Piosenki o miłości

Czasami pojawia się taki film, który wygląda jakbyśmy już go znali, widzieli, słyszeli. Trochę tak jak mężczyzna widzi kobietę i na podstawie jej wyglądu zaczyna ją rozpracowywać. Że już wie o niej wszystko. Dopóki się nie odezwie i wtedy się wszystko okazuje – czy jest naprawdę urodziwa, czy to tylko wygląd zewnętrzny. Takie myśli przyszły mi po seansie „Piosenek o miłości” debiutanta Tomasza Habowskiego.

piosenki o milosci1

Zaczyna się banalnie, bo od uroczystości w knajpie. Rocznicy pracy artystycznej aktora Andrzeja Jaroszyńskiego (Andrzej Grabowski), gdzie zebrali się goście i rodzina. Wśród tego towarzystwa znajduje się Robert (Tomasz Włosok), który nie posiada żadnego zawodu, masę ambicji oraz jest niezdecydowany w kwestii, co dalej. I to bardzo działa ojcu na nerwy. Podczas imprezy mężczyzna wychodzi na zewnątrz, gdzie słyszy śpiewającą dziewczynę. Alicja (Justyna Święs) jest kelnerką i udaje się Robertowi umówić z nią. Powoli zaczyna między nimi iskrzyć, a nawet udaje się coś napisać.

piosenki o milosci2

Pierwsze, co uderza to czarno-białe zdjęcia, niemal w całości ruchoma, jakby rozedrgana. Kolorowe ujęcia pojawiają się tylko na kadrach z telefonu komórkowego. Razem z bardzo intymną pracą kamery (ze sporą ilością zbliżeń) buduje to klimat, troszkę ocierający się o melancholię. Jest bardzo delikatnie, wszystko toczy się bardzo spokojnym rytmem, a w tle gra liryczna muzyka. Nie brakuje jednak momentów spięć oraz konfliktów, a wszystkie one dotyczą Roberta. Jego niespełnienia artystycznego, bycia nikim, próby udowodnienia ojcu, że jest do czegoś zdolny. I ta ambicja zaczyna działać jak trucizna, bo jak nie teraz to nigdy.

piosenki o milosci3

I to wewnętrzne spięcie Tomasz Włosok pokazuje na różny sposób: od bardzo drobnych gestów po ekspresyjne wybuchy czy prób ubłagania innych o czas, o pieniądze. Rozumiałem go, choć nie zawsze byłem w stanie go polubić. Po części przez swoją ambicję, przez którą staje się skupionym na sobie palantem. Potrafi to o sobie przypomnieć zarówno podczas kłótni z ojcem (Grabowski tworzy mocną, szorstką kreację), jak i relacji z Alicją. Fakt, że Justyna Święs jest świetną, magnetyzującą wokalistką wie każdy, kto słuchał płyt The Dumplings. Jako aktorka była dla mnie zagadką i zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Wypada bardzo naturalnie, uroczo, a chemia między nią a Włosokiem jest wręcz potężna. Z jednej strony wydaje się uzdolnioną dziewczyną, z drugiej bardzo nieśmiałą, trochę obawiającą się kariery wokalistki (choć nigdy nie wiemy z czego to wynika). To jest dla mnie serce tego filmu, bez którego mielibyśmy szablonową historię miłosną.

„Piosenki o miłości” to jest przykład filmu, który na pierwszy rzut oka wydaje się znajomy. Ale różnice widać w szczegółach, bez poczucia pretensjonalności, ze świetnym aktorstwem oraz klimatem. Proste, szczere, czułe, słodko-gorzkie.

8/10

Radosław Ostrowski

Różni wykonawcy – Albo Inaczej 2

okladka_ALbo Inaczej alkopoligamia 2

Pamiętacie taki projekt, który się nazywał Albo Inaczej? Alkopoligamia postanowiła zaprosić weteranów polskiej muzyki (poza Marylą Rodowicz i Krzysztofem Krawczykiem) do zmierzenia się z klasyką polskiego rapu, dodając nutkę jazzowego posmaku. Do tego udział wykonawców takiego kalibru jak Krystyna Prońko, Zbigniew Wodecki czy Felicjan Andrzejczak sprawił, że znane hity Peji, Kalibra 44 czy Mor W.A. zyskały nowy blask. Wytwórnia postanowiła pójść za ciosem i zrobić część drugą, ale tym razem z innym składem. Do sequela zaproszone młode pokolenie wykonawców kojarzone z szeroko rozumianą muzyką alternatywną, zaś aranżacjami oraz opracowaniem tekstów zajął się Mariusz Obijalski – pianista jazzowy. Czy możemy mówić tutaj o sukcesie? Hmm.

Pierwszy na scene wchodzi Piotr Zioła idący na starcie z “Nie mamy skrzydeł” Miousha,który tutaj przypomina typowy dla tego wykonawcy retro pop z lat 60., gdzie dominuje gitara elektryczna z klawiszami. Przyjemnie to buja, chociaż mroczna aura słów potrafi sprowokować. Jazzowo-reagge’owa hybryda towarzyszy w “Mogę wszystko” z całkiem nieźle sobie radzącą Natalią Nykiel, jednak szoł kradnie sekcja dęta w środkowej partii. Więcej ognia serwuje za to (ku mojemu wielkiemu zdumieniu) Mrozu w niemal rockowym “Gdyby miało nie być jutra”, zwłaszcza w refrenie. Ale też zwrotka z powoli tykającym fortepianem potrafi zaskoczyć. Efekt jest piorunujący. Znowu gitarowo, chociaż mniej agresywne jest “Nic”, gdzie refren jest tak cudnie zapętlony, że mógłbym słuchać go w nieskończoność, a delikatny głos Darii Zawiałow jest wartością dodaną.

I wtedy pojawia się perła w postaci melancholijnych “Sznurowadeł” z chropowatym głosem Fismolla, mającym w glosie tyle emocji, że można nimi obdzielić masę innych wykonawców. A gdy dodamy kolejne wejścia instrumentów, ze szczególnym wskazaniem gitarowej solówki oraz dęciaków, efekt jest znakomity. Znacznie intymniejszy (lecz nie gorszy) jest drugi mocny punkt, czyli “Chodź ze mną” z nisko śpiewającym Ralphem Kamińskim oraz fortepianem. Równie spokojna (poza refrenem oraz gitarą w tle), ale też naznaczona pewnym mrokiem jest “Czerwona sukienka”, co bardzo mnie zaskoczyło. Tak samo jak występująca Justyna Święs, dodająca pewnej delikatności. Za to większy groove dodaje Monika Borzym w bardzo dynamicznych “Złych nawykach”, zaś retro rockiem zaleciał Igo ze swoją zachrypniętą wersją “Mówią mi”. Nieźle wypada Rosalie naszpikowanym basem “Ile mogę” oraz mroczniejszy, przerobiony wokalnie Krzysztof Zalewski z “Chwilą”, zaś na finał wszyscy wykonują “Chwile ulotne” Paktofoniki.

Do samych aranżacji czy wykonań nie mam poważnych zastrzeżeń, ale jest jeden poważny zgrzyt jaki fanom rapu się nie spodoba – opracowania tekstów. Owszem, wiadomo, ze nie da się przenieść utwór jeden do jeden, bo wokaliści nie rapują i ślepe rekonstruowanie byłoby nijakie. Na poprzednim albumie też były pewne skróty, jednak Obijalski z wokalistami dokonali wręcz rzezi na materiale źródłowym. W wielu przypadkach wyleciało nawet ¾ całości, co najmocniej słychać w “Czerwonej sukience” (takie cięcia przy utworach będącymi opowieściami są bardzo bolesne), “Mogę wszystko” oraz “Ile mogę”, gdzie wiele niezapomnianych fraz poszło do kosza. I tego żadne wykonanie nie jest w stanie zastąpić.

Czy to znaczy, że sequel nie wypalił? Raczej nie do końca wykorzystał swój potencjał, a nowe wersje raczej nie będą w stanie przebić oryginału (może poza “Sznurowadłami”), chociaż niektórym zabrakło naprawdę niewiele. Bardzo przyzwoicie wykonane, chociaż nie jest w stanie dorównać poprzedniej części. Mimo to, kibicuje tej inicjatywie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Lady Pank i goście – LP1

lp1-w-iext52920669

Lata 80. w polskiej muzyce to był czas eksplozji rocka w każdej możliwej wersji: od przebojowych, chwytliwych numerów przez punkową wściekłość i nowofalowe wycieczki aż po cięższe, metalowe popisy. Wśród grup z tego okresu jedną z bardziej pamiętanych było Lady Pank, którego filarem są gitarzysta Jan Borysewicz i wokalista Janusz Panasewicz. Ich debiutancka płyta “Lady Pank” z 1983 roku była kopalnią wielkich przebojów jak “Kryzysowa narzeczona”, “Mniej niż zero” czy “Zamki na piasku”. Z okazji 35-lecia tej płyty, kapela postanowiła dokonać remake’u tego wydawnictwa, zapraszając gości przed mikrofon.

Zazwyczaj, gdy słyszę o tego typu przedsięwzięciach nie mogę pozbyć się wrażenia, że to skok na kasę w najprostszy i najprymitywniejszy ze sposobów. Jednak pomysł, by do głosu dopuścić innych, a Panasewicza zepchnąć na dalszy plan (udziela się raptem w czterech utworach), był sam w sobie dość intrygujący. Przedsmak dostajemy w “Mniej niż zero”, gdzie wprawne ucho wychwyci m.in. Grzegorza Markowskiego, Kasię Kowalską i Piotra Roguckiego, nie ograniczających się tylko do chórku w refrenie (na szczęście), a zamiast solówki na gitarze wchodzi… akordeon Marcina Wyrostka, wywołując lekkie zamieszanie. Jedynie perkusja mocno zdradza, że jest to współczesna realizacja, ale nadal to ma w sobie tę moc, co 35 lat temu. Ale paradoksalnie, nie jest to w żadnym wypadku wadą. Ten hołd (bo tak należy odebrać “LP1”) wypada naprawdę dobrze, nie rezygnując z ognistych dźwięków (“Fabryka małp”, mroczniejsze “Pokręciło mi się w głowie” ze skromnym udziałem Lecha Janerki czy instrumentalne “Zakłócenie porządku”).

A jak poradzili sobie sami wokaliści? Każdy próbował odcisnąć swoje własne piętno, co zdecydowanie udało się Krzysztofowi Zalewskiemu (“Fabryka małp”), Kasi Kowalskiej (“Zamki na piasku”), nawet Piotrowi Roguckiemu (“Vademecum skauta”), który jakoś mniej irytował swoją manierą. Zaskoczył mnie za to Artur Rojek (“Wciąż bardziej obcy” z lekko zmienionym instrumentalnym finałem), którego delikatny, wręcz leciutki głos początkowo może nie pasować do tego utworu, a jednak nie było zgrzytu. Lech Janerka ograniczony jest do roli tła, a Markowski trzyma fason.

Za to niespodzianką są dorzucone 3 utwory, których w podstawowej wersji nie było, ale zostały nagrane przed wydaniem pierwowzoru jako single. “Mała Lady Pank” z Borysewiczem na wokalu nadal potrafi oczarować, w “Tańcz głupia tańcz” Maciej Maleńczuk ze swoim zachrypniętym głosem może wielu zirytować, ale jest dość znośny (poza refrenem). Ale największe wrażenie robi “Minus 10 w Rio”, gdzie swoje bardziej zadziorne oblicze prezentuje… Kasia Nosowska, kasując wręcz wszystkich (bo od tego ona jest, tak samo jak solo na trąbce, dodając lekko jazzowego animuszu).

Czy “LP1” było skokiem dla kasy? Muzycznie nie poddano utworów jakimś poważniejszym modyfikacjom, chociaż Borysewicz nadal potrafi czarować swoimi solówkami. Chociaż nie wszystkich zaproszonych gości wykorzystano w 100% (Janerka), to same utwory ciągle się bronią tekstami, melodyką oraz energią, a zmiennicy na mikrofonie wyciskają wszystko, co się da, a to wyróżnia całość. Pozycja godna polecenia.

8/10

Radosław Ostrowski

Krzysztof Zalewski – Zalewski śpiewa Niemena

zalewski-spiewa-niemena-b-iext52306034

Ten album by nie powstał, gdyby nie pewien koncert w Jarocinie. Z okazji 30-lecia występu Czesława Niemena oraz 50-lecia albumu “Dziwny jest ten świat” organizatorzy festiwalu, zaproponowali Krzysztofowi Zalewskiemu występ z utworami Mistrza. Publiczność przyjęła utwory bardzo entuzjastycznie, więc postanowiono całość nagrać ku pamięci potomnych. Zebrano ekipę z gitarzystą Jerzym Zagórskim na pokładzie i tak powstał ten album.

Nie zabrakło najbardziej znanego, czyli “Dziwny jest ten świat” (bardzo minimalistyczna aranżacja) oraz “Jednego serca”, ale wybrano też te troszkę mniej znane pieśni z późniejszego okresu. Wszystko zostało zabarwione w rockowej konwencji z lat 70. oraz 80. Dynamiczna “Doloniedola” z psychodelicznymi solówkami gitary oraz klawiszy, bardziej soulowe “Przyjdź w taką noc” z cudnym saksofonem w tle oraz siostrami Przybysz pełniącymi role chórku czy oparte na pulsującej elektronice “Status mojego ja”, gdzie dochodzi oszczędna gitara. Jest też znany z ostatniej płyty Natalii Niemen “Począwszy od Kaina”, tutaj bardziej delikatny. Równie łagodny, oparty na klawiszach “Kwiaty ojczyste” oraz blisko trzymający się oryginału “Jednego serca”. Lekka psychodelia wraca w oszczędnym “Pielgrzymie”, który w połowie staje się ostrzejszy dzięki gitarom oraz egzotycznie brzmiącym wokalizom, a także w “Spojrzeniu za siebie”, by zakończyć rock’n’rollowym “Domkiem bez adresu”.

Chociaż z tym finałem, to troszkę przesadziłem. Bo na finał dostajemy fragment koncertu z Jarocina i trzeba przyznać, ze na żywo wypadło to fantastycznie. Sam Zalewski swoim głosem, bardzo silnym, naznacza te utwory swoim piętnem, szukając własnego sposobu na każdy z utworów. I robi to znakomicie, dodając wiele energii. A takich tribute albumów chcemy jak najwięcej.

8/10

Radosław Ostrowski

Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać

Rok 1945 miał przynieść dla Polski pokój oraz być początkiem odbudowywania kraju po wojennej zawierusze. Jednak okazuje się, że władzę przejęli komuniści, a kraj znalazł się w radzieckiej strefie wpływów. Dla wielu ludzi działających w podziemiu walka miała się dopiero zacząć. A jednym z tych wojaków był Mieczysław Dziemieszkiewicz „Rój”, który poległ w zasadzce w 1951 roku.

historia_roja1

Tematyka żołnierzy wyklętych, czyli ludzi podziemia, co nie złożyli broni i postanowili dalej walczyć o kraj, tym razem z okupantem sowieckim, jest czymś bardzo świeżym, mogącym zainteresować zwłaszcza młodego (nastoletniego) widza. Pytanie czy reżyser Jerzy Zalewski był w stanie opowiedzieć o zapomnianym bohaterze. Odpowiedź na to pytanie jest jedno: no k***a nie. Reżyser miesza tutaj postacie i wątki, wprowadzając kompletny bajzel. Scenariusz jest zbiorem scenek, będących zbiorem scen akcji, gdzie kamera zapierdala jak szalona, trzęsąc się we wszystkie możliwe kierunki. I jak mam się zorientować kto z kim i jak atakuje. Żeby było jeszcze trudniej, wszystko jest zrobione w slow-motion jakby to był co najmniej film Pasikowskiego czy Peckinpaha (atak na UB).

historia_roja2

A żebyśmy wiedzieli, ze to film o żołnierzach wyklętych, to muszą pojawić się obowiązkowe sceny ze słowami „Bóg, Honor, Ojczyzna” skontrastowane z panami w kapeluszach, obalającymi flaszkę za flaszką, rzucając jedną kurwę za drugą. Czemu to wszystko musi być takie zero-jedynkowe, jakbym oglądał jaką bajeczkę czy komiks gorszego sortu? Nawet próby wprowadzenia szarości (postawa Młota czy chłopa, który jest taką chorągiewką) są rozbrajane czy to patetycznymi tekstami (mówionymi lub krzyczanymi), czy wrzuconymi w tło religijnymi symbolami. I jeszcze ten bałaganiarski montaż (przeplatająca się scena zabicia „Pogody” z modlącym się Rojem), gdzie nawet udźwiękowienie stoi na słabym poziomie. Dotyczy to w szczególności odgłosów strzałów, brzmiących jakby to były zabawki, a nie prawdziwa broń. Takich rzeczy się nie robi.

historia_roja3

Wygląda to okropnie, brzmi najwyżej słabo, a aktorstwo tutaj praktycznie nie istnieje. Albo się deklaruje ważne rzeczy albo rzuca się mięchem. Grający Roja Krzysztof Zalewski kompletnie nie pasuje do roli nie idącego na kompromisy żołnierza, pozbawionego wątpliwości (chociaż scena nocnego koszmaru, gdzie rozmawia z poległymi, próbuje wybrzmieć), który wszystko. Kompletnie tej postaci brakowało charyzmy, a jego przemowy brzmią bardzo sztucznie. Z drugiej strony jest przerysowany Wyszomirski (Piotr Nowak) – były kumpel, który jest tutaj tak zły, że już bardziej się nie da. Cała reszta służy do deklaracji oraz opowiadania się po jednej ze stron. Nawet pewne drobne epizody (Mariusz Bonaszewski jako rozdarty Młot czy Sławomir Orzechowski jako chłop Osowiecki) nie dostają szansy na wybrzmienia ich dylematu.

historia_roja4

„Historia Roja”, chociaż powstawała 6 lat w ogromnych bólach (ciągle brakowało funduszy), jest przykładem bardzo spóźnionej ciąży. Pozbawiona jakiegokolwiek sensu, wiarygodnej psychologii postaci, napięcia, tła, czegokolwiek. Szczytowy przykład partactwa filmowego, na jaki ci bohaterowie zwyczajnie nie zasłużyli. Pytanie, czy ktoś zmądrzeje i wyciśnie coś więcej niż tylko suspensową muzykę Michała Lorenca (a że przypomina „Call of Duty”, to inna kwestia) oraz ważki temat.

1/10

Radosław Ostrowski

Różni wykonawcy – nowOsiecka

nowosiecka-b-iext49353366

Agnieszka Osiecka zawsze była inspiracją i źródłem, z którego dorobku wielu artystów czerpało, czerpie i będzie czerpać dalej. Dowodem na to jest wydawnictwo „nowOsiecka”, w którym wykonawcy szeroko pojętej muzyki alternatywnej postanowili zmierzyć się z jej wieloma niezapomnianymi tekstami. Po raz pierwszy te utwory wybrzmiały podczas koncertu poświęconego twórczości Osieckiej w katowickim NOSPR w listopadzie 2016 roku.

I rzeczywiście skład wykonawców jest imponujący: Natalia Grosiak (Mikromusic), Misia Furtak, Brodka, The Dumplings, Krzysztof Zalewski, Łona i Webber. To nie wszyscy, ale już to robi wielkie wrażenie. Zaczyna pani Grosiak wspierana przez melancholijne smyczki, ze swoim bardzo charakterystycznym głosem chwyta za serce w „W dziką jabłoń Cię zaklęłam”. Po minucie utworu nagle wchodzi perkusja oraz gitara elektryczna, smyki zaczynają plumkać, zmienia się tempo, by pod koniec wszystko wraca do normy. Mroczniej, co jest spowodowane dźwiękami organów i ostrych dźwięków perkusyjno-gitarowo-dęty, jest w „Kto tam u Ciebie jest?”, wykonywanym przez Brodkę. Wokalistka dźwiga ten utwór, pozornie beznamiętnym głosem, chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Nosowska wypadła lepiej w tym utworze. Czesław Śpiewa podszedł ambitnie i połączył pięć krótkich opowieści w jedną ośmiominutową kompilację, mieszającą akordeonowe popisy z elektroniką, perkusją oraz swoim zaśpiewem, ciągle zmieniając klimat, tempo i rytm. Psychodelia gwarantowana (jedyny utwór w wersji koncertowej). Niespodzianką był dla mnie przygnębiający, polany smyczkami, trąbką i elektroniczną perkusją „Ja nie chcę spać” w wykonaniu… Piotra Roguckiego.

Bardziej tanecznie próbuje zagrać Misia Furtak, podparta przez bas i perkusję w „Zabaw się w mój świat”, jednak nadal zachowana zostaje melancholijna aura, co jest też spowodowane barwą głosu Misii. I wtedy pojawia się drugi (po Mozilu) strzał w postaci onirycznego „Ach nie mnie jednej”, pachnącego elektroniką lat 80. od The Dumplings (Justyna Święs czaruje swoim delikatnym, ale niepozbawionej dużego ładunku emocjonalnego – posłuchajcie refrenu), idealnie pasując do słodko-gorzkiego spojrzenia na miłość. Ale kiedy kończy się utwór, pojawia się rozczarowanie w postaci „Chwalmy Pana”, czyli psychodeliczno-jazzowa aranżacja wiernie (nawet za bardzo) trzymająca się oryginału. Nawet głos Krzysztofa Zalewskiego wydaje się troszkę zachowawczy. Szaleństwo wraca z raperem LUC-iem, który tym razem próbuje śpiewać i rapować (na szczęście, nie jednocześnie). „Rajski deser” brzmi wyjątkowo apetycznie, mieszając bity ze smyczkami (pod koniec), co fanów rapera raczej nie zaskoczy. Bardziej elegancko, bo z fortepianem wchodzi Mela Koteluk w ładnej wersji „W naszym domu nie ma drzwi”, a zaskoczeniem jest tutaj wejście… thereminu. Niby drobiazg, a zmienia wszystko. Podobnie jak gitarowa wersja „Urody”, dodająca odrobiny mroku. Riffami czaruje Raphael Rogiński, a głosem – Natalia Przybysz, co też jest mocnym strzałem, dodając odrobinę lekkości.

Co mamy pod koniec wędrówki? Instrumentalny, funkowo-jazzową wersję „Wymyśliłem Ciebie” od Przemek Borowiecki nO Band (też dość wierny oryginałowi, choć ma klasę), oparty na klasycznych Hammondach „Karnawał raz w życiu” w big-beatowej wersji od Joanny Ewy Zawłockiej, która całkiem nieźle się bawi. Jednak końcówka to zdecydowanie popis Łony, dokonującego własnej wersji „Na zakręcie”, traktując oryginał jako punkt wyjścia do własnego tekstu. Profanacja? Absolutnie nie, gdyż raper sprytnie ogrywa tekst (zachowany zostaje refren), a w połączeniu z minimalistycznymi bitami Webbera „Ostatnia prosta” jest najlepszym kawałkiem na płycie. A o „Polonezie” DJ-a Feel-xa oraz Gutka wolę się nie wypowiadać.

Jak odebrać tą kompilację? Nie brakuje ambicji i kilku pomysłów na spore dzieło, ale brakowało większego naznaczenia utworów swoim piętnem. I nie chodzi tylko o glos czy sposób ekspresji, lecz własny styl tak jak zrobili The Dumplings, Natalia Przybysz z Rogińskim czy Czesław Śpiewa. Troszkę mi tego zabrakło, chociaż nie mogę odmówić pozostałym wykonawców podjęcia wyzwania i wyjścia z tego obronną ręką.

7/10

Radosław Ostrowski

Natalia Niemen – Niemen mniej znany

0006EO1WLD4GXCVH-C122

Choć wielu współczesnych młodych ludzi może tego nie wiedzieć, Czesław Niemen był jedną z najbardziej wyrazistych postaci w historii polskiej muzyki rozrywkowej, mierzącym się z niemal każdym gatunkiem muzycznym. W świadomości słuchaczy (sporej większości) pamiętany był głównie dzięki przebojom z lat 60. („Dziwny jest ten świat”, „Pod papugami”, „Sen o Warszawie”). Jednak córka artysty, Natalia postanowił nagrać tribute album dla swojego ojca. Nic dziwnego, ale wybór piosenek zasługuje na uznanie, gdyż artystka rzuciła się na piosenki z dwóch ostatnich płyt Niemena („Terra Deflorata” z 1989 i „spodchmurykapelusza” z 2001) i zmieniła aranżacje na żywe instrumenty, w czym pomógł producent Piotr Dziubek.

Zaczyna się od dziwacznego miksu w „Pojutrze szary pył”, gdzie słyszymy na początku fortepian połączony z bardzo egzotycznie brzmiącą gitarą, która potem zmienia się w surową riffową rzeź. Gdy dochodzi do tego sekcja rytmiczna, zmienia się klimat kompletnie, a riffy stają się coraz agresywniejsze i psychodeliczne. Równie ostro jest w jazz-rockowym „Począwszy od Kaina”, gdzie saksofon z gitarami oraz klawiszami tworzy zwarty trójkąt. Ale gdy dochodzi do głosu Krzysztof Zalewski, to jest już pozamiatane. Pianistyczna „Zezowata bieda” zaskakuje rytmem oraz minimalistyczną formą, a „Spojrzenie na siebie” po skręt w progresywne eksperymenty (podniosłe klawisze na początku, skręcające w sposób wręcz bujający – sekcja rytmiczna podkręca atmosferę, a gitara brzmi niemal hard rockowo, by na koniec wszystko się wyciszyło). Mocny rollercoaster, podobnie jak niemal soulowo-funkowy „Trąbodzwonnik”(perkusja z klawiszami brzmią świetnie) z ostrymi wejściami gitary i saksofonu. W podobne rewiry wchodzi „Dolaniedola” z rytmicznym basem oraz funkowymi klawiszami.

Ale nie byłem w stanie przewidzieć jak ładnie gra fortepian w prostym, bardziej jazzowym „Spodchmurkapelusza” pełnym loopów oraz cofania (na początku). I potem wchodzi mroczny „Antropocosmicus” z pulsującym latami 70. „Jagody szaleju” (funkowy bas, szybka perkusja oraz chórek w refrenie). Trzeba pochwalić pomysłowe aranżacje, gdzie nawet znalazło się miejsce na folk (modlitewna „Terra Deflorata” z poruszającym solo skrzypiec i cymbałów) czy bardziej klasyczne wstawki (pianistyczne „Nie wyszeptuj” z szalonymi smyczkami), przez co bogactwo potrafi wręcz oszołomić.

Natalia ma podobną barwę głosu i sposób śpiewania jak ojciec, co nie jest w tym przypadku wadą, czasami jednak potrafi być nadekspresyjna, ale w połączeniu z muzyką efekt jest piorunujący jak po eksplozji granatu. Razem z bardzo wnikliwymi tekstami, gdzie pokazane są różne tematy: od ludzkiej zawiści przez pochwałę natury. To wszystko tworzy fascynujące, wielowarstwowe dzieło, które po każdym odsłuchu tylko zyskuje. Takiego Niemena nie znało zbyt wielu, a popularyzacja może tylko wspomóc.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Krzysztof Zalewski – Złoto

z20994092IH,Zloto---nowa-plyta-Krzysztofa-Zalewskiego

Ten chłopak wiele, wiele lat temu wygrał jeden z talent showów, nagrał płytę i… zniknął. Na 10 lat, by przypomnieć o sobie drugim albumem, wchodząc do ścisłej czołówki świeżej krwi polskiej muzyki. Teraz Krzysztof Zalewski po trzech latach serwuje nowe wydawnictwo. Nie wiem jednak czy tytuł sugeruje jaki status ma ta płyta osiągnąć, ale wyszło zaskakujące dzieło.

Gitary wydają się dominować, jednak nie jest to stricte rockowy album, tylko bardziej wysmakowany pop spod znaku alternatywy. Tak jest w otwierającym całość singlowym „Miłość miłość” z wpadającym w ucho refrenem. Nie znaczy to jednak, że brakuje rockowej energii jak w niemal onirycznym „Chłopcu” z ponurymi organami skontrastowanymi z szybką i skoczną gitarą. Następuje kolejna wolta, czyli zaczynający się akustycznie nostalgiczny „Podróżnik” oraz bardziej psychodeliczna „Głowa” z minimalistyczną, wręcz orientalną perkusją, pobrudzoną gitarą i kosmiczną elektroniką. Także oszczędna w środkach jest „Luka” (ten leciutki bas!!!), by rozkręcić się z sekundy na sekundę, dokładając perkusję i klawisze. Ogień czuć w niemal punkowym (w duchu) „Polsko”, a także w „Na drugi brzeg” (ta gitara robi robotę), by jeszcze bardziej podkręcić atmosferę „Uchodźcą”.

Kompletna zmiana klimatu następuje w „Otu”, które jest po prostu skoczne i mogłoby spokojnie śmigać w radiowych stacjach. Również radio friendly (co w żadnym wypadku nie oznacza dziadostwa) jest „Jak dobrze” z oniryczną gitarą, psychodelicznym solo smyków oraz wspierającą wokalnie Natalią Przybysz.

Sam Zalef zaskakuje swoją spokojną barwą głosu oraz refleksyjnymi tekstami, gdzie z jednej strony opowiada o swojej samotności, miłości, ale też nie boi się dotykać kwestii imigrantów. Nie ociera się nigdy o banał, chociaż można było to zrobić bardzo łatwo. I mimo takiego rozrzutu, wszystko zachowuje spójność. Nie wiem, czy ten album osiągnie statu złotej, ale pokazuje nieszablonowość oraz szczerość Zalewskiego. I trudno się od tego oderwać.

8/10

Radosław Ostrowski

Natalia Kukulska – Ósmy plan

Natalia_Kukulska__Osmy_Plan_2015

Ta wokalistka od kilku lat kompletnie zmieniła stylistykę, idąc  w stronę elektroniki, co zdecydowanie jej przysłużyło. Kukulska konsekwentnie trzyma się tej stylistyki, co potwierdza swoim kolejnym materiałem.

Uprzedzam, nadal potrafi nagrać utwory z potencjałem radiowym, co pokazuje otwierający całość „Pióropusz” z szybką grą cymbałków. Po drodze spotkamy różne dziwaczne dźwięki, obrobiony głos aż po zimną nową falę („Na koniec świata”). Owszem, zdarzy się tandetna perkusja („W nosie”), a nawet wejdzie na chwile żywe instrumentarium (fortepian w „Chowam się”), ale w tym szaleństwie jest metoda. nakładające się dźwięki, niepozbawione mroku („So Natural”), czasem pomysłowych nałożeń głosów (refren „Miau”) czy wplecionych w całość smyczków („My”) i tak te jedenaście piosenek przelatuje koło ucha. Jedyne, co nie do końca mi pasowało, to „Zaopiekuje się mną”, które nie pasuje tutaj do całości, aczkolwiek jest to nieźle wykonany cover (refren wykonał Krzysztof Zalewski).

Pozytywnie zaskakuje tutaj zarówno wokal Natalii (idealnie zgrany z całością), jak i dojrzałe teksty. Owszem, to jest nadal pop, ale z ambicjami. Za to drugą niespodzianką jest drugi krążek, zawierający utwory na żywo, wykonane z… Atom String Quartet (kwartet smyczkowy). I to rzeczywiście bardzo emocjonalne i zaskakujące aranżacyjnie piosenki (głównie z tej płyty, ale jest też „To jest komiks”), które nie sprawiają wrażenia balastu. Plan wypalił i to jedna z ciekawszych polskich płyt tego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski