Wielki Gatsby

Nowy Jork, lata 20. Do miasta przybywa Nick Carroway, który zaczyna pracę jako makler giełdowy. Jednak jego dość spokojne i monotonne życie, nabiera kolorów, gdy poznaje swojego sąsiada – niejakiego Gatsby’ego, strasznie dzianego faceta. Mężczyzna chce odzyskać swoją dawną miłość – kuzynkę Nicka, Daisy. Jednak ta już jest mężatką, ale dla niego nie jest to problem.

gatsby1

Powieść Francisa Scotta Fitzgeralda była przenoszona na ekran wielokrotnie. Teraz tego zadania podjął się Baz Luhrmann – facet, który robi filmy pełne przepychu i powalają warstwą wizualną. I tak też jest tutaj – zdjęcia, scenografia i kostiumy wręcz powalają. Nowy Jork pokazany jest tutaj jako miasto pełne bogactwa, chciwości i czegoś, co nazwałbym moralnym zepsuciem. A całość jest miejscami zmontowana jak teledysk i okraszona bardzo współczesnymi brzmieniami (pop, rap, elektronika), co o dziwo nie gryzie się ze sobą, zgrabnie tworząc specyficzną mieszankę. Jednak sama historia była mało wciągająca i angażująca. Miałem wrażenie sztuczności, aktorzy owszem świetnie wyglądają i  grają całkiem nieźle, ale tu coś nie pasowało. Za dużo kalkulacji, skupienia się na wyglądzie, a za mało emocji. Czułem się jakbym oglądał marionetki chodzące po ekranie niż ludzi z krwi i kości. A tak mogła wyjść z tego historia o próbie (nieudanej, jak każda tego typu) wrócenia do przeszłości i odzyskania utraconej miłości.

gatsby2

Cała historię poznajemy z perspektywy Carrowaya (niezły Tobey „Spider-Man” Maguire) – młodego, naiwnego faceta, który zostaje jedynym prawdziwym przyjacielem Gatsby’ego (porywający DiCaprio). Jego narracja z offu może trochę drażnić łopatologią, ale chyba inaczej nie dało rady. Panie wyglądają pięknie i sprawiają wrażenie wręcz posągów (Carey Mulligan i Isla Fisher), ale trudno uwierzyć w ten świat – lekko kiczowaty, przekoloryzowany, plastikowy.

gatsby3

Obejrzeć można, ale tak naprawdę to piękna wydmuszka, która nie angażuje. Trochę szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Koneser

Virgil Oldman jest właścicielem domu aukcyjnego w Wiedniu, gdzie sprzedaje dzieła sztuki. Jedynymi jego bliskimi znajomymi są malarz Billy, któremu sprzedaje obrazy oraz młody wynalazca Robert. Pewnego dnia Virgil dostaje nietypowe zlecenie: Claire Ibbetson pewna kobieta cierpiąca na agorafobię chce sprzedać swoją kolekcję i prosi Virgila, by wycenił jej wartość.

koneser1

Wszyscy wiemy kim jest Giuseppe Tornatore. Twórca „Kina Paradiso” tym razem tworzy dość intrygującą mieszankę kryminału z wątkiem miłosnym. Reżyser bardzo powoli buduje atmosferę pełną tajemnicy i emocji, nie brakuje napięcia (budowanego bardzo powoli), prowadząc całość do przewrotnego finału. Piękny wizualnie (świetna scenografia – antyki wyglądają pięknie), okraszone to naprawdę dobrą muzyką, Tornatore podejmuje z widzem grę, gdzie jest prowadzona pewna mistyfikacja, a „w każdym oryginale jest odrobina fałszu”. A jednocześnie widzimy jak nasz bohater (wyborny Geoffrey Rush) wyrywa się z kokonu rutyny i bogactwa otwierając się na emocje. Te sceny, gdy zaczyna zwyczajnie czuć są najciekawsze, zaś sama intryga kryminalna jest pogmatwana i trochę przy okazji jest prowadzona. Więcej nie powiem, bo Tornatore ma kilka asów w rękawie.

koneser2

O Rushu już wspominałem – jest on siłą napędową tego filmu i nie wyobrażam sobie, by jakikolwiek inny aktor był w stanie to udźwignąć. Jednak nie tylko on jest tutaj interesujący. Nie można nie wspomnieć Sylvii Hoeks (Claire Ibbetson – agorafobiczka, nieśmiała i nieufna) czy Jimie Sturgessie (wynalazca Robert). Oboje co prawda są w cieniu Rusha, ale radzą sobie naprawdę dobrze ze swoimi rolami.

Intrygujący, ciekawy i wodzący za nos film, w którym Tornatore potwierdza swój talent.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Okruchy dnia

Rok 1958. James Stevens jest kamerdynerem pracujący w rezydencji Darlington Hall. Po śmierci poprzedniego właściciela, lorda Darlingtona, lokaj teraz służy byłemu amerykańskiemu kongresmenowi Lewisowi. Ten daje swojemu służącemu wolne, które zamierza wykorzystać, by wyjechać na wschód kraju, by spotkać się z byłą gospodynią domu, panią Kenton.

okruchy1

Kino historyczne/kostiumowe było domeną Jamesa Ivory’ego – Amerykanina zakochanego w brytyjskiej literaturze i kulturze. Przenosząc na ekran powieść Kazuo Ishiguro, z jednej strony odtwarza realia życia na dworze w latach 30. XX wieku, a jednocześnie opowiada historię miłości dwojga ludzi, którzy nigdy jej sobie nie wyznali. Dwutorowość fabuły (podróż Stevensa przeplata się ze wspomnieniami z czasów świetności dworu) bardzo uatrakcyjnia ten film, choć sprawia on wrażenia nudnego, spokojnego, choć bardzo eleganckiego. Ale to tylko pozory, moi drodzy. Bo emocje, które nie są wypowiedziane, są bardzo namacalne i widoczne, pokazane drobnym spojrzeniem, przerwanym słowem. Ivory jest bardzo wnikliwym obserwatorem, zaś realizacja jest po prostu perfekcyjna – zdjęcia, montaż, muzyka, scenografia, kostiumy, nawet dźwięk są nierozerwalną częścią tego filmu. Takie filmy po prostu się ogląda i ogląda, i ogląda. I zachwyca, nie potrafię tego opisać słowami. Ale jest to też pewna refleksja nad człowiekiem, który idzie zgodnie z rytmem czasu i dąży do perfekcji w swojej profesji (tutaj: idealnego kamerdynera).

Także aktorstwo jest tutaj znakomite i nie chodzi mi tu tylko o główne role, ale nawet o epizody, na co rzadko się zwraca uwagę. Początkowo Anthony Hopkins może sprawiać wrażenie nie pasującego do roli kamerdynera, ale po raz kolejny ten aktor pokazał geniusz. Stevens w jego wykonaniu to perfekcjonista w swoim fachu, który nie zwraca uwagę ani na poglądy czy przekonania swoich pracodawców, tylko stara się wykonywać swoją pracę jak najlepiej. Dlatego nie wypowiada się na tematy polityczne, gospodarcze czy społeczne. Tłumi w sobie wszelkie emocje (najbardziej wylewny staje się, gdy upuszcza butelkę wina), ale oczy „mówią” co innego. To samo powiem na temat Emmy Thompson, która też wspina się na wyżyny swojego talentu jako gospodyni, która wzbudza większą sympatię. Oboje grają koncertowo, ale poza nimi wybijają się równie przedni James Fox (lord Darlington, sympatyzujący z Niemcami), Christopher Reeve (kongresmen Lewis) czy Hugh Grant (dziennikarz Cardinal). Ról zapadających w pamięć jest dużo więcej, ale nie jestem w stanie wszystkich wymienić.

okruchy2

Poruszające i głębokie kino o zabarwieniu obyczajowym. Dawno nie widziałem czegoś tak wyjątkowego i znakomitego. Jeśli ktoś uważa się za kinomana i szuka ambitnego repertuaru, „Okruchy dnia” spełnią jego wymagania.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Marnie

Marnie Edgar jest nałogową złodziejką, która zatrudnia się jako sekretarka pod innym nazwiskiem i okrada swoich szefów. Teraz postanawia dobrać się do Marka Ruthlanda, który nie daje się nabrać. Zatrudnia ją, obserwuje, w końcu bierze z nią ślub, by rozwiązać jej tajemnicę oraz dość dziwne zachowanie.

marnie1

„Marnie” brzmi i trochę wygląda jak „Psychoza”, tylko w wersji żeńskiej. I nie jest to skojarzenie chybione, bo tutaj też jest bardziej skupienie na psychice bohaterki oraz tajemnicy (reakcja na czerwień, męski dotyk i burze). To jest dla reżysera istotniejsze niż kryminalna intryga, która tym razem nie powala, choć powinna. To wszystko jest jakieś sztuczne, na granicy przerysowania i po raz pierwszy od bardzo dawna czułem kompletne znużenie i obojętność wobec tego, co się działo na ekranie. A działo się tam wiele, nawet rozwiązanie całej łamigłówki wydawało się dość oczywiste. Realizacyjnie nie ma się tu czego przyczepić, jednak sama realizacja to trochę za mało, by przykuć uwagę na dłużej.

marnie2

 

Bo sama fabuła nie powaliła na kolana, w dodatku zagrane jest to tak sobie. Tippi Hendren jako Marnie wypadła całkiem nieźle, ale w scenach ataków wydawała mi się przerysowana i sztuczna, wręcz manieryczna. Trochę lepszy był Sean Connery – pomysłowy, przewidujący i inteligentny facet. Najpierw obserwuje Marnie, zakochuje się w niej, w końcu to on rozwiązuje tajemnicę jej przeszłości (mroczna sprawa z dzieciństwa).

Cóż, zdarzało się, że nawet najlepsi popełniali błędy. „Marnie” jest takim potknięciem Hitchcocka. Czyżby jego najlepsze lata były już za nim?

5/10

Radosław Ostrowski

Osławiona

Alicia Huberman jest córką skazanego za kolaborację z Niemcami. Kobieta od tej pory prowadzi dość hulaszcze życie. I wtedy pojawia się tajemniczy T.R. Devlin – agent wywiadu, który dalej jej zadanie do wykonania. Ma zbliżyć się do znajomych jej ojca, którzy prowadzą tajemnicze interesy. Jeden z nich Alexander Sebastian jest w niej zakochany, co powinno ułatwić zadanie. Chyba, że jej agent prowadzący też się w niej zakocha.

oslawiona1

Alfred Hitchcock kolejny raz współpracuje ze scenarzystą Benem Hechtem. I znów mamy mieszankę wątku miłosnego z wątkiem sensacyjno-szpiegowskim. Tym razem jeszcze wszystko w Brazylii. A całość znowu jest bardzo zgrabnie i pomysłowo zrobiona. Wizualnie znowu wszystko jest dopieszczone i dopracowane, sama intryga dobrze poprowadzona, a oba wątki trzymają w napięciu i nie nudzą. Aż do naprawdę trzymającego finału. Szczegóły są dopięte, zdjęcia i muzyka są naprawdę dobre, zaś montaż stawia wszystko na nogi. Więcej nie zdradzę, choć trochę to przypomina „Urzeczoną”, tylko zamiast psychoanalizy mamy szpiegów i intryga jest chyba ciekawsza.

oslawiona2

Wszystko jest poprowadzone pewną ręką i zagrane bardzo dobrze. Zarówno przystojny Cary Grant i piękna Ingrid Bergman tworzą naprawdę zgrabny duet. Oboje muszą tłumić swoje emocje, bo to mogło by zaszkodzić, ale to nie jest łatwe. Ale i tak cały film ukradł Claude Rains – czarujący, inteligentny facet, który stracił głowę dla kobiety i to go, niestety, zgubi.

Kolejny przykład na to, że nawet z dość typowego schematu, można wymyślić jeszcze coś ciekawego i nadal trzymającego w zainteresowaniu. Świetne kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Rebeka

Młoda dziewczyna jest damą do towarzystwa dla pani von Hopper. Podczas wspólnego pobytu z nią w Monte Carlo poznaje pana de Wintera – owdowiałego arystokratę z majątkiem w Manderlay. Szybko biorą ze sobą ślub i przyjeżdżają do majątku. Jednak na miejscu odkrywa, że wszyscy bardzo wspominają poprzednią panią domu, która zginęła w tragicznych okolicznościach.

rebeka2

Alfred Hitchcock drugi raz się mierzy z dorobkiem Daphne Du Maurier. Historia zaczyna się jak w melodramacie – mamy miłość wbrew pozycji społecznej. Ale z momencie przybycia do Manderlay atmosfera staje się gęstsza i bardziej ponura, zaś tajemnica skrywana w tym domostwie będzie mroczna (i zaskakująca). Potęgowana jest zarówno przez gotycki wystrój domostwa, jak i przez zachowanie ochmistrzyni. Ale i nie tylko, bo i praca kamery (świetne czarno-białe zdjęcia) jeszcze bardziej pozwalają nam się w czuć w skórę drugiej żony de Winter, która czuje się obca, zagubiona i niepotrzebna. Hitchcock potrafi trzymać w napięciu, wiele razy zaskakuje i nadal ogląda się to dobrze. Jednak nie czułem się powalony, ani nie nazwałbym tego filmu arcydziełem, tak jak większość. To po prostu bardzo dobry film.

rebeka1

A że jest taki, to także zasługa świetnego aktorstwa. Laurence Olivier jest klasą samą w sobie, a rolą pana de Winter tylko to potwierdza. Przystojny, czarujący i miły nagle potrafi się zmienić w nerwowego, dręczonego wspomnieniami. Równie czarująca jest Joan Fontaine – młoda, niedoświadczona druga pani de Winter (nigdy nie poznajemy jej imienia). W domostwie czuje się nieswojo, choć stara się z całych sił, by się dopasować. Z dość bogatego planu najbardziej się wybija Judith Anderson (pani Danvers – dość niepokojąca ochmistrzyni) oraz George Sanders (śliski pan Favell).

Pierwszy film Hitcha nakręcony w USA i jedyny nagrodzony Oscarem za najlepszy film. I mimo lat nadal potrafi urzec i zaintrygować.

8/10

Radosław Ostrowski

W.E. Królewski romans

Wally Wintrop jest młodą kobietą zafascynowaną losami Wallis Simpson. Zbiera ona wszelkie pamiątki na temat Wallis, zauważając pewne podobieństwa między nią a sobą. Zwłaszcza że jej małżeństwo (pozornie szczęśliwe i bogate) nie jest udane. Intensywnie chodzi na wystawę poświęconej Wallis i Edwardowi, gdzie przykuwa uwagę rosyjskiego ochroniarza.

w.e.

Zawsze, gdy za kręcenie filmu bierze się osoba spoza środowiska filmowego, wywołuje to spore emocje i pytanie: po co to jest właściwie robione? Dla zwiększenia sławy, popularności, pokazania, że też potrafię? A może jest to czwarty, rzadko rozważany wariant pt. Jestem artystą i mam w tej formie coś do powiedzenia? Więc dlaczego Madonna – znana piosenkarka, niezbyt dobra aktorka, posiadająca pieniędzy jak lodu na biegunie północnym, w ogóle bierze się za reżyserowanie? Nie mam pojęcia. Jednego zaś nie mogę odmówić – warstwa audio-wizualna jest najmocniejszym atutem tego filmu, zaś przeplatanie wątków Wally i Wallis uatrakcyjnia ten film. Spowolnienia, kolorystyka, a jednocześnie realia lat 30-tych, gdzie za złamanie pewnych reguł groziło wykluczenie – to naprawdę robi wrażenie. A jeśli do tego dodamy muzykę nie tylko Abla Korzeniowskiego, to już jest miód. Ale mimo to czułem się lekko rozczarowany. Dlaczego? Nie czułem tego wszystkiego i oglądałem ten film z kompletną obojętnością. Nie jest to jednak winą aktorów, bo ci zrobili tyle, ile mogli (ze szczególnym wskazaniem na Abbie Cornish i Andreę Risenborough w rolach Wally i Wallis), dialogi też niezłe, scenariusz poprawny. To w czym problem? Żebym to ja wiedział.

w.e.1

Reżyserka mierzyła wysoko i spadła z konia. Niemniej jedno jest pewne – ogląda się to całkiem nieźle, nie ma dłużyzn czy nudy. Gdyby jeszcze to było angażujące kino.

6/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna na moście

Zaczyna się dość banalnie, by nie rzec prosto. Młoda dziewczyna Adele, która ma problemy z facetami (zawsze trafia na tych „złych”) chce popełnić samobójstwo. Jest tyle wariantów przeniesienia się na tamten świat, więc dlaczego skok z mostu? Bo może pojawić się osoba, która będzie chciała zniechęcić lub co gorsza uratować. Tak jak Gabor – cyrkowiec, który rzuca nożami. Zatrudnia ją jako asystentkę i ruszają w trasę. Oboje zaczyna przynosić sobie szczęście.

most1

Brzmi jak bajka? Trochę taki jest film Patrice’a Leconte. To jest mieszanka realizmu, bajki i melodramatu, okraszonego lekko ironicznym humorem oraz niedopowiedzeniami. Takie rzeczy to tylko we Francji. I jeszcze to działa. Trudno zakwalifikować ten film, ale jedno jest bezdyskusyjne – robi on piorunujące wrażenie. Sama historia może i nie jest zbyt oryginalna, jednak sposób realizacji powoduje, że ogląda się to wybornie. Nakręcony czarno-białą taśmą tworzy wyjątkową aurę, której nie byłoby w kolorze. Druga rzecz to dialogi – mimo metafor nie przynudzają, czasem przemycany jest humor (lekko ironiczny, trochę subtelny), a trzecia to sceny występów z rzutami nożem – świetnie zmontowane, z bardzo poruszającą piosenką „Who Will Take My Dreams Away” Marianne Faithful. Widziałem wiele pięknych scen, ale ta bije wszystko – napięcie jest wręcz namacalne tak jak strach i wiara, żeby wszystko poszło dobrze.

most2

Ale nawet te wszystkie zabiegi spaliłyby na panewce, gdyby nie grający główne role genialny duet Vanessa Paradis-Daniel Auteuil. Ona – nimfomanka, która nie panuje nad swoimi żądzami, a jednocześnie delikatna i piękna, szukająca miłości. On – tajemniczy, piękny jak noc listopadowa, jedno spojrzenie mówi czasem za wszystko. Razem tworzą piorunującą mieszankę, która wręcz rozsadza ekran („telepatyczne” rozmowy czy występy). Reszta obsady tak naprawdę robi tu tylko za tło.

Francuzi mają coś takiego, że tworzą bardzo zaskakujące filmy, które potrafią dotknąć różnych strun i emocji, których nie potrafię wyrazić czy opisać. Trochę mało znany tytuł, ale ci, którzy go odkryją nie powinni narzekać.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Tess

Tess Durbeyfield jest córką woźnicy, który odkrywa (dzięki pastorowi), że jego rodzina pochodzi ze szlachetnego rodu. Rodzice zmuszają ją, by poprosiła o pomoc swoich bogatszych krewnych. Dziewczyna robi wrażenie na swoim kuzynie, Alecu d’Urberville’u, który ją uwodzi. Zajście w ciążę i śmierć dziecka mocno zmienią jej los.

tess2

Roman Polański pozornie zaskoczył wszystkich biorąc na warsztat powieść Thomasa Hardy’ego, która jest melodramatem. Ale to tylko pozory, bo reżyser nadal obraca się wokół swoich tematów – zło, fatalizm ludzkiego losu czy samotność. Losy bohaterki, która dryfuje ze swoim życiem i nie decyduje o sobie sama poruszają, zmuszając do przemyśleń. XIX-wieczna Anglia to czasy konwenansów oraz podziałów społecznych, gdzie niedostosowanie do społeczeństwa groziło odrzuceniem i alienacją. Jednocześnie „Tess” zaskakuje wyrafinowaniem wizualnym, pełnym jasnych kolorów i pięknych plenerów. Druga dość istotna rzecz to nie tyle niedopowiedzenia, co nie pokazywanie wszystkiego wprost (chrzest i śmierć dziecka Tess, zabicie Aleca czy śmierć ojca), a widzimy jedynie skutki tych wydarzeń, co jest pewnym plusem. Choć czas trwania może się wydawać przerażający (ponad dwie i pół godziny), słowo nuda nie istnieje, choć nie wszystkim się to spodoba. Wymaga ten film skupienia (jak każdy film Polańskiego).

tess1

Jednak jego najmocniejszym atutem – poza tak banalnymi rzeczami jak scenariusz, reżyseria i warstwa wizualna – są aktorzy, ale to u Polańskiego też jest pewną normą. Debiutująca na ekranie Nastassja Kinski (córka TEGO Kinskiego) wypada bardzo naturalnie i bardzo dobrze jako młoda dziewczyna, tracąca niewinność i zawsze mająca pod górkę. Stara się zachować godność i przez chwilę wziąć kontrolę nad swoim losem, co doprowadza do tragicznego finału. Poza nią najbardziej należy wyróżnić dwóch panów: Leigha Lawsona (śliski, rozpuszczony Alec d’Urberville) i Petera Firtha (dobroduszny Angel Clare, który nie zachowuje się do końca fair wobec Tess). Obaj panowie są świetni i przykuwają uwagę nie gorzej niż Kinski.

tess3

Polański tym filmem potwierdza swoją wszechstronność w realizacji kina gatunkowego, jednocześnie obracając się wokół tej samej tematyki. Znakomite kino po prostu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Barry Lyndon

Druga połowa XVIII wieku. Raymond Barry jest młodym irlandzkim chłopakiem samotnie wychowywanym przez matkę. Jego ojciec zginął w pojedynku, więc młodzieniec sam utrzymywał dom. Zaś cała jego historia zaczyna się w momencie, gdy Barry zakochuje się w swojej kuzynce, która ma wyjść za brytyjskiego oficera. Dochodzi do pojedynku i Barry zabija oficera, co zmusza go do ucieczki. Dzięki zbiegowi okoliczności trafia do brytyjskiej i potem pruskiej armii. Z pomocą swojego krajana, kawalera de Balibari, udaje się uciec z wojska. W końcu Barry poznaję hrabinę Lyndon, którą uwodzi, a potem poślubia.

barry_lyndon1

Stanley Kubrick tym razem postanowił wykorzystać powieść Williama Mackepeace’a Thakeraya, by przedstawić historię człowieka, próbującego przebić się do wyższych sfer i jego ostatecznego upadku. Poza tym jest to wielki freski historyczny, pokazujący zarówno konwenanse obowiązujące socjetę, jak i jej hipokryzję oraz moralne zepsucie. Wszystko jest teatrem (scena ataku wojsk brytyjskich, które bardziej przypomina paradę niż atak), a prawdziwe emocje są bardzo mocno tłumione. Co się liczy? Reputacja, stan posiadania, pieniądz – wszystko inne jest nieważne. Nasz bohater ma nie tylko odrobinę sprytu (ucieczka w mundurze kuriera), dużo szczęścia i determinację, by odmienić swój cel. Ale to wszystko jest z góry skazane na przegraną, co przypomina nam narrator, który w obojętnym, wręcz kronikarskim tonie opowiada całą historię. Wszystko to okraszone zarówno naprawdę dobrymi dialogami, świetną reżyserią (3-godzinny film, który przykuwa uwagę do ostatniej sceny – to naprawdę wyczyn), pięknie dobraną muzyką z epoki (z nieśmiertelną „Sarabandą” Haendla), bardzo eleganckimi kostiumami z epoki oraz przepięknymi zdjęciami (nie tylko plenery, ale też sceny nocne, gdzie oświetleniem były tylko świece). Imponuje też zarówno precyzja w realizacji ujęć, jak i jednocześnie skupienie uwagi na detalu, co potrafi naprawdę niewielu. Jest kilka genialnych scen jak pojedynek Barry’ego z lordem Bullingtonem (to bardziej konfrontacja na charaktery niż pistolety) czy atak na wojska pruskie, potwierdzające fakt, że film jakoś nie chce się zestarzeć.

barry_lyndon2

Także od strony aktorskiej film prezentuje wysoki poziom, choć jest to bardziej dramat psychologiczny niż stricte kostiumowe kino. Główną rolę świetnie zagrał Ryan O’Neil, który dał życie temu oportuniście, tracącym złudzenia i starającym się żyć dostatnie. Jednocześnie stara się dostosować do reguł tego świata, ale zdarza mu się ponieść emocjom, choć zgrzebnie je ukrywa. Poza nim warto też wyróżnić absolutnie cudownych: Marisę Berenson (lady Lyndon, czarująca, opanowana, potem przeżywająca załamanie nerwowe), Leona Vitali (upokarzany i pogardzany lord Bullington, syn lorda Lydona), Patricka Magee (sprytny kawaler de Balibari) oraz Hardy’ego Krugera (kapitan Potzdorf).

barry_lyndon3

Nie starczyło by mi czasu na opisanie „Barry’ego Lyndona”, ale to kolejny dowód perfekcji Kubricka, która imponuje nawet do dnia dzisiejszego. Poraża, intryguje, przykuwa uwagę i nadal fascynuje.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski