Mroczne wody

Czy wiecie, co to jest PFOA albo C-8? Pewnie ten skrót nic nie mówi? A może teflon? Już chyba bliżej, bo z tego robi się m.in. patelnie, buty czy farbę. Mało kto jednak wiedział, że ten związek nie tylko jest nie do zniszczenia, ale może też człowieka zabić. I nie tylko człowieka, ale każdy żywy organizm po kontakcie ze sobą. jedną z film, które ukrywały ten fakt była korporacja DuPont. Oni jednak posunęli się o krok i ten zabójczy związek umieszczał w jeziorze, rzekach, niszcząc środowisko oraz trując tysiące nieświadomych niczego ludzi. O sprawie nikt by się nie dowiedział, gdyby nie pewien uparty farmer, który stracił całe stado krów. Zdecydował się skontaktować z prawnikiem Robertem Billotem, który – początkowo niechętnie – przygląda się sprawie bliżej. Jest rok 1998.

mroczne wody1

Film zaangażowane społecznie nie są zbyt popularne i nie zarabiają kupy kasy. Jednak Todd Haynes postanowił zaryzykować, wykorzystując prawdziwą historię walki z potężną korporacją. I otrzymaliśmy krzyżówkę „Spotlight”, „Zodiaka” oraz „Adwokata”. Innymi słowy, jest dochodzenie, walka z korporacją pełna kruczków prawnych, śledczy (tutaj prawnik) z kompletną obsesją sprawy oraz bardzo wolne działanie systemu. Reżyser bardzo dokładnie przygląda się całej tej sprawie, której szczegóły mogą zjeżyć włos na głowie. Jeszcze bardziej przeraża fakt pewnego rodzaju bezsilności, bo wielka firma nie zamierza się poddać. Mając bardzo duże fundusze, może zrobić wiele rzeczy w celu opóźnienia sprawy: zawalenie dokumentami, powołanie zespołu naukowego, by przed procesem ustalić dopuszczalne normy zatrucia. I mimo dość wolnego tempa, potrafi trzymać w napięciu oraz zaangażować.

mroczne wody2

Jeszcze bardziej zaskakuje tutaj klimat. Wszystko jest w stonowanych kolorach, wydaje się bardzo melancholijne. Zupełnie jakby nadzieja coraz bardziej słabła, zaś szansę na wygraną z roku na rok maleją. Nadal wrażenie robią sceny pokazujące jakie konsekwencje w życiu prywatnym. Bo ciężko jest wytrzymać z człowiekiem, który poza sprawą wydaje się kompletnie nieobecny. I to wszystko jest w stanie działać, nawet w pozornie nudnych momentach. Niby to widzieliśmy wcześniej, ale Haynes potrafi wciągnąć, zaangażować oraz zmusić do myślenia.

mroczne wody3

No i jak to jest zagrane. Absolutnie znakomity jest Mark Ruffalo jako Billot, tworząc bardzo wyciszonego, ale zdeterminowanego adwokata. Może sprawia wrażenie grającego na jednej minie, jednak nie dajcie się zwieść. W tych oczach i tikach widać o wiele więcej niż się wydaje, zwłaszcza w chwilach bezsilności. Na drugim planie też jest świetnie, nawet drobne role są bardzo wyraziste. Ale skoro ma się takich aktorów jak Bill Pulman (Harry Dietzler), Bill Camp (Wilbur Tennant) czy bardzo zaskakująca Anne Hathaway (pani Billot). Największą niespodzianką dla mnie okazał się dawno nie widziany Tim Robbins jako szef. Niby drobna rola, ale potrafi zawłaszczyć każdą scenę i nadal potrafi pokazać siłę.

Smutnym faktem jest to, że film przeszedł praktycznie bez echa, zaś u nas w ogóle nie miał dystrybucji. Haynes pokazuje, iż nawet w gatunku thrillera prawniczego potrafi stworzyć coś bardzo wyrazistego. Mimo spokojnego tempa, potrafi walnąć obuchem w łeb i zmusi do zastanowienia.

8/10

Radosław Ostrowski

Avengers: Koniec gry

MCU – obecnie najpopularniejszy serial, jaki nawiedza nasze kina już od roku 2008 i nie wygląda na to, że miałaby się ta maszyna zatrzymać. Choć nie wszystkie odcinki tego cyklu były w pełni satysfakcjonujące, to coraz bardziej zaczynałem zżywać się z tymi postaciami. I nieważne, czy mówimy o Bogu Piorunów, mistrzu łuku czy symbolu wszelkich cnót oraz zalet. Jednak ostatnio nasza grupka superherosów poniosła klęskę, a Thanos swoim pstryknięciem zmiótł połowę populacji Ziemi. Smutek, depresja, beznadzieja i rozpad. Po pięciu latach jednak dochodzi do dziwnej sytuacji – z wymiaru kwantowego wraca (uwięziony tam) Scott Lang aka Ant-Man. I sugeruje pomysł na podróż w czasie, by zdobyć Kamienie Nieskończoności, potem stworzyć rękawicę oraz cofnąć działania Thanosa.

avengers koniec gry1

Ci, których powalił finał „Wojny bez granic”, tym razem mieli dostać szansę odwetu, wyrównania rachunków. Mimo dość długiego metrażu, całość podzielić niejako na trzy etapy. Pierwszy etap to okres żałoby oraz wizja świata po wszystkim – niemal pusty, gdzie nie można się odnaleźć ani pogodzić z tym wszystkim. Tutaj dominuje lekko melancholijny klimat, mimo jednej krótkiej rozpierduchy. Jednak emocje zaczynają coraz bardziej, kiedy dochodzi do podróży w czasie, czyli etapu drugiego. Plan jest bardzo trudny, wręcz karkołomny, a przeskoki dotyczą znajomych miejsc (przebitki z pierwszych „Avergers”, „Strażników Galaktyki” czy drugiego „Thora”), jak i troszkę bardziej dalekiej przeszłości. Odniesienia i odwołania są tutaj bardzo obecne, ale jednocześnie nie są one żadnym obciążeniem czy balastem (czego troszkę się obawiałem). Ale ten etap kończy się pozornym happy endem, bo dochodzi do trzeciego aktu, będący… drugim starciem naszych bohaterów z armią Thanosa.

avengers koniec gry3

Logika nie szwankuje tutaj aż tak bardzo, czego się można spodziewać w przypadku historii z podróżami w czasie. Więcej jest tutaj postawiono na relacje między postaciami, ich dylematy oraz rozterki (tutaj najbardziej wybija się Thor, Stark oraz Hawkeye). Zaś ostateczna rozwałka tutaj rozmachem przypomina starcie z „Wojny bez granic”, ale przeciwnik wydaje się mieć jeszcze większą przewagę liczebną. I co najważniejsze, chłonąłem to wszystko jak gąbka, doprowadzając do zmian oraz pozytywnych zaskoczeń („Avengers Assemble”). Z kolei zakończenie ostatecznie zamyka pewien etap w historii, doprowadzając do drobnej zmiany warty. Nawet nie zauważyłem, kiedy się to wszystko skończyło.

avengers koniec gry2

Nawet jeśli były jakieś wady, nie byłem w stanie ich dostrzec. „Koniec gry” to tak naprawdę koniec jednego rozdziału oraz początek nowego rozdania. Niepozbawiona humoru, akcji oraz interakcji, stanowiąc – dla fanów – wielkie doświadczenie. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę się doczekać ciągu dalszego.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Avengers: Wojna bez granic

Na ten film wszyscy fani komiksów oraz Kinowego Uniwersum Marvela. Nie powiem, że ja też na ten film czekałem. Bardzo polubiłem te postacie przez te 10 lat – to od groma czasu, który naprawdę wystarczy. No i wszyscy Avengersi musieli się zmierzyć z największym zagrożenie w historii, czyli Thanosa. Problem w tym, że grupa Obrońców rozpadła się: Stark i Rogers mocno się posprzeczali (trzecia część „Kapitana Ameryki”), Ant-Man i Hawkeye są w areszcie domowym, a reszta herosów jest rozproszona. Czy w ogóle nasi herosi mają szansę na zwycięstwo?

avengers_33

Bracia Russo już od samego początku zapowiadają, że będzie to zupełnie inne kino. Najpierw mamy radiowy komunikat, wołanie o pomoc oraz dosłownie masę trupów dookoła. To statek Thora, a Thanosa nie jest w stanie pokonać nawet Hulk (tak mocno oberwał, że nie pojawia się potem w ogóle). Powoli jednak nasi bohaterowie, czyli wszyscy uczestnicy filmów Marvela, otrzymują info o nim i próbują w każdy możliwy sposób powstrzymać to, co wydaje się nieuniknione. Oczywiście, ze wszystko polane jest szeroko pojęta rozpierduchą oraz kolejnymi próbami zdobycia kolejnych Kamieni Nieskończoności. Jednocześnie twórcy próbują (z powodzeniem) zbudować przeszłość związaną z Thanosem, a akcja przeskakuje z miejsca na miejsce. Mimo pozornego chaosu, cała historia wydaje się bardzo klarowna i jasno przedstawiona. Kilka postaci także zostaje pogłębionych jak Thor, który już nie ma niczego do stracenia czy Star-Lord, który musi dokonać bardzo dramatycznego wyboru. Rozbicie grupy na niejako mniejsze drużyny daje zaskakujące połączenia. Świetnie wypada relacja Thora z Rocketem oraz Starka z Parkerem, a także spięcia między tym pierwszym a dr Stange’m (natężenie ego przekracza dopuszczalne normy).

avengers_31

Realizacyjnie film wygląda olśniewająco (kręcony kamerami IMAX), bo jesteśmy w różnych częściach kosmosu. Wracamy też na stare rewiry, czyli Wakanda, siedziba Starka, nowojorskie Sanktuarium czy Knowhere (siedziba Kolekcjonera), ale są też równie interesujące miejscówki jak choćby kosmiczna kuźnia czy opustoszała, wyniszczona planeta Titan. To wszystko wygląda naprawdę okazale i nie miałem kompletnie poczucia sztuczności. Nie brakuje odrobinki humoru (na szczęście, nie zmienia całego filmu w komedię), zaś stawka gry czuć aż do finału. Także efekty specjalne trzymają swój wysoki poziom, wprawiając w zachwyt.

avengers_32

Aktorsko poziom został utrzymany, zaś sprawdzeni aktorzy już tak się zżyli ze swoimi postaciami, iż trudno mi sobie wyobrazić kogokolwiek innego. Najbardziej z tego grona wybija się Chris Hemsworth, którego Thor staje się zdesperowanym mścicielem, nie mającego już absolutnie nic do stracenia. Podobnie wyróżnia się Benedict Cumberbatch oraz Tom Holland, dodający odrobinę lekkości w historii. Z nowych znajomych nie można zapomnieć o Peterze Dinklage’u jako kowalu Eitrim (jakoś większy się zrobił). No i jeszcze jest Thanos, czyli Josh „Cable” Brolin. Na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo dużym osiłkiem, który mógłby samymi pięściami rozwalić cały Wszechświat i wierzy w słuszność swoich działań. Zaś motywacja stojąca za jego czynami z jednej strony budzi przerażenie, ale z drugiej jego pobudki oraz przeszłość bohatera potrafią budzić współczucie.

„Wojna bez granic” zamyka trzecią fazę Kinowego Uniwersum Marvela z poważnym hukiem. Zamiast zwycięstwa mamy gorycz oraz strasznie brutalne żniwo i jedno pytanie: jak to wszystko odkręcić? A po napisach końcowych cisza i niedowierzanie pozostają na długo. Przynajmniej u mnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Thor: Ragnarok

Pamiętacie Thora? To taki koleś, który rzuca swoim młotem, robi rozpierduchę i zawsze pakuje się w jakieś tarapaty. Najczęściej przez swojego braciszka, Lokiego, który czuje się niedoceniony albo chce mieć władzę nad Asgardem. Ale tym razem Thor ma dużo, dużo większy problem, bo przychodzi siostrzyczka, o której istnieniu braciszkowie nie wiedzieli. Hela to bogini śmierci, która robi rozpierduchę, niszczy młot Thora, a sam bóg piorunów wypada z gry. 

thor31

Poprzednie części Thora były troszkę bardziej poważne, mroczne i ciężkie, a jedynka wręcz szekspirowski. Ale tym razem postanowiono zatrudnić nowozelandzkiego wariata, czyli Taikę Waititi. Niezależny filmowiec i Marvel? To brzmi jak szaleństwo, ale efekt jest bardzo interesujący. „Ragnarok” jest komedią, która mogłaby śmiało postawić na półce obok… „Strażników Galaktyki”. Jest znacznie więcej humoru niż można by się było spodziewać. Czuć to już na samym początku, gdy nasz heros zostaje uwięziony, a potem dzieje się cyrk. Loki podszywający się za Odyna, Heimdall zostaje wygnany, Hela jest prawdziwą twardzielką, a rozgardiasz panuje ogromny. Do tego Thor jeszcze trafia na arenę gladiatorów i niczym Spartakus musi powalczyć o swoją wolność. I tak jak poprzednie część, to dalej historia dojrzewania tego łobuza w odpowiedzialnego przywódcę, mierzącego się z kłamstwami oraz rodzinnymi tajemnicami.

thor32

A w tle tego wszystkiego ma dojść do Ragnarok, czyli mitycznego końca świata oraz totalnego wysadzenia Asgardu w pizdu. Wizualnie jest na bogato, wali kolorami po oczach, a kilka scen (retrospekcja, gdzie wojska Walhalii walczyły z Helą) jest wręcz malarskich. Wszystkie poważniejsze wątki są rozładowywane poczuciem humoru (postać lekko tępego Skurge’a, który zmienia stanowisko jak chorągiewki czy wszystko z dr Strange’m), włącznie z całym wątkiem wokół Arcymistrza i pojedynków na arenie. Tutaj dochodzi do decydujących wydarzeń, jest nawet wiele rzeczy z buddy movie, trochę mroku (ale nie za dużo), polane kiczem z muzyką a’la lata 80. na czele. A finał jest wręcz spektakularny, czyli typowy dla Marvela (sceny po napisach sugerują, że Thor zmierzy się z Thanosem).

thor33

Wreszcie znalazł się w tej postaci Chris Hemsworth, dodając bardzo dużo luzu oraz dystansu wobec tej postaci. Nie brzmi tak podniośle i jest bardziej ludzki niż boski (narcyz, złośliwiec, dbający o reputację), co jest dla mnie największym plusem. Charakteru za to nie stracił Loki (życiówka Toma Hiddlestone’a), który nadal jest takim cwaniakiem, działającym na dwa fronty. I wreszcie jest charakterny łotr, znaczy się łotrzyca w postaci Heli (cudowna Cate Blanchett), planująca się odegrać za dawne winy. Ale film za to kradnie fantastyczny Jeff Goldblum jako troszkę elokwentny, cwany, podstępny i złośliwy Arcymistrz oraz sam reżyser jako kamienny wojownik Korg.

thor34

Chociaż początek jest dość powolny i spokojny, „Ragnarok” nabiera rozpędu doprowadzając do ekstremum. Człowiek-Młot nabiera nowych mocy i jest jeszcze bardziej niebezpieczny niż się można spodziewać. Nie wiem, co tym razem wymyślą twórcy MCU z Thorem, ale czekam na to.

8/10

Radosław Ostrowski

Człowiek z bieguna

Jest rok 1978, jesteśmy w Bostonie. Tam mieszka rodzina Stuartów, którzy wiążą koniec z końcem, ale łatwo nie jest. Ona (Maggie) jest czarnoskórą kobietą, nie mogąca znaleźć pracy. On (Cameron) cierpi na afektywność dwubiegunową zwaną też chorobą maniakalno-depresyjną i z każdej pracy wręcz jest zwalniany, dlatego (stereo)typowe role rodzinne zostają wywrócone do góry nogami. W końcu kobieta decyduje się na studia do Nowego Jorku i prosi mężczyznę o opiekę nad córkami.

mi_polarny2

Obyczajowa tragikomedia zrealizowana przez doświadczoną scenarzystkę Mayę Forbes, która oparła swoją historię na własnych doświadczeniach. Pokazanie na ekranie choroby psychicznej w taki sposób, bez łopatologii, emocjonalnego szantażu jest zadaniem wręcz karkołomnym. Sam Cameron to postać bardzo kontrastowa, ale nie ma tutaj przerysowania, zgrywy czy parodii. Jego gwałtowna euforia, która zostaje równie szybko zgaszona przez depresję i smutek, a jednocześnie jego próby normalnego funkcjonowania są wygrywane, trafione w punkt. Dużym plusem jest spora dawka humoru, wynikająca z czasami dziwacznych zachowań naszego bohatera (naklejenie sztucznej brody, jazda nago na rowerze… jesienią czy szycie sukienki w nocy), który stara się żyć jak człowiek, a jednocześnie nie chce zawieść żony i córek. Mimo dużego lęku i przerażenia w oczach. Wierzy, że jeszcze znowu będą razem, ale to nie jest takie proste jak się wydaje. Bo jak mają zareagować sąsiedzi, koledzy z klasy? Przecież nie wpuścimy do tej rupieciarni.

mi_polarny1

Forbes rozkłada to na cztery pory roku, gdzie widzimy jak dziwnie dobrze zaczyna funkcjonować ten układ. Na początku jest nieufność i przerażenie, ale Cam okazuje się być naprawdę dobrym ojcem. Dba o dzieci, choć jeździ niebyt sprawnym wozem, jest otwarty na innych ludzi (chociaż niektórzy odebraliby to jako natarczywość). Jednak potrafi nagle się zgasić i zwyczajnie siedzieć (świetna scena, gdy córki zaklejają jego pokój kartkami zniechęcającymi do palenia), jakby wszystko go przerastało. Córki zaczynają powoli się przyzwyczajać i wyciągają to, co od niego najlepsze. Nie oznacza to całkowitej eliminacji choroby, raczej jej kontrolowanie.

mi_polarny3

Wszystko to rewelacyjnie pokazuje Mark Ruffalo, wygrywając drobnymi spojrzeniami, a każdy gwałtowny wybuch nie jest szarżą. Wspierają go świetne Imogeen Wooldarsky oraz Ashley Aufderheide jako dwie powoli dojrzewające córeczki. Nie sposób nie wspomnieć też o Zoe Saldanie jako próbującej radzić sobie Maggie. Czuć bardzo silną chemię i więzi łączące tą familię, co pokazują wstawki zrobione z domowej kamery.

„Człowiek z bieguna” to pozornie typowe kino obyczajowe, ale pełne humoru oraz ciepła wobec swoich bohaterów. Kino bez upiększeń, niegłupie i pełne refleksji  trafnymi dialogami. Bardzo silne przypomnienie o tym jak nasza psychiczna równowaga jest bardzo krucha i podatna na emocje. Małe, ale wielkie kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Spotlight

Wrzesień 2001, Boston. Do redakcji czasopisma Boston Globe trafia nowy redaktor naczelny – Marty Baron. Wśród wielu sekcji tej gazety jest Spotlight – grupa dziennikarzy śledczych kierowana przez Waltera Robinsona. Panowie dostają nowy temat, dotyczący księdza przenoszonego z parafii do parafii, którego oskarżano o molestowanie seksualne. Skromna ekipa tego pionu postanawia bliżej przyjrzeć się sprawie i znaleźć dowody na to, że przełożeni duchownego wiedzieli o całej sprawie nie wiedząc, że to dopiero wierzchołek góry lodowej.

spotlight1

Skromny i kameralny film Thomasa McCarthy’ego wydaje się mało efektownym, by nie powiedzieć nudną historią o tym, jak powinno funkcjonować dziennikarstwo, zwłaszcza śledcze. Powoli zaczyna coraz bardziej ożywać Internet, jednak nadal w modzie jest pisanie na papierze, zamiast nagrywania na telefonie komórkowym oraz przeglądanie dokumentów w bibliotekach, archiwach, sądach. Brzmi jak prehistoria, ale to było ledwie 15 lat temu. Jak ten czas się zmienia. Sam reżyser jest tutaj bardzo powściągliwy, a realizacja przypomina bardziej filmy z lat 70. – powolne tempo, brak dynamicznych scen (chyba, że za taką uznamy próbę wejścia do sądu przed zamknięciem drzwi), ale i tak oglądałem z zainteresowaniem do samego końca. Wydaje się, że taka chłodna dyscyplina narzucona przez McCarthy’ego wydaje się dziwnym posunięciem, podobnie jak brak prób zastosowania emocjonalnego szantażu w rodzaju rozpłakanych i rozhisteryzowanych ofiar (już dorosłych) czy faktu, iż jeden z dziennikarzy był ofiarą molestowania. Pozorny chłód działa jednak niczym mocne uderzenie w twarz – powoli odkrywane elementy układanki, wliczając w to rozmowy z ofiarami tworzą mocny portret paskudnego procederu, którego jednak nie będę streszczał, ale jedno mogę powiedzieć bez cienia wątpliwości. Kościół jest pokazany jako potężna organizacja mająca duże wpływy (media, władza świecka) i pozwalająca, dzięki swojej władzy oraz tymże wpływom dopuszczać się pedofilii (jak mówi jeden z informatorów tylko co drugi ksiądz żyje w celibacie), bo Kościół jest przecież bardzo potrzebny miastu. Dlatego można sobie przymknąć oko na różne występki i przewinienia, usprawiedliwiając się, że to tylko kilka zgniłych jajek, a sama instytucja jest w porządku.

spotlight2

Dla McCarthy’ego najważniejsze jest samo śledztwo i dochodzenie do prawdy, o której tak naprawdę wiedzą wszyscy, poza naszymi bohaterami. Jak to możliwe, że nikt w tym czasie niczego nie zrobił? To jedno z wielu pytań, które zadawałem sobie po seansie. Ale jednocześnie twórcy pokazują ludzi, którzy chcą o tą prawdę zawalczyć i podjąć trudny wysiłek wyjęcia na wierzch tego, co schowane pod dywan. „Spotlight” to hołd złożony dawnemu dziennikarstwu, jakiego nie widziałem od czasu serialu „Newsroom” – stawiającego na rzetelność i wiarygodność niż na szybkość przekazu. Coś, co bardzo chciałbym zobaczyć w Polsce.

spotlight3

Subtelna ręka reżysera pewnie prowadzi aktorów, którzy wydają się grać postaci pozornie mało interesujące i nie rzucające się w oczy, ale udaje się im stworzyć pełnokrwiste postacie. Bardzo uderzył mnie wysoki poziom gry wszystkich członków obsady, jednak moją uwagę skupiło trzech facetów. Nie będę oryginalny, ale fenomenalny był Mark Ruffalo wcielający się w Mike’a Remendeza, jednego z dziennikarzy Spotlight, który traktuje tą sprawę bardzo poważnie i mocno się angażuje w nią, nawet za mocno (scena wybuchu gniewu w redakcji na wieść o niepublikowaniu tekstu), co nie dawało mi spokoju – czyżby Mike był ofiara księdza? A może nie chce zmarnowania tego materiału? Na to nie znajdziecie żadnej odpowiedzi, a aktor kradnie film swoimi gestami, pewnym spojrzeniem i garbatą sylwetką. Klasę kolejny raz potwierdza Michael Keaton wcielając się w Robinsona – odpowiedzialnego i dociekliwego szefa. No i w końcu trzecia cegiełka – niezawodny Stanley Tucci jako prawnik Garabedian, troszkę przypominający Remendeza, tylko działający po stronie prawa. Troszkę cyniczny, zmęczony potyczkami w sądzie, ale ciągle walczący.

spotlight4

Nie spodziewałem się takiego filmu opowiadającego o dziennikarstwie śledczym, ale twórca „Dróżnika” nie zawodzi i realizuje swój najlepszy film od czasu swojego debiutu. Mocny i brutalny, chociaż nie ma w nim scen przemocy. Gorzki, ale dający też nadzieję, że można podjąć walkę ze złem. Niepozorne, ale trzymające za gardło. Film oparty na paradoksach, ale silnie angażujący i dający wiele do myślenia. Nie mogę się doczekać jak zareagują nasi duchowni na ten film. 

8/10

Radosław Ostrowski

Avengers: Czas Ultrona

Jak pamiętamy z poprzedniej części, Avengers to grupa superherosów, którzy pilnują porządku na Ziemi i walczą o pokój. Kapitan Ameryka, Iron Man, Hulk, Thor, Czarna Wdowa i Sokole Oko nie mają jednak chwili odpoczynku, gdyż walczą z odwiecznym wrogiem TARCZY – Hydrą, odbijając laskę Lokiego. Stark bada urządzenie i wykorzystuje do stworzenia Ultrona – sztucznej inteligencji, która pomagałby im. Że nie będzie to dobry pomysł, Avengersi przekonują się dość szybko.

avengers21

Na ten film fani Marvela czekali ogromnie, bo zebranie w jednym filmie wszystkich superherosów zawsze jest świetne. Poza tym, kto nie lubi rozpierduchy? Joss Whedon, który pokazał pierwszą część „Avengersów” dba o to, żebyśmy się nie nudzili. Wszystkiego jest więcej – więcej rozpierduchy, ironicznych i zabawnych dialogów, większe scalenie ze światem Marvela (masa bohaterów pobocznych z poprzednich filmów). Jednak Whedon poza tym próbuje zaserwować ważkie i poważne pytania dotyczące odpowiedzialności oraz tego, jak w imię dobra dokonuje się zła. Głos ten należy do nowych łotrów do pokonania, a mianowicie Ultrona – sztucznej inteligencji, która rozwinęła się do tego stopnia, że uznaje Avengersów za zło i jedyną nadzieją dla ludzkości jest jej… śmierć. W realizacji (nieświadomie) pomagają bliźniacy Maximoff, a wplecenie tych bohaterów oraz taka refleksja w – bądź co bądź – rozrywkowym filmie zaskakuje. Jednak mimo widowiskowości (starcia nadal mają pomysłową choreografię, a między bohaterami jest silna chemia), miałem wrażenie przesytu oraz znużenia całością. Wszystko już w zasadzie było, chociaż poziom realizacji nadal jest wysoki, a finał w Sokowii potrafi trzymać za gardło (ratowanie cywili jest kluczowym fragmentem).

avengers23

Nadal jest to świetna rozrywka także pod względem aktorskim – ekipa w składzie Downey Jr./Hemsworth/Evans/Ruffalo robią szoł, kradnąc sceny reszcie. Plusem jest to, ze więcej czasu dostali, troszkę pominięci w poprzedniej części Scarlett Johansson (Czarna Wdowa) i Jeremy Renner (Sokole Oko). O ile łucznik jest spoko facetem, któremu w krytycznym momencie udaje się scalić ekipę posiadających megamoce kompanów, przy których sprawia wrażenie przypadkowego wojaka, o tyle w przypadku Wdowy twórcy zachowali się bardzo nie fair. Twardą laskę zmiękczyli (chociaż dzięki temu dowiadujemy się troszkę więcej o przeszłości) i na silę próbują rzucić ją w ramiona Hulka. To kiepski pomysł jest i mam nadzieję, że zostanie porzucony w następnych częściach. Za to nowi antagoniści to duży plus.

avengers22

O Ultronie już mówiłem, a głos Jamesa Spadera idealnie pasuje do dobrze napisanego bohatera. Także bliźniacy Romanoff są wyrazistymi mścicielami, posiadającymi swoje moce wskutek eksperymentów genetycznych – Pietro „Quicksilver” (niezły Aaron Taylor-Johnson, chociaż wolę łobuzerskiego Evana Petersa z najnowszych „X-Menów”) zasuwający z prędkością światła oraz Wanda „Szkarłatna Wiedźma” (świetna Elisabeth Olsen) manipulująca umysłami. Dawno nie było w tym uniwersum tak wyrazistych czarnych charakterów.

avengers24

 

Powiem tak: po obejrzeniu najnowszego „Mad Maxa” każdy blockbuster będzie wyglądał cienko. Druga część „Avengerów” nie jest w stanie mu dorównać, tak jak pierwszej części. Niemniej jest to nadal dobre kino rozrywkowe, które jest w stanie zagwarantować frajdę osobom w wieku od lat 5 do 105.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Co cię nie zabije

W Bostonie mieszka dwóch bliskich kumpli – Paulie McDougan i Brian Relly. Obaj panowie już od dziecka współpracowali z miejscowym półświatkiem, działając w mniejszych robotach typu zastraszanie, kradzieże itp. I tak już 15 lat, nadal będąc kumplami i czując pewne rozczarowanie, postanawiają spróbować czegoś na własną rękę – handel narkotykami. Jednak to sprowadza na nich poważne kłopoty.

co_cie_nie_zabije2

Brian Goodman jest bardziej kojarzony jako aktor, grający mniejsze role w takich produkcjach jak „Monachium”, „Ostatni bastion” czy „Blow”, ale postanowił spróbować swoich sił jako reżyser. Pozornie wydaje się to kolejna kryminalna opowieść o próbie wyjścia na swoim oraz awansie w hierarchii gangsterki. Haracze, kradzieże, czasami absurdalne pomysły (porwanie psa znienawidzonej żony). Potem jednak kumple postanawiają pójść na własną rękę, jednak to nie jest takie proste – konkurencja nie śpi, szefowie chcą procentu od interesu i dodatkowo Brian uzależnia się od narkotyków, a jeszcze ma rodzinę na utrzymaniu. No i jest policja, która nie odpuszcza. Goodman serwuje nam kilka wolt (z odsiadką w więzieniu włącznie), skupiając się przede wszystkim na Brianie oraz jego próbie wyrwania się z zaklętego, bandyckiego kręgu. I czy to w ogóle jest możliwe, gdy o pracę jest ciężko, a kontakt z rodziną jest niemal znikomy?

co_cie_nie_zabije1

Samy strzelanin, pościgów czy scen akcji nie ma tutaj zbyt wiele. Są one jedynie dekoracją, częścią tła tego świata – brudnego, szarego, gdzie ciężko jest wytrzymać. Dylematy te przypominają kino moralnego niepokoju, które Amerykanie ubierali w różne gatunki, w czym mistrzem był m. in. Sidney Lumet. Trudno się tu do czegoś przyczepić, bo historia porusza i jest kilka scen trzymających za gardło. Może troszkę przeszkadzać zakończenie, jednak nie jest ono nachalnie hollywoodzkie.

co_cie_nie_zabije3

Film Goodmana (gra on też gangstera Pata) to przede wszystkim popis Ethana Hawke’a oraz Marka Ruffalo. Ten pierwszy jest samotnym mężczyzną, spędzającym czas z innymi kobietami, bywa porywczy i narwany, ale to ten drugi zapada najbardziej w pamięć. Nie znający innego życia niż z szemranymi interesami, unikający odpowiedzialności, ale jednocześnie kochający swoją żonę (zaskakująca i wiarygodna Amanda Peet) oraz dzieci. Wydaje się poważniejszy, wyciszony, ale także bezsilny, bezradny i bojący się następnego dnia – złożona, przekonująca postać, potwierdzająca wielki talent aktora. I dla tej kreacji jest to film absolutnie godny uwagi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Foxcatcher

Zapasy – każdy mniej więcej wie na czym polega ten sport. Jego wartość docenili starożytni Grecy, umieszczając go w swoich igrzyskach olimpijskich, gdzie jest tą dyscyplina do dnia dzisiejszego (podobno jednak nie na długo). Nasza historia zaczyna się w 1987 roku. Mark Schultz jest złotym medalistą olimpijskim w zapasach, co jest zasługą jego brata – trenera oraz uznanego zapaśnika. Pewnego dnia dzwoni do niego tajemniczy John Du Pont, właściciel ogromnego majątku Foxcatcher. Proponuje wykorzystanie swoje miejsca do treningów zapaśniczych oraz zbudowanie drużyny w tej dyscyplinie.

foxcatcher1

Zaczyna się pozornie i spokojnie, jednak film Bennetta Millera to produkcja nie skupiająca się na zapasach, w ogóle sport nie jest tutaj najważniejszy. Reżyser skupia się na trójce bohaterów oraz ich skomplikowanych relacjach, które są tak naprawdę clou tego dzieła. Jednak całość – zapewne świadomie – wywołuje pewien chłód, emocjonalny dystans wobec swoich bohaterów, których obserwujemy w zazwyczaj zwykłych sytuacjach (treningi, przygotowania, wreszcie same zapasy). Nie ma tutaj krzyczenia, wrzasków, ekspresyjności spod znaku USA – rozgrywa się to na półtonach, spojrzeniach, gestach. Wtedy łatwiej będzie można dostrzec emocje, kierującymi naszymi bohaterami. Wszystko jest tu poprowadzone bardzo delikatnie, w sposób wyważony – widać to w montażu, pracy kamery. Miller wymaga sporego wysiłku, ale jest kilka scen zapadających mocno w pamięć (wypuszczenie koni, „wywiad” o Du Poncie czy dramatyczny finał). Dla wielu może to nie wystarczyć i znudzi sam film.

foxcatcher2

Miller ma jednak rękę do aktorów, którzy tworzą znakomite role. Tak było w „Capote” (Philip Seymour Hoffman) i „Moneyball” (Brad Pitt, Jonah Hill). Bardzo pozytywnie zaskakuje Channing Tatum w roli Marka. Jest to bardzo sprawny fizycznie facet, który poza zapasami ma swojego brata. Aktor dobrze oddaje jego zagubienie, próby wyrwania się z cienia brata-gwiazdy, wreszcie fascynację Du Pontem. Na takim samym poziomie bryluje Mark Ruffalo, potwierdzający swoją klasę. Największą niespodzianką jest tutaj Steve Carell, który długo pozostawał dla mnie zagadką. Rola bardzo wyciszona, stonowana, czasami sprawiała wrażenie jakby była obecna tylko fizycznie, bo duch gdzie odlatuje. Pozostaje niemal do samego końca łamigłówką – z jednej strony pełen kompleksów i (znudzony) pełnym portfelem. Ale kreujący też wizerunek silnego, charyzmatycznego lidera. Ta postać zostanie wam w pamięci na długo.

foxcatcher3

Sam Mark Schultz po obejrzeniu „Foxcatchera” powiedział: Nienawidzę tego kłamliwego filmu. Pojawiły się zarzuty o fałszowanie faktów, ale jak było – tego chyba nikt nie wie. Ale Bennett Miller tym filmem potwierdza, że jest jednym z ciekawszych reżyserów amerykańskich ostatnich lat. I czekam na kolejne filmy. Co do mnie – bardziej podobał mi się „Moneyball”.

7/10

Radosław Ostrowski

Zacznijmy od nowa

Czasami zdarzają się takie filmy, których nikt się nie spodziewał. Prosta opowieść, która wydaje się bardzo schematyczna i mało zaskakująca, a jednak zostaje w pamięci na długo. Zaczęło się wszystko w jednej z knajp w Nowym Jorku. Ona – troszkę nieśmiała, zostaje namówiona przez kolegę, by zaśpiewała jeden utwór. On – zwolniony z pracy producent przyszedł się napić. Jednak usłyszał jej śpiew i postanowił, że wyprodukuje jej album. Co z tego spotkania może wyjść?

od_nowa1

Pozornie jest to kino obyczajowe jakie widziało się setki, a nawet tysiące razy. Jednak John Carney, twórca kultowego „Once” nie udaje, że odkrywa nieznane prawdy życiowe, tylko stawia na prostotę oraz emocje. A tych jest tutaj naprawdę sporo, zaś realizacja przypomina niezależne, skromne kino. Muzyka, tak jak w poprzednim filmie, odgrywa ona istotną rolę i jest siłą napędową tego filmu. Jest ona siłą pozwalającą zmierzyć się zarówno z własnymi demonami, ale też potrafi przynieść sławę i rozgłos. Przy okazji jest też obserwacja na temat szołbiznesu, gdzie łatwo można zatracić wiarygodność, szczerość i swoją tożsamość w zamian za fanki, pieniądze i duże koncerty. Jednak reżyser nie serwuje tutaj ani prostych przesłań, słodzenia, lukru oraz oczywistego happy endu. I za tą uczciwość szanuję Currana najbardziej.

od_nowa2

A co wyróżnią tą historię od innych, poza nagrywaniem utworów w plenerze i dobrymi piosenkami? Naprawdę dobre aktorstwo. Znowu zaskoczyła mnie Keira Knightley, która po pierwsze jest bardzo urocza, po drugie naprawdę ładnie śpiewa. Stopniowo widzimy jej przemianę z szarej myszki w pewną siebie wokalistkę, która wcześniej tylko pisała teksty. Bardzo intrygująca rola. Z kolei Adam Levine (wokalista Maroon 5) bardzo przyzwoicie sobie radzi jako początkujący muzyk, który zostaje gwiazdą.

od_nowa3

Jednak tych dwoje blednie przy trzecim graczu – znakomitym Markiem Ruffalo w roli producenta Dana. Sprawia wrażenie wyluzowanego kolesia, który lubi wypić, ale tak naprawdę to wypalony i zmęczony życiem facet z kompletnie rozbitym życiem zawodowym (zwolnienie) jak i prywatnym (rozwiedziony, słaby kontakt z córką). Spotkanie w barze staje się dla niego impulsem do zmiany, co widać w scenach nagrywania płyty – widać, że jest w nim energia, kreatywność oraz spore doświadczenie. I w dodatku jest bardzo wyluzowany – wielowymiarowa rola, która potwierdza klasę tego aktora.

O takich filmach zwykło się mawiać, że to małe, wielkie kino. Ja powiem, że to porządna piosenka, która skupia uwagę klimatem, barwą głosu oraz zgraniem zespołu. I nie jest dźwiękowa papka, ale to musicie sami przesłuchać.

7,5/10

Radosław Ostrowski