Zacznijmy od nowa

Czasami bywa tak, że dwoje dorosłych ludzi rozstaje się ze sobą. Dlaczego? Przyczyny są różne, ale najczęściej pojawił się ktoś trzeci do tańca dla par. i tak było w przypadku państwa Potterów (nie, nie są spokrewnieni z niejaki Harrym), bo ona poszła w tango, ale powodem była też ambicje kariery wobec pani Potter. Więc on, kompozytor Phil odchodzi, bo tak wypada. Wyrusza do Bostonu, do brata psychiatry, by się na nowo pozbierać. Brat (a dokładniej bratowa) próbują go wyswatać z pewną znajomą, Marilyn Holmberg. Pierwsza randka, delikatnie mówiąc, nie należała do udanych. Ale jak wiadomo, wystarczy sobie dać troszkę czasu.

zacznijmy_od_nowa_1979_1

Po zrobieniu wielu filmów z gatunku sensacji oraz thrillerów krytycznie odnoszących się do władzy, Alan J. Pakula wraca do tematyki relacji na linii kobieta-mężczyzna. Wspiera go przy tym scenarzysta James L. Brooks (cztery lata przed realizacją „Czułych słówek”) i tutaj mocno czuć jego wpływ. Słodko-gorzkie kino obyczajowe ze znacznie większą dawką humoru niż w poprzednich filmach Pakuli, co daje spore pole do popisu. Ale poza żartami i odrobiną ironii, bardzo uważnie przyglądamy się relacji dwojga ludzi po przejściach. Czy dadzą sobie szanse na nowy początek i nowy etap? Tutaj wiele dają pewne drobne scenki jak nowa praca w szkole (pierwsza lekcja kończy się po… 5 minutach) czy warsztaty dla rozwiedzionych mężczyzn, gdzie panowie opowiadają o swoich doświadczeniach. Wtedy pojawiają się pewne refleksje i pytania, dlaczego miłość gaśnie po prawie 45 latach czy dlaczego ciągle zakochujemy się w tej samej osobie. Ale nadal w orbicie jest Phil i Marilyn, którzy próbują ustawić, gdzie są w tej drodze, bo miłość ma to do siebie, że przychodzi wtedy, gdy nie rozglądamy się za nią, nie czekamy. Czasami chcemy tylko z kimś spędzić miło czas, aż nagle staje się ta persona dla nas kimś bardzo ważnym.

zacznijmy_od_nowa_1979_2

Refleksje przyszły mi do głowy po seansie, gdyż w trakcie wiele razy (nawet więcej niż wiele) padałem ze śmiechu. Żarnów, gdy dochodzi do drobnych złośliwości („topienie” na festynie za pomocą trafienia piłką w cel czy pierwsze spotkanie, gdy ona widzi w nim gwałciciela – w końcu łaził troszkę obok niej), jak i bardziej poważniejszych momentach (nagły atak paniki Phila w centrum czy nagłe pojawienie się byłej w mieszkaniu, gdzie jest obecna partnerka), gdzie dochodzi do odrobiny niezręczności. Wszystko to jest wygrywane bezbłędnie i bez pójścia po proste gagi. Może zakończenie może wydawać się lekko przesłodzone (oświadczyny na… boisku koszykarskim), ale nawet to zostaje przełamane żartem.

zacznijmy_od_nowa_1979_3

I jak to jest jeszcze zagrane. Bardzo pozytywnie zaskakuje wyborny Burt Reynolds, który zwyczajnie nie gwiazdorzy i daje prawdziwy popis swojego (nie do końca wykorzystanego) kunsztu. Jego Phil to facet, z którym łatwo się identyfikować. Dowcipny, inteligentny, złośliwy, ale też i zdeterminowany w realizacji swojego celu. Jednocześnie jest przed nim widmo byłej żony (dobra Candice Bergen) i przez to nie zawsze mógł się przestawić ze swoim statusem singla oraz związkiem z nową kobietą (rozmowa telefoniczna z była podczas Święta Dziękczynienia), ale ciągle nad tym pracuje i próbuje to przełamać. A partneruje mu Jill Clayburgh (Marilyn) wcielając się w najbardziej neurotyczną postać kobiecą, podobną do Diane Keaton, ale nie zagranej przez Diane Keaton. Wiem, to skomplikowane, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że widzę klon Diane z filmów Allena. Pod tymi neurozami jawi się zwyczajny strach przed ponownym zranieniem, dlatego nie wywołuje ona takiej irytacji, jak by się mogło wydawać. Na nich opiera się cała ta maszyneria i po pewnym czasie chemia między nimi staje się intensywniejsza.

Uderza lekkość z jaką zrobiony został ten film, gdzie bohaterowie są traktowani z sympatią, bez jednoznacznego podziału i klisz typowych dla komedii romantycznych. Pisarski talent Brooksa w połączeniu ze świetnym warsztatem Pakuli stworzył bardzo sympatyczny, ale i refleksyjny film. Dziwne, że w dniu premiery był kasową porażką. Nie łapię tego.

8/10

Radosław Ostrowski

Wielki Liberace

Jest rok 1977. Poznajcie Scotta Thornsona – młodego, biseksualnego faceta, który dba o zwierzątka i chciałby zostać weterynarzem. Ale jego dość spokojne życie zmienia się, gdy pojawia się na koncercie ekscentrycznego pianisty Liberace. Tak zaczyna się związek trwający ponad 5 lat.

liberace1

Tym filmem Steven Soderbergh postanowił zacząć współpracę z telewizją po długiej przerwie i wydawałoby się, że zrobił tak naprawdę klasyczne i mało zaskakujące love story. I po części tak jest, bo poza tym, że mamy tak naprawdę dwóch facetów, to tak naprawdę kolejna opowieść o dość trudnym związku. Zaczyna się od pozbycia się poprzednika Scotta. A potem jak w każdym związku – na początku jest pożądanie i pasja, ale potem coś zaczyna siadać, psuć. Pojawiają się pretensje, zazdrość, narkotyki, wreszcie kolejny partner. Ta relacja jest dziwna i pokomplikowana, co Soderbergh bardzo trafnie pokazuje, ale jednocześnie jest to takie angażujące i pełne emocji, że nawet tą banalność treści jestem w stanie wybaczyć. Na pewno wielkie wrażenie robi przepych życia głównego bohatera – na granicy kiczu, wszystko niemal ze złota, fikuśne stroje – trudno wobec czegoś takiego przejść obojętnie. A czemu panowie się rozstali? Swoje zrobił czas, a jednocześnie sam Liberace mający wręcz „midasowy dotyk” i próbujący stworzyć partnera na swoje podobieństwo (operacja plastyczna Scotta i jego dieta) – to się jednak nie może skończyć dobrze. Realizacja jest też dość konwencjonalna, choć jest parę zaskakujących ujęć („zamglony” Scott gadający po pijaku).

Ten film jednak nie zrobiłby takiego wrażenia, gdyby nie genialne główne role. Po pierwsze, Michael Douglas, który przeszedł po prostu samego siebie w roli tytułowej. Liberace jest ekscentrycznym i przyzwyczajonym do bogactwa facetem, ukrywającym swoją orientację seksualną. Na scenie wydaje się sympatycznym, czarującym facetem, jednak to jest tylko maska kryjąca świadomego przemijania faceta. Największym jednak objawieniem był dla mnie Matt Damon, który koncertowo pokazał przemianę wyciszonego i nieśmiałego chłopaka w zmanierowanego geja, zafascynowanego – i zmieniającego się – w swojego idola. Najmocniej widać to w scenach kłótni między nim a Liberace, gdzie wybuchają żale. Poza tym elektryzującym duetem na drugim przebijają się niezawodni Dan Aykroyd (mocno ucharakteryzowany Seymour – menadżer Liberace), Rob Lowe (ironiczny dr Startz) oraz Scott Bakula (Bob Black).

liberace2

Soderbergh niby nie zaskoczył, a nakręcił jeden ze swoich najlepszych filmów w karierze. Mam nadzieję, że jeszcze nas parę razy zaskoczy. Tym razem na małym ekranie.

8/10

Radosław Ostrowski

Intrygant

Jest rok 1992. Niejaki Mark Whitacre jest poważnym pracownikiem firmy AMD, która zajmuje się sprzedażą produktów robionych z kukurydzy. Kiedy w jego firmie dochodzi do sabotażu (zniszczone zostają zboża przez wirusa), próbuje naprawić sytuację. W końcu decyduje się pójść na współpracę z FBI i powiadomić o ustawianiu cen towarów. Trwające ponad dwa lata śledztwo ujawniło wiele machlojek. Wydawało by się, że Whitacre został bohaterem. Tylko jedna rzecz poszła nie tak.

intrygant1

Od zawsze wiadomo, że życie pisze najlepsze scenariusze. Tą prawdę poznał też Steven Soderbergh, co udowodnił już w filmie „Erin Brockovich”. O czym tak naprawdę opowiada „Intrygant” – film tak świetny, że trafił w naszym kraju od razu na półki DVD, olewając kina? Pozornie mamy tutaj typową kryminalna opowieść z wielką korporacją w tle. FBI są tymi dobrymi kolesiami, szefowie korporacji to chciwe hieny, które maja w dupie etykę i liczy się tylko sprzedaż i zawieranie układów. Jednak sprawa okazuje się mieć więcej odcieni szarości. Wszystko przez głównego bohatera, który wykorzystał okazje i postanowił przy okazji zrobić coś dla siebie, bo okazało się, że zdefraudował kilka milionów dolarów na swoje konta. Jak to? No właśnie, Soderbergh wodzi za nos, pokazują sprawę nieoczywistą. Intryga pozornie układa się w logiczną całość, widzimy spotkania, filmowane i nagrywane rozmowy, jednak w drugiej połowie następuje totalna wolta, która wywraca wszystko do góry nogami. I próbujemy rozgryźć kim tak naprawdę jest Whitacre – agent 0014, jak sam mówi o sobie, bo jest dwa razy mądrzejszy od 007. Technicznie jest to naprawdę dobry film, pełen kolorowych zdjęć i bardzo spokojnego tempa, okraszony jeszcze muzyką przypominającą klimatem lata 60., co nadaje lekkości. Zaś narracja z offu tylko podkreśla charakter głównego bohatera.

intrygant2

Więc może teraz pora o nim opowiedzieć. Nie jestem wielkim fanem Matta Damona, który rzadko wychodził poza solidne rzemiosło. Jednak tutaj miał bardzo duże pole do popisu i w pełni to wykorzystał. Bo kim jest Mark, jak go poznajemy? Taki przeciętny koleś w gajerze, okularkach i wąsami, w dodatku uczciwy i porządny, kochający swoją żonę. Ale im dalej w las, tym bardziej widzimy tutaj mitomana, krętacza i oszusta, który chciał wykorzystać nadarzająca się okazję i do samego końca uważający się za porządnego. W końcu okazuje się, że nie możemy wierzyć żadnemu jego słowu, nawet o jego rodzicach, którzy niby zginęli w wypadku samochodowym. I te sprzeczności Damon wygrywa bardzo dobrze i nie zawaham się stwierdzić, że to jego życiowa rola. Poza nim z drugiego planu tak naprawdę wybijają się aż trzy postacie. Są to agenci FBI prowadzący sprawę: Brian Shephard (świetny Scott Bakula) i Bob Herndon (dobry Joel McHale) oraz żona Whitacre’a (znana ostatnio z serialu „Dwóch i pół” Melanie Lynskey), która nie jest do końca świadoma czynów swojego męża i wspiera go.

„Intrygant” pokazuje i przypomina o tym, jak naprawdę niewiele wiemy o drugim człowieku. Że pozornie proste sprawy okazują się całkiem nieoczywiste, tak jak nieoczywisty jest ten film. Naprawdę dobra robota, choć nie każdemu się spodoba.

7/10

Radosław Ostrowski

Tacy byliśmy

Poznali się całkiem przypadkowo w Nowym Jorku. On miał talent literacki, na była zaangażowana politycznie. Po ośmiu latach znów się spotykają i wiążą się ze sobą na dużej, choć nie jest to takie łatwe i nie tylko z powodu różnic charakterów.

tacy_bylismy1

Kino lubi filmy o miłości. Ileż to powstało  (i powstaje)  tytułów opowiadających o tym uczuciu. Trochę mniej znaną opowieścią jest film Sydneya Pollacka z 1973 r. Niby jest to jedna z wielu opowieści o miłości, rozczarowaniach oraz zderzeniu charakterów, które łączy tak wiele, mimo dość sporych różnic. Jednocześnie Pollack mocno buduje tło wydarzeń (lata 40.) od śmierci prezydenta Rossevelta do „czarnej listy” Hollywood. Polityka bardziej lub mniej towarzyszy naszym bohaterom, wywołując między nimi spore napięcia, doprowadzając do rozstań, powrotów,w końcu ostatecznego odejścia. Nie brakuje tutaj smutki i goryczy, trudnych wyborów oraz kompromisów, na które żadne z nich nie podejrzewało się. I pod tym względem to bardzo ciekawe i nietypowe kino, jak na melodramat.

tacy_bylismy2

A całość uwiarygadniają aktorzy. Fantastyczna jest Barbra Streisand. Jest tak zaangażowana i tak emocjonalna, że w jej miłość po prostu się wierzy w ciemno. Jak kocha, to na całego i w sprawach politycznych jest strasznie poważna. Równie przekonujący Robert Redford z kolei jest bardziej stonowany, oszczędny w środkach i bardziej stoi przy ziemi. Jest trochę niepewny swojego talentu. Oboje wypadli naprawdę fantastycznie i dzięki film ten film ogląda się bardzo przyjemnie, zaś bogaty drugi (m.in. Patrick O’Neal w roli reżysera Bissingera czy Bradford Dillman jako J.J. – przyjaciel Hubbarda) uatrakcyjnia ten tytuł.

Trochę już zapomniany, ale absolutnie warty uwagi film Pollacka. Eleganckie love story.

8/10

Radosław Ostrowski

Bananowy czubek

Fielding Mellish pracuje w dużej firmie jako tester produktów. Jego dość spokojne życie się pod wpływem poznanej Nancy – aktywistki społeczno-politycznej. Niestety, ta znajomość nie trwa długo. Chcąc jej zaimponować, mężczyzna jedzie do San Marcos – kraju rządzonego przez dyktatora generała Vargasa. Tam na skutek dziwnego zbiegu okoliczności, zostaje członkiem ruchu oporu i prezydentem tego kraju.

banan3

Już po tym streszczeniu widać, że jest to film Allena-gagstera, zaś humor nadal jest mocno absurdalny (dialogi bezbłędne), jednak całość robiona trochę zbyt grubą kreską i bardziej bazująca na prostych gagach. To nie jest Allen intelektualista, niemniej jest kilka szalonych pomysłów (proces bohatera, gdzie zeznaje m.in. Miss America czy egzekucja prezydenta transmitowana przez tv). Jednak bardziej mi się podobało „Bierz forsę i w nogi”, bo tam się jeszcze składało to w pewną całość. Tutaj zabrakło tego błysku, z którego Allen jest tak bardzo znany. Za dużo tutaj groteskowości („zdobycie” żywności) i przerysowania, z za mało Allena w Allenie. Niemniej całość wypada całkiem nieźle.

banan2

Allen nadal jest niezmienny – safandułowaty niedorajda, który znajduje się w tak chorej sytuacji, że każdy wybór jest zły. Z pozostałych aktorów należy wyróżnić Carlosa Montalbana (generał Vargas) i Louise Lasser (zaangażowana Nancy). Poza tym warto wspomnieć o epizodzie Sylvestra Stallone’a (chuligan).

Allen tutaj jeszcze się uczy robienia filmów, a jego największe sukcesy miały dopiero nadejść. To jeszcze nie to.

5,5/10

Radosław Ostrowski


Bierz forsę i w nogi

Virgil Starkwell to młody chłopak, który od zawsze miał problemy. Nie radząc sobie, decyduje się zostać kryminalistą. Dokonuje wiele napadów na bank, z których żaden się nie udał. W miedzy czasie poznał fajną dziewczynę Louise, ale nawet ona nie jest w stanie mu pomóc.

Ten film powszechnie się uznaje za prawdziwy debiut Allena w roli reżysera. Tutaj reżyser jednak bardziej stawia na gagi i absurd niż swój błyskotliwy humor, ale jest to bardziej przyswajalne i naprawdę pomysłowo zrobione i autentycznie zabawne jak sceny nieudolnych napadów na bank, gdzie dochodziło do dość dziwnych sytuacji (m.in. w skarbcu mieszkała rodzina Cyganów). Żeby jakoś posklejać te gagi, film jest ubrany i stylizowany na dokument, w którym poznajemy życie Virgila. Pojawiają się zdjęcia i retrospekcje z młodości, rozmowy z osobami mającymi z nim styczność (m.in. agenta FBI, kumpla z więzienia), a także jego najbliższych (dziewczyny, a później żony i jego rodziców, dla nie poznaki noszących maski – dość dziwne). Allen się jeszcze uczy i widać, że się świetnie bawi, a my się bawimy razem z nim, a całość jest naprawdę dobrze zmontowana (m.in. brawurowe sceny ucieczek z więzienia) i okraszona ciekawą muzyka Marvina Hamlischa (później Allen rzadko zatrudniał kompozytorów do pisania muzyki do jego filmów).

forsa1

Z aktorów mógłbym wymienić tylko Allena, ale nie oszukujmy się – ten kameleon aktorstwa (człowiek o stu twarzach, wszystkie takie same) zawsze jest przekonujący, grając jakąkolwiek postać, nawet outsidera z wielkim pechem. Ale poza nim wyróżnić należy Janet Margolin jako prostolinijną Louise, która łączy prostolinijność z brakiem umiejętności kulinarnych (usmażyła mięso nie wyjmując go z opakowania).

forsa2

Widać, ze to debiut i nie wszystkie gagi są tak samo zabawne, ale już tutaj objawia się talent Nowojorczyka, który potem będzie się rozwijał. Dobry początek i naprawdę śmieszny film.

7/10

Radosław Ostrowski

Marvin Hamlisch – Sophie’s Choise

sophies_choice

O samy filmie już opowiedziałem, więc teraz skupię się na samej muzyce do „Wyboru Zofii”. Alan Pakula zazwyczaj do pisania muzyki w filmach zatrudniał Michaela Smalla. Ale tym razem reżyser wybrał doświadczonego i wysoko cenionego Marvina Hamlischa, zaś soundtrack z tego filmu został wydany przez Southern Cross już w 1984 roku i wznowiono w 2005 r.

hamlischWydanie to zawiera 15 kompozycji, a całość trwa nieco ponad pół godziny. Niby niewiele, ale album zawiera wszystko, co zostało napisane. Sama muzyka pojawia się zazwyczaj w albo bardziej stonowanych scenach albo podczas pogodniejszych momentów. Zaś przez większy czas muzyka ta bazuje na temacie przewodnim nazwanym tu „Love Theme”. Zaczyna się on od delikatnego klarnetu, do którego potem dołącza flet i smyczki będące cały czas w tle, by w połowie role się odwróciły. Bardzo liryczna, wręcz błogi temat pojawia się w filmie wielokrotnie, a na płycie w wielu zmodyfikowanych aranżacjach („Emily Dickenson”, „End Credits” czy „Ample Make This Bed”). Może się to na dłuższą metę wydawać monotonne, ale z każdym odsłuchem ten temat zyskuje na sile. I to właśnie ta delikatność i liryzm są znakiem rozpoznawczym tej pracy. Ale poza tym tematem na płycie jest parę równie ciekawych ścieżek. Taką jest choćby temat Stingo, który pojawia się w „Train Ride to Brooklyn” (piękne smyczki, delikatna harfa oraz pojawiające się w połowie flet i fagot), a także w „Stingo; Polish Lullaby”, gdzie w połowie wybrzmiewa bardzo smutno flet. Te tematy stanowią największą siłę tej pracy.

Jest jeszcze trzeci temat, który pojawia się w „Aren’t All Women Like You” z równie pięknym fletem i pianinem, który jeszcze pojawi się m.in w „Nathan Returns” i „I’ll Never Leave You” (fortepian w połowie). Oprócz tych tematów pojawiają się pojedyncze kompozycje jak pogodne „Coney Island Fun” (fanfary, trąbki i smyczki z bębnem), utrzymany w tonacji walca „Southern Plantation” z banjo (wiadomo, Południe) czy bardzo elegancko brzmiące pianistyczne „Song Without Words”.  Ale są też trochę melancholijne „Returning the Tray” rozpisane na fortepian i smyczek.

Jest to przede wszystkim muzyka bardzo liryczna i melodramatyczna, ale bardzo sprawdzająca się w filmie i budująca jego klimat. Owszem, może drażnić pewna powtarzalność i monotonia, ale to jest też jej wielką siłą. Śliczna muzyka, bez której nie wyobrażam sobie tego filmu.

8/10

Radosław Ostrowski

Wybór Zofii

Jest rok 1947. Młody pisarz Stingo przybywa do Nowego Jorku, by wynająć pokój i tam napisać swoją powieść. Jednak już na miejscu jest świadkiem kłótni między sąsiadami z góry – Nathanem i Zofią. Po pewnym czasie zaprzyjaźnia się z nimi i powoli odkrywa tajemnice ich obojga i nie są to łatwe sprawy.

wybor_zofii1

Kiedy wydano powieść Williama Styrona, wywołała ona wielki szum i przeniesienie jej na ekran było tylko kwestią czasu. Zadania adaptacji podjął się Alan J. Pakula – bardzo uznany i ceniony reżyser odpowiedzialny m.in. za „Wszystkich ludzi prezydenta”. Choć gatunkowo jest to melodramat, to siła rażenia i emocji jest równie mocna, a nawet silniejsza od wspomnianego wcześniej thrillera. Bo jest to opowieść o pozornie szczęśliwej i sympatycznej parze widzianej z perspektywy młodego i wchodzącego w życie pisarza, który staje się ich przyjacielem i powiernikiem. Ale nad nimi ciążą pewne tajemnice i lęki, które przyciągają i odpychają ich od siebie. A w to wszystko zostaje wpleciona wojenna historia Zofii (nakręcono w mocno stonowanej kolorystyce kontrastującej z barwnymi ujęciami Nowego Jorku lat 40.), która naznaczyła ją piętnem, a jej tytułowy wybór odmienił ją na zawsze. Wszystko to jest opowiedziane tak pewnie, że emocje są wręcz namacalne i odczuwalne. W dodatku wiernie odtwarzając realia lat 40., z bardzo mocnym scenariuszem, delikatną muzyką Marvina Hamlischa oraz bardzo poruszającym finałem. Więcej treści nie zdradzę, ale wspomnę, że część wydarzeń toczy się w Polsce (którą udawała Jugosławia).

wybor_zofii2

Jednak ten film nawet w połowie nie byłby tak mocny, gdyby nie aktorstwo z najwyższej półki i w tym określeniu nie ma żadnej przesady. Wybornie wypadł Kevin Kline jako Nathan – czarujący, elegancki przystojniak, który ma obsesję na punkcie Holocaustu i potrafi w jednej chwili eksplodować, stracić panowanie nad sobą i wszystko to wypadło znakomicie, choć był to debiut Kline’a. Drugim zaskoczeniem był Peter MacNichol. Aktor ten kojarzony głównie z ról komediowych (m.in. „Jaś Fasola: Nadciąga totalny kataklizm” czy „Ally McBeal”), pokazuje się tutaj z zupełniej innej strony jako zagubiony, młody człowiek pełen empatii, zafascynowany swoimi sąsiadami. No i w końcu ona – Meryl Streep w bardzo wymagającej roli Zofii – kobiety z jednej strony pięknej, inteligentnej, ale w środku ukrywającej bardzo mocną traumę (w scenach wojennych bardzo dobrze mówiła po niemiecku i po polsku, co jest naprawdę wielkim wyczynem).

wybor_zofii3

Można się nie zgodzić, ale moim skromnym zdaniem Pakula nakręcił swój najlepszy film w całej swojej karierze. Mocny, poruszający głęboko i który po obejrzeniu zostaje w pamięci na długo. To jeden z tych filmów, który zwyczajnie mówiąc przeżywa się. Rewelacja.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Marvin Hamlisch – Sting

sting

Najtrudniej opisać muzykę, którą się zna i pamięta, a gdy jeszcze stała się klasyką, do filmu będącego tez klasykiem to już w ogóle. Tak jest w przypadku „Żądła” – lekkiej i niesamowicie odprężającej komedii kryminalnej George’a Roya Hilla, nagrodzonej 7 Oscarami,  z kapitalnymi kreacjami Roberta Redforda i Paula Newmana. Zemsta na grubej rybie za pomocą kantu pojawiała się potem wielokrotnie, ale film pozostaje niedoścignionym wzorem tej konwencji.

ScottJoplinZ muzyką, która też przeszła do historii i zbudowała klimat tego dzieła stało się podobnie, choć należy trochę bliżej się przyjrzeć, ponieważ na okładce tej płyty wymienione są dwa nazwiska. Tak naprawdę kompozycje, które słyszymy napisał na przełomie XIX i XX wieku Scott Joplin – pianista, który stworzył podgatunek muzyki jazzowej zwany ragtime. A że muzyk ten zmarł w 1910 roku, nie mógł on napisać tej partytury. Znaczy, powiem tak, to są jego kompozycje, tylko zostały zaadaptowane i zaaranżowane przez Marvina Hamlischa, który widnieje na okładce jako współautor ścieżki. I to co zrobił Amerykanin imponuje, bo muzyka ta nadal jest żywotna, lekka i bezsprzecznie kojarzy się z filmem, a poza nim słucha się znakomicie.

hamlischMotywem przewodnim i jednocześnie wizytówką tej pracy jest „The Entertainer” z bardzo chwytliwym fortepianem, który pojawia się tutaj trzykrotnie (z orkiestrą – choć to trochę mocne nadużycie, lepsze byłoby określenie zespół z trąbkami, fletami i perkusją; solo na fortepian oraz razem z rytmicznym „Rag Time Dance” kończącym płytę i film). Najważniejszy tutaj jest fortepian, bez którego ta muzyka nie miałaby siły. Gdy trzeba jest refleksyjny i stonowany jak w „Solace” (też z orkiestrą oraz solo fortepianowe) oraz w jego wolniejszej aranżacji „Luther” (świetne dęciaki nadające „pogrzebowe” tempo i klimat), a kiedy indziej skoczny i bardzo chwytliwy („Pine Apple Rag/Gladious Rag”). I tak można byłoby opisać całą ścieżkę, pełną klimatu lat 30. oraz jazzowego feelingu. Dynamiczną i lekką („The Glove” ze skocznymi smyczkami i dęciakami czy „Hooker’s Hooker”), ale też refleksyjną jak „Luther”. Kompletnym zaskoczeniem oraz kompozycją, która może nie pasować jest „Merry-Go-Round Music” opartą na dzwonkach muzykę z karuzeli, ale nie gryzie się z resztą.

„The Sting” to jedna z najbardziej rozpoznawalnych prac Hamlischa i jednocześnie przykład adaptacji muzyki. Lekka, przyjemna, perfekcyjnie zgrana z obrazem i praktycznie nie posiadająca żadnych wad. Czy muszę mówić, że nie wypada nie znać?

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski