Diabeł

Polscy filmowcy od kilku lat próbują stworzyć kino akcji z prawdziwego zdarzenia, ale efekty raczej są niezbyt wysokich lotów. Produkcje Daniela Markiewicza i Patryka Vegi pozostawiały najwyżej niesmak, zaś jeden Władysław Pasikowski to trochę za mało. Niemniej ciągle ktoś próbuje wbić się do tego gatunku jak Cyprian T. Olencki z „Furiosą”. Czy równie udany będzie przypadek debiutu Błażeja Jankowiaka?

Tytułowym Diabłem jest niejaki Max Achtelik (Eryk Lubos) – były żołnierz, wyszkolony komandos, obecnie przebywa z dala od wielkiego miasta oraz armii. Potem działał jako najemnik pod dowództwem pułkownik „Łabędź” (Aleksandra Popławska), jednak obecnie nie planuje wracać do akcji. Wraca do rodzinnego miasteczka na pogrzeb swojego ojca, z którym nie utrzymywał kontaktu od 20 lat. I już na miejscu ktoś próbuje się włamać do mieszkania nieboszczyka, ale Max załatwia sprawę twardymi pięściami. A to dopiero początek awantury, w którą zamieszany jest pewien lokalny gangster Kantor (Piotr Trojan) oraz przyjaciel jego ojca (Krzysztof Stroiński). Max jako wsparcie ma jedynie swoją dowódczynię, towarzyszącego psa i dawną dziewczynę (Paulina Gałązka).

Sam film trudno nazwać stricte filmem akcji, a reżyser nie do końca panuje nad materiałem. Historia jest oparta na masie klisz i schematów: od ostatniego sprawiedliwego niczym westernowego herosa, kilka tajemnic do ukrycia, tajemniczych zgonów, prób zabójstwa oraz krążących w okolicy najemników. Nie można nie wspomnieć o układzie, niczym z największych koszmarów polityków PiS. Historia toczy się dość powoli i spokojnie, zaś scen akcji jest tu o wiele mniej niż się można spodziewać. Nie są zbyt efektowne, wyglądają poprawnie, ale czasami bywa bardzo nieczytelnie. Do tego jeszcze czasem dialogi nie brzmią za dobrze, nadmiar pobocznych wątków potrafi przytłoczyć oraz zdezorientować, zaś zakończenie jest mało satysfakcjonujące (z otwartą furtką na ciąg dalszy oraz – kompletnie wziętą znikąd planszą o stanie polskich weteranów).

Sytuację częściowo ratuje obsada, ale nie jest ona w pełni wykorzystana. Eryk Lubos ma w sobie sporą charyzmę i w roli Maxa „Diabła” sprawdza się bardzo dobrze – opanowany, twardy wojownik, co potrafi wyjść z każdej opresji. Nie zawodzi też Stroiński, którego obecność zawsze jest przyjemnością, a także Karol Biernacki (najemnik „Zimny”), za to dość zbędna jest tutaj Paulina Gałązka (Kaja) – jej postać jako obiekt zainteresowania nie przekonuje, zaś jej działania na końcu czynią z niej idiotkę i drażniła mnie. W drobniejszych rolach przewijają się m. in. Andrzej Kłak (dziennikarz Ziemianek), Marek Dyjak („Buba”) czy Aleksandra Konieczna (Bernadetta Kloch), ale nie mają możliwości zabłyśnięcia.

Niby „Diabeł”, ale jakiś taki mało groźny i bez jakiegoś napięcia. Widać debiutancką rękę reżysera, miotającego się między akcją, kryminałem oraz thrillerem, nie mogąc się do końca zdecydować w jakim kierunku chce pójść. Niemniej ogląda się to bezboleśnie, Lubos przyciąga uwagę i klimat też jest niezły, lecz był potencjał na dużo więcej.

6/10

Radosław Ostrowski

Pakt – seria 2

Po wydarzenia z pierwszej serii Piotr Grodecki (Marcin Dorociński) przeniósł się do Katowic i redakcji „Tygodnika”. Nie oznacza jednak, że zrezygnował z opisywania afer oraz polityki. Tym razem trafia na seksaferę związaną z ministrem gospodarki Janiakiem, jednak ofiara – asystentka polityka, Natalia (Magdalena Berus) – boi się o tym mówić. Ale dziennikarzowi udaje się przekonać ją i to doprowadza do destabilizacji rządu. W konsekwencji zostają rozpisane przyspieszone wybory. Cztery miesiące później w kopalni „Brygida” dochodzi do wybuchu i ginie 36 górników. Prezydent miasta Bytomia Anna Wagner (Magdalena Popławska) oskarża premiera o odpowiedzialność za katastrofę i ignorowanie sygnałów. Kobieta dołącza do stworzonej przez Dariusza Skalskiego (Adam Woronowicz) partii Odnowa.

Niby wszystko wydaje się nie mieć zbyt wiele ze sobą wspólnego, ALE… Grodecki w tajemnicy spotyka się z Wagner. I to jest pierwszy łącznik, a drugim jest otrzymana wiadomość z anonimowego źródła. Z tego wynika, że cała seksafera oraz dymisja Janiaka była ukartowana. Kto zmanipulował dziennikarza i jakie jest tu drugie dno? Grodecki próbuje dociec.

Drugi sezon tym razem zrealizowany został przez reżysera Leszka Dawida i tym razem jest to historia oryginalna, nie podparta na licencji. Tutaj już bardziej skupiamy się na politycznych gierkach, podchodach, kantach oraz wszelkich innych nieczystych zagrywkach. Wszystko w jednym celu i jednym celu wszystko: władzy. Dla niej można posunąć się do wszystkiego, nawet do morderstwa. I tak jak poprzednio mamy kolejną intrygę, która jest odkrywana powoli, po drodze serwując wiele trupów, tajemnic i zmiennych. Znowu mamy spisek ludzi na styku polityki, biznesu i służb specjalnych, jednak tutaj bardziej czuć klimat… „House of Cards”. Przesadzam? Troszeczkę, bo jednak nasz bohater bardziej przypomina superherosa, co niemal z każdej sytuacji wychodzi za pomocą sprytu lub szczęścia. No i świat brudnej, nieczystej polityki, gdzie trzeba szybko się uczyć jak przetrwać i walczyć. Tylko czy walka o władzę za wszelką cenę jest jedynym sposobem?

Nadal zachowany jest taki szaro-bure kadry z paroma nieostrymi ujęciami oraz pulsującą, elektroniczno-ambientową muzyką. Zdarzają się pewne problemy z uchwyceniem dialogów, lecz nie tak częste jak w poprzedniku. O wiele bardziej za to wypada montaż. I nie chodzi tylko o sceny dialogów czy rozmów, ale choćby użycie montażu równoległego, szybkich cięć, pokazywania (na ekranie, który nie jest monitorem) redagowanego tekstu czy szybkich zbitek z fragmentami rozmów dziennikarzy, zdjęć, tekstów. To o wiele urozmaicało seans.

Mieszanka starych znajomych z nowymi postaciami jest wręcz piorunująca. Dorociński nadal trzyma fason, ale to wyga i trudno mu nie kibicować. Tak samo solidnie się prezentuje Witold Dębicki (Andrzej Bitner), Mariusz Bonaszewski (premier Kostrzewa) czy świetny Adam Woronowicz (Dariusz Skalski). Ten drugi zostaje pogłębiony jako pozornie opanowany i spokojny, ale też doświadczony weteran zagrywek politycznych.

Najjaśniejszym nowym punktem obsady – przynajmniej dla mnie – była rewelacyjna Magdalena Popławska jako Anna Wagner. Lokalna polityk, której bliżej jest do idealistki z zasadami i zostaje zderzona z brutalnymi, bezwzględnymi zagrywkami, próbując zachować twarz. A nie jest to łatwe zadanie, gdy odkrywa kolejne brudy oraz jak głęboko sięga cały układ. Równie mocna jest Kinga Preis, czyli przełożona Piotra, Olga oraz Roman Gancarczyk w roli tajemniczego oficera ABW. Pojawiają się kolejne znajome twarze o różnym stopniu znaczenia, ze szczególnym wskazaniem na Łukasza Simlata (Sebastian Malik), Zbigniewa Zamachowskiego (Roman Hanus) i Borysa Szyca (właściciel Tygodnika, Łukasz Seidler).

Drugi sezon „Paktu” trzyma poziom poprzednika, a w paru miejscach wręcz przebija. Ciągle mroczna, brudna, lepka i nieprzyjemna kombinacja powiązań polityki, mediów, biznesu oraz służb specjalnych. Trzymająca w napięciu, z mocnymi dialogami i wyrazistymi postaciami. Ale trzeciej serii już nie dostaliśmy, co wynika z braku furtki na ciąg dalszy. Może to i lepiej.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Pakt – seria 1

Warszawa – miasto najbardziej znane z dwóch rzeczy: bycia stolicą kraju, gdzie stykają się wielka polityka oraz biznes, a także z powodu lokalizacji. Albowiem miasto to leży między Pruszkowem a Wołominem. Tutaj też działa gazeta „Kurier”, gdzie pracuje Piotr Grodecki (Marcin Dorociński). Dziennikarz prowadzi śledztwo w sprawie przekrętów finansowych w firmie, której dyrektorem operacyjnym jest jego brat Daniel (Jacek Poniedziałek). Sprawa wydaje się zamknięta, kiedy Daniel popełnia samobójstwo podpalając się. 9 miesięcy później dzieje się jednak coś dziwnego, a dokładnie notariusz przekazuje pakiet od zmarłego Daniela. Tam znajduje się lokalizacja i godzina, zaś na miejscu jest świadkiem samobójstwa biznesmena Andrzeja Bogusza. Piotr razem z zaprzyjaźnioną agentką CBŚ Weroniką (Marta Nieradkiewicz) próbuje odkryć cała tą tajemnicę.

Stworzony przez HBO serial Marka Lechkiego jest remakiem norweskiego mini-serialu „Układ”. Nie znam tego dzieła, niemniej czuć tutaj pewną „skandynawskość” w klimacie. Bardzo chłodnym, niemal wypranym z kolorów świecie pełnym mroku, tajemnic, manipulacji i tajemnicy. Warszawa tak groźnie i niepokojąco nie wygląda tak później (może w „Ślepnąc od świateł”), gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać. Wróg wydaje się bardzo potężny, działający o krok przed bohaterami, co może skończyć się: a) poczucie paranoi i ciągłego osaczenia, b) zastraszeniem i poczuciem bezsilności, c) śmiercią. Przez co niemal cały czas trzeba było uważnie śledzić i łączyć wszystkie elementy układanki. Dawkowanej bardzo powoli, bez pośpiechu, gdzie cały czas czuć zagrożenie. Nawet politycy nie wydają się być bezpieczni, o czym przekonuje się minister gospodarki Skalski (Adam Woronowicz).

Sama intryga jest więcej niż sprawnie opowiedziana, z paroma zaskoczeniami i twistami. Do tego jeszcze mamy tu spojrzenie na świat mediów, gdzie bardziej liczy się klikalność czy chronienie tyłka samej gazecie i redakcji. Krótko mówiąc pogoń za newsem zamiast weryfikacji źródeł, co bardzo pomaga manipulować dziennikarzy. I to też jest źródłem konfliktu między naczelnym (Andrzej Konopka), a szefem działu (Witold Dębicki), co jest zgrabnym wątkiem pobocznym. To jednak jest niejako przy okazji, nadal pozostając dziennikarskim śledztwem. Kolejne powiązania, postacie oraz pozostający w cieniu ludzie Paktu, którzy dość brutalnie wymuszają lojalność. Jest naprawdę niepokojąco, tajemniczo i mrocznie.

Jedyną bardzo poważną wadą jest w zasadzie dźwięk, czyli miejscami bardzo niezrozumiałe dialogi. Co jest poważną dolegliwością większości polskich produkcji czy zakończenie, gdzie pozostaje parę znaków zapytania. Za to absolutnie błyszczą aktorzy. Marcin Dorociński potwierdza klasę w roli nieustraszonego Piotra przypomina twardzieli z dawnych czasów. Szorstki, zdeterminowany i podążający za tropami, lecz nie piszący niczego bez potwierdzenia. Klasyczny śledczy w nowych fatałaszkach. Ale prawdziwym odkryciem jest dla mnie Marta Nieradkiewicz w roli agentki CBŚ Weroniki. Z jednej strony mocno napędzana przez obsesję i determinację, ale z drugiej bardzo wycofana i coraz bardziej naznaczona przez swoją pracę, co doprowadza do nasilającej się paranoi. Na drugim planie jest masa znajomych twarzy: od solidnych – jak zawsze – Dębickiego, Woronowicza, Konopki i Grzegorza Damięckiego przez zaskakującą Alicję Dąbrowską, dawno niewidzianego Edwarda Linde-Lubaszenko aż po drobne epizody Sebastiana Fabijańskiego, Tomasza Ziętka oraz Mariusza Bonaszewskiego. A to nie wszyscy warci wymienienia.

Kolejny przykład, że polskie seriale z wątkami kryminalnymi zawsze trzymają wysoki fason. Na ile to zasługa oryginalnego tekstu i przeniesieniu na nasze podwórko, a ile naszej warstwy realizacyjnej – trudno powiedzieć. Nie zmienia to faktu, że „Pakt” jest kolejną perełką w dorobku HBO – przynajmniej pierwszy sezon. A jak sobie poradzi drugi, już oparty na autorskim scenariuszu? To temat na osobną opowieść.

8/10

Radosław Ostrowski

Mój sąsiad Adolf

Jesteśmy w roku 1960 gdzieś w Ameryce Południowej. Naszym bohaterem jest niejaki Marek Polsky (David Hayman) – polski Żyd, mieszkający samotnie w domku. Obok niego jest podobna chata, lecz opustoszała. Przynajmniej do czasu, gdy pojawia się nowy lokator, niejaki Herzog (Udo Kier). I to doprowadza Polsky’ego do szewskiej pasji, a podczas jednej z awantur staje on jak wryty. Dlaczego? Bo zobaczył oczy swojego sąsiada i dostrzegł w nich… Adolfa Hitlera. Zaraz, zaraz. Ale przecież Hitler nie żyje, prawda? Tak też twierdzi wywiad ambasady Izraela i zbywa rewelacje Polsky’ego. Mężczyzna zaczyna szukać dowodów na swoją teorię.

moj sasiad adolf1

Już sam tytuł może wywołać ogrom kontrowersji. A jeśli dodamy fakt, że film Leona Prudovsky’ego to koprodukcja polsko-izraelsko-kolumbijska, niewiele brakuje do wybuchu. Bo w jakim kierunku ta historia może pójść? Opowieści o jedynym z rodziny, co ocalał z Holocaustu i prześladowanym przez traumę widzi w sąsiedzie Hitlera, wymuszając na nim zemstę – czyli thriller? Sąsiedzką komedię a’la „Sami swoi” czy „Dwaj zgryźliwi tetrycy” pełną docinków o tym, jak nienawiść doprowadza do eskalacji – czyli komedię akcji? A może będzie to odkrywanie spisku, mającego na cel reaktywację III Rzeszy i zbudowania nowego imperium zła?

moj sasiad adolf2

Reżyser początkowo wydaje się iść w stronę dreszczowca, gdzie zafiksowany Polsky próbuje bliżej poznać swojego tajemniczego sąsiada. Herzog ma cholernie dużą brodę, nosi ciemne okulary, do tego jeszcze maluje obrazy. O psie typu owczarek niemiecki nawet nie wspominam. Wszystko polane bardziej komediowym sosem, co wywołuje jeszcze większy mętlik. Bo pojawiają się pewne oczywiste poszlaki (malowanie, podobna postura, pies czy wrogość wobec palących w jego domu), ale może to tylko zbieg okoliczności? Powoli jednak zaczynamy poznawać nieznajomego, który – tak jak Polsky – lubi grać w szachy.

moj sasiad adolf3

I tutaj reżyser zaczyna zmieniać ton na poważniejszą historię dwóch poranionych ludzi przez przeszłość. Straumatyzowany Polsky kurczowo trzyma się dawnym nawykom (podlewanie czarnych róż, rozwiązywanie krzyżówek i logicznych zagadek szachowych), by w ten sposób jakoś funkcjonować. Z kolei tajemniczy Herzog też ma pewną niepokojącą tajemnicę, która rzutuje na jego całe życie. Świetnie grający swoje role David Hayman i Udo Kier tworzą bardzo zniuansowane postacie, zaś wspólne sceny z nimi to prawdziwe perełki. Od gniewu i wrogości do pewnego melancholijnego smutku oraz zrozumienia. Zaś zakończenie oraz poznanie prawdziwej tożsamości mnie poruszyło.

„Mój sąsiad Adolf” to bardzo kameralny, lecz zaskakujący film o mierzeniu się z traumą oraz przełamywaniu swoich lęków. Prudovsky’emu nie chodzi o wywołanie kontrowersji, zaś cała opowieść opowiedziana jest z dużym wyczuciem oraz zgrabnie balansując między komedią a dramatem. Świetnie zagrany i zrealizowany tytuł, będący jedną z dużych niespodzianek tego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Niebezpieczni dżentelmeni

Zakopane, Zakopane – miejsce znane z imponujących górskich widoków, uzdrawiającego powietrza, ciągle zakorkowanej drogi do tego miasta, białych misiów lubiących się fotografować z ceprami (turystami). A jeszcze za panowania cesarza Austrii i króla Węgier Franciszka Józefa było miejscem hulanek ówczesnej bohemy artystycznej. O takich czterech apsztyfikantach będzie ten film. Od razu uprzedzę pytanie, choć sam film jest fikcją, to prawie wszystkie postacie istniały naprawdę.

Jest rok 1914, jeszcze I wojna światowa nie zaczęła, a w Zakopanem był ostry melanż. W domu niejakiego Witkiewicza (Marcin Dorociński) – kontrowersyjnego artysty, malarza, skandalisty i narkomana. Przewodnikiem naszym będzie dr Tadeusz Żeleński (Tomasz Kot) – praktykujący lekarz-pediatra z Krakowa, a także hazardzista i moczymorda, z niespełnionymi ambicjami literackimi. Oprócz tej dwójki w domu Witkacego są jeszcze Joseph Conrad (Andrzej Seweryn) – marynarz, pisarz i awanturnik oraz Bronisław Malinowski (Wojciech Mecwaldowski) – antropolog, hipochondryk. Wszyscy po ostrym chlaniu i ćpaniu – a co myśleliście, że taki typ zabawy jest rzeczą współczesną? I dzieją się dziwne rzeczy – Żeleńskiemu zaginął płaszcz, pieniądze na wspólną wyprawę Witkacego z Malinowskim zniknęły, a w pokoju jest trup. Z dwoma śladami po kuli. Kim on jest? Skąd się tu wziął? I czemu prasa piszę o śmierci… Żeleńskiego?

Debiutujący Maciej Kawalski miesza historię ze sobą w taki sposób, że może boleć głowa. Pod tym względem przypomina to… „Bękarty wojny” zmieszane z „Kac Vegas”. Cała fabuła jest pomieszaniem z poplątaniem, gdzie pojawia się coraz więcej znaków zapytania i pojawiające się retrospekcje dają tylko częściową odpowiedź. Jak w klasycznym kryminale prosta sprawa jest prosta tylko z nazwy i nasi bohaterowie pakują się w grubszą aferę. A w sprawę zamieszani mogą być zamieszani bolszewicy z towarzyszem Leninem (Jacek Koman) na czele oraz strzelcy Piłsudskiego (Michał Czernecki). Wszystko przyprawione bardzo ironicznymi dialogami, bardzo wyrazistymi postaciami (nawet na trzecim planie) oraz paroma gorzkimi słowami o nas samych (scena odczytu). Wrażenie robi realizacja – choć nie wiem, ile wynosił budżet – i czuć, że dobrze wykorzystano pieniądze. Świetna scenografia oraz kostiumy imponują szczegółami i wyglądem, w połączeniu z dynamiczną pracą kamery sprawia wrażenia oglądania wysokobudżetowej produkcji. Jak wrzucimy do tego „góralską” muzykę zmieszaną ze stylem Hansa Zimmera (głównie „Sherlocka Holmesa”) i Alexandre’a Desplata daje audiowizualną ucztę.

Nie oznacza to jednak, że „Niebezpieczni…” są niepozbawieni wad. W drugim akcie, gdy nasi bohaterowie rozdzielają się na dwie grupy zdarzają się (rzadkie) momenty przestoju. Nadmiar postaci historycznych doprowadza do osłabienia samej fabuły, zaś samo rozwiązanie może być uznane za niesatysfakcjonujące. Wielu może też przeszkadzać skręt w stronę farsy czy pokazanie artystów jako ludzi BAARDZO oderwanych od rzeczywistości. Choć to ostatnie może doprowadzić do paru spazmów.

Co zdecydowanie błyszczy i ciągnie ten film to znakomita obsada, głównie skupiona na naszych czterech jeźdźcach Apokalipsy. Chemia między nimi jest bardzo silna, a każdy z nich ma swoje momenty na zabłyśnięcie. Kwartet Seweryn-Kot-Mecwaldowski-Dorociński błyszczy, zwłaszcza ten ostatni jako najbardziej ekscentryczny oraz bezczelny z całego składu, kradnąc w zasadzie każdą scenę swoją silną charyzmą. Ale nawet na dalszym planie pojawia się wiele znajomych twarzy (m.in. Łukasz Simlat, Sebastian Stankiewicz czy zaskakujący Michał Czernecki w bardziej ironicznym portrecie Piłsudskiego), nie będę jednak zdradzał wszystkiego. Jest tutaj parę niespodzianek i każdy ma tutaj wykorzystuje niewielki czas ekranowy, co jest rzadkością.

Ostatnimi czasy z polską komedią było jak z polskim boksem – wielkie tradycje i bogata przeszłość, jednak starzy mistrzowie jak Machulski stracili formę, zaś młoda krew zazwyczaj rozczarowuje. Było parę drobnych przebłysków jak „Juliusz” czy „Atak paniki”, jednak Kawalski wchodzi na poziom jakiego mi brakowało. Fantastycznie zabrany, napisany oraz zrealizowany, z wielką szansą na stanie się kultowym klasykiem.

8/10

Radosław Ostrowski

Broad Peak

Broad Peak to góra znajdująca się w łańcuchu górskim zwanym Karakorum. Jest obok jednego z najwyższych szczytów świata – K2. To właśnie na ten szczyt w 2013 roku wyruszyła grupa himalaistów pod wodzą Krzysztofa Wielickiego i udało się go zdobyć w marcu tego roku. Ale podczas schodzenia ze szczytu zginęło dwóch alpinistów – Tomasz Kowalski i Maciej Berbeka. O tym postanowił opowiedzieć reżyser Leszek Dawid.

Czekałem na ten film bardzo, a premierę miał mieć już w zeszłym roku na dużym ekranie. Ostatecznie produkcja trafiła na Netflixa, co wywołało we mnie pewne przygnębienie. Wyobraźcie sobie jak by wyglądały te górskie krajobrazy w kinie. Robiłyby większe wrażenie niż przed telewizorem czy (jak w moim przypadku) na laptopie. Po seansie jednak myślę, że to była dobra decyzja.

broad peak1

„Broad Peak” skupia się na Macieju Berbece (Ireneusz Czop) i z jego perspektywy obserwujemy historię. Wszystko zaczyna się w roku 1988, gdy alpinista uczestniczy w wyprawie, której celem jest zdobycie K2. Grupą dowodzi Andrzej Zawada (Tomasz Sapryk), jednak pogoda mocno psuje szyki ekspedycji. Wobec powolnych postępów, Berbeka razem z Olkiem Lwowem (Piotr Głowacki) decydują się na zdobycie sąsiadującego szczytu Broad Peak. Udaje się uzyskać zgodę Zawady i duet rusza na parę dni. Jednak przed samym wejściem Lwow się wycofuje z powodu złej pogody. Jednak determinacja Berbeki jest tak silna, że w końcu udaje się wejść na szczyt. Przynajmniej tak to wyglądało, bo dopiero po paru miesiącach okazało się, iż alpinista dotarł do przedwierzchołka Rocky Summit. Do szczytu zabrakło kilkunastu metrów.

broad peak2

Reżyser dzieli się ten film na dwie części. Pierwsza to ekspedycja z 1988 roku, zaś druga to życie po niej w cieniu kłamstwa oraz drugie podejście do Broad Peak. To, co absolutnie się udało to niesamowite zdjęcia górskie. I nie chodzi mi tylko o krajobrazy, bo te zapierają dech w piersi. Ale jest tu parę ujęć pokazujących pewną bezradność oraz – często zapominany fakt – jak człowiek wobec natury jest bardzo mały. Wręcz jest tylko małą kropką w ocenie śniegu, mrozu i białego puchu. Takie sceny na pewno zapamiętam z tego seansu, włącznie z dwudniowym pobytem w jamie na wysokości powyżej 8 tysięcy metrów.

broad peak4

Ale niestety, w momencie powrotu do domu coś poszło nie tak. Odkrycie kłamstwa, sceny domowe (niewiele, lecz jednak są), czyli takie spowolnienie mnie wybiło z rytmu. A potem jest już rok 2012 i pojawia się Wielicki z planem wyprawy na zdobycie Broad Peak. I miałem takie wrażenie, że to za szybko się dzieje, a samego bohatera nie poznałem za dobrze. Poza jego uporem i determinacją w dążeniu do celu. Także same sceny tej drugiej ekspedycji były dużo krótsze, zostawiając z dużym poczuciem niedosytu oraz… brakiem emocji. Może z wyjątkiem wywiadu radiowego Berbeki oraz wykorzystanego na końcu archiwalnego nagrania dźwiękowego.

broad peak3

Aktorsko tutaj najbardziej wybija się Czop, który – przynajmniej tak mi się wydaje – pierwszy raz gra główną rolę. I wypada świetnie w scenach górskich, wymagających wysiłku fizycznego, pokazania bólu. Wszystko prezentuje wiarygodnie, w obydwu pokazywanych inkarnacjach. Reszta aktorów tak naprawdę robi za tło, choć kilka osób się wyróżnia jak Łukasz Simlat (Krzysztof Wielicki), Piotr Głowacki (Aleksander Lwow) czy Tomasz Sapryk (Andrzej Zawada). Za to kompletnie niewykorzystani są Maja Ostaszewska i Dawid Ogrodnik. Ona w roli żony Berbeki, Ewy, będącej tak naprawdę strasznie jednowymiarową postacią. Czyli wspierającą żoną, pogodzoną z „pracą” męża. Z kolei Ogrodnik w zasadzie tylko wypowiada kilka zdań, w zasadzie będąc tylko cameo.

Kolejny film w ostatnim czasie, który wywołuje we mnie mieszane uczucia. Technicznie jest imponujący z niesamowitymi zdjęciami Łukasza Gutta, dobrym dźwiękiem (!!!) oraz solidnym aktorstwem. Jednak w połowie wszystko siada i dopiero pod koniec zaczyna odzyskiwać swoją siłę. Ale jest już wtedy za późno. Można było wycisnąć z tego duuuuuuuuuuużo więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Lokatorka

Pomysły na potencjalny film podobno leżą na ulicy i wystarczy się po nie schylić. Filmowcy jednak zapominają, że poza tematem trzeba mieć coś jeszcze. Taki – niestety – jest przypadek „Lokatorki”, który inspiruje głośną aferą reprywatyzacyjną w Warszawie. Innymi słowy, chodziło o „odzyskiwanie” kamienic i domostw przez spadkobierców właścicieli, którym odebrano te budynki na mocy dekretu Bieruta. Dzięki procesom sądowym oraz sfałszowanym dokumentom. Sporo z tych domostw miało już lokatorów, czyli ciężaru jaki należało się pozbyć wszelkimi możliwymi sposobami. Po co? By móc potem sprzedać je z dużym zyskiem. Proceder działał w latach 1996-2016, kiedy nagłośniono skandal z udziałem urzędników miasta, zakończony dymisjami oraz powołaniem Komisji Weryfikacyjnej.

lokatorka1

Historia filmu Michała Otłowskiego skupia się na wydarzeniach z 2011 roku, kiedy doszło do morderstwa lokatorki oraz działaczki społecznej Jolanty Brzeskiej (w filmie nazywa się Markowska). Kobieta jako jedyna nie zdecydowała się opuścić swojego mieszkania, z czasem angażując się o walkę w imieniu lokatorów. Widzimy sztuczki, jakich można się spodziewać: siłowe otwieranie drzwi, policyjne interwencje (określane jako „przemoc domowa”), zastraszanie, przekupstwo. Jednocześnie reżyser pokazuje równolegle świeżo upieczoną policjantkę, Annę Szerucką. Zaczyna od patrolowania, przypadkiem trafiają na Markowską. Na własną rękę interesuje się sprawą kamienicy i zaczyna odkrywać powiązania urzędników, policjantów, prawników.

lokatorka2

I tu się zaczynają schody, bo… coś tu ewidentnie nie zagrało. Ta dwutorowa narracja wywołuje poważny zgrzyt, albowiem każda część jest zrobiona w innej konwencji. Wątek Markowskiej (najbardziej błyszcząca Sławomira Łozińska) przypomina kino społeczne, gdzie dokonywana jest zbrodnia w majestacie prawa. A jest to możliwe za pomocą – ulubione słowo miłościwie nam panujących – UKŁADU. Urzędnicy państwowi, gliniarze, sędziowie, prokuratorzy, uliczni bandyci, a nawet dawna ubecja. Drugi wątek dotyczy dochodzenia Szeruckiej (strasznie bezbarwna Irena Melcer) w sprawie śmierci Markowskiej – kobieta została spalona w lesie kabackim – co doprowadza do odkrycia UKŁADU. Czyli mamy tu kryminał, tylko że… sprawców poznajemy już wcześniej.

lokatorka3

Do tego stopnia, iż cała ta bandycka ekipa (grani przez m.in.: Jana Frycza, Jacka Lenartowicza, Leszka Lichotę, Tomasza Sapryka i Piotra Głowackiego) w zasadzie dominuje cały film. Wszystko inne zostaje zepchnięte na dalszy plan, przez co tak brakuje w pełni emocjonalnego zaangażowania. Przynajmniej od połowy filmu, gdzie skupiono się na dochodzeniu. Postacie są jednowymiarowe, zagrane w bardzo przerysowany sposób (poza Łozińską, która jako jedyna wnosi życie do tego przedsięwzięcia), a dialogi – o Jezus Maria! Uszy krwawiły krwią w ilościach znanych z najbrutalniejszych horrorów. Do tego jeszcze mamy masę znanych twarzy, którzy są kompletnie niewykorzystani. Kamil Nożyński pojawia się raptem w jednej scenie, wypowiada JEDNO zdanie i tyle. Andrzej Grabowski jako komendant ma aż TRZY sceny, tak samo Głowacki czy Krzysztof Stroiński. Za takie marnotrawstwo takiej ilości talentów powinien być paragraf.

lokatorka4

Jestem wściekły na Otłowskiego, który po mocnym debiucie w postaci „Jezioraka” nie potrafi się zbliżyć do tego poziomu. Niespójny, płytki, pozbawiony napięcia oraz postaci, które by mnie obchodziły. Jak widać sam temat nie wystarczy do zrobienia dobrego filmu.

4/10

Radosław Ostrowski

Odwilż

Polskie seriale kryminalne mają tradycje równie długą jak nieśmieszne komedie romantyczne. I tak jak te drugie pojawiają się falami, z różną jakością, choć ostatnio potrafią bardzo pozytywnie zaskoczyć. Głównie na polu technicznym i czerpiąc ze znajomych elementów seriali zagranicznych, co czasami działa, a czasem nie. Jaki jest przypadek „Odwilży” od reżysera Xaverego Żuławskiego oraz scenarzysty Marty Szymanek?

Akcja toczy się w Szczecinie podczas przedwiośnia, czyli jest szaro, buro i przyroda czeka na moment wybudzenia się. Naszą bohaterką jest starsza aspirant Katarzyna Zawieja – policjantka samotnie wychowująca córkę i wdowa po policjancie. Jego śmierć prokuratura uznała za samobójstwo, co nie akceptuje jej teść. Razem ze swoim partnerem Trepą ruszają w miasto na pozornie rutynową sprawę. Jednak jak wszyscy wiemy, proste sprawy tylko początkowo wydaje się proste i zaczyna się komplikować. Najpierw na śmietniku zostaje znaleziona pępowina, a potem nad rzeką ciało ciężarnej kobiety. Nie wiadomo czy dziecko żyje. Ofiarą jest córka prokuratora okręgowego, Michała Strzeleckiego, zaś jej małżeństwo przechodziło kryzys. Podejrzanych jest wielu, a z każdą minutą szansa na znalezienie żywego noworodka maleją.

Innymi słowy, nic nowego w konwencji, ale czy każdy serial musi być przełomową, nową jakością? „Odwilż” garściami czerpie głównie z nordic noir, zwłaszcza pod względem klimatu. Szczecin jest zalany ciemnością, monochromatycznymi kolorami i ogólną szarzyzną dnia codziennego. Poczucie tego mroku potęgują absolutnie fantastyczne zdjęcia Tomasza Naumiuka, gdzie nawet tak proste rzeczy jak jazda samochodem bywa pokazywana zza szyby czy ujęcia z góry niczym oko Boga. Tutaj noc jest tak czarna, że jest w stanie pochłonąć każdą osobę. Niby reszta jest znajoma, czyli mylenie tropów, powoli odkrywana tajemnica oraz przeszłość, będąca niemal przygniatającym balastem. To dotyczy zarówno samej intrygi, jak i prowadzącej sprawy Zawiei (intrygująca Katarzyna Wajda). Z jednej strony jest uparta oraz zdeterminowana w dotarciu do rozwiązania, to jej życie prywatne jest nieogarniętym bałaganem, który coraz ciężej jest ukryć. Śmierć męża, córka stanowiąca tak naprawdę balastem, z którym nie wiadomo co robić (że potrafi zirytować swoim zachowaniem, to inna kwestia) – przypomina to niedawno widzianego „Kasztanowego ludzika”. Ale mimo czerpania ze znajomych schematów, wszystko to wydaje się bardzo naturalne. A umówmy się, to nie jest łatwe zadanie.

Zadziwiło mnie równe tempo, bez poważniejszych błędów logicznych (może poza pierdołami w rodzaju zabrania córki na miejsce zbrodni) oraz zgrabnie napisanym scenariuszem. W tle jeszcze przygrywa niepokojąca muzyka Łukasza Targosza, a całość parę razy korzysta z równoległego montażu. Nie jest to produkcja efekciarska (choć jest w finale strzelanina oraz pościg samochodowy), ale za to bardzo efektywna, potrafiąca trzymać w napięciu oraz parę razy zaskoczyć.

To też zasługa aktorów, choć nie wszyscy zostają w pełni wykorzystani (Andrzej Grabowski, Sebastian Fabijański czy Bogusław Linda). Ale ci, co błyszczą, robią to pełnym światłem. Taka jest Katarzyna Wajda jako silna-słaba Zawieja z obsesją na punkcie tej sprawy. Równie świetne jest trio partnerujące jej bohaterce, czyli Bartłomiej Kotchedoff (zachowawczy aspirant Trepa), Cezary Łukaszewicz (impulsywny Radwan) oraz Juliusz Chrząstowski (konkretny naczelnik Pietrzak), tworzący postacie z krwi i kości. Jest jeszcze masa znanych twarzy, które nawet w drobnych epizodach (Anna Krotoska!! Eryk Lubos!!!) potrafią zapaść w pamięć.

Choć „Odwilż” to raczej produkcja jednorazowa, jest wykonana na poziomie najwyższym z możliwych. Żuławski prowadzi wszystko z wyczuciem i w większości przypadku trafia w cel. Pewnie poprowadzona, z interesującą bohaterką oraz wiarygodnie napisaną intrygą. Tylko i aż tyle.

8/10

Radosław Ostrowski

Wszyscy moi przyjaciele nie żyją

Nadrabianiu kolejnych konwencji gatunkowych na naszym podwórku ciąg dalszy. Tym razem poszło w młodzieżową komedię imprezową z czarnym humorem. Całość powstała dla Netflixa pod koniec zeszłego roku i… co z tego wyszło?

Wszystko ogranicza się do jednego domu, gdzie tuż po Nowym Roku przybywa policja. Na miejscu stróże prawa zauważają, że doszło dosłownie do jatki. Masa trupów i tylko jedna ocalona, bredząca coś bez sensu oraz z uszkodzonym kręgosłupem. Jak stwierdza inspektor: „coś poszło nie tak”. Tylko co? A na imprezie była masa osób, nie wszyscy w wieku nastoletnim, bo jest typ MILF-a chodzącego z chłopakiem o wiele lat młodszym. Rodzeństwo, gdzie siostra jest bardziej świadoma seksualnie, a brat ma dziewczynę i oboje są dość delikatni w swojej sypialni, chłopak-fotograf znający się na broni, dwaj bracia chcący zaliczyć, młody dresiarz o ambicjach raperskich, dwie tępe panienki, a nawet dołącza dostawca pizzy. Wszystko zaczyna się od przypadkowego strzału podczas seksu.

Debiutujący reżyser Jan Belcl chyba naoglądał się filmów zza Wielkiej Wody i niekoniecznie tych dobrych. Jest to zdecydowanie świadome kino klasy B, przeestetyzowana, przerysowana oraz miejscami z dialogami na granicy wulgarności. Bluzgi, podteksty seksualne miały chyba rozwalić pruderyjność naszego podwórka i może to odrzucić. Postacie może są ledwo zarysowane, ale mają swoje momenty. Ale jest to, niestety, bardzo nierówny poziom. Najbardziej jednak zadziwiło mnie powolne tempo, gdzie przez większość czasu zgon utrzymywany jest w tajemnicy. Czekałem na moment rozpierduchy, ale po drodze doszło do paru drobnych zaskoczeń (przeszłość Glorii – najstarszej uczestniczki tego cyrku). Satysfakcjonuje za to finał, czyli ostatnie 20 minut to już jazda po bandzie. Kule świszczą, pięści idą w ruch i wszystko idzie w najgorszym kierunku.

Trudno technicznie mi się do czegoś przyczepić. Zdjęcia są ładne, w tle gra odpowiednio budująca nastrój oraz dobrane piosenki, a dźwięk jest czysty oraz zrozumiały. Jeśli zaś chodzi o obsadę to mamy masę młodzików, z których wybija się kilka znanych twarzy. Z tego grona wybija się najbardziej Mateusz Więcławek (Filip), ale film kradnie zjawiskowa Monika Krzywkowska (Gloria – nasz odpowiednik matki Stifera) z mocnym monologiem o starzeniu się. Zaskakuje pozytywnie Julia Wieniawa, będącą „nawiedzoną” na punkcie spraw astralno-nadprzyrodzonych oraz wyluzowany Wojciech Łozowski z cudnym monologiem o pizzy. Troszkę rozczarowuje Adam Woronowicz jako inspektor policji, sprawiając wrażenie zmarnowanego potencjału.

Debiut Belcla ma wszelkie zadatki na kultowego klasyka w pewnych kręgach. Jest świadomie przerysowany i przegięty, pozbawiony wielkich ambicji, ale balansujący na granicy smaku oraz miejscami nudnawy. Innymi słowy obejrzeć można, a z kumplami przy piwku seans będzie bardziej satysfakcjonujący.

5,5/10

Radosław Ostrowski

W głębi lasu

Paweł Kopiński jest warszawskim prokuratorem, samotnie wychowującym córkę. Obecnie prowadzi śledztwo w sprawie gwałtu, gdzie podejrzanymi są dwaj chłopcy z bogatych rodzin. Ale mocno go dręczy przeszłość. 25 lat temu był opiekunem obozu letniego w lesie, gdzie doszło do tragedii. Zginęło dwoje jego rówieśników, a jeszcze dwie osoby (w tym młodsza siostra) przepadły bez śladu. Przeszłość jednak potrafi wrócić w najmniej oczekiwanym momencie, a wszystko z powodu pojawienia się zwłok. Kopiński rozpoznaje w nich Artura – chłopaka, zaginionego podczas lata 1994. Kto go zabił i co się tak naprawdę tam wydarzyło?

w glebi lasu1

„W głębi lasu” to drugie podejście polskich twórców do zrobienia serialu dla Netflixa. Tym razem jednak postanowiono przenieść na ekran powieść Harlena Cobena i dostosować ją do naszego podwórka. Sama akcja prowadzona jest dwutorowo (jak choćby ostatnio w „Żmijowisku”), gdzie przeszłość przeplata się z teraźniejszością. Intryga jest budowana bardzo powoli jak w klasycznym kryminale przystało. A wszystko – jak w książce Cobena przystało – zbudowane jest na tajemnicach oraz budowanych kłamstwach, coraz bardziej odkrywanych przez bohatera. Everymena, który nie może nikomu zaufać, nawet członkom rodziny, przez co zaczyna tracić grunt pod nogami. Jest to nawet nieźle poprowadzone, a poczucie zaciskanej pętli coraz bardziej się nasila. Kolejne pytania, odkrywane informacje oraz mylne tropy są sprawnie podrzucane przez reżyserski duet Leszek Dawid/Bartek Konopka.

w glebi lasu2

Bardzo, ale to bardzo podobały mi się sceny z roku 1994 oraz przywiązanie do detali. Scenografowie wykonali kawał świetnej roboty, tak samo jak osoby odpowiedzialne za dobór muzyki oraz rekwizytów. I ten wakacyjny klimat jest odczuwalny, skontrastowany ze sterylną, wręcz chłodną współczesnością miasta. Ale dość wolne tempo na początku może zniechęcić, jednak dla mnie problemem było samo rozwiązanie, które mnie nie satysfakcjonowało. Mało tego, wydawało mi się na siłę udziwnione i przekombinowane, przez co zachowanie niektórych postaci było dla mnie irracjonalne. Nie chcę zdradzać wiele, lecz końcówka wywołała we mnie skojarzenia z „Rojstem”, gdzie też ostatni odcinek mocno zawodzi. Jakby tego było mało wiele wątków pozostaje otwartych i niewyjaśnionych, co jeszcze bardziej frustruje.

w glebi lasu5

Aktorsko jest dość nierówno i choć nie brakuje tutaj znanych twarzy, nie wszyscy zostają w pełni wykorzystani. Najlepiej wypada tutaj Grzegorz Damięcki w roli prokuratora Kopińskiego. Jest to postać zdeterminowana, naznaczona mrokiem oraz balansująca czasami na granicy prawa. Mimo pewności siebie oraz opanowania, wyczuwa się w nim pewien niepokój, zagubienie, nawet przerażenie w drobnych gestach. To jego kreacja napędza ten serial i podnosi go na wyższy poziom. Równie dobrze wypada Agnieszka Grochowska, czyli obozowa miłość Laura. Kobieta też jest naznaczona przeszłością i staje się niejako partnerką Pawła w celu rozwikłania tajemnicy. Między tą dwójką czuć chemię oraz pewne podskórne napięcie. Ich młodsze wcielenia (Hubert Miłkowski i Wiktoria Filus) są okej, tak jak cała reszta młodych aktorów – ogląda się ich bez bólu.

w glebi lasu4

Jednak drugi plan, gdzie jest parę znajomych twarzy (m.in. Roman Gancarczyk, Przemysław Bluszcz, Ewa Skibińska czy Dorota Kolak) nie do końca zostaje wykorzystany. Z tego grona najbardziej wybijają się kreacje Adama Ferency’ego (Lubelski, który prowadzi śledztwo w 1994), Arkadiusza Jakubika (inspektor Jork ze współczesnych czasów) oraz Cezarego Pazury (dziennikarz Dunaj-Szafrański, ojciec jednego z oskarżonych dzieciaków o gwałt).

w glebi lasu3

Jak ocenić „W głębi lasu”? Nie miałem aż tak wielu oczekiwań i dostałem w sumie solidny tytuł, choć niepozbawiony potknięć oraz niejasności. Podobno pojawiły się plotki o planowanej drugiej serii, ale jakoś tego nie widzę. Typowa europejska produkcja kryminalna bez większych ambicji.

7/10

Radosław Ostrowski