Czasami bywa tak, że dwoje dorosłych ludzi rozstaje się ze sobą. Dlaczego? Przyczyny są różne, ale najczęściej pojawił się ktoś trzeci do tańca dla par. i tak było w przypadku państwa Potterów (nie, nie są spokrewnieni z niejaki Harrym), bo ona poszła w tango, ale powodem była też ambicje kariery wobec pani Potter. Więc on, kompozytor Phil odchodzi, bo tak wypada. Wyrusza do Bostonu, do brata psychiatry, by się na nowo pozbierać. Brat (a dokładniej bratowa) próbują go wyswatać z pewną znajomą, Marilyn Holmberg. Pierwsza randka, delikatnie mówiąc, nie należała do udanych. Ale jak wiadomo, wystarczy sobie dać troszkę czasu.

Po zrobieniu wielu filmów z gatunku sensacji oraz thrillerów krytycznie odnoszących się do władzy, Alan J. Pakula wraca do tematyki relacji na linii kobieta-mężczyzna. Wspiera go przy tym scenarzysta James L. Brooks (cztery lata przed realizacją „Czułych słówek”) i tutaj mocno czuć jego wpływ. Słodko-gorzkie kino obyczajowe ze znacznie większą dawką humoru niż w poprzednich filmach Pakuli, co daje spore pole do popisu. Ale poza żartami i odrobiną ironii, bardzo uważnie przyglądamy się relacji dwojga ludzi po przejściach. Czy dadzą sobie szanse na nowy początek i nowy etap? Tutaj wiele dają pewne drobne scenki jak nowa praca w szkole (pierwsza lekcja kończy się po… 5 minutach) czy warsztaty dla rozwiedzionych mężczyzn, gdzie panowie opowiadają o swoich doświadczeniach. Wtedy pojawiają się pewne refleksje i pytania, dlaczego miłość gaśnie po prawie 45 latach czy dlaczego ciągle zakochujemy się w tej samej osobie. Ale nadal w orbicie jest Phil i Marilyn, którzy próbują ustawić, gdzie są w tej drodze, bo miłość ma to do siebie, że przychodzi wtedy, gdy nie rozglądamy się za nią, nie czekamy. Czasami chcemy tylko z kimś spędzić miło czas, aż nagle staje się ta persona dla nas kimś bardzo ważnym.

Refleksje przyszły mi do głowy po seansie, gdyż w trakcie wiele razy (nawet więcej niż wiele) padałem ze śmiechu. Żarnów, gdy dochodzi do drobnych złośliwości („topienie” na festynie za pomocą trafienia piłką w cel czy pierwsze spotkanie, gdy ona widzi w nim gwałciciela – w końcu łaził troszkę obok niej), jak i bardziej poważniejszych momentach (nagły atak paniki Phila w centrum czy nagłe pojawienie się byłej w mieszkaniu, gdzie jest obecna partnerka), gdzie dochodzi do odrobiny niezręczności. Wszystko to jest wygrywane bezbłędnie i bez pójścia po proste gagi. Może zakończenie może wydawać się lekko przesłodzone (oświadczyny na… boisku koszykarskim), ale nawet to zostaje przełamane żartem.

I jak to jest jeszcze zagrane. Bardzo pozytywnie zaskakuje wyborny Burt Reynolds, który zwyczajnie nie gwiazdorzy i daje prawdziwy popis swojego (nie do końca wykorzystanego) kunsztu. Jego Phil to facet, z którym łatwo się identyfikować. Dowcipny, inteligentny, złośliwy, ale też i zdeterminowany w realizacji swojego celu. Jednocześnie jest przed nim widmo byłej żony (dobra Candice Bergen) i przez to nie zawsze mógł się przestawić ze swoim statusem singla oraz związkiem z nową kobietą (rozmowa telefoniczna z była podczas Święta Dziękczynienia), ale ciągle nad tym pracuje i próbuje to przełamać. A partneruje mu Jill Clayburgh (Marilyn) wcielając się w najbardziej neurotyczną postać kobiecą, podobną do Diane Keaton, ale nie zagranej przez Diane Keaton. Wiem, to skomplikowane, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że widzę klon Diane z filmów Allena. Pod tymi neurozami jawi się zwyczajny strach przed ponownym zranieniem, dlatego nie wywołuje ona takiej irytacji, jak by się mogło wydawać. Na nich opiera się cała ta maszyneria i po pewnym czasie chemia między nimi staje się intensywniejsza.
Uderza lekkość z jaką zrobiony został ten film, gdzie bohaterowie są traktowani z sympatią, bez jednoznacznego podziału i klisz typowych dla komedii romantycznych. Pisarski talent Brooksa w połączeniu ze świetnym warsztatem Pakuli stworzył bardzo sympatyczny, ale i refleksyjny film. Dziwne, że w dniu premiery był kasową porażką. Nie łapię tego.
8/10
Radosław Ostrowski















Wydanie to zawiera 15 kompozycji, a całość trwa nieco ponad pół godziny. Niby niewiele, ale album zawiera wszystko, co zostało napisane. Sama muzyka pojawia się zazwyczaj w albo bardziej stonowanych scenach albo podczas pogodniejszych momentów. Zaś przez większy czas muzyka ta bazuje na temacie przewodnim nazwanym tu „Love Theme”. Zaczyna się on od delikatnego klarnetu, do którego potem dołącza flet i smyczki będące cały czas w tle, by w połowie role się odwróciły. Bardzo liryczna, wręcz błogi temat pojawia się w filmie wielokrotnie, a na płycie w wielu zmodyfikowanych aranżacjach („Emily Dickenson”, „End Credits” czy „Ample Make This Bed”). Może się to na dłuższą metę wydawać monotonne, ale z każdym odsłuchem ten temat zyskuje na sile. I to właśnie ta delikatność i liryzm są znakiem rozpoznawczym tej pracy. Ale poza tym tematem na płycie jest parę równie ciekawych ścieżek. Taką jest choćby temat Stingo, który pojawia się w „Train Ride to Brooklyn” (piękne smyczki, delikatna harfa oraz pojawiające się w połowie flet i fagot), a także w „Stingo; Polish Lullaby”, gdzie w połowie wybrzmiewa bardzo smutno flet. Te tematy stanowią największą siłę tej pracy.





Z muzyką, która też przeszła do historii i zbudowała klimat tego dzieła stało się podobnie, choć należy trochę bliżej się przyjrzeć, ponieważ na okładce tej płyty wymienione są dwa nazwiska. Tak naprawdę kompozycje, które słyszymy napisał na przełomie XIX i XX wieku Scott Joplin – pianista, który stworzył podgatunek muzyki jazzowej zwany ragtime. A że muzyk ten zmarł w 1910 roku, nie mógł on napisać tej partytury. Znaczy, powiem tak, to są jego kompozycje, tylko zostały zaadaptowane i zaaranżowane przez Marvina Hamlischa, który widnieje na okładce jako współautor ścieżki. I to co zrobił Amerykanin imponuje, bo muzyka ta nadal jest żywotna, lekka i bezsprzecznie kojarzy się z filmem, a poza nim słucha się znakomicie.
Motywem przewodnim i jednocześnie wizytówką tej pracy jest „The Entertainer” z bardzo chwytliwym fortepianem, który pojawia się tutaj trzykrotnie (z orkiestrą – choć to trochę mocne nadużycie, lepsze byłoby określenie zespół z trąbkami, fletami i perkusją; solo na fortepian oraz razem z rytmicznym „Rag Time Dance” kończącym płytę i film). Najważniejszy tutaj jest fortepian, bez którego ta muzyka nie miałaby siły. Gdy trzeba jest refleksyjny i stonowany jak w „Solace” (też z orkiestrą oraz solo fortepianowe) oraz w jego wolniejszej aranżacji „Luther” (świetne dęciaki nadające „pogrzebowe” tempo i klimat), a kiedy indziej skoczny i bardzo chwytliwy („Pine Apple Rag/Gladious Rag”). I tak można byłoby opisać całą ścieżkę, pełną klimatu lat 30. oraz jazzowego feelingu. Dynamiczną i lekką („The Glove” ze skocznymi smyczkami i dęciakami czy „Hooker’s Hooker”), ale też refleksyjną jak „Luther”. Kompletnym zaskoczeniem oraz kompozycją, która może nie pasować jest „Merry-Go-Round Music” opartą na dzwonkach muzykę z karuzeli, ale nie gryzie się z resztą.