oraz – kradnący ekran – Jan Kulczycki (trener Dennis z bardzo brawurową i pełną pasji mową motywacyjną!!!). Słuchałem tego z dużą przyjemnością oraz bez poważnych zgrzytów.
Jedyne, co mi przeszkadza to polski tytuł tego filmu. Aż prosiło się, by „Kozę” przerobić na „Kozaka”, ale dystrybutor uznał inaczej. Nie będę owijał w bawełnę, że ten film odmienił ten gatunek. Ja jednak lubię takie historię, która ma drobne niespodzianki, wyrazisty styl wizualny oraz złożone, sympatyczne postacie. Wyczuwam tu kolejny klasyk w dorobku Sony Pictures Animation.
7,5/10
Radosław Ostrowski















