Koniec ulicy Dębowej

Czy da się zrobić dobry film o dinozaurach bez „Jurassic Park” (albo „Jurassic World”) w tytule, zarabiając kupę pieniędzy? Raczej nie, co jest strasznie smutne i dobitnie pokazuje przypadka „Końca ulicy Dębowej”, który box office’u nie podbija. A szkoda, bo to całkiem fajna produkcja w duchu Kina Nowej Przygody. A czy warto było czekać 8 lat na nowy film Davida Roberta Mitchella, czyli twórcy horroru „Coś za mną chodzi” czy pokręconego kryminału „Tajemnice Silver Lake”.

Akcja dzieje się w roku 1982 gdzieś na typowych amerykańskich przedmieściach w Flowervale. Równoległe domki z garażami, gdzie ludzie sobie żyją, dzieci się bawią – znajomy krajobraz. I tutaj żyje sobie rodzinka Plattów. Denise (Anne Hathaway) – zajmuje się domem, po cichu pisząc powieść. Jej mąż Greg (Ewan McGregor) niby jest obecny, ale nie radzi sobie z byciem mężem i ojcem, a do tego rozwozi pizzę. Jeszcze mamy dwójkę dzieci: lekko rozrabiającego Briana (Christian Convery) oraz zafascynowana fantastyką Audrey (Maisy Stella). Niby familia jakich wiele, lecz coś się tutaj zaczyna sypać. Czy może być gorzej? Może, bo pewnej nocy po deszczowej burzy nagle błysnęło i po tym cisza. Nie ma prądu, nie ma wody, nie ma światła. Za to mamy jakiś dziwnie zalesiony krajobraz, a po okolicy krążą… dinozaury.

Jak można wywnioskować z opisu, „Koniec ulicy Dębowej” to film mocno czerpiący z tradycji Stevena Spielberga. I to czuć od pierwszych ujęć pokazujących okolicę oraz utrzymaną w duchu Johna Williamsa muzyce. Temat rodziny będącej na krawędzi i zmuszonej do wspólnego działania, otoczka fantastyczno-naukowa oraz aura tajemnicy – to elementy znane choćby z „E.T.”, „Parku Jurajskiego” czy nawet „Ducha”. Zważywszy na to, że producentem filmu jest J.J. Abrams, te inspiracje nie są przypadkowe. Sama historia jest niezbyt skomplikowana i prosta niczym produkcja sznurka, najmłodsi członkowie rodziny nie należą do zbyt lotnych (co może wywoływać u niektórych frustracje) oraz chodzące i żądne mięska dinusie. Niektóre mają na sobie futra, inne latają, dookoła ogromne zalesienie, w tle gdzieś nawet jest wulkan (a przynajmniej tak mi się wydaje). W zasadzie „Koniec…” jest kinem w stylu ciągłego ganiania i uciekania przed bestiami, a najlepsze momenty to świetne budowanie napięcia. Co jest zasługą świetnej pracy kamery, pokazującej coś przerażającego gdzieś w tle albo w taki sposób, że postacie tych istot nie widzą (ptaszydła na dachu, wielgachny wąż wślizgujący się przez okno do domu).

Te półtorej godziny mija szybko, historia angażuje, a sceny akcji łapią za gardło. Atmosferę i klimat lat 80. czuć tu mocno (od muzyki przez rekwizyty w rodzaju pościeli z Supermanem czy telewizora). Jedynym problemem jest to, że całość jest… durna i przypominająca wysokobudżetowe kino klasy B. Choć jest tu odrobina humoru (widok dwójki dinozaurów – niezapomniany), to jednak całość wydaje się być grana na serio. Nie było to dla mnie dużym problemem, ale wielu może zniechęcić się. Nieliczna obsada wypada solidnie (najbardziej wybija się tu Anne Hathaway w roli matki, stającej się niejako liderką rodziny), choć drugi plan – z wyjątkiem dinozaurów wszelkiej maści – w zasadzie nie istnieje.

Krótko podsumowując, „Koniec ulicy Dębowej” jest prostym, letnim blockbusterem, którego nie powstydził się zarówno Spielberg, jak i Shyamalan. Nawet jeśli nie jest najlepiej napisanym filmem z dinozaurami w tle oraz ma wiele znajomych elementów, to potrafi trzymać w napięciu oraz zaangażować emocjonalnie. Czysta rozrywka bez większych ambicji, ale pozwalająca zapomnieć o świecie na zewnątrz.

7/10

Radosław Ostrowski

PS. Podczas seansu zdarzyła się dość dziwna sytuacja, mianowicie… zapaliły się górne światła gdzieś w środku filmu.