Rocznica

Było wielu polskich reżyserów, którzy próbowali zdobyć i podbić Hollywood. Największe sukcesy osiągnął Roman Polański w latach 60. i 70., choć wielu próbowało się wybić na amerykańskiej ziemi jak Agnieszka Holland czy ceniony autor zdjęć Andrzej Bartkowiak, to jednak nikt nie zbliżył się do poziomu reżysera „Chinatown”. Teraz swój pierwszy krok ku amerykańskiemu snu wykonał Jan Komasa, który zrobił dwa anglojęzyczne (brytyjski „Dobry chłopiec” wyjdzie w przyszłym roku) w jednym roku.

„Rocznica” skupia się na inteligenckiej rodzinie z typowych amerykańskich przedmieść, którą poznajemy podczas 25-lecia rocznicy małżeństwa. Ellen (Diane Lane) jest profesorem na uniwersytecie, jej mąż Paul (Kyle Chandler) prowadzi restaurację i mają jeszcze czwórkę dzieci: prawniczkę Cynthię (Zoey Deutch), stand-uperkę Annę (Madeline Brewer), mieszkającą z rodzicami Birdie (Mckenna Grace) oraz aspirującego pisarza Josha (Dylan O’Brien), którego nikt nie chce wydać. I to ten ostatni zaprasza na rodzinną uroczystość swoją dziewczynę – Elisabeth (Phoebe Dynevor). Jak się dowiadujemy, młoda kobieta to była studentka Ellen, której praca zaliczeniowa została odrzucona za zbyt anarchistyczne i anty-demokratyczne treści. Co gorsza, jej tekst został opublikowany przez wpływową korporację i staje się bestsellerem.

Jeśli wielu skojarzyła się ta fabuła z „Hejterem”, to nie jesteście jedyni. Reżyser jednak robi o wiele bardziej kameralny film, który w zasadzie całą akcję osadza w okolicy domu Taylorów, rzadko ją opuszczając. Początek też wydaje się bardziej iść w stronę obyczajowego dramatu, gdzie zaczynają pojawiać się pewne rysy w tym rodzinnym portrecie. Docinki, iskry oraz pewne złośliwości – nie pozbawione odrobiny przebłysku. Ale im się przesuwamy, tym bardziej za oknem zmienia się krajobraz. Kraj staje się coraz bardziej autorytarny, wręcz niebezpiecznie skręcający ku totalitarno-dystopijnym wizjom Orwella czy Huxleya. A to zaczyna się odbijać na samej rodzinie, atmosfera robi się coraz gęstsza, doprowadzając do bardzo dramatycznych sytuacji. Komasa nawet w prostych rozmowach potrafi budować napięcie niczym w rasowym thrillerze. Robi się coraz bardziej politycznie (choć wszystko jest bardzo alegoryczne, nie odnosząc się wprost do obecnej sytuacji), kraj zaczyna się dzielić, zaś członkowie rodziny mierzą się z konsekwencjami tych zmian. I nie brakuje tutaj bardzo mocnych scen – pobicie Anny podczas stand-upu czy bardzo krwawy finał – to jednak film nie jest aż tak ciężki emocjonalnie jak mógłby być. Próba zuniwersalizowania kwestii dziejącej się na przestrzeni 5 lat przemian oraz pewna ogólnikowość tego procesu były dla mnie największą słabością.

Technicznie całość zrobiona jest poprawnie i jest czymś, co nazwałbym przerostem treści nad formą. Zdjęcia, scenografia i kostiumy nie wywołują efektu wow, ale też nie wyglądają jakby robione na odwal. Niemniej brakuje tu jakiegoś pazura czy czegoś wyrazistszego w kwestii stylu. To jednak rekompensuje bardzo soczysta obsada, gdzie każdy ma swoje pięć minut, by móc zabłysnąć. Jednak najważniejsze są tutaj fantastyczne role Diane Lane oraz Phoebe Dynevor. Pierwsza jako matrona z bardzo silnymi przekonaniami liberalnymi, próbując trzymać ład i kontrolę nad wszystkim, druga zaś pozornie łagodna oraz delikatna, lecz jest w niej pewne wyrachowanie oraz manipulacja (przygotowanie przed lustrem nim poznać teściów). Tutaj lecą najmocniejsze iskry, niejako walcząc o „władzę”. Jednak reszta też ma swoje momenty jak zaskakująco poważny Dylan O’Brien, czarujący oraz opanowany Kyle Chandler czy będąca na skraju depresji i obojętności Deutch, przykuwając uwagę.

Więc czy „Rocznica” jest udanym filmem? Teoretycznie odpowiedź brzmi tak, choć miałem pewne poczucie niedosytu. Świetnie zagrane kino obyczajowe, może trochę teatralne w formie i treści oraz udające troszkę głębię, niemniej w trakcie seansu wsysa niczym odkurzacz, trzyma w napięciu do samego końca. Ale kibicuję Komasie oraz mam nadzieję, że następny film będzie lepszy.

7/10

Radosław Ostrowski

Nieugięci

Kino noir i neo-noir może czasy świetności ma za sobą, jednak gliniarze i detektywi w prochowcach, femme fatale oraz tajemnice związane z morderstwem, korupcją nadal potrafią wciągnąć. Pokazał to pewien krótki renesans gatunku pod koniec lat 90., kiedy pojawiły się „Tajemnice Los Angeles”. Ale rok przed dziełem Curtisa Hansona pojawiła się całkiem niezła kryminalna historia retro, która dzisiaj wydaje się zapomniana. Mowa o „Nieugiętych” nowozelandzkiego reżysera Lee Tamahori.

Akcje dzieje się (jak w większości tego typu opowieści) w Los Angeles lat 50., gdzie działa czteroosobowy oddział policjantów. Wszyscy noszą kapelusze, są nieprzekupni, mają twarde pięści, ale skuteczność mają większą niż polskie służby specjalne. Max Hoover (Nick Nolte), Elleroy Coolidge (Chazz Palminteri), Eddie Hall (Michael Madsen) i Arthur Reylea (Chris Penn) – bardzo zgrana paczka, działająca niczym brutalna siła sprawiedliwości. Teraz jednak prowadzą sprawę morderstwa prostytutki, Allison Pond (Jennifer Connelly). Ciało znaleziono na terenie budowy gdzieś na pustyni, dosłownie wbite w ziemię. Jednak dla Hoovera sprawa jest o wiele trudniejsza, bo nasz twardziel znał ofiarę. Trop prowadzi do bazy wojskowej, gdzie przeprowadzane są testy broni nuklearnej.

„Nieugięci” są zdecydowanie stylowym kinem czerpiącym ze znajomych klisz czarnego kryminału. Cyniczni twardziele oraz (pozornie) skomplikowaną intrygę, gdzie mamy morderstwo, szantaż, filmowany seks plus jeszcze wojskowych. Niby standard, niepozbawiony krótkich dialogów, odrobiny przepychu oraz odrobinki akcji. Reżyser próbuje zachować proporcje, skupiając się bardziej na dochodzeniu niż strzelaninach, co jest bronią obosieczną. Trudno nie odmówić atmosfery oraz klimatu, jednak nie byłem w stanie się zaangażować w to dochodzenie. Niby mamy urywanie tropów, podejrzanych jegomościów (łatwo można się domyślić, kto stoi za morderstwem), a to wszystko letnie. Nawet poboczne wątki sprawiają wrażenie troszkę niedogotowanych (relacja Hoovera z żoną oraz jak śledztwo mocno na tą relację rzutuje; kompletnie zbędny agent FBI). Ale muszę przyznać, że rozwiązanie oraz finałowa konfrontacja były satysfakcjonujące.

Estetyka jest tu trafiona w punkt, od eleganckich garniturów i kapeluszy przez auta aż po dekoracje oraz rekwizyty (zasłony do okien, projektor, broń). Do tego w tle mamy mocno jazzową muzykę oraz cudne zdjęcia Haskela Wexlera. Wszystko sprawia wrażenie znajomego świata, choć odświeżająca była tutaj baza wojskowa. Nawet w oczywistych miejscach jak biuro policji czy siedziba prokuratora jest sporo detali, czyniących cały ten świat żywym i namacalnym.

Także aktorzy odnajdują się w tym jak ryba w wodzie. Nolte urodził się do grania takich małomównych (czasem mamroczących) twardzieli, tłumiących w sobie agresję i tutaj też się sprawdza. Podobnie solidni są na drugim planie Madsen i Penn, choć chciałoby się ich więcej na ekranie. Najbardziej z tego planu wybija się wygadany Chazz Palminteri, którego Coolidge dodaje odrobiny humoru oraz wydaje się najbardziej przyziemny. Choć silną więź kwartetu, przez co ich obecność na ekranie to czysta frajda. Swoje dają też drobne role zjawiskowej Jennifer Connelly, wyjątkowo stonowanego Johna Malkovicha (generał Timms) oraz bardziej grającego wprost Treata Williamsa (pułkownik Fitzgerald).

Sam film to kawałek przyzwoitego kina noir, choć nie zapadającego w pamięć jak klasycy gatunku czy powstałe rok później „Tajemnice Los Angeles”. Scenariusz może nie zaskakuje, jednak trudno odmówić „Nieugiętym” stylu, elegancji, świetnego aktorstwa oraz słodko-gorzkiego zakończenia.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Paragraf 22

II wojna światowa dla wielu wydaje się jedyną słuszną wojną. Słuszną, czyli podział na dobrych i złych gości. Jednak czasem wojna sprawia wrażenie niedorzeczności, absurdu, z jakim nie da się zmierzyć. Kimś takim był porucznik John Yossarian – bombardier stacjonujący we Włoszech, a dokładnie na wyspie Primora. Nasz bohater stara się wydostać z armii, jednak liczba lotów bojowych zostaje coraz bardziej podkręcona. Nawet próba zgłoszenia się u lekarza nie jest w stanie tego uratować (tytułowy paragraf 22), więc może trzeba zastosować inne metody.

Powieść Josepha Hellera to bardzo trudny materiał na adaptację w jakiejkolwiek formie. Ubrana w szaty czarnej komedii satyra na wojskową biurokrację oraz pokazanie wojny we wręcz krzywym zwierciadle. Jak na rok 1962 (czyli kiedy wydano powieść) było jednym z mocniejszych ataków na armię, a powieść przeplatała smolisty humor z dramatycznymi, wręcz brutalnymi sytuacjami (czasem wręcz bardzo blisko siebie). I ta sklejka powodowała, że ugryzienie tej powieści przez innych twórców. Co nie znaczy, że nikt tego nie próbował. W 1971 roku swoich sił spróbował Mike Nichols, jednak mało kto o tym filmie pamięta. W tym roku zadania podjęło się Hulu, za fabułę odpowiadali Luke Davies z Davidem Michodem, a całość reżyserował George Clooney z Grantem Heslovem. Efekt?

Fani książki i tak będą rozczarowani, bo tego języka na ekran przenieść się jeden do jeden nie da. Nadal udaje się zachować absurdalność tego świata, gdzie wszystko zależy od… no właśnie, kogo? Dowódców albo interesują totalne pierdoły typu parady (Scheisskopf), albo są wręcz bezwzględnymi sadystami, dla których najważniejsze jest osiągnięcie celu za wszelką cenę (Cathcart). Wojna pokazana jest wręcz jako stan szaleństwa. Sam Yo-Yo (tak jest nazywany Yossarian) wspomina, że nie wie, kto go bardziej chce go zabić: wróg czy dowódca. I wydaje się, że nie ma wyjścia z tej matni – loty bojowe są ciągle podnoszone, przełożony zawsze ma rację, a by ukryć niekompetencje armia dokonuje szalonych rzeczy (awans sierżanta Majora Majora na… majora czy medal dla Yo-Yo za wysadzenie mostu, gdy zginął jeden z członków załogi). No i jeszcze mamy niejakiego Milo – oficera zaopatrzeniowego, który jest w stanie przehandlować wszystko ze wszystkimi, tworząc tajemniczy syndykat, gdzie wszyscy mają swoje udziały. Nawet Niemcy, choć to doprowadza do nieprawdopodobnej katastrofy.

Ale twórcom udaje się (choć pierwszy odcinek troszkę nie trafił do mnie) zachować humor – pod tym względem błyszczy odcinek 4, gdzie Yossarian towarzyszy Milo w jego wyprawach handlowych – z dramatyczną powagą. Najbardziej wyczułem to w scenach bombardowań, gdzie wszystko widzimy z perspektywy lotników. Kamera się trzęsie, słychać strzały baterii przeciwlotniczych, a im dalej w las, tym coraz bardziej śmierć zaczyna brać swoje żniwa. Yo-Yo coraz bardziej zaczyna dostawać szału i ma tego wszystkiego dość. A ja razem z nim. Kolejne próby przełamania tego kręgu kończą się coraz bardziej niedorzecznymi rzeczami, doprowadzając do buntu. Ale nawet zakończenie wydaje się bardzo gorzkie i pozbawione happy endu.

Trudno mi się przyczepić do strony realizacyjnej, gdzie większość scen jest kręcona za dnia. Wszystko skąpana jest wręcz w żółtych kolorach, co podkręca pewną nierzeczywistość tego świata. W tle gra mieszanka muzyki jazzowej z militarystycznym stylem. Chociaż są pewne przełamania tego obrazu (noc we Włoszech, zakończona aresztowaniem protagonisty), zdarza się to bardzo rzadko. Niemniej zapada w pamięć.

Tak samo pozytywnie wypada aktorstwo. W Yossariana wciela się Christopher Abbott i moim zdaniem bardzo dobrze sobie radzi z rolą jedynego normalnego w tym całym wariatkowie. Ale zderzony z rzeczywistością stara się zachować resztki człowieczeństwa i przede wszystkim – przeżyć. Mimo wszystko. Młodzi aktorzy wcielający się w członków eskadry też wypadają dobrze z Lewisem Pullmanem oraz Jonem Rudnitskym na czele. Ale dla mnie najbardziej zapadły w pamięć dwie osoby: Cathcart oraz Milo. Pierwszego gra absolutnie kapitalny Kyle Chandler, tworząc mieszankę balansującą między byciem autorytetem a idiotą. I nie ważne, czy widzimy to w scenie, gdy opieprza ludzi za nie zbombardowanie jednego miasta (jak się okazało, był to Watykan) albo podczas jakiejkolwiek odprawy. Z kolei ten drugi o aparycji Daniela Davida Stewarta pokazuje kapitalizm w najgorszej formie. Bardzo energiczny, cwany gość, odnajdujący się w kwestiach wymian i handlu jak ryba w wodzie. Taki odnajdzie się wszędzie i nie zginie.

Czy można było lepiej przenieść na ekran kultową powieść Hellera? Obawiam się, że nie, bo klimat jest zwyczajnie niepodrabialny. Ale jest w tej historii coś, co nie pozwala o sobie zapomnieć. Bardzo gorzki serial, gdzie śmiech oraz śmierć idą ze sobą w niebezpiecznym tańcu, którego finał może być tylko jeden. Sami zobaczcie jaki, jeśli się nie boicie absurdu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pierwszy człowiek

Przestrzeń kosmiczna to miejsce nieodgadnione. A filmów o eksploracji kosmosu powstało kilka jak „Pierwszy krok w kosmos” czy „Apollo 13”. Na pierwszy rzut oka „Pierwszy człowiek” wydaje się iść w tym tonie, opowiadając o życiu Neila Armstronga. Ale Damien Chazelle wykonuje tu skok na głęboką wodę z trzech powodów. Po pierwsze, jest to film biograficzny. Po drugie jest on oparty na cudzym scenariuszu (autorem jest Josh Singer, zdobywca Oscara za „Spotlight”). Po trzecie, dostał większy budżet (jakieś 60 milionów dolców). Czyżby nasza zdolna bestia zawarła pakt z diabłem i się zwyczajnie sprzedał Hollywoodowi?

pierwszy_czlowiek1

Wszystko zaczyna od lotu Armstronga samolotem X-15 a kończy się lądowaniem na Księżycu, które nie zostało wyreżyserowane w studio przez Stalneya Kubricka (tak twierdzą fani teorii spiskowych). Jednak jeśli spodziewacie się wiadra patosu, kilogramów efektów specjalnych oraz blockbusterowego przepychu, to… nie. „Pierwszy człowiek” bardzo mocno trzyma się ziemi i bardziej wygląda jak dokument niż dzieło dużej wytwórni, co było wielką niespodzianką. Narracja tutaj skupia się na samym Armstrongu, który jest bardzo wycofany, co pogłębia śmierć córki Karen, przez co „odcina się emocjonalnie” od swojej rodziny. Z drugiej strony mamy tą rywalizację z Ruskimi o dominację w przestrzeni kosmicznej, co jest kolejnym polem działań zimnej wojny. Ale co mniej najbardziej uderzyło, to realizacja tych ujęć. Kamera niemal przyjmuję perspektywę naszego bohatera, przez co podczas scen lotów czy treningów miałem wrażenie, jakbym to JA uczestniczył w tych lotach, szkoleniach czy treningach. To poczucie immersji przypominało mi „Grawitację” Cuarona, w czym pomaga udźwiękowienie (niemal ciągle wyginające się metale, pręty) oraz kamera skupiająca się na detalach i trzęsąca się niczym ofiara epilepsji. Tymi metodami Chzelle buduje napięcie, mimo znajomości finału, co pokazuje scena lotu Gemini 8, kiedy pojazd zaczyna koziołkować czy obserwując lądowanie na Księżycu.

pierwszy_czlowiek2

Ale jednocześnie Chazelle pokazuje, jak bardzo takie loty i misje były niebezpieczne dla pilotów. I ile ofiar pochłonęło to marzenie, by przekroczyć kolejne bariery poznania oraz rozwoju technologii, o czym dość niechętnie się wypowiada. Śmierć tutaj towarzyszy bardzo często, potęgując miejscami melancholijny klimat filmu. Bo wiele trzeba było prób i błędów tu na Ziemi, by nie powtórzyły się w kosmosie. Dla mnie problemem była tutaj dość skokowa narracja, pokazująca 8 lat z życia naszego astronauty oraz jego rodziny czy pokazanie członków NASA jako nie do końca poważnych gości. Jednak to wszystko rekompensuje wręcz znakomita reżyseria, balansująca między patosem, rozmachem, a kameralnością oraz rewelacyjna muzyka. Jest to zbalansowane wręcz perfekcyjnie.

pierwszy_czlowiek3

Wiele osób może mieć zastrzeżenie do obsadzenia Ryana Goslinga jako Neila Armstronga, który kolejny raz wciela się w wycofanego, tłumiącego emocje faceta. Problem jednak w tym, że ten casting zwyczajnie działa i łatwo było wejść w skórę zamkniętego w sobie człowieka, który jest bardzo konkretny i mało wylewny. Jeszcze to człowiek czy już robot? Widać, że jeszcze nie przepracował żałoby i tylko raz jego żona (świetna Claire Foy) stawia go do pionu, by powiedział synom, iż może nie wrócić z tego lotu. Na drugim planie mamy kilka znanych twarzy z małego i dużego ekranu jak Kyle Chandler (Deke Slayton), Corey Stoll (Buzz Aldrin), Ciaran Hinds (Bob Gilruth) czy Patrick Fugit (Elliott See), to dla mnie całość kradnie Jason Clarke w roli przyjaciela i sąsiada, Eda White’a. tutaj w zasadzie nie mam się do kogokolwiek przyczepić, nawet dzieci wypadają naturalnie.

Troszkę żałuję, że „Pierwszy człowiek” został olany przez wiele prestiżowych gremiów, bo to jeden z najlepszych filmów roku 2018. Bardzo kameralna jak na film z dużym budżetem, ale zrobiona po swojemu i niejako wbrew oczywistym schematom. Wiele ujęć i kadrów zostanie ze mną na długo, a eksploracja kosmosu jeszcze nie była tak intensywnym doświadczeniem.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wieczór gier

Lubicie grać? Z kumplami albo paczką przyjaciół? Na pewno lubi to robić Max – mistrz wszelkiego rodzaju szarad. Podczas jednej z nich poznał Annie, która też uwielbia grać. Czy może być lepsze połączenie? Do szczęścia brakuje jedynie dziecka, ale tradycją stało się urządzanie wieczoru gier. Jednak prawdziwym kozakiem w grach jest brata Maxa, Brooks. Ten gość ma dużą chatę, wiele kasy i wydaje się być lepszy we wszystkim. Decyduje się zaprosić Maxa z kumplami do siebie na grę o wiele poważniejszą z porwaniem w tle. Tylko, że porwanie nie okazuje się częścią gry.

wieczor_gier1

Sam pomysł na tą komedię może wydawać się dość prosty, czyli komplikujemy intrygę, która się na to nie zapowiada. Ale duet John Francis Daley/Jonathan Goldstein postanowili zaryzykować, mieszając komedię z sensacyjnym wątkiem. I muszę przyznać, że „Wieczór gier” potrafi dostarczyć rozrywki od samego początku do samego końca. Po kolei: koncept paczki kumpli pakujących się w niebezpieczną aferę daje duże pole do popisu. Twórcy pokazują kompletnie różne charaktery – od pary znającej się praktycznie od małego aż do niezbyt lotnego gościa co wieczór przychodzącego z nową dziewczyną. Podczas gier poznajemy kolejne problemy naszych bohaterów (domniemana zdrada, kwestia braterskiej rywalizacji, lekceważenie jednego z członków), ale moralizatorstwo nie jest tutaj nachalne i rzucane prosto w twarz.

wieczor_gier2

Do tego sama intryga jest poprowadzona w sposób nieprzewidywalny. Brooks pakuje się w poważną aferę związaną z pewnym jajkiem, które trzeba ukraść, gangsterskie porachunki oraz akcje w stylu Liama Neesona. Tempo jest odpowiednio utrzymane cały czas, zaś kilka gagów (wyjęcie kuli z rany postrzałowej czy próba wyczyszczenia krwi z pokoju policjanta) to prawdziwe perełki. Trzeba za to też pochwalić pomysłowe wykonanie scen akcji (porwanie Brooksa czy przerzucanie się jajkiem w rezydencji), płynny montaż oraz parę popkulturowych aluzji („Podziemny krąg”, „Uprowadzona 3”) także w dialogach. I nie ma tutaj ani jednego kloaczno-żenujacego żartu. To na pewno komedia z USA? Jedyną dla mnie poważniejszą wadą była muzyka Cliffa Martineza, początkowo sprawiająca wrażenie z innego świata, ale potem staje się łatwiejszym tłem.

wieczor_gier3

Za to film jest świetnie zagrany. Czuć chemię miedzy postaciami, nawet w momentach „oddechu”. Dla Jasona Batemana (Max) takie kino to chleb powszedni i tutaj tylko to potwierdza, za to kompletnie mnie zaskoczyła Rachel McAdams (Annie), której nie podejrzewałem o taki talent komediowy. Ratowanie Brooka w barze czy akcja na lotnisku wypadają świetnie. Swoje też robi pojawiający się w epizodach Danny Huston oraz Michael C. Hall w rolach gangsterów i Jeffrey Wigant („agent FBI”).  Ale film kradną Billy Magnusson (skretyniały Ryan, wierzący we wszystko) oraz zaskakujący Jesse Plemons (dość niepokojący gliniarz Gary), podnosząc całość na wyższy pułap.

„Wieczór gier” przywraca nadzieję w amerykańskie komedie, które nie są zbyt moralizatorskie, wulgarne czy z dowcipami w okolicach krocza. I przede wszystkim jest śmieszna, a o to tu chodzi. Seans będzie lepszy, jeśli zobaczycie go razem z kumplami.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Manchester by the Sea

Poznajcie Lee. To mężczyzna już nie młody, mieszkający w Bostonie i pracujący jako cieć oraz złota rączka. Nie sprawia wrażenia miłego gościa – taki wycofany, zamknięty w sobie i raczej nieprzyjemny, a życie prowadzi dość stabilne. Ale pewnego dnia dostaje telefon – jego brat mieszkający w Manchester umiera, trzeba zorganizować pogrzeb. Powrót do dawnego domu dla Lee miał trwać krótko, jednak testament brata wywraca wszystko do góry nogami: ma zostać opiekunem jego syna, Patricka, aż do pełnoletności. Mężczyźnie nie odpowiada to za bardzo, gdyż przeszłość i demony odzywają się.

manchester1

Pozornie film Kennetha Lonergana to zwyczajne kino obyczajowe, gdzie nic się nie dzieje (tylko pozornie), ale to tylko złudzenie. Powoli zaczynamy odkrywać tajemnicę Lee – człowieka, który kiedyś miał rodzinę, piękne córki i żonę. Właśnie miał. Nie powiem wam, co się stało, ale to wydarzenie pokazane jest tak, że mnie chwyciło za gardło i czułem jakby coś pękło, rozumiałem bohatera oraz to, dlaczego nie chciał znowu się pojawić tutaj. Żeby było jeszcze ciekawiej, reżyser miesza chronologię i robi to tak płynnie, że nie można się w tym wszystkim pogubić, co jest zasługą świetnego montażu. Ciągle czekałem na to, co zrobi Lee i jak poradzi sobie z własną winą, prześladującą go od wielu lat oraz jak będzie w stanie nawiązać relację z siostrzeńcem. Na tym opiera się cała siła tego filmu, pełnego kipiących emocji, których nie jestem w stanie opisać – żadne słowa nie potrafią. Nawet ta wręcz „sakralna” muzyka i odrobina czarnego humoru (złośliwość rzeczy martwych) tylko dodają ciężaru do całości.

manchester2

Poza świetnym scenariuszem, całość trzyma na sobie Casey Affleck jako Lee. Pozornie wydaje się takim flegmatycznym gościem, nie wypowiadającym zbyt wiele słów. Ale aktor koncertowo pokazuje jego wściekłość (stłuczenie pięścią szyby w oknie), ból, żal i poczucie beznadziei. Jakby ciągle zasługiwał tylko na karę, a szczęście odeszło raz na zawsze. Trudno przejść obojętnie wobec człowieka, którego los na pewno paru osobom pozwoli odbić się jak w lustrze. Partneruje mu Lucas Hedges w roli irytującego, zagubionego Patricka. Panowie razem muszą się dogadać i te interakcje między nimi są najsilniejszym atutem, wygranym bez cienia fałszu. Poza nimi nie można nie wspomnieć o świetnym Kyle’u Chandlerze jako wspierającym bracie Joe oraz Michelle Williams (Randi, była żona), która jedną sceną kradnie film (pierwsza rozmowa po latach na ulicy, gdzie oboje próbują sobie wiele powiedzieć, lecz nie potrafią).

manchester3

„Manchester” to bardzo skromne, ale poruszające, trzymające mocno za gardło kino, nie pozwalające o sobie zapomnieć. Nawet jeśli historia pozostaje otwarta, nie dając nadziei, to wierzę, że naszemu bohaterowi jeszcze wszystko się wyprostuje. Naprawdę w to wierzę, że coś się zmieni w tym życiu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Carol

Nowy Jork, lat 50. – czas niby spokojny i zwykły, chociaż są to święta. Tutaj przybywa pochodząca z Czech Therese Bievelt – zwykła pracownica sklepu z zabawkami. Ma chłopaka, lubi fotografować i nie do końca jeszcze wie, czego chce od życia. Spokojne i dość monotonne życie zmienia się, gdy do sklepu wchodzi ona – Carol, dojrzała kobieta, mająca męża i córkę, którą kocha nad życie. Wtedy młoda dziewczyna po raz pierwszy zakochuje się. Ale lekko nie będzie, bo to nie był czas dla osób o innej orientacji seksualnej niż hetero.

carol1

Todda Haynesa poznałem po raz pierwszy, gdy obejrzałem serial „Mildred Pierce” i już wtedy zwróciłem uwagę na elegancki styl reżysera, wiernie oddającego (także wizualnie) realia epoki czasów Wielkiego Kryzysu. Adaptacja powieści Patricii Highsmith wydawała się materiałem odpowiednim dla tego twórcy. I znowu tak jest – elegancki styl, pięknie przedstawiający lata 50. od strojów po scenografię także tutaj się znalazł. Nie jestem w stanie niczego zarzucić zdjęciom, które potrafią być skupione na drobiazgach, zbliżeniach na detale (pierwsza przejażdżka Therese z Carol) i potrafi skupić uwagę. Także muzyka Cartera Burwella oddaje nastrój romansu. Tylko jest jeden poważny problem – miałem wrażenie, że „Carol” to wydmuszka, gdzie nie czuć emocji, a temperatura wrażeń powinna być bardzo wysoka. Jedynie tylko podczas sceny erotycznej coś czuć, ale to za mało (nie, nie chodzi mi o czas trwania tej sceny i nie, nie jestem niewyżyty 🙂 ). Dawno się tak nie wynudziłem, a było tyle możliwości.

carol2

I nie pomogły nawet solidne role dziewczęcej Rooney Mary oraz ciągle pięknej Cate Blanchett. Oddzielnie dobrze się je ogląda, jednak chemii między nimi we wspólnych scenach jest tyle, ile elektryczności w drewnie, a to w przypadku melodramatu jest niewybaczalnym błędem. Z drugiego planu wybija się najbardziej wyciszona Sarah Paulson (dawna kochanka Carol, Abby) oraz nerwowy i porywczy Kyle Chandler jako mąż, jednak są tylko wsparciem i nie są w stanie wynieść filmu na wyższy pułap.

carol3

„Carol” jest dla mnie czymś w rodzaju „zmarnowanego potencjału”, gdzie nie do końca wiadomo, co nawaliło. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale zwyczajnie nie iskrzy i nie działa. Czy można dodać coś więcej? Obok „Zjawy” to największe rozczarowanie tegorocznych tytułów oscarowych.

6/10

Radosław Ostrowski