Zniknięcie Eleanor Rigby: Oni

Eleanor Rigby do tej pory kojarzyła mi się tylko z piosenką The Beatles. Wyobraźmy sobie taką sytuację, że istnieje osoba o takim imieniu i nazwisku – jest rudowłosą kobietą z Nowego Jorku, która znalazła mężczyznę swojego życia. Pojawia się po raz pierwszy, gdy z nim ucieka z kawiarni nie płacąc rachunku. Są szczęśliwi, radośni i pogodni. Ale sielanka nie trwa wiecznie. Następne ujecie (po napisach) pokazuję Eleonor skaczącą z mostu. Kobieta trafia do szpitala, ale potem wychodzi nie informując (już) męża Connora, znikając z jego życia. Dlaczego?

eleonora_rigby2

Ned Benson wpadł na ambitny i nietypowy pomysł opowieści o dwojgu ludzi oraz ich związku. Najpierw przedstawił to z jej perspektywy („Ona”), potem jego („On”) i wreszcie skleił obie te perspektywy w jedną całość. Brzmi to dziwnie, ale ambicji reżyserowi odmówić nie można. Powoli widzimy związek będący w stanie kryzysu pod wpływem silnej tragedii – śmierci dziecka. Co ją spowodowało? Pozostaje tajemnica, która dla Bensona służy jedynie jako katalizator, impuls doprowadzający do powolnego rozpadu i zgonu tej miłości. Nie ma tutaj pójścia na łatwiznę, prostych rozwiązań i typowego happy endu – każdy z bohaterów miota się ze sobą nawzajem. Jest między nimi chemia, ale dlaczego siebie unikają, uciekają w pracę (On), do rodziny (Ona) i co poszło nie tak? Pytanie te są stawiane niemal odkąd mężczyzna i kobieta odkryli miłość. Jednak reżyser pewnie i co najważniejsze, bez fałszu pokazuje trudności takiej relacji.

eleonora_rigby1

Sama realizacja jest dość oszczędna, pozbawiona ozdobników. Trafiamy albo po nocnym krajobrazie Nowego Jorku, do domu rodziców Eleanor, wreszcie na uczelnię, gdzie kobieta zaczyna chodzić na zajęcia. Kamera jest kręcona z ręki, dominuje kolor czerni, czerwieni, żółci. Po drodze jeszcze spotkamy kilka postaci i rozmowy, które mogą wydawać się czasem banalne i oczywiste, ale pełne refleksji oraz trafności obserwacji. Istotne tutaj są rozmowy zarówno z rodzicami obojga bohaterów jak i z panią profesor Friedman. Wspomnienia, doświadczenia życiowe, wszystko niespieszne, ale jednocześnie pełne emocji, rysujących się na twarzach. Klimatu dopełnia niezwykła ścieżka dźwiękowa Son Luxa, zwłaszcza piosenka „No Fate Await Me” będzie długo siedzieć w odtwarzaczu.

eleonora_rigby3

Jednak poza obserwacjami i dobrym scenariuszem idzie też bardzo dobre aktorstwo. Zarówno James McAvoy (Connor) jak i Jessica Chastain (Eleonor) tworzą piękny – nie tylko wizualnie – duet dwojga młodych, pogubionych, chociaż kochających się ludzi. Oboje tłumią w sobie emocje, próbują odzyskać swoją przeszłość, ale to jedno zdarzenie odmienia ich. Czy na lepsze? Tego wam nie zdradzę, ale ten duet bardzo sugestywnie tworzy swoje postacie. Poza nimi jest bardzo bogaty drugi plan, gdzie każdy tworzy pełnokrwistą postać, nawet jeśli nie pojawia się dość długo. Dotyczy to zarówno Williama Hurta i Isabelle Huppert (rodzice Eleonor), zaskakująco poważnego Billa Hadera (Stuart, wspólnik Connora), wyciszonego Ciarana Hindsa (ojciec Connora) oraz doświadczonej Viola Davis (profesor Friedman). Sama obecność tych nazwisk robi wielkie wrażenie.

Ten film na pewno pozostanie w pamięci na długo i jest czymś więcej niż tylko banalnym love story. Bo miłość – jakkolwiek to banalnie zabrzmi – ma kilka różnych odcieni i kolorów. Debiut Bensona jest przykładem tezy, że by poruszyć widza nie trzeba dużego budżetu, bajeranckich efektów specjalnych i hektolitrów krwi. Ciekawe, czy reżyser jeszcze zaskoczy swoimi następnymi filmami?

7,5/10

Radosław Ostrowski


Teoria wszystkiego

Profesor Stephen Hawking – jeden z najbardziej znanych umysłów XX wieku, o którym niemal każdy słyszał. Dlatego wydawał się tak interesującym materiałem na film. Wiedzieli już o tym twórcy telewizyjnej biografii zrobionej w 2004 roku. Teraz własną wersję postanowił opowiedzieć James Marsh.

teoria_wszystkiego1

Anglik jest świetnym reżyserem pod warunkiem, że kręci filmy dokumentalne. Tym razem reżyser postanowił zmienić perspektywę i opowiedzieć o tym uznanym naukowcu z perspektywy jego pierwszej żony Jane. Pomysł wydawałoby się nieszablonowy i nietypowy (podobnie było z nakręconym dwa lata temu „Hitchcockiem”), jednak tutaj historia obyczajowa rozpisana na przestrzeni ponad 30 lat (od czasów studiów po wydanie „Krótkiej historii czasu” aż do rozstania) działa bardzo nużąco. Przyczyny są dwie – po pierwsze, jest to bardzo ugrzeczniony obraz, gdzie brakuje tutaj miejsca na silniejsze emocje, po drugie relacja ta jest potraktowana po łebkach, na szybko i bez jakichkolwiek emocji. I nie pomaga w tym świetna praca kamery (teledyskowa niemal forma w ujęciach pokazujących zmiany w składzie rodziny Hawkinga czy niektóre ujęcia w niebieskiej kolorystyce). W dodatku o samych naukowych dokonania profesora nie ma zbyt wiele miejsca, a to byłoby na pewno interesujące, by dowiedzieć się dlaczego jest to tak ważna postać dla nauki. Te proporcje zostały zaburzone i to z niekorzyścią dla obrazu, który zostaje niczym innym niż tylko wyciskaczem łez (przynajmniej w teorii).

teoria_wszystkiego2

Jeśli coś broni ten film przed porażka to wyłącznie jest to kreacja Eddie’ego Redmayne’a w roli profesora Hawkinga. I tu nie chodzi tylko o fizyczny wygląd, ale też to, jak na niego działa ALS (zanikanie boczne mięśni), całkowicie niemal paraliżując jego ciało. Ta fizyczna metamorfoza robi ogromne wrażenie, a reszta aktorów (w tym niezawodząca Felicity Jones jako żona oraz zawsze przyjemny dla oka David Thewlis) robi tak naprawdę za tło. Szkoda tylko, że scenariusz nie pozwala rozwinąć skrzydeł.

Sam film sprawia wrażenie pozbawionego emocji oraz wspieranego przez lobby sprzedawców chusteczek. Za grzeczne to, zbyt monotonne i za mało dowiadujemy się o samym Hawkingu oraz jego pracy naukowej. Troszkę jakby odhaczano co ważniejsze wydarzenia opisane w jakiejś encyklopedii. Szkoda, bo mogło być naprawdę interesujące kino.

5/10

Radosław Ostrowski

Breezy

Poznajcie Breezy – młodą hipiskę, która włóczy się po Los Angeles z gitarą w ręku. Szuka swojego miejsca na ziemi, jest prosta i naiwna. Szukając miejsca do noclegu przypadkowo poznaje starszego pana Franka Harmona, który sprzedaje nieruchomości i jest samotnikiem. Mężczyzna pozwala jej tymczasowo zamieszkać i powoli coś zaczyna iskrzyć.

breezy1

Clint Eastwood odpuścił sobie zabijanie i schował colta, a nawet odpuścił pokazywania siebie przed kamerą, robiąc coś, o co mało kto go podejrzewał – nakręcił melodramat.  Wiem, wiem, przecież nakręcił kilka lat później „Co się wydarzyło w Madison County”, ale chyba przy swoim trzecim filmie zaskoczył najbardziej. Pozornie wydaje się kolejnym romansem młodej, dopiero wchodzącej w życie nastolatki z niemłodym mężczyzną, a takie relacje były mi już znane wcześniej (kojarzycie taki film „Miedzy słowami”?), jednak opowieść ta pozostaje wiarygodna, m.in. dzięki bardzo subtelnemu nastrojowi, dobrym dialogom oraz lirycznej muzyce i miejscami zachwycającym zdjęciom (plaża oraz widok na ocean – zachwyca nadal). A jednocześnie padają tutaj pytania o sens miłości, która w wieku średnim gaśnie i czy można wpuścić ją, gdy zapuka do drzwi.na to trzeba samemu odpowiedzieć. Może to jest lekka bajka, która jest troszkę naiwna i krzepiąca, ale Eastwood robi to z fasonem i klasą, a i emocji też nie brakuje.

breezy2

Swoje też robią świetnie dobrani aktorzy w głównych rolach. Kay Lenz w roli tytułowej sprawiać może wrażenie irytującej dziewczyny, której naiwność powaliłaby każdego. Czarująca dziewczyna, która przeszła wiele, ale nie daje się złamać czy wprawić w depresję. Niemal istna dobroć, ale nie przestaje być postacią z krwi i kości, która poszukuje swojego domu. Partneruje jej niezawodny William Holden, który idealnie pasuje do cynicznego i zgorzkniałego Franka, przyzwyczajonego do samotności. Powoli miedzy tą dwójką rodzi się nić porozumienia, a nawet coś więcej. Tylko że Frank boi się reakcji otoczenia jak zareaguje na taką relację i rodzi się pytanie – czy uda się przełamać wątpliwości i zaryzykować?

„Breezy” pozostaje mniej znanym, ale bardzo intrygującym romansem pokazującym inne oblicze Brudnego Harry’ego. Niegłupi, niepozbawiony liryzmu, ciepła oraz pewnej aury, która towarzyszy tego typu opowieściom. Pierwszy bardzo ważny film w karierze reżysera.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

 

Gwiazd naszych wina

Takich historii jak ta było setki jeśli nie tysiące: miłość dwojga ludzi brutalnie przerwa przez nieuleczalna chorobę. Film Josha Boone’a wydaje się kolejna tego typu historią: mamy dwoje nastolatków. Ona ma 17 lat, nazywa się Hazel i ma raka tarczycy. Zdiagnozowany u niej jako 13-latki, bez szans na wyleczenie, ale dzięki eksperymentalnej terapii wyszła na prosta, ale jest efekt uboczny – woda zbierająca się do płuc. Gdy pojawia się na grupie wsparcia (choć sama jest mocno przeciwna), wtedy pojawia się starszy o rok Augustus Waters – weteran walki z nowotworem kości, przypłacając za to amputacją nogi. I wtedy zaczyna iskrzyć między nimi.

gwiazd1

Zwróciłem uwagę na ten tytuł nie ze względu na reżysera, obsadę czy nawet tematykę, ale z powodu… scenarzystów. Scott Neustadter i Michael H. Weber kilka lat temu wyczarowali fabułę „500 dni miłości” – jednego z najlepszych kom-romów ostatnich lat. Potem było równie udane „Cudownie tu i teraz”, potwierdzając swoje umiejętności w opowiadaniu słodko-gorzkich opowieści. Tym razem chyba się po prostu nie udźwignęli tematu albo reżyser nie poradził sobie z tekstem. Efekt: lekkie rozczarowanie. Twórcy jak ognia próbują lawirować między powagą sytuacji nieuniknionej, a jednocześnie próbują rozładować atmosferę subtelnym i (czasami) inteligentnym humorem, żebyśmy polubili i przejęli się naszymi bohaterami – młodymi, fajnymi ludźmi. I w zasadzie ogląda się to całkiem nieźle, gdyby nie jeden wątek – książki będącej dla Hazel czymś w rodzaju Biblii – „Cios udręki” Petera van Houtena oraz podróż do Amsterdamu do autora, który jest zgorzkniałym i nieprzyjemnym facetem. Jest to siła osłabiającą ten film, ciągnąca go mocno w dół.

gwiazd2

Owszem, miłość tych dwojga jest tak schematyczna, pokazana w iście podręcznikowym wydaniu, ale częściowo bronią go przyzwoicie prowadzeni aktorzy w głównych rolach. Całość kradnie Shailene Woodley, która bardzo przekonująco pokazuje rozterki i przeżycia Hazel. Nawet najbardziej schematyczne chwyty jest w stanie pokazać bez cienia fałszu, a to jest naprawdę sporo. Partnerujący jej niejaki Ansel Elgort też daje radę i – o dziwo – jest pewna chemia miedzy nimi. I to powoduje, że zamiast średniaka mamy całkiem niezłe kino, choć skierowane do młodego odbiorcy. Ja nie do końca kupuję całość, bo liczyłem na znacznie, znacznie więcej.

gwiazd3

6/10

Radosław Ostrowski


Wielki Liberace

Jest rok 1977. Poznajcie Scotta Thornsona – młodego, biseksualnego faceta, który dba o zwierzątka i chciałby zostać weterynarzem. Ale jego dość spokojne życie zmienia się, gdy pojawia się na koncercie ekscentrycznego pianisty Liberace. Tak zaczyna się związek trwający ponad 5 lat.

liberace1

Tym filmem Steven Soderbergh postanowił zacząć współpracę z telewizją po długiej przerwie i wydawałoby się, że zrobił tak naprawdę klasyczne i mało zaskakujące love story. I po części tak jest, bo poza tym, że mamy tak naprawdę dwóch facetów, to tak naprawdę kolejna opowieść o dość trudnym związku. Zaczyna się od pozbycia się poprzednika Scotta. A potem jak w każdym związku – na początku jest pożądanie i pasja, ale potem coś zaczyna siadać, psuć. Pojawiają się pretensje, zazdrość, narkotyki, wreszcie kolejny partner. Ta relacja jest dziwna i pokomplikowana, co Soderbergh bardzo trafnie pokazuje, ale jednocześnie jest to takie angażujące i pełne emocji, że nawet tą banalność treści jestem w stanie wybaczyć. Na pewno wielkie wrażenie robi przepych życia głównego bohatera – na granicy kiczu, wszystko niemal ze złota, fikuśne stroje – trudno wobec czegoś takiego przejść obojętnie. A czemu panowie się rozstali? Swoje zrobił czas, a jednocześnie sam Liberace mający wręcz „midasowy dotyk” i próbujący stworzyć partnera na swoje podobieństwo (operacja plastyczna Scotta i jego dieta) – to się jednak nie może skończyć dobrze. Realizacja jest też dość konwencjonalna, choć jest parę zaskakujących ujęć („zamglony” Scott gadający po pijaku).

Ten film jednak nie zrobiłby takiego wrażenia, gdyby nie genialne główne role. Po pierwsze, Michael Douglas, który przeszedł po prostu samego siebie w roli tytułowej. Liberace jest ekscentrycznym i przyzwyczajonym do bogactwa facetem, ukrywającym swoją orientację seksualną. Na scenie wydaje się sympatycznym, czarującym facetem, jednak to jest tylko maska kryjąca świadomego przemijania faceta. Największym jednak objawieniem był dla mnie Matt Damon, który koncertowo pokazał przemianę wyciszonego i nieśmiałego chłopaka w zmanierowanego geja, zafascynowanego – i zmieniającego się – w swojego idola. Najmocniej widać to w scenach kłótni między nim a Liberace, gdzie wybuchają żale. Poza tym elektryzującym duetem na drugim przebijają się niezawodni Dan Aykroyd (mocno ucharakteryzowany Seymour – menadżer Liberace), Rob Lowe (ironiczny dr Startz) oraz Scott Bakula (Bob Black).

liberace2

Soderbergh niby nie zaskoczył, a nakręcił jeden ze swoich najlepszych filmów w karierze. Mam nadzieję, że jeszcze nas parę razy zaskoczy. Tym razem na małym ekranie.

8/10

Radosław Ostrowski

Na zawsze

Pete to facet, który zajmuje się lataniem samolotami gaszącymi pożary. Ma bardzo fajną dziewczynę, która jednak mocno boi się o niego oraz kumpla Ala, z którym razem rusza na akcje, zaś on sam leci w dość brawurowy sposób. Niestety, podczas jednej akcji, ratując przyjaciela Pete poświęca swoje życie. Mężczyzna trafia do zaświatów, gdzie Hap daje mu zadanie bycia inspiracją dla następnego pilota. Pada na niejakiego Teda Bakera, który później zostaje partnerem dziewczyny Pete’a i nie będzie to dla niego łatwa droga.

na_zawsze1

Po raz Spielberg postanowił nakręcić dwa filmy w tym samym roku. „Na zawsze” to remake filmu z 1943 roku, będący mieszanką kina akcji z love story. I o dziwo, nie gryzie się to ze sobą. Wątek metafizyczny jest tutaj naprawdę ciekawie pokazany, jednak Pete nie wie jak ciężkie to będzie dla niego zadanie. Mimo iż jest duchem, nadal ma ludzkie emocje i odczucia. A jednocześnie udaje się reżyserowi dość przekonująco pokazać świat po odejściu człowieka z perspektywy osób mu najbliższych. Można zarzucić, ze jest to odrobinkę sentymentalne i ckliwe, ale ku mojemu zaskoczeniu jest to naprawdę nieźle poprowadzone. Wisienką na torcie są tutaj jednak sceny pożarów oraz lotnicze ujęcia. Czuć w nich siłę pożaru, moc silników oraz poczucie zagrożenia. Wtedy czuć rękę reżysera, a strona wizualna jest naprawdę mocnym plusem.

na_zawsze2

Byłoby to dość ciężkostrawne dzieło, gdyby nie naprawdę solidna gra aktorska. Błyszczy najbardziej Richard Dreyfuss. Pete to pewny siebie oraz niezwykle odważny facet, który nie boi się wyzwań. Zachowuje się trochę jak nieodpowiedzialny heros, który poza samolotem jest bardziej powściągliwy. Swoją śmierć Pete traktuje z zaskoczeniem, ale zadanie bycia inspiracją traktuje z typową dla siebie brawurą, czasami nie patyczkując się. Trudno nie polubić tego faceta. Jest jeszcze naprawdę piękna Holly Hunter, która musi pogodzić się ze stratą partnera, nie do końca zerwała z przeszłością. Na drugim jest niezawodny i trochę jowialny John Goodman (Al) oraz rzeczywiście wyglądający jak model Brad Johnson jako młody i trochę niedoświadczony Ted Baker.

na_zawsze3

Jednak „Na zawsze” zostało zapamiętane z innego powodu – po raz ostatni zagrała tutaj Audrey Hepburn. I choć pojawia się tylko w dwóch scenach jako Hap (Śmierć?), emanuje z niej nieopisane ciepło i mocno zapada w pamięć, co świadczy o jej nieprzeciętnym talencie.

na_zawsze4

Choć ten melodramat nie zalicza się do zbyt udanych produkcji, to jednak seans nie był czasem straconym. Bardzo proste, ale angażujące kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Pożegnanie z Afryką

Rok 1913. Do Kenii – brytyjskiej kolonii w Afryce, przybywa młoda kobieta Karen ze swoim mężem Brorem Blixenem. Planują zbudować tutaj plantacje kawy. Na miejscu kobieta powoli zaprzyjaźnia się z miejscowymi, jednak mąż okazuje się niewierny. I wtedy pojawia się tajemniczy myśliwy – Denys Finch Hatton, z którym zaczyna ją łączyć coś poważnego.

pozegnanie_z_afryka1

Melodramat, czyli film o miłości jest gatunkiem piekielnie trudnym, choć wydaje się on bardzo prostym do opowiedzenia – musi być niespełnione uczucie, kobieta żyjąca w wypalonym związku i ten trzeci, który ja rozumie (chyba). Takiej próby podjął się Sydney Pollack (nie mylić z perkusistą zespołu T.Love), bazując na wspomnieniach Karen Blixen. I jak wybronił się z tej sytuacji? Musze przyznać, że naprawdę dobrze. Wszystko jest poprowadzone bardzo subtelnie, choć sam romans pojawia się w połowie filmu. Może i tempo jest dość powolne, a parę scen można było spokojnie wyciąć, ale jak ta Afryka pięknie wygląda. Naprawdę zdjęcia tutaj robią wspaniałą robotę, a sceny polowań czy próba przebicia się Karen do męża trzymają w napięciu mocno. Przy okazji, reżyser portretuje Afrykę początku XX wieku, już zdominowanej przez białego człowieka, choć można z nimi się dogadać. Choć z dzisiejszej perspektywy ten wątek wydaje się mocno wyidealizowany, gdyż Afrykanie są pokazywani jak kiedyś czarnoskórzy służący w starszych filmach. I mimo tych wad, Pollack bardzo sprawnie opowiada tą dość prosta historię, a ja tez trzeba umieć poprowadzić. Nawet narracja z offu nie wywołuje rozdrażnienia czy irytacji.

pozegnanie_z_afryka3

Ale jak to jest poprowadzone i zagrane. O tym, że Meryl Streep jest esktraklasą aktorstwa, nie muszę chyba nikogo przekonywać (choć ostatnie lata mogą zmusić do zastanowienia nad tym) i tutaj jako dumna i pewna siebie kobieta wypada bardzo wiarygodnie. Poza tym jest uparta i los młodych Afrykanów nie jest obojętny, plus jeszcze talent gawędziarski tworzą mocną mieszankę, choć początkowo nie radzi sobie w nowym otoczeniu. Upór jednak jest w stanie zrobić wiele. Niewiele gorszy jest Klaus Maria Brandauer, czyli baron Bron. Sympatyczny facet, zaniedbujący swoją żonę (w dodatku wierność jest dla niego sporym problemem, co zaowocowało syfilisem), ale ostatecznie pozostają w dobrej relacji.

pozegnanie_z_afryka2

No i w końcu ten trzeci – czyli niejaki Denys Finch Hatton w niezapomnianym wykonaniu Roberta Redforda, który mimo lat nadal zachował sporą ilość uroku osobistego (do twarzy mu w kowbojskim kapeluszu). Jaki on jest? Wolnomyśliciel, którego największa przyjemnością było obcowanie z przyrodą, polowania, taki typowy samiec, który kocha Afrykę i jest samotnikiem. Aczkolwiek jego poglądy na temat małżeństwa wielu może wprawić w konsternację („Nie stanę ci się bliższy ani nie będę cię bardziej kochał z powodu kawałka papieru”) w tamtych czasach, ale nawet i dzisiaj co bardziej konserwatywne umysły. I ta trójka przyciąga najbardziej.

Muszę przyznać, że choć nie jestem wielkim fanem melodramatów, to czasami zdarza się taki film-niespodzianka, który zmusza do weryfikacji. „Pożegnanie” jest właśnie takim filmem, który jest prowadzony pewną ręką, nie pozbawionym emocji (a to jest najważniejsze w tej opowieści) oraz odrobiny epickiego rozmachu. Nie ma tu przesytu (aczkolwiek o te 15-20 minut bym poskracał) i nie skręca to w stronę banału czy mielizny. Świetna robota.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Różyczka

Rok 1967 na świecie należał do raczej mniej przyjemnych, gdyż wtedy trwała wojna sześciodniowa. W tym czasie w Warszawie planowała była nagonka przeciw osobom pochodzenia żydowskiego. I to właśnie wtedy doszło do pewnego trójkąta. Ona – prosta, trochę naiwna, ale bardzo piękna dziewczyna imieniem Kamila, która żyje w miarę przyzwoicie i ma chłopaka. On – Roman okazuje się być oficerem UB, a tacy wiadomo, do przyjemniaczków nie należą. I wtedy pojawia się ten trzeci – obiekt obserwacji UB, do czego zostaje wykorzystana Kamila. Nazywa się Adam Warczewski i jest wrogiem publicznym nr 1. Plan wydaje się prosty, ale kiedy emocje biorą górę, zdarzyć się może wszystko.

rozyczka1

Jan Kidawa-Błoński tylko pozornie przedstawia prostą opowieść o miłości z polityczną intrygą w tle. Bo sprawa nie jest taka prosta, jak chcieliby niektórzy prawicowi i lewicowi politycy czy IPN, że ten donosił, drugi współpracował, a trzeci był pod obserwacją. Na początku może wszystko wydaje się łatwe, ale potem pojawiają się komplikacje, a początkowa fascynacja zmienia się w uczucie. Tylko czy można zbudować dobra relację, gdzie fundamentem staje się kłamstwo i zdrada? No właśnie, a władza nie śpi i obserwuje, na swój sposób, by kontrolować i obserwować niewygodnych, nawet swoich ludzi poddając pod obserwację. W dodatku całość jest bardzo pewnie opowiedziana i poprowadzona, dialogi nie drażnią, napięcie ulega nasileniu, a finał naprawdę zaskakuje. W dodatku bardzo zgrabnie wpleciono materiały archiwalne w wydarzenia (wypadki marcowe) i bardzo łatwo w to wszystko uwierzyć. Bo historia potrafi być nieobliczalna i bezwzględna.

rozyczka2

I w dodatku jest to fantastycznie zagrane. Tytułowa Różyczka, czyli Magdalena Boczarska prezentuje się naprawdę dobrze i wiarygodnie pokazuje ewolucję swojej postaci. Współpracuje z władzą nie dlatego, ze będzie mogła lepiej żyć, ale raczej z powodu swojej głupoty i naiwności oraz miłości do oficera UB. Jednak powoli zaczyna czuć do „figuranta” trochę więcej niż fascynację i ciekawość, a cena jej wyboru będzie naprawdę wysoka. Jest ona o tyle niebezpieczna, że nieświadomie „zniszczyła” życie dwóm mężczyzną i jak róża ma kolce. Drugim punktem tego trójkąta jest kapitan UB, świetnie zagrany przez Roberta Więckiewicza. Na początku sprawia wrażenie typowego chama i osiłka (bokser), ale pod tą warstwą ukrywa się czuły facet, rozdarty miedzy uczuciem, lojalnością i presją szefostwa. No i w końcu ten trzeci – Warczewski poprowadzony przez Andrzeja Seweryna to oczytany, inteligentny i samotny mężczyzna, który nie boi się mówić krytycznie o sytuacji w kraju. W końcu zostaje on osaczony przez władzę i zgnieciony. Poza tym trójkątem drugi plan prezentuje się solidnie z Janem Fryczem (płk Wasiak) i Jackiem Braciakiem na czele.

rozyczka3

„Różyczka” może budzić skojarzenia z „Małą Moskwą” Krzystka, gdzie też była zakazana miłość z historycznym tłem. Ale Kidawa-Błoński po prostu mocniej i bardziej angażująco opowiedział całą historię dodając wiele odcieni szarości. Naprawdę przednie kino prosto z Polski.

8/10

Radosław Ostrowski

W ukryciu

Radom, rok 1944. Do swojego domu powraca Janina – młoda i uzdolniona wiolonczelistka. Na miejscu odkrywa, że ojciec ukrywa w w domu Żydówkę Ester, do której odnosi się bardzo sceptycznie. Kiedy jednak jej ojciec zostaje zatrzymany przez Niemców, kobieta decyduje się ją trzymać. Tak bardzo, że jak kończy się wojna nie informuje jej o tym.

ukrycie1

Film Jana Kidawy-Błońskiego to przykład czegoś, co cierpi na tzw. syndrom zmarnowanego potencjału. Sama historia zrobiona bardzo kameralnie i stonowanie, a samej wojny i żołnierzy nie ma tutaj zbyt wielu. Próbował tutaj opowiedzieć o pewnym uzależnieniu wobec drugiego człowieka – to jest tak silne, że motywy tej decyzji są mocno egoistyczne, posunięte nawet do morderstwa. Nie brakuje więc tutaj trupów (raptem 3-4), pożądania i mroku. Problem w tym, że na papierze wygląda to świetnie, ale poza nim to już nie jest tak poruszające. Nie czuć tutaj emocji, relacje są dość mało angażujące, choć powinno to wszystko wgniatać w fotel, a zamiast tego to ciągnie się to w nieskończoność, mimo naprawdę pięknych zdjęć (gra światłocieniem – naprawdę wysoki poziom). Dialogi brzmią sztucznie, rzeczywistość jest mocno umowna, muzyka próbuje być thrillerowata (i całkiem nieźle to wychodzi), ale nie czuć tutaj absolutnie nic. A chyba nie o to tu chodziło – oglądałem ta historię w kompletnym zobojętnieniu.

ukrycie2

Sytuacji wcale nie pomagało aktorstwo, bo jest to na takim sobie poziomie. Magdalena Boczarska tutaj gra jednym wyrazem twarzy (wystraszonej i bardzo skrytej) pokazującej jak to jest niepewna, zagubiona i samotna. Kiedy manipuluje Żydówką i próbuje kontrolować jej życie, trudno w to jakoś specjalnie uwierzyć. Chyba zabrakło tutaj pomysłu na postać. Z kolei Ester Julii Pogrebińskiej jest odrobinkę lepsza, tylko mało zarysowana jest jej postać, przez co jest mocno ograniczona, jednak widać duży potencjał i mocno przykuwa uwagę. Najlepiej wypadł Jacek Braciak, który pojawia się raptem w dwóch scenach i jest tak odpychającym szantażystą, że jego los musiał się tak skończyć.

Plan i ambicje były bardzo wielkie, ale skończyło się niestety jak zawsze. Plusy nie zdążyły przysłonić minusów, których jest po prostu za dużo. Wielka szkoda. 

4/10

Radosław Ostrowski

Długi, wrześniowy weekend

Końcówka sierpnia 1987 roku. Henry jest młodym chłopcem, który mieszka razem z matka Adele (ojciec zostawił ich) w dużym domu na przedmieściach. W supermarkecie trafiają na mężczyznę, który prosi ich o pomoc. Okazuje się, że Frank (bo takie jest jego imię) uciekł z więzienia i jest ranny, potrzebuje pomocy. Zmusza kobietę do pomocy, grożąc śmiercią jej syna. Na miejscu okazuje się, że nie jest aż takim brutalem, a ukrywanie się mające trwać kilka godzin potrwa kilka dni.

weekend1

Dla wielu Jason Reitman pozostanie na zawsze synem twórcy „Pogromcy duchów” i reżyserem „Dziękujemy za palenie”. Następne filmy przyniosły mu rozgłos i nominacje do prestiżowych nagród, jednak nie zawsze było to dla mnie zrozumiałe. Teraz Reitman postanowił zrobić własną wersję „Doskonałego świata”, którą zrobił ponad 20 lat temu Clint Eastwood. Tak jak w tamtym filmie mamy tutaj zbiega, który staje się wzorcem i mentorem dla młodego chłopca. Tylko tutaj jest jeszcze matka, która powoli zaczyna odżywać dzięki mężczyźnie. Niby jest to kryminał, ale to tak naprawdę love story z przewijającym się w tle wątkiem wchodzenia młodego chłopca w dorosłe życie. Czuć w tym pewien nostalgiczny charakter (narracja z offu dorosłego Henry’ego, ciepłe kolory), jednak jest to opowieść pełna smutku (przeszłość zarówno Franka jak i Adele nie była usłana różami), czasami pogodna (wspólne ćwiczenie uderzenia kijem baseballowym), poprowadzona w dość niespiesznym i spokojnym tempem, ale nie pozbawiona scen napięcia, gdy Frank musi się ukrywać. I o dziwo to ogląda się naprawdę dobrze i z zainteresowaniem, a wyczucie nie opuszcza Reitmana do samego końca (trochę przesłodzonego dla mnie). Bez kiczu i pójścia na łatwiznę.

weekend2

I trzeba też pochwalić tutaj aktorów, którzy naprawdę sobie poradzili ze swoimi rolami. Kate Winslet niczym nie zaskakuje, bo granie skomplikowanych kobiecych postaci nie jest dla niej problemem. I tylko to potwierdza – samotna, trochę niepewna i zamknięta dla innych, naznaczona pewną bolesną traumą (nieudane ciąże, które kończyły się poronieniami) powoli zaczyna „kwitnąć” w oczach. Ta przemiana jest bardzo sensownie i wiarygodnie pokazana. Między nią a partnerującym jej Joshem Brolinem (Frank) jest odczuwalna chemia. On sprawia wrażenie silnego fizycznie, ale okazuje się bardzo życzliwym, serdecznym facetem. Mógłby być wzorcem dobrego ojca (wszystko posprząta, zrobi ciasto, ponaprawia tu i tam), gdyby nie to, że musi się ukrywać. Ale i jego przeszłość jest powoli odkrywana w retrospekcjach. I w końcu trzeci wierzchołek trójkąta, czyli syn. Nie wiem jak w stanach to robią, ale tamtejsze dzieci nie brzmią sztucznie na ekranie. Gattlin Griffin tylko to potwierdza i jest całkowicie naturalny od pierwszej do ostatniej minuty. Trzeba mówić coś więcej?

weekend3

Muszę przyznać, że Reitman może nie nakręcił jakiegoś super potężnego czy tak ostrego jak debiut. Niemniej jest to kawał naprawdę dobrego i interesującego kina, któremu (jeśli tylko pozwolicie) uwiedzie was.

7,5/10

Radosław Ostrowski