Kingsman: Tajne służby

Czym jest Kingman? To międzynarodowa agencja wywiadowcza, która działa niezależnie od skorumpowanych grup społecznych takich jak politycy, gangsterzy czy związki zawodowe. Istnieją od XIX wieku i zaczynali najpierw jako krawcy dla elit, by po zakończeniu I wojny światowej przekazać cały swój majątek dla większego dobra. Pseudonimy zaś i tradycję czerpią od Rycerzy Okrągłego Stołu, a członkami są elitarni członkowie. Jednym z nich jest doświadczony Harry Hart ksywa Galahad. Mężczyzna postanawia zwerbować i pomóc młodemu i obiecującemu chłopakowi – Gary’emu Unwina zwanego „Eggsym”. W tym samym czasie zaczynają znikać znane osobistości współczesnego świata, za którymi podejrzewany jest tajemniczy filantrop Valentine.

kingsman1

Matthew Vaughn to facet, który ciągle rozwija się z filmu na film. Zaczynał jako producent dzieł Guya Ritchiego (kultowe „Porachunki” i „Przekręt”), potem postanowił pójść w estetykę swojego podopiecznego („Przekładaniec”), zmierzył się potem z dorobkiem Neila Gaimana („Gwiezdny pył”) i przywrócił do kina mutantów („X-Man: Pierwsza klasa”), pokazując wielki potencjał jako twórca kina rozrywkowego. Jego nowy film to drugie spotkanie z dorobkiem Marka Millara. Jeśli oglądaliście takie filmy jak „Kick-Ass” czy „Wanted – Ścigani”, to mniej więcej wiecie, czego się należy spodziewać. Ostrego i krwawego kina akcji, okraszonego specyficznym humorem.

Niby wiemy co jest grane i cała opowieść idzie jak po sznurku, jednak reżyser decyduje się ograne klisze zdemolować i wywrócić do góry nogami. Relacja uczeń-mistrz, próba zniszczenia świata specyficznym narzędziem, czarny charakter niemal przerysowany do granic możliwości, szkolenie na tajnego agenta – niektóre pomysły są rozbrajające (wybranie pieska, z którym będzie się wspólnie szkoliło), a smolisty i złośliwy humor dopełnia całości. Nawet jeśli cała intryga jest mocno absurdalna jak z klasycznych i szalonych odcinków Jamesa Bonda, a montaż scen akcji jest efekciarski, to co z tego? Jest to klasyczny pastisz kina szpiegowskiego, które hołduje sprawdzonym gadżetom (butom z ostrzem, zapalniczkami-granatami czy kuloodpornym garniturem), efekciarskiej rozpierdusze (scena w kościele zrealizowana za pomocą trzech długich ujęć, gdzie non-stop jesteśmy w tyglu akcji) oraz paru aluzjom (uratowanie szwedzkiej księżniczki a’la „Gwiezdne wojny”), które wnoszą film na wyższy poziom i wnosząc sporo świeżości. Jeśli dodamy do tego fantastyczny soundtrack (Dire Straits, Bryan Ferry, Iggy Azella) otrzymujemy prawdziwy koktajl Mołotowa.

kingsman3

Co rzadkie w przypadku blockbusterów, całość jest bardzo dobrze zagrana. Największą niespodzianką jest tutaj Colin Firth jako doświadczony agent Galahad. Wygląda niepozornie, zawsze elegancko ubrany, pełnokrwisty dżentelmen. Pozornie typowy Firth, jednak ma dwie znakomite sceny akcji, w których może popisać się sprawnością fizyczną (bójka w barze i jatka w kościele). Strzeż się, Danielu Craigu, bo wyrósł mocny konkurent. Drugim strzałem jest mało znany Taron Eggerton jako Eggsy, który jest mieszanką inteligencji, arogancji i bezczelności wobec władzy, a przemiana w agenta jest bardzo wiarygodna. Klasą dla siebie są Michael Caine (Artur, szef Kingsman) i Mark Strong (Merlin), na których zawsze można liczyć.

kingsman2

Asem w rękawie jest Samuel L. Jackson wcielający się w arcyłotra. Valentine jest bogatym miliarderem, który bardziej przypomina osoby kalibru Steve’a Jobsa czy innych potentatów wykorzystujących nowoczesne sposoby kontaktów. Sepleniący, noszący dres i czapkę z daszkiem wydaje się postacią groteskową i zbudowaną w kontrze wobec eleganckich Kingsman. Poza tym nie znosi zabijania (bezpośrednio) i brzydzi się krwią, a nostalgiczne wspomnienia za starymi filmami szpiegowskimi troszkę łagodzą tego bohatera.

kingsman4

Chciałbym opowiedzieć więcej, ale musiałbym mocno spoilerować, a tego chce uniknąć. W każdym razie „Kingsman” wydaje się mocnym faworytem, który będzie walczył o miano najlepszego blockbustera roku 2015. Konkurencje ma mocną (czają się nowi Avengersi, Mad Max i Gwiezdne wojny), jednak ze starcia na razie wychodzi obronną ręką. Ostre, krwawe i zabawne kino, gwarantujące rozrywkę najwyższego sortu.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Gra tajemnic

Wszyscy wiemy, czym była Enigma. Niemcy używali jej do szyfrowania wiadomości i wydawało się, że nie ma takiej możliwości, by złamać ten szyfr. Brytyjski wywiad starał się jednak dokonać niemożliwego i złamać niemiecką maszynę szyfrującą. Szef wywiadu Marynarki Wojennej, komandor Denniston oraz oficer MI-6 Stewart Menzies ściągnęli kryptologów oraz matematyków do Bletchley. Jednym z nich był Alan Turing, o którym stara się opowiedzieć film „Gra tajemnic”.

gra_tajemnic1

Zadania tego podjął się norweski reżyser Morten Tyldum, którego polscy widzowie powinni kojarzyć z tragikomedii „Kumple” oraz kryminału „Łowcy głów”. Sama historia jest tutaj rozbita na dwa – a w zasadzie trzy – plany czasowe. Pierwszy to rok 1952, kiedy to Turing zostaje aresztowany z powodu dokonania czynu niemoralnego (innymi słowy był gejem) i podczas przesłuchania na komisariacie przez detektywa Roberta Nocha. Drugi plan to wspomnienia wojenne, czyli praca przy łamaniu szyfru. Trzecim planem (moim zdaniem kompletnie niepotrzebnym) jest okres szkolny Turinga. To wszystko się miesza i przeplata, a działanie tajnych służb nie zmieniło się do dnia dzisiejszego. Podstawą jest tutaj lojalność, kłamstwa i tajemnice – żeby wróg nie domyślił się tego, że my wiemy. Cały czas jednak miałem wrażenie, że ta opowieść jest opowiedziana po bożemu, bez emocji (w niemal większości czasu) oraz z podniosłymi słowami oraz problemami etycznymi, jakby niczego innego nie było. Wykorzystanie archiwalnych materiałów niewiele pomaga, a wątek relacji Turinga z Joan Clarke wydawał się jedynym intrygującym momentem. Ale nawet to nie do końca zostało wykorzystane. Szkoda, bo mógł powstać naprawdę interesujący film i liczyłem na wiele.

gra_tajemnic2

To, że o udziale polskich matematyków przy łamaniu szyfru nie jest zbyt wiele powiedziano (ograniczono się do powiedzenia, że polski wywiad przekazał kopię Enigmy, co jest prawdą), ale to akurat nie jest wina filmowców, że ich to kompletnie nie obchodzi i o tym się nie mówi. W zasadzie to jednak nie ma żadnego decydującego wpływu na sam film, który jest zaledwie poprawnym tytułem.

gra_tajemnic3

Poziom gry aktorskiej jest tutaj dość nierówny. Najbardziej rozczarowuje Benedict Cumberbatch, który poradził sobie zaledwie nieźle. To jeden z tych aktorów, co radzi sobie w błysku reflektorów, tutaj jednak Turing za bardzo mi przypominał Sherlocka Holmesa – też jest to ekscentryczny, ale genialny outsider bardziej radzący sobie z matematyką niż rzeczywistością. Za drugim razem to już nie ma takiej siły ognia i zwyczajnie przynudza, a nawet wywołuje irytację. Lepszy jest Matthew Goode jako bardziej trzymający się ziemi (choć nie pozbawiony geniuszu) Hugh Alexander. Ale tak naprawdę film ożywał dzięki trójce aktorów. Pierwsza to świetna Keira Knightley – genialna matematyczka Joan, która jednak musiała żyć w czasach, kiedy kobiety najwyżej mogło być sekretarkami. Jest jedyną osoba, z którą udaje się nawiązać w miarę normalną relację z Alanem. Widać na twarzy oddanie, lojalność, a nawet sympatię. pozostałych dwóch to dowódcy – Charles Dance (komandor Denniston) oraz Mark Strong (szef MI-6 Stewart Menzies), zwłaszcza ten drugi nadaje swojemu bohaterowi bardziej demoniczny charakter.

gra_tajemnic4

Cóż mogę powiedzieć? Ta gra mnie mocno rozczarowała, choć wydawała się mieć wszystko, by przykuć uwagę. Ale to wszystko jest zbyt równiutkie, bardziej wykalkulowane niż angażujące emocjonalnie. A wydawało mi się, że czas takich filmów już dawno minął. Jak widać, żyję chyba w jakimś innym świecie. Wstyd, panie Tyldum – niech pan opuszcza Hollywood, bo się zwyczajnie marnuje pan.

6/10

Radosław Ostrowski

Dobry człowiek

John Halder pracuje jako wykładowca akademicki w ogarniętych nazizmem Niemczech. I nagle dostaje wezwanie do Kancelarii Rzeszy, a to wszystko przez napisaną wiele lat temu powieści, w której wypowiedział się w sprawie eutanazji. Dostaje propozycję napisania artykułu na ten temat. Pozornie ten drobny ruch zmienia jego życie na zawsze, otwierając mu drogę do awansu. Ale na tym może ucierpieć jego przyjaźń z Żydem Mauricem.

good1

Adaptacja sztuki C.P. Taylora dokonana przez Vicente’a Amorina sięga po sprawdzony już temat człowieka uwikłanego w ideologię nazistowską. Czyli mamy moralne dylematy, pozornie bezpieczne kompromisy, tylko cena jest trochę za wysoka. Paranoja jest tutaj symbolizowana przez muzyczne omamy bohatera oraz jego rodzinę – matkę z demencją i chorą psychicznie żonę. Nawet nie o to chodzi, że film jest wtórny, ale historia jest mało wciągająca. Realizacja dość kameralna, przypominająca bardziej teatr telewizji (dialogi, na ekranie zazwyczaj dwie, trzy osoby), a wnioski wydają się oczywiste od samego początku. Bo nie trzeba być tylko dobrym człowiekiem, ale za wszelką cenę zachować swoje przekonania, bo może być za późno, gdy się przejrzy na oczy. Tylko, że ja to wszystko wiem i nie jest to dla mnie nic nowego. Dlatego dylematy naszego „dobrego” (niezawodny Viggo Mortensen) nie angażują do samego końca.

good2

Mimo to całość ogląda się naprawdę nieźle, także dzięki dobrym rolom Jasona Isaacsa (Maurice) i Jodie Whittaker (zapatrzona w nazizm Anne), jednak ja liczyłem na coś więcej. A tak mamy kolejne, teatralne kino. Szkoda.

good3

6/10

Radosław Ostrowski


Mindscape

Tytułowy Mindscape to agencja detektywistyczna, gdzie pracują niezwykli śledczy, którzy wchodzą do wspomnień ludzi i badają je, by dojść do prawdy. Są oni bardziej wiarygodni od wykrywacza kłamstw. Jednym z najlepszych detektywów pamięciowych jest John Washington, jednak podczas ostatniej sprawy dostał poważnego udaru. Ale po dwóch latach wraca do gry, z dość banalnego powodu – potrzebuje forsy. Więc dostaje dość łatwą sprawę – nastolatka, córka dzianych rodziców zrobiła głodówkę, a John ma ja przekonać do zmiany zdania. Ale jak to w klasycznym kryminale – sprawa okaże się bardziej złożona.

mindscape1

Jeśli po przeczytaniu pomniejszego opisu, skojarzyło wam się to z „Incepcją”, to jesteście na właściwym tropie. Hiszpański reżyser Jorge Dorado miał bardzo interesujący punkt wyjścia, który dawał spore pole do popisu. I trzeba przyznać, że początek jest bardzo wciągający – zmęczony detektyw i „podejrzana”. Powoli i stopniowo buduje się między nimi dziwna więź, ale jej przeszłość budzi podejrzenia – było jakieś morderstwo, próby zabicia matki, wiecie – takie tam problemy nastolatki. Tajemnica coraz bardziej gmatwa sprawę, ktoś obserwuje Johna, a na dodatek prześladuje go śmierć żony, z którą się nie pogodził. Powoli zaczynamy odkrywać elementy układanki, reżyser myli tropy, ale w drugiej połowie zaczyna siadać tempo i jednocześnie pojawiają się większe/mniejsze bzdury. I wtedy zostajemy trzymający w napięciu finał, który wywraca wszystko do góry nogami. Więcej nie powiem, ale suspens wtedy jest duży. I wtedy wyjaśnia się odpowiedź na pytanie: kto kogo manipuluje?

mindscape2

Trzeba przyznać, że sceny „wejścia” w umysł robią naprawdę wrażenie – głównie dzięki mocniejszej kolorystyce, dźwiękowi oraz bardzo zgrabnemu montażowi. Te sceny to prawdziwa esencja oraz najciekawszy element tego filmu.

Wszelkie te nielogiczności próbują ukryć aktorzy i to im się udaje. Mark Strong na spore doświadczenie w graniu policjantów, wiec John nie był dla niego zbyt dużym wyzwaniem i poradził sobie naprawdę dobrze. Zmęczony, trochę wypalony, ale bardzo doświadczony facet znający się na swojej robocie. Jednak i tak cały film ukradł świetna Tarisa Farmiga. Swój talent już pokazała w serialu „American Horror Story”, a tu tylko potwierdza swoje umiejętności. Kim jest Anna? Sprawia wrażenie niewinnej, trochę zagubionej dziewczyny, ale jest ona diablo inteligentną manipulantką, która skrywa bardzo mocno swoje prawdziwe emocje. Socjopatka? To na samym końcu się dowiecie.

mindscape3

Może nie jest to najlepszy thriller jaki widziałem, ale prezentuje on naprawdę bardzo solidny poziom. Nie brakuje tutaj napięcia i tajemniczości, jest porządnie zagrany. Gotowi wejść do umysłów?

7/10

Radosław Ostrowski

Low Winter Sun

Detektyw Frank Agnew pracuje dla policji w Detroit. Razem z Joe Geddisem zabijają jego partnera Brendana McCanna, pozorując jego samobójstwo. Potem okazuje się, że martwy gliniarz był obiektem dochodzenia wydziału wewnętrznego, co skomplikuje zarówno życie gliniarzy jak i namiesza w półświatku przestępczym Detroit.

low_winter1

AMC to stacja telewizyjna, w której powstały „Walking Dead” czy „Breaking Bad” – bardzo popularne i jednocześnie bardzo uznane tytuły. „Low Winter Sun” jest remakiem brytyjskiego miniserialu z 2006 roku. Czy Chris Mundy odpowiedzialny wcześnie za „Zabójcze umysły” udźwignął zadanie dokonania udanego transferu na amerykański rynek? Niezupełnie, choć potencjał był naprawdę spory. Tematyka jest jednak dość ograna – korupcja w policji, gangsterska walka o władzę – ale były przypadki, że można było z tego sporo wycisnąć.  Intryga jest poprowadzona dość nieźle – partnerzy w zbrodni muszą ze sobą współpracować i wymyślać kłamstwa na poczekaniu, a jednocześnie nie ufają sobie nawzajem, co powoduje napięcia. A jednocześnie próba przejęcia władzy przez Damona Callisa sprawia wrażenie trochę robionej na ślepo, choć podobno ma plan. Oba te wątki są całkiem nieźle poprowadzone, zaś osadzenie tego w opuszczonym i podniszczonym Detroit tworzy dość specyficzny klimat. Jednak do ideału trochę brakuje, jest parę wątków dość słabo poprowadzonych (były glina Sean) albo nie wykorzystanych w pełni (półświatek ze wskazaniem na postać Wielebnego Lowdowna), co trochę męczy. W dodatku zakończenie sugerujące dalszy ciąg wywołuje rozczarowanie i jest dość przewidywalne, co psuje mocno frajdę z oglądania.

low_winter2

Jeśli było jednak coś, co przyciągało uwagę to całkiem solidne aktorstwo z kilkoma mocnymi rolami. Na pewno nie można nie wspomnieć o Marku Strongu, który nieźle sobie radzi w roli detektywa Agnewa, który wplątuje się w brudną sprawę i zaczyna gubić się w kłamstwach. Nie chce jednak, by nikt odpowiedział za to, co zrobił z Geddesem (świetny Lennie James), ale nie wychodzi mu to. Zwłaszcza, że ten drugi jest kompletnie umoczony. Ale cały szoł kradli dwaj inni aktorzy: James Ransome i David Constable. Ten pierwszy jako próbujący zacząć działać na własną rękę gangster wywołuje sympatii i przykuwa uwagę, zaś drugi aktor w roli gliniarza Boyda z wewnętrznego jest nieustępliwy, manipulujący i jako jedyny walczy o prawdę (co niestety mu się nie udaje). Pozostałe postacie nie specjalnie wybijały się ponad przeciętność i solidność.

Niestety, „Low Winter Sun” miał potencjał, by stać się naprawdę dobrą produkcją, jednak scenarzyści zmarnowali potencjał, którego ani aktorzy ani realizatorzy nie byli w stanie więcej wycisnąć. Trochę szkoda, bo początek był naprawdę obiecujący. Ale nawet najlepsi popełniają błędy.

6/10

Radosław Ostrowski

W sieci kłamstw

Roger Ferris jest agentem terenowym CIA na Bliskim Wschodzie, zaś jego zadaniem jest schwytanie al-Saleema. Działa ze swoim oficerem prowadzącym Edwardem Hoffmanem, który kontaktuje się z nim na odległość. W końcu Amerykanie proszą o pomoc wywiad Jordanii.

siec1

Ridley Scott to jeden z tych filmowców, których nie można pomylić z nikim innym. Wszechstronnie uzdolniony, sprawny rzemieślnik obracający się po kinie gatunkowym różnej maści. Tutaj próbuje wejść w konwencję thrillera politycznego i przy okazji próba zabrania głosu w sprawie wojny z terroryzmem. Technicznie jest to świetny film (montaż, zdjęcia – kapitalne), zaś sceny rozmów między Ferrisem i Hoffmanem nie pozbawione są pewnego cynicznego humoru. Przy okazji Scott pokazuje nieufność Ameryki wobec sojuszników (ze wskazaniem na wywiad Jordanii), z którymi muszą współpracować, bo znają teren i mentalność i dlatego z nimi współpracują, choć nie zawsze działają równocześnie (próba dorwania wtyczki Jordańczyków w Al-Kaidzie). Widać, że filmowiec stara się zachować obiektywizm i pokazać, że nie wszyscy Arabowie są źli. Ale jednak i tak Amerykanie wygrywają, co trochę budzi niesmak.

siec2

Od strony aktorskiej film jest całkiem przyzwoity. Leonardo DiCaprio powtarza tutaj swoją rolę w „Infiltracji” i daję radę. Nie wie komu może ufać (bo nawet jego szef nie informuje go o wszystkim), świetnie wtapia się w tło i miota się. Misiowaty Russell Crowe jako jego szef jest lepszy – ciągle ze słuchawką w uszach, cyniczny i nie do końca uczciwy. Za to perełką tutaj jest Mark Strong jako Hani – przenikliwy szef wywiadu Jordanii, który ceni sobie lojalność i jest naprawdę cwanym lisem (finał jest jego).

Scott zrobił porządny film, gdzie jest pewna równowaga między dialogami a akcją. Pomysłowo, perfekcyjnie technicznie i ze sporą dawką emocji.

7/10

Radosław Ostrowski

Czas zapłaty

Max Levinsky jest policjantem bezskutecznie próbującym dorwać złodzieja Jacoba Sternwooda. Podczas jednej z prób, zostaje postrzelony. 3 lata później syn Jacoba zostaje schwytany z raną postrzałową w brzuch. Gangster decyduje się wrócić do kraju, by znaleźć sprawców, a Max wraca do gry.

czas_zaplaty1

Brytyjczycy uznali, że nie chcą być gorsi niż koledzy zza Wielkiej Wody i kino akcji też potrafią zrobić. Tym razem postanowił to zrobić niejaki Evan Creevy, któremu udało się to całkiem nieźle. Intryga jest zgrabnie napisana i tak powikłana, że wymaga to dużego skupienia, choć mało wiarygodna i trochę mało realistyczna (spisek na szczycie władzy). Niby jedziemy po kliszach, jednak nie ma poczucia zbytniego znużenia, w dodatku całość jest nieźle zrobiona wizualnie. Dominuje tutaj czerń i zieleń, a nocą Londyn jest bardzo ponury. Może i jest to przewidywalne, ale czas nie jest stracony.

Ale niestety film ma jedną poważną wadę – antypatycznego głównego bohatera granego przez Jamesa McAvoya. Max w jego wykonaniu nie wzbudza zaufania, a jego zachowanie miejscami sprawia wrażenie nie do końca logicznego (zwłaszcza końcówka), jest uparty i lekko narwany. Za to jego antagonista (świetny Mark Strong) jest jego kompletnym przeciwieństwem – spokojny, opanowany, konsekwentny i gotowy do walki. Poza nimi na drugim planie wybijają się niezawodni Peter Mullan (Roy Edwards, prawa ręka Jacoba), David Morrissey (naczelnik Thomas Geiger) i Andrea Riseborough (Sarah Hawks).

czas_zaplaty2

Nie jest to najlepszy brytyjski film wszech czasów czy kino moralnego niepokoju, ale nie o to chodzi. Niezła akcja, zgrabna intryga i przyzwoite aktorstwo pozwalają miło spędzić te półtorej godziny.

6/10

Radosław Ostrowski

Oliver Twist

Tytułowy Oliver Twist to kilkuletni chłopiec, któremu matka zmarła. Wychowany w sierocińcu, trafia do domu grabarza Sowerberry’ego. Stamtąd ucieka, bo obrażano jego matkę i trafia do Londynu, gdzie zostaje przygarnięty przez Fagina, który zatrudnia dzieciaków do kradzieży. Jednak podczas pierwszej akcji, Oliver zostaje schwytany, jednak trafia pod opiekę księgarza. Ale nie jest mu dany spokój.

oliver_twist1

Kiedy wydaje ci się, że reżyser mający wyrobiony styl i posiadający kilka znaków rozpoznawczych nie jest w stanie cię niczym zaskoczyć, nagle robi film wywracający twoje przekonania do góry nogami. Tak zrobił Roman Polański, gdy nakręcił „Pianistę”. Zamiast skupiać się na ciemniej stronie człowieczeństwa, udało mu się pokazać „dobro” siedzące w człowieku, nawet w czasie wojny. Tym większe było zaskoczenie, gdy reżyser postanowił przenieść na ekran powieść Karola Dickensa. Ale Polański znalazł tam odrobinę mroku, bo nie jest to stricte familijne kino, jak mogło się wydawać. Przemoc, słabość dzieci pozbawionych wsparcia dorosłych i życzliwych ludzi. Zdani tylko na siebie takie sieroty jak Oliver, trochę naiwni wpadają w tarapaty i złe towarzystwo, co może się dla nich źle skończyć. Tło społeczno-obyczajowe oraz warstwa wizualna jest najmocniejszą stroną filmu Polańskiego. „Brudny” klimat zaułków Londynu, imponująca scenografia oraz pewna praca kamery Edelmana, potwierdzają zręczność realizacji. Problem polega na tym, że sama historia nie angażuje za bardzo, zaś dla dzieci ten film byłby zbyt mroczny i przerażający. Zaś dla mnie historia Olivera była zbyt przewidywalna.

oliver_twist2

Zaś od strony aktorskiej film prezentuje się całkiem przyzwoicie. Nieźle wypadł Barney Clark w roli zagubionego, samotnego Olivera. W dodatku jego anielska wręcz twarz, pasuje do tej postaci. Z innych dziecięcych aktorów należy wyróżnić Harry’ego Eden (sprytny Dodger) oraz Leanne Rowe (delikatna Nancy). Zaś dorośli wypadli naprawdę świetnie. Najlepszy jest Ben Kingsley w roli Fagina. Na początku sprawia wrażenie miłego staruszka, który potrafi być ostrym i bezwzględnym hersztem bandy. Jednak dla Olivera zawsze pozostaje serdecznym człowiekiem, który potrafi wywołać bardziej współczucie, bo złość i gniew tworzy jego wspólnik Bill Sykes (odpychający Jamie Foreman). Poza tym mrocznym duetem zwracają uwagę jeszcze dwie postacie: ciepły pan Brownlow (Edward Hardwicke) oraz wprowadzający odrobinę humoru Toby Cracket (mocno ucharakteryzowany Mark Strong).

oliver_twist3

Polański zrobił film, którego mało kto się spodziewał. I wyszedł z tej konfrontacji całkiem nieźle. Może nie ma tutaj tego szaleństwa, co w najgłośniejszych dziełach, ale potwierdza on solidność warsztatu reżysera.

6,5/10

Radosław Ostrowski