Ultimatum Bourne’a

Po sześciu tygodniach od wydarzeń z Moskwy, Jason Bourne znów musi wrócić do gry, by ustalić raz na zawsze swoją przeszłość. Tym razem musi wrócić przez artykuł dziennikarza „The Guardian” Simona Rossa, który odnalazł informacje, że Treadstone jest nadal kontynuowany jako Blackblair. A to oznacza, że dziennikarz jest na celowniku, a Bourne razem z nim idzie do odstrzału.

bourne31

Jason Bourne musiał wrócić, co stwierdził każdy kto oglądał „Krucjatę”, która była słabszą częścią historii agenta z amnezją. Wszystko przez paradokumentalną realizacje, która mocno kłuła w oczy podczas scen akcji. Czy Paul Greengrass wyciągnął wnioski i poprawił babole? Nie, nadal panuje chaos w scenach akcji, chociaż nie jest to aż tak dokuczliwe (akcja w Targanie, gdzie mamy m.in. pościg motocyklowy i bieganie na dachach). Niemniej nadal może przeszkadzać (finał w Nowym Jorku) przy znakomitej historii, która dopełnia całości, ostatecznie wyjaśniając przeszłość Jasona Bourne’a. Wyruszymy do Londynu, Hiszpanii, a ostateczna konfrontacja odbędzie się w Nowym Jorku, gdzie wszystko się zaczęło (powtórzona scena finałowa z „Krucjaty…” nabiera tutaj nowego znaczenia). Intryga się znakomicie zazębia, wplecione flashbacki z życia Bourne’a/Webba dodają animuszu i ogląda się to fantastycznie, w kilku miejscach mocno podnosząc ciśnienie (obława na dworcu Waterloo) czy miejsce szkolenia Treadstone. Wszystko to oczywiście podkreślone przez fantastyczną muzykę Johna Powella oraz troszkę płynniejszy montaż. Ale kamera nadal ma ADHD, co w paru miejscach nadal irytuje (walka z Deshem w Tangenie toczy się tak szybko, ze nie widać kto kogo wali).

bourne32

Znowu nie mam zarzutów do aktorów, zwłaszcza do Matta Damona, który jest po prostu Bourne’m. Ale Damonowi ten film ukradł świetny David Strathairn w roli bezwzględnego i upartego Noah Vosena, który za wszelką cenę chce dopaść Bourne’a, nawet jeśli jest to niezgodne z prawem. Powracają także Julia Stiles (Nicky odgrywa tutaj kluczową role) i Joan Allen (Pamela Landy – jedyna wierząca w intencje Bourne’a). Poza nimi trudno też nie dostrzec mocnych kreacji Paddy’ego Considine’a (dziennikarz Simon Ross) oraz Alberta Finneya (dr Albert Hirsch).

bourne33

„Ultimatum…” mimo wad technicznych pozostaje najlepszą częścią serii. Choć zakończenie pozostaje kwestią otwartą, dla mnie ta historia jest już skończona. I niech już Jason Bourne aka David Webb zyska spokój, z dala od CIA i tym podobnych akcji.

8/10

Radosław Ostrowski

Krucjata Bourne’a

Wydawałoby się, że Jason Borune będzie miał spokój po likwidacji Treadstone, jednak trwało to tylko dwa lata. Byłego agenta CIA nadal prześladuje amnezja, jednak to jest najmniejszy problem. Podczas tajnej akcji w Berlinie (zdemaskowanie kreta, przez zdobycie informacji) zostaje zamordowany kupiec i agent CIA. Na miejscu zbrodni zostają znaleziony śladowy odcisk palca Bourne’a, przez co nasz bohater musi uciekać z Indii i ustalić kto go wkręca.

bourne21

Sukces kasowy „Tożsamości…” spowodował, że musiał powstać dalszy ciąg przygód agenta z amnezją znanego z książek Roberta Ludluma. A że to nie miało nic wspólnego z pierwowzorem (na co autor zgodził się przed śmiercią), to już jest inna kwestia. Tutaj jest podobnie, intryga jest pogmatwana i próby ustalenia kto, kogo i dlaczego. Wpadniemy do zimnego Berlina oraz równie chłodnej Moskwy, ale wprowadzono jedną, poważną zmianę. Na stanowisku reżysera Douga Limana (ograniczył się do roli producenta wykonawczego) zastąpił go Paul Greengrass, który tworzy kino utrzymane w paradokumentalnej stylistyce. I niestety, ta stylistyka do kina sensacyjnego nie do końca pasuje. Ujęcia z ręki, montaż tak szybki, że nie można tego zauważyć. O ile jeszcze w scenach, gdy Bourne jest obserwowany przez komputery CIA to się jeszcze broni, o tyle w scenach pościgów i bijatyk działa to odstraszająco. Chaotyczny montaż irytuje jeszcze bardziej (mocno to widać w pościgu w Moskwie czy walce Bourne’a z Jardą w Monachium), co psuje przyjemność z oglądania. A szkoda, bo gdyby nie to ocena byłaby dużo wyższa. Wszystko inne tutaj gra i wciąga, ale realizacja wywołuje rozczarowanie. Może przy „Ultimatum…” wszystko się poprawi, ale wątpię.

bourne22

Nadal ten film błyszczy aktorsko, dzięki czemu jesteśmy w miarę skłonni uwierzyć w cała opowieść. Matt Damon nadal jest świetny jako Bourne – mieszanka sprytu, siły pięści oraz zagubienia. To wszystko nadal pasuje, tworząc mocną mieszankę wybuchową. Idealny agent po prostu. Tutaj jego  tropicielem jest zastępca dyrektora CIA Pamela Landy (świetna Joan Allen), która nie jest pozbawiona sprytu, ale Bourne zawsze jest o ten krok przed. Analityczny umysł i wyciąganie wniosków stanowi jej mocny atut. Poza tym duetem wracają Brian Cox (agent CIA Ward Abbott) oraz Julia Stiles (Nicky), tworząc solidne tło. Z nowych bohaterów warto wyróżnić Karla Urbana (rosyjski zabójca Kirył) oraz Martona Csokasa (agent Jarda).

bourne23

„Krucjata…” mogła być świetnym filmem, gdyby Greengrass nakręciłby go w bardziej klasycznym stylu. A tak mamy chaotyczną akcję, za szybki montaż psujący przyjemność z seansu. Przez co ocena musi zostać brutalnie obniżona o punkt. Ale i tak czekam na dalszy ciąg, Davidzie Webb.

6/10

Radosław Ostrowski

Tożsamość Bourne’a

Podczas burzy statek rybacki znajduje młodego, nieprzytomnego mężczyznę, który został postrzelony. Ten zaś niczego nie pamięta, a zostaje przy nim znalezione konto w banku szwajcarskim.  Na miejscu znajduje pieniądze, kilka paszportów i pistolet. I od tej pory jest ścigany przez CIA z projektu Treadstone. W rozwiązaniu tej zagadki pomaga mu poznana Niemka Marie.

bourne_11

Postać szpiega z amnestią stworzona przez Roberta Ludluma już raz była przeniesiona na ekran dla telewizji. Ale w 2002 roku Bourne powrócił dzięki Dougowi Limanowi, który postanowił uwspółcześnić całą historię, kompletnie odcinając się od literackiego pierwowzoru. Był to także jeden z pierwszych filmów pokazujących współczesną inwigilację tajnych służb, które wykorzystują do tego komputery, podsłuchują policyjne radia oraz satelity. Pozornie nic nowego nie dostajemy, bo opowieści szpiegowskich było wiele, a amnezja to jeden z ogranych chwytów narracyjnych, jednak Liman trzyma swoją opowieść w ryzach, tworząc dynamiczne i ciekawe kino akcji. Cała intryga trzyma w napięciu, nie brakuje dynamicznych bójek i strzelanin (akcja w ambasadzie w Szwajcarii czy strzelanina na farmie z jednym z kilerów), sięgających do klasyki gatunku pościgów (pościg w Paryżu), a wyjaśnienie całej sprawy jest satysfakcjonujące (przynajmniej na tą chwilę). A wszystko jest zrobione tak jak być powinno – bez operatorskich udziwnień czy chaotycznego montażu. Każdy cios jest widoczny, a plenery (Szwajcaria, Waszyngton, Paryż) robią naprawdę spore wrażenie, potęgując klimat tajemnicy. Zakończenie może dawać wrażenie zamkniętej całości, ale to tak naprawdę przygrywka do następnych części.

bourne_12

Poza sprawną intrygą, dobrymi dialogami oraz świetną muzyka Johna Powella, Limanowi udało się dobrać naprawdę świetną obsadę. Na początku mogły pojawiać się wątpliwości co do Matta Damona jako super tajnego i świetnie wyszkolonego agenta, ale zarówno w scenach akcji jak i momentach odkrywania swojej przeszłości jest bardzo wiarygodny. Widać w twarzy zagubienie, a jednocześnie opanowanie i świetne przygotowanie. Nie jest on też pozbawiony sprytu, co parę razy ratuje mu życie. Partneruje mu równie przekonująca Franka Potente jako wiecznie szukająca swojego szczęścia Marie, choć jej motywy współpracy z Bourne’m pozostają niejasne. Co skłania kobietę szukająca raczej stabilizacji do zmiany trybu życia pełnego pościgów i strzelanin? Ta relacja między tą dwójka jest siła napędową, a między aktorami iskrzy. Poza nimi jest jeszcze dość mocny drugi, gdzie rządzi Chris Cooper. Jego Conclin, szef Treadstone to inteligentny, działający wszelkimi metodami agent, który chce zlikwidować Bourne’a. Poza nim jest jeszcze tajemniczy Brian Cox (niejaki Ward Abbott) i małomówny Clive Owen (Profesor).

bourne_13

Nie jest to nic nowego, ale ogląda się to bardzo dobrze. Sprawne, dobre i niegłupie kino sensacyjne, które nie jest w żaden sposób efekciarskie. W dzisiejszych czasach, to jest naprawdę sporo. Ciąg dalszy nastąpi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Teoria wszystkiego

W niedalekiej przyszłości prywatność nie będzie istniała, w zamian będzie masa firm zajmujących się spełnianiem wszelkich pragnień. W tym świecie żyje Qohen Leth – genialny informatyk pracujący w dziale metafizyki. Od swoje szefa, zwanego Zarządem dostaje najtrudniejsze zadanie: udowodnienie Teorii Wszystkiego, czyli 0= 100%.

zero_theorem1

Terry Gilliam to filmowiec, który ma tak nieskrepowaną wyobraźnię, że może sobie pozwolić na wszystko. Nadal mamy mroczny, lekko obłąkany klimat, futurystyczny świat wyglądający tandetnie i człowieka pełnego demonów, zwątpień balansującego na granicy szaleństwa. Tylko, że tak naprawdę niewiele z tego wynika. Gilliam nadal atakuje konsumpcjonizm i pokazuje ludzi jako narzędzia w rękach innych, ale tym razem nie znajduje wyjścia z tego chorego świata. Nawet sen, który wydawał się wentylem bezpieczeństwa we wcześniejszych filmach nie jest taki spokojny, bo Wielki Brat czuwa i jest wszędzie. Zderzenie wiary z chaosem (symbolicznie widać to w domu Letha, którym jest… kościół z komputerem) musi przynieść poważne skutki, ale tak naprawdę im dalej w las, tym bardziej reżyser nudzi, staje się wtórny wobec samego siebie. My to wszystko już znamy, a tutaj brakuje jakiejś puenty, która podsumuje całość, bo zakończenie nie daje nam tej satysfakcji. Choć świat Letha (na zewnątrz) wygląda bardzo gilliamowsko (reklamy, murale, dziwaczne stroje i urządzenia), to większość czasu spędzamy w domu Letha – szarym, ponurym i mało przyjemnym.

 

zero_theorem2

Sytuację próbują częściowo ratować aktorzy, choć najlepiej poradził sobie świetny Christoph Waltz, który jest tutaj kompletnie pozbawionym włosów facetem. Qohen Leth (prawie jak Kohelet) to wystraszony, samotny człowiek wierzący, że jeden telefon jest w stanie zmienić jego życie. I czeka na niego, ciągle balansując między pracą, obłędem (ciągłe mówienie o sobie w liczbie mnogiej) i lekiem przed śmiercią. Wygrywa te emocje jednym spojrzeniem lub drobnym gestem. Druga mocna postacią jest stażysta Bob (fenomenalny Lucas Hedges), który próbuje pomóc Lethowi w zadaniu, ale jest strasznie znużonym i zmęczonym nastolatkiem. Na drugim planie jeszcze wyróżniają się niezawodni David Thewlis (Joby, zwierzchnik Letha) i Tilda Swinton (psychiatra).

zero_theorem3

„Teoria wszystkiego” ma dziwaczny klimat oraz pokręconą wizję Gilliama, ale pozbawiona jest ona sensu. Może ktoś z was w trakcie seansu odnalazł sens, ale ja się mocno pogubiłem. Zmarnowany potencjał i tyle.

6/10

Radosław Ostrowski

Wielki Liberace

Jest rok 1977. Poznajcie Scotta Thornsona – młodego, biseksualnego faceta, który dba o zwierzątka i chciałby zostać weterynarzem. Ale jego dość spokojne życie zmienia się, gdy pojawia się na koncercie ekscentrycznego pianisty Liberace. Tak zaczyna się związek trwający ponad 5 lat.

liberace1

Tym filmem Steven Soderbergh postanowił zacząć współpracę z telewizją po długiej przerwie i wydawałoby się, że zrobił tak naprawdę klasyczne i mało zaskakujące love story. I po części tak jest, bo poza tym, że mamy tak naprawdę dwóch facetów, to tak naprawdę kolejna opowieść o dość trudnym związku. Zaczyna się od pozbycia się poprzednika Scotta. A potem jak w każdym związku – na początku jest pożądanie i pasja, ale potem coś zaczyna siadać, psuć. Pojawiają się pretensje, zazdrość, narkotyki, wreszcie kolejny partner. Ta relacja jest dziwna i pokomplikowana, co Soderbergh bardzo trafnie pokazuje, ale jednocześnie jest to takie angażujące i pełne emocji, że nawet tą banalność treści jestem w stanie wybaczyć. Na pewno wielkie wrażenie robi przepych życia głównego bohatera – na granicy kiczu, wszystko niemal ze złota, fikuśne stroje – trudno wobec czegoś takiego przejść obojętnie. A czemu panowie się rozstali? Swoje zrobił czas, a jednocześnie sam Liberace mający wręcz „midasowy dotyk” i próbujący stworzyć partnera na swoje podobieństwo (operacja plastyczna Scotta i jego dieta) – to się jednak nie może skończyć dobrze. Realizacja jest też dość konwencjonalna, choć jest parę zaskakujących ujęć („zamglony” Scott gadający po pijaku).

Ten film jednak nie zrobiłby takiego wrażenia, gdyby nie genialne główne role. Po pierwsze, Michael Douglas, który przeszedł po prostu samego siebie w roli tytułowej. Liberace jest ekscentrycznym i przyzwyczajonym do bogactwa facetem, ukrywającym swoją orientację seksualną. Na scenie wydaje się sympatycznym, czarującym facetem, jednak to jest tylko maska kryjąca świadomego przemijania faceta. Największym jednak objawieniem był dla mnie Matt Damon, który koncertowo pokazał przemianę wyciszonego i nieśmiałego chłopaka w zmanierowanego geja, zafascynowanego – i zmieniającego się – w swojego idola. Najmocniej widać to w scenach kłótni między nim a Liberace, gdzie wybuchają żale. Poza tym elektryzującym duetem na drugim przebijają się niezawodni Dan Aykroyd (mocno ucharakteryzowany Seymour – menadżer Liberace), Rob Lowe (ironiczny dr Startz) oraz Scott Bakula (Bob Black).

liberace2

Soderbergh niby nie zaskoczył, a nakręcił jeden ze swoich najlepszych filmów w karierze. Mam nadzieję, że jeszcze nas parę razy zaskoczy. Tym razem na małym ekranie.

8/10

Radosław Ostrowski

Szeregowiec Ryan

Rok 1944 był przełomowym rokiem dla losów II wojny światowej. To właśnie wtedy w czerwcu doszło do utworzenia drugiego frontu w Europie, a dokładnie w Normandii. Jednym z żołnierzy biorących udział w tej operacji jest kapitan John Miller. Po zdobyciu przyczółku dostaje kolejne zadanie do wykonania: ma odstawić do domu szeregowego Jamesa Ryana, którego trzej bracia polegli w Normandii. Miller wybiera kilku swoich ludzi i wyruszą za linie frontu.

ryan1

Wojna i Spielberg to dość rzadkie połączenie. Ale w 1998 roku zadziało siła atomowej bomby. Film jest kolejną opowieścią o wojnie, jej absurdzie i okrucieństwie. Już samo to zadanie wydaje się mocno absurdalne – czy jest sens ryzykowania życia ośmiu dla jednego człowieka, który nie wydaje się zbyt ważna personą? Po drodze poznamy kolejne absurdy i niepowodzenia operacji Overlord – śmierć 22 żołnierzy podczas lotu z powodu generała i przesadnego obciążenia samolotu, „gra” nieśmiertelnikami czy próba zemsty za śmierć kolegi. Zapomnijcie o podniosłej śmierci, choć czasem pojawia się patos (łopocząca amerykańska flaga), padają słowa o obowiązku, odpowiedzialności itp. A jednocześnie jest to bardzo krwawe i brutalne kino, pełne dynamiki, emocji i „brudnego” klimatu. Widać to najbardziej w otwierającej całość sekwencji lądowania w Normandii – tam reżyser nie bierze jeńców. Lecą kończyny, wylatują wnętrzności, a krew miesza się razem z wodą. A dalej nie jest tak łagodnie i przyjemnie, choć czasem przewija się humor w rozmowach między żołnierzami (zakład o przeszłość kapitana, „popolupo”). Janusz Kamiński tylko potwierdza swoje umiejętności jako operator, w dodatku wszystko jest świetnie zmontowane, a pojawiają się w tle muzyka Johna Williamsa dopełnia tego ponurego klimatu.

ryan3

Ale co najważniejsze, całość jest bardzo dobrze zagrana. Owszem, Tom Hanks jest lojalnym, oddanym żołnierzem, znającym w pełni słowo odpowiedzialność i to typowy amerykański żołnierz oraz ideał dobra. Ale na szczęście drugi plan jest tu przebogaty: od twardego sierżanta Horvatha (Tom Sizemore) przez modlącego się snajpera Jacksona (Barry Pepper) i zdroworozsądkowego Reibena (Edward Burns) aż po sympatycznego Caparzo (Vin Diesel). Jest to grupa wyrazistych postaci, które na pewno zapadną w pamięć. A kim jest sam Ryan – postać grana przez Matta Damona pojawia się prawie na samym końcu niczym rekin ze „Szczęk”. To oddany żołnierz, który nie opuszcza swojego posterunku, mimo rozkazu. Sympatyczny facet – po prostu. Poza nim są jeszcze m.in. epizody Paula Giamattiego (sierżant Hill), Lelanda Olsera (porucznik Dewindt) czy Teda Densona (kapitan Hamill).

ryan2

Spielberg tym razem wcisnął pedał gazu i stworzył prawdopodobnie jeden z najlepszych filmów wojennych i jeden z najlepszych w swojej karierze. Najbrutalniejszy, mocno działający na zmysły, ale też stawiający kilka pytań o wojnę i jej sens. Ale to już musicie sami stwierdzić.

ryan4

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Obrońcy skarbów

Adolf Hitler jaki był, każdy słyszał. W trakcie wojny z lat 1939-45 wydał rozkaz kradzieży cennych dzieł sztuki i stworzenia Muzeum Fuhrera, gdzie znajdowały się najcenniejsze dzieła. Na polecenie prezydenta USA Franklina D. Roosevelta w 1944 r. powołano specjalna grupę pod wodzą profesora Franka Stokesa, a jej zadanie było odnalezienie i zwrócenie właścicielom dzieł sztuki. Od lądowania w Normandii członkowie ekipy podjęli się bardzo trudnego zadania i to z niezłym skutkiem.

obroncy1

Bazując na prawdziwej historii tym razem własny film wojenny postanowił nakręcić George Clooney – facet, którego dokonań i dorobku przedstawiać nie trzeba. I jako reżyser jest jedna z ciekawszych osób w Hollywoodzie. Jednak jego film to takie klasyczne wojenne kino w oldskulowym wydaniu. Mamy oddział do wykazania misji niemożliwej, francuski ruch oporu, dzieła sztuki, złych Niemców i jeszcze gorszych Rosjan. Wszystko z łopocącą, amerykańska flagą w tle i patetycznymi dialogami, które miejscami mogą trochę psuć odbiór. Druga sprawa to dość luźna narracja, gdzie przenosimy się do poszczególnej pary bohaterów i ich pola działań. Samo w sobie nie jest to złe, a nawet byłoby to wskazane, jednak są one dość nierówno poprowadzone i przewija się nuda, a humor jest dość toporny. Realizacja jest całkiem niezła, zdjęcia i scenografia trzymają poziom, tak samo podniosła muzyka.

obroncy2

Aktorzy tutaj grają na sprawdzonych kluczach, co nie znaczy, że są nudni i nie dają rady. Clooney i Damon są porządnymi i uczciwymi kumplami, Bill Murray jest cynicznym kawalarzem (razem z Bobem Balabanem tworzą zabawny duet), Goodman to wrażliwy wielkolud, a Jean Dujardin jest czarującym Francuzem (jego śnieżnobiałe zęby powinny być użyte jako broń masowego rażenia). Jedyną osobą wymykającą się szufladce jest Cate Blanchett, czyli zmuszona do współpracy z Niemcami znawczyni sztuki. Na tym polu radzi sobie naprawdę przyzwoicie.

obroncy3

Film miał potencjał na naprawdę dobre kino wojenne: temat, doborowa obsada. Ale nie wszystko tutaj zagrało do końca. Ta lekka ramotka troszeczkę się broni hołdem dla sztuki, choć czuję lekki niedosyt.

6/10

Radosław Ostrowski

Intrygant

Jest rok 1992. Niejaki Mark Whitacre jest poważnym pracownikiem firmy AMD, która zajmuje się sprzedażą produktów robionych z kukurydzy. Kiedy w jego firmie dochodzi do sabotażu (zniszczone zostają zboża przez wirusa), próbuje naprawić sytuację. W końcu decyduje się pójść na współpracę z FBI i powiadomić o ustawianiu cen towarów. Trwające ponad dwa lata śledztwo ujawniło wiele machlojek. Wydawało by się, że Whitacre został bohaterem. Tylko jedna rzecz poszła nie tak.

intrygant1

Od zawsze wiadomo, że życie pisze najlepsze scenariusze. Tą prawdę poznał też Steven Soderbergh, co udowodnił już w filmie „Erin Brockovich”. O czym tak naprawdę opowiada „Intrygant” – film tak świetny, że trafił w naszym kraju od razu na półki DVD, olewając kina? Pozornie mamy tutaj typową kryminalna opowieść z wielką korporacją w tle. FBI są tymi dobrymi kolesiami, szefowie korporacji to chciwe hieny, które maja w dupie etykę i liczy się tylko sprzedaż i zawieranie układów. Jednak sprawa okazuje się mieć więcej odcieni szarości. Wszystko przez głównego bohatera, który wykorzystał okazje i postanowił przy okazji zrobić coś dla siebie, bo okazało się, że zdefraudował kilka milionów dolarów na swoje konta. Jak to? No właśnie, Soderbergh wodzi za nos, pokazują sprawę nieoczywistą. Intryga pozornie układa się w logiczną całość, widzimy spotkania, filmowane i nagrywane rozmowy, jednak w drugiej połowie następuje totalna wolta, która wywraca wszystko do góry nogami. I próbujemy rozgryźć kim tak naprawdę jest Whitacre – agent 0014, jak sam mówi o sobie, bo jest dwa razy mądrzejszy od 007. Technicznie jest to naprawdę dobry film, pełen kolorowych zdjęć i bardzo spokojnego tempa, okraszony jeszcze muzyką przypominającą klimatem lata 60., co nadaje lekkości. Zaś narracja z offu tylko podkreśla charakter głównego bohatera.

intrygant2

Więc może teraz pora o nim opowiedzieć. Nie jestem wielkim fanem Matta Damona, który rzadko wychodził poza solidne rzemiosło. Jednak tutaj miał bardzo duże pole do popisu i w pełni to wykorzystał. Bo kim jest Mark, jak go poznajemy? Taki przeciętny koleś w gajerze, okularkach i wąsami, w dodatku uczciwy i porządny, kochający swoją żonę. Ale im dalej w las, tym bardziej widzimy tutaj mitomana, krętacza i oszusta, który chciał wykorzystać nadarzająca się okazję i do samego końca uważający się za porządnego. W końcu okazuje się, że nie możemy wierzyć żadnemu jego słowu, nawet o jego rodzicach, którzy niby zginęli w wypadku samochodowym. I te sprzeczności Damon wygrywa bardzo dobrze i nie zawaham się stwierdzić, że to jego życiowa rola. Poza nim z drugiego planu tak naprawdę wybijają się aż trzy postacie. Są to agenci FBI prowadzący sprawę: Brian Shephard (świetny Scott Bakula) i Bob Herndon (dobry Joel McHale) oraz żona Whitacre’a (znana ostatnio z serialu „Dwóch i pół” Melanie Lynskey), która nie jest do końca świadoma czynów swojego męża i wspiera go.

„Intrygant” pokazuje i przypomina o tym, jak naprawdę niewiele wiemy o drugim człowieku. Że pozornie proste sprawy okazują się całkiem nieoczywiste, tak jak nieoczywisty jest ten film. Naprawdę dobra robota, choć nie każdemu się spodoba.

7/10

Radosław Ostrowski

Elizjum

Jest rok 2154. Planeta Ziemia jest przeludniona, mieszkają biedni ludzie, wszystko jest zanieczyszczone. Ci bardziej nadziani, zbudowali Elizjum – pełne zieleni, wielkich domostw oraz pięknych ludzi, dzięki darmowej służbie zdrowia oraz komór regeneracyjnych. Wszelkie próby wejścia na Elizjum kończą się zestrzeleniem lub w najlepszym wypadku aresztowaniem. Jednym z takich desperatów jest skazaniec Max, który pracuje dla potężnej korporacji. Jednak pewnego dnia dochodzi do wypadku, na skutek którego zostaje napromieniowany i zostaje mu 5 dni życia. Nie mając nic do stracenia, chce ruszyć na Elizjum. Przy okazji wplącze się w intrygę mającą na celu obalenie władzy na Elizjum.

elizjum1

Pamiętacie taki film „Dystrykt 9”? Debiutujący nim reżyser Neil Blomkamp odświeżył nim kino SF, tworząc bardzo pasjonujące kino. Teraz wraca, z większym budżetem, gwiazdorską obsadą i… lekko rozczarowuje. Z jednej strony jest to świetne kino akcji, gdzie kamera pędzi z ręki, montaż jest lekko chaotyczny, ale mimo to akcja wygląda imponująco. Sama wizja świata jest dość prosta, ale jednak sugestywna, dzięki pracy kamery, a także kontrast wizualny. Ziemia wygląda jak wypłowiała i zniszczona pustynia, z upadającymi budynkami oraz kompletnym brakiem zieleni, z kolei Elizjum jest sterylne, z zielenią, imponującymi budynkami i rozwiniętą technologią. To przede wszystkim film akcji, ukryty w szatki fantastyki.

elizjum2

Jednak są dwie poważne wady, które psują frajdę z oglądania. Po pierwsze, wątek moralnej rozterki bohatera między chęcią wyleczenia siebie, a pomocą dawnej dziewczynie ociera się mocno o melodramat i masę zbędnych retrospekcji. Po drugie, kontrastowość i schematyczność głównych antagonistów, aż do bólu (i nawet dobra gra Matta Damona oraz Jodie Foster nie jest w stanie tego ocalić). Wyjątkiem jest agent Kruger (świetny Sharito Copley), stworzony na granicy karykatury cyniczny twardziel.

elizjum3

Mimo tego wyszedł z tego całkiem niezły film, który dobrze się ogląda, ale nie jest w żaden sposób następcą „Dystryktu 9”. I to doprowadziło do zniechęcenia wielu osób, także i mnie. Jednak wierzę, że Blomkamp jeszcze mnie zaskoczy.

6/10

Radosław Ostrowski

Dobry agent

Edward Wilson pozornie wygląda na zwykłego faceta w kapeluszu, garniturze i w okularach. Ale tak naprawdę jest agentem CIA i to na wysokim szczeblu. Poznajemy przebieg jego kariery od 1939 roku (członkostwo w bractwie i współpraca z wywiadem) aż do 1961 roku i nieudanej interwencji na Kubie oraz próbnie znalezienia kreta.

agent1

O tym człowieku opowiada film Roberta De Niro „Dobry agent”. Niewiele się w nim dzieje, jest strasznie długi (ponad dwie i pół godziny), a jednak okazuje się kawałkiem dobrego kina, choć bliżej mu do powieści Johna le Carre niż przygód agenta 007. Tutaj szpiedzy to przede wszystkim urzędnicy siedzący za biurkiem, analizujący dokumenty i praktycznie nie korzystający z broni, zaś ich akcja w terenie polega na rozmowach i zbieraniu informacji. Praca ta wymaga też całkowitego poświęcenia i braku zaufania wobec innych, bo każdy jest potencjalnym zdrajcą. Tu trzeba ciągle mieć się na baczności, bo każdy błąd może być wykorzystany przeciwko nam. Prawie jak w mafii – obowiązują pewne reguły (ścisła tajemnica), których łamanie może doprowadzić do poważnych konsekwencji. A wszystko to w imię dbania o bezpieczeństwo kraju. Jednocześnie poznajemy pokrótce historię powszechną XX wieku (II wojna światowa, zimna wojna, kryzys kubański), co jednak wymaga pewnej znajomości realiów, inaczej można się w tym pogubić.

agent2

Drugim dość mocnym wabikiem jest gwiazdorska obsada. Na drugim planie mamy tak uznanych aktorów jak William Hurt (Phillip Allen, późniejszy szef CIA), Michael Gambon (dr Fredericks), Billy’ego Crudupa (Arch Cummings), Alec Baldwin (Sam Murach, agent FBI) czy John Turturro (Ray Brocco, prawa ręka Wilsona). W epizodzie pojawia się też sam reżyser (generał Bill Sullivan) i Joe Pesci (gangster Joseph Palmi). Jednak największy ciężar na swoje barki wziął Matt Damon i dał radę, a jego Wilson mocno przykuwa uwagę. Jest bardzo oszczędny, opanowany i małomówny, jednak jego życie prywatne to porażka. Taka jest cena pracy w wywiadzie.

agent3

Dla wielu „Dobry agent” może być nudnym, ale jednak realistycznym portretem świata szpiegowskiego. Może i mało się dzieje, akcji praktycznie nie ma, a bardziej dynamiczne jest klejenie znaczków na kopertę, jednak pozostaje on dobrym filmem.

7/10

Radosław Ostrowski