Blef

Howard Hughes – żadna inna postać nie magnetyzowała i nie skupiała uwagi ludzi na całym świecie jak ten miliarder, którego życiorys jest pełen plotek, spekulacji. Zwłaszcza jego powojenne losy, gdy wycofał się z życia publicznego. Ale czemu by na tym nie zarobić kasy? Tak postanowił zrobić Clifford Irving – bardzo ambitny pisarz, który postanowił napisać „autobiografię” Howarda Hughesa, ale bez udziału Howarda Hughesa. Cała ta historia może wydawać się nieprawdopodobna, ale całość wiele lat później spisał ją sam Irving.

blef1

Jeszcze większym zaskoczeniem jest fakt, że tą wariacką historię postanowił opowiedzieć… Lasse Hallstrom, czyli specjalista od obyczajowych opowieści. A historia o dużej mistyfikacji ciągle zaskakuje. Reżyser bardzo spokojnie prowadzi fabułę, coraz bardziej komplikując całą intrygę. A ja ciągle zadawałem sobie pytanie, kiedy i czy w ogóle to wszystko się sypnie. Kradzieże, fotografowanie dokumentów, imitowanie nagrań i głosu Hughesa – wszystko podkręca tempo, potrafi zaskoczyć i trzyma w napięciu. Ale jednocześnie są pewne momenty, gdzie część (przynajmniej) informacji może wydawać się prawdziwa. Mam tutaj wątki polityczne związane z prezydentem Nixonem, którego brat dawno temu wziął pożyczkę od Hughesa, co miało pewne perturbacje. To wszystko wciąga totalnie, potrafi parę razy wyciąć brzydki numer i jest bardzo soczyste. To na pewno film Hallstroma?

blef2

Reżyser zachowuje klimat lat 70. – i nie chodzi tylko o stroje, muzykę czy fryzury, ale też przede wszystkim scenografię. Zarówno wnętrze Watergate, chata Irvinga czy szklane biura wydawnictwa oddano z pietyzmem. Ale też pytania o prawdę i to, w co można wierzyć pozostają aktualne. Są spowodowane nie tylko „pracą” autora nad książką, lecz także z „przesłuchaniem” Hughesa przed komisją przez… telefon czy momentów obecności współpracownika Hughesa, George’a Holmesa. Czy aby wszystko było kłamstwem, a może Irving był tylko pionkiem? Na to pytanie sami musicie udzielić odpowiedzi.

blef3

Największym atutem jest kapitalna, wręcz życiowa kreacja Richarda Gere’a, który z gracją i urokiem wciela się w Irvinga. Z jednej strony to facet posiadający talent literacki, lecz brakuje mu siły przebicia, ale to także łgarz, mający sporo szczęścia oraz skłonności do oszustw (scena wyznania o romansie). A kiedy udaje Hughesa na taśmie, robi to bezbłędnie. Za każdym razem magnetyzuje, zwraca uwagę i niemal cały czas nie wychodzi z roli. Partneruje mu Alfred Molina, który jest tak poczciwy, ze bardziej się nie da, ale daje się wkręcić w cała akcję. Obaj panowie tworzą dość ciekawy duet, z kolei drugi plan błyszczy (m.in. Stanley Tucci, Marcia Gay Harden czy Hope Davis), kradnąc parę minut.

„Blef” to jeden z nieoczywistych filmów Hallstroma, który nie zawiódł. Zgrabny balans między humorem a dramatem, ciągłe zachowanie tempa, chociaż końcówka jest lekko mroczna. Mocne, miejscami bardzo mięsiste kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Był sobie pies

Jaki jest pies, każdy widzi. Wiele powstało filmów o tych czworonogach uważanych za najlepszych przyjaciół dwunożnych istot zwanych ludźmi. I poznajemy takiego jednego pieseła, który z każdą śmiercią przechodzi do ciała kolejnego pieska, spotykając po drodze nowych właścicieli.

byl_sobie_pies1

Lasse Hallstrom i pies to połączenie już znane w kinie, co pokazał „Mój przyjaciel Hachiko”. „Był sobie pies” ma wydaje się podobny cel, czyli pokazanie jak silne więzi może stworzyć człowiek z psem. Cały myk polega na tym, że wszystko poznajemy z perspektywy… psa. Psa, który tak jak każda istota, próbuje rozgryźć o co w tym całym życiu tak naprawdę chodzi. Brzmi banalnie? Może i tak, ale reżyser potrafi poruszyć, nawet jeśli historia wydaje się mało zaskakująca. Początek to ucieczka oraz pierwsze wcielenie – rudy retriever nazwany Bailey, spotykający na swojej drodze Ethana, młodego chłopca. I przez większą część filmu twórcy skupiają się na tej relacji: przez dzieciaka aż po okres liceum, by w finale wrócić do tej postaci już jako dorosłego, dojrzałego mężczyzny.

byl_sobie_pies2

Ale jednocześnie Hallstrom nie boi się pokazywać mroku oraz ludzkiej podłości, bo relacja ze zwierzęciem zależy w dużej części od samego człowieka, jego nastawienia, tego jak traktuje oraz czego wymaga. Po drodze będzie zarówno wiele zabawy i frajdy (wyciągnięcie połkniętej monety), ale i znacznie poważniejszych kwestii: rozstań, śmierci, przemijaniu oraz pustki. Choć kolejne wcielenia nie są aż tak rozbudowane, to potrafią poruszyć – czy to relacja z policjantem Carlosem, zakończona dramatycznym pościgiem za porywaczem lub z bardzo samotną Mayą, która dzięki zwierzakowi poznaje… męża. A nasz psiak próbuje nas zrozumieć oraz znaleźć sens życia.

byl_sobie_pies3

Zrealizowane jest to solidnie, bez jakiegoś wielkiego błysku, ale chyba nie o to chodziło. Hallstrom jest szczery, a niektóre refleksje naszego narratora (fantastyczny Josh Gad, w polskiej wersji – Marcin Dorociński) potrafią rozbawić jak z całowaniem (że niby pan naszego psa szukał w niej… pożywienia, a im bardziej się starał, tym bardziej nie znajdował) czy próba nauczenia kota bycia psem. W tle towarzyszy bardzo liryczna muzyka Rachel Portman, zdjęcia też wyglądają ładnie, a i aktorzy grają całkiem nieźle.

byl_sobie_pies4

„Był sobie pies” to proste, wzruszające kino familijne, adresowane do zdecydowanie młodego odbiorcy, który być może będzie chciał mieć swojego czworonoga. Ciepły, refleksyjny, ale w żaden sposób naiwny czy infantylny.

7/10

Radosław Ostrowski

Hipnotyzer

W Sztokholmie dochodzi do zbrodni – zostaje zamordowana cała rodzina (ojciec w szkole, zaś matka i córka w domu). Jedynym świadkiem zbrodni jest syn, z którym nie udaje się nawiązać kontaktu. Prowadzący śledztwo komisarz Joona Linna prosi o pomoc dr Erika Barka o zastosowanie hipnozy. To sprowadza na lekarza niebezpieczeństwo.

Skandynawskie kryminały zaczynają podbijać świat, pokazując i udowadniając, że nie tylko Amerykanie potrafią zrobić efektowne, ale i inteligentne kino. Zadania tego tym razem postanowił się podjąć powracający do rodzimej Szwecji Lasse Hallstrom. Efekt jest nie do końca udany. Punk wyjścia jest bardzo ciekawy i mamy zazwyczaj to, co jest w kryminałach: żmudne śledztwo, trup, mroczną przeszłość i tajemnicę. Plus bardzo ciekawy motyw hipnozy, który jednak nie zostaje do końca wykorzystany (ale za to ładnie wygląda). Nie brakuje napięcia (zwłaszcza finałowa konfrontacja czy włamanie do domu Barków), mrocznego klimatu, jednak pewne wątki nie zostają wyjaśnione w sposób satysfakcjonujący (tajemnica Barka, którego przeszłość jest naznaczona skandalem). Paradoksalnie najlepiej reżyserowi wychodzą sceny z życia Barków, których małżeństwo przechodzi kryzys. Technicznie jest to jednak solidnie zrealizowane, ale fabula pozostawia wiele do życzenia i przez większość czasu brakuje dobrego tempa i te dwie godziny wloką się.

hipnotyzer1

Sytuację próbuje częściowo ratować aktorstwo, ale tutaj też jest dość nierówne. Najbardziej zawodzi Tobias Zilliacus grający śledczego, który jest… po prostu. Czasem pobiegnie (za przestępcą),czasem pomyśli, nieźle wygląda i tyle. Lepiej prezentują się grający Barków Mikael Persbrandt i Lena Olin. Oboje są już sobą zmęczeni, wypaleni, z pretensjami. Ta relacja była znacznie ciekawsza i bardziej angażująca od śledztwa, a chyba nie o to chodzi w kryminale.

hipnotyzer2

Właściwie film Hallstroma w paru miejscach przypomina, że mamy do czynienia z kryminałem, czasem brakuje napięcia, a zachowanie bohaterów nie jest do końca zrozumiałe. Trudno powiedzieć, co nie wypaliło. Średniak miejscami skręcający w stronę dobrego kina.

6/10

Radosław Ostrowski