Nie patrz w górę

Ludzkość ma przejebane – taki prosty, brutalny i przygnębiający wniosek wyciągnąłem po obejrzeniu nowego filmu Adama McKaya dla Netflixa. Już wcześniej – w „Big Short” oraz „Vice” – piętnował ludzką głupotę i chciwość, dla której ludzie przy władzy byli w stanie nie tylko doprowadzić do załamania gospodarki czy destabilizacji układu geopolitycznego. Jednak w „Nie patrz w górę” reżyser idzie o krok dalej, bo tutaj te cechy doprowadzają do zniszczenia całej planety. Jakim cudem?

Wszystko zaczęło się od obserwowania nieba przez astronautów pod wodzą dra Randalla Mindy’ego (Leonardo DiCaprio w najbardziej przyziemnym wydaniu od dawna). Jedna z jego podopiecznych, doktorantka Kate Dibiasky (Jennifer Lawrence) zauważa kometę z krańca Układu Słonecznego. Po dokładnych obliczeniach wynika, że kometa (średnica około 10 km) trafi na kolizyjny kurs z Ziemią za nieco ponad pół roku. Informacje idą do NASA, co okazuje się początkiem poważnej przeprawy. Czy trzeba ratować Ziemię? Prezydent USA Jenny Orlean (Meryl Streep) w dzień otrzymania informacji woli jednak świętować urodziny, co pokazuje jak poważnie traktuje tą sprawę. Dopiero następnego dnia przyjmuje parę naukowców, ale nawet wtedy nie zamierza podejmować działań. Pewne okoliczności zmuszają astronomów do prób dotarcia przez media, co kończy się katastrofą. Bo #nikogo to nie obchodzi.

Reżyser tym razem nie idzie ze swoim satyrycznym ostrzem po prawdziwych ludziach czy systemie, który doprowadza do zapaści. W zamian za to przygląda się współczesnemu światu i wystawia bardzo ostrą ocenę ludzkości. Zapatrzonej w social media, traktujący bardziej poważnie opinie celebrytów o IQ na poziomie orzeszka niż naukowcom, mający innych głęboko w dupie. Gdzie wszystkie działania polityków są robione tylko na pokaz, bo wejdzie wielce dziany koleś (Mark Rylance), który zobaczy szansę na zarobienie kasy za pomocą komety. Jak? Bo są cenne surowce do budowy komputerów oraz smartfonów. Więc całą planowaną misję z rozwaleniem komety atomówkami (zamiast Bruce’a Willisa jest Ron Perlman na pełnym wkurwie) **** strzelił.

To jest jednak dopiero początek cyrku oraz wielkiego pierdolnika, na który para naszych bohaterów kompletnie nie ma wpływu. Olewanie wiadomości, tworzenie memów, fake newsów, krótkowzroczność władzy, chciwość biznesmenów, celebryctwo, odsuwanie naukowców i tworzenie projektów bez weryfikacji. Nie ważne czy mówimy o wizycie w telewizyjnym programie informacyjnym (nasza parka w różnych odstępach czasu wręcz wrzeszczy, by dostać się z przekazem) czy uczynieniu z dr Mindy’ego celebryty, wreszcie nałożeniu przez władzę knebla. Zaś finał może być tylko jeden – koniec świata, bez jakiejkolwiek nadziei i szansy, co podkreśla bardzo ironiczny finał.

I tu mam pewien problem z „Nie patrz w górę”, a może to ja mam coś ze światem. Bo przez cały czas oglądania, mimo humorystycznych momentów czy przerysowania, ja byłem… przerażony, wkurwiony, a nawet niedowierzałem. Śmiech często stawał mi w gardle, rzadko pozwalając sobie z niego wyjść. Skala idiotyzmów oraz ogłupienia to coś, co widzę na co dzień i być może dlatego było to dla mnie obojętne. A może ten pesymizm był dla mnie za ciężki? A może postacie (poza główną parą) to nie są ludzie z krwi i kości, tylko stworzone awatary, karykatury? Fantastycznie zagrane (m.in. przez zaskakującą Meryl Streep czy absolutnie rewelacyjnego Marka Rylance’a), jednak tu liczy się para głównych bohaterów. DiCaprio zaskakuje normalnością jako szary (w sensie nie większy niż życie heros) człowiek, ze swoimi nerwicami, zestawami leków oraz potrzebą doceniania. Jego bohater przez moment zostaje celebrytą, ale jednocześnie jest manipulowany, a jego głos ignorowany. Z kolei postać Lawrence jest zbudowana na kontraście – pełna wściekłości, impulsywna, działająca instynktownie, co doprowadza do chaosu oraz lekceważenia jej.

I ta para oraz reakcje na cały ten popierdolony świat to najmocniejsze punkty tej satyry. Zbyt przerysowanej, groteskowej, przejaskrawionej, a jednocześnie tak… prawdziwej. Po obejrzeniu tego filmu jeszcze bardziej traci się wiarę w ludzi (jak mawiał dr House: „Ludzkość jest przereklamowana”), choć z drugiej strony chce się wierzyć, że taki scenariusz nigdy się nie wydarzy. Bardzo gorzka pigułka.

7/10

Radosław Ostrowski

Małe kobietki

Powieść Louisy May Alcott o siostrach March i ich wchodzeniu w dorosłe przenoszono na ekran tyle razy, że ja nie wiem, co jeszcze można wymyślić w tym temacie. Bo mamy cztery siostry, uzdolnione artystyczne, wychowywane głównie przez matkę. Wszystko poznajemy z perspektywy średniej siostry Jo, która ma predyspozycje do pisania. No i te same dylematy: wierność własnym zasadom czy dopasowanie się do społeczeństwa, gdzie traktowana jest jako ta gorsza i nie mająca zbyt wiele szans na karierę czy samodzielność. Więc co nowego ma do zaoferowania reżyserka Greta Gerwig?

male kobietki 2019-1

Niby wydaje się, że opowiada tą samą, znaną nam opowieść. Ale reżyserka postanowiła całość pokazać za pomocą dwóch linii czasowych: współczesnej, czyli lata 70. XIX wieku oraz 7 lat wstecz, gdy ojciec rodziny ruszył walczyć na wojnie secesyjnej. Zderzenie przeszłości (okresu pomiędzy dzieciństwem a dorosłością) z teraźniejszością, gdzie niemal każda z sióstr wyfrunęła ze swojego domu i zaczyna podejmować ważne decyzje. Nie ważne, czy jest to nieujarzmiony, wolny duch Jo, dostosowująca się do panujących reguł Amy, rozważnej i opanowanej Meg lub empatycznej Beth. Każda z pań niejako zostaje zmuszona do zweryfikowania swojej postawy, zaś łamana chronologia jest tutaj bronią obosieczną.

male kobietki 2019-2

Z jednej strony pozwala pokazać pewne głębiej każdą z bohaterek (nawet najbardziej znienawidzoną przez fanów książki Amy) i poznać jej racje. Z drugiej strony wywołuje to na początku chaos i zagubienie. Zwłaszcza kiedy chcemy ustalić co dzieje się kiedy. Dopiero po kilkudziesięciu minutach można odkryć różnicę (zwróćcie uwagę na kolory i ich nasycenie) i wejść w całą opowieść. Pełną ciepła (przepięknie wygląda ten film wizualnie), wzruszeń i humoru, z postaciami nie dającymi się nie lubić. Nawet jeśli zdarza im się podjąć decyzje pod wpływem negatywnych emocji (spalenie powieści Jo przez Amy) czy zbyt pochopnie, podcinając sobie skrzydła.

male kobietki 2019-4

Żeby jednak nie było, film ma drobne wady. Poza chaotyczną narracją (przynajmniej na początku) troszkę film zepsuło mi zakończenie. I nie chodzi mi tutaj o wydruk powieści, ale raczej tą sielankową wręcz atmosferę, gdzie robi się – przynajmniej dla mnie – już za słodko. No i jest jedna kreacja, która mnie troszkę rozczarowała, czyli Laurie. Sąsiad Marchów w wykonaniu Timthy’ego Chalamette’a jest całkiem ok, ale po tym aktorze liczyłem na coś więcej.

male kobietki 2019-3

Poza tym aktorsko byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Oczarowała mnie – w co nie wierzyłem do końca – Saorise Ronan jako najbardziej niezależna z całego rodzeństwa Jo, choć wydaje się niepozorna. Jak ją na początku zobaczyłem, miałem wątpliwości, ale kupiła mnie swoją energią, oczami i temperamentem, nawet jak puszczały jej nerwy, wylewając cała złość. Film kradnie świetna Florence Pugh, czyli Amy – najbardziej kapryśna z całej czwórki. Nie jest jednak w żaden sposób demonizowana czy budząca antypatię, zaś jej racje wygłasza w dość mocnym monologu. Przez tą scenę zacząłem inaczej patrzeć na tą postać. Reszta rodzeństwa wydaje się być tłem (Emma Watson i Eliza Scanlen), ale ma swoje bardziej poruszające momenty. To dotyczy najmłodszej, chorowitej Beth, której wątek dodaje sporo dramaturgii. Ale drugi plan jest bardzo bogaty, a z niego najbardziej wybija się Laura Dern jako matka, która – przez większość czasu – sama zajmuje się domem i wydaje się być niemal ideałem. Mimo przeciwności losu, jest niemal twardym monolitem i wsparciem dla rodziny, zaś jej rozmowy z Jo pokazują jak wiele mądrości ma ta kobieta. No i jest jeszcze drobny epizod Meryl Street, czyli bogatej ciotki March, która zapada w pamięć.

Mój sceptycyzm wobec tej wersji w trakcie seansu bardzo osłabł, ale Gerwig uwiodła mnie swoją wizją. Jest to ciepła, piękna plastycznie opowieść o kobiecości i wchodzeniu w dorosłe życie, pełna nieopisanej pasji. Chyba jestem pani Gerwig winien przeprosiny, czekając na kolejny film.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pralnia

Trzy lata temu było głośno o tzw. Panama Papers – czyli ogromny wyciek danych firmy prawniczej Mossack Fonseca z Panamy. To w tej firmie powstała masa firm-słupów, dzięki którym prowadzone są finansowe przekręty, wykorzystywane przez finansowe elity, półświatek przestępczy oraz ludzi ze świata polityki. Dokumenty zostały przekazane przez tajemniczego Johna Doe do dziennikarza niemieckiego Suddeutsche Zeitung. Jak funkcjonował ten cały system? O tym próbuje opowiedzieć w swoim nowym filmie Steven Soderbergh.

pralnia1

Wszystko zaczyna się od rejsu, w którym bierze udział Ellen Martin razem ze swoim mężem. Przepłynięcie statkiem przez jeziorze kończy się wypadkiem i śmiercią 21 osób w tym mąż Ellen. W końcu dostanie odszkodowanie z ubezpieczalni i jakoś będzie można żyć. Problem w tym, że firma ubezpieczeniowa była słupem, przekazujące innej firmie, potem innej i innej. Łańcuszek finansowy, gdzie odpowiedzialność prawna zaczyna się rozmywać. I kto ma ponieść odpowiedzialność za wypadek, śmierć? Pytanie, pytanie, kolejne mylne tropy prowadzące donikąd. Jak się odnaleźć w tym całym bajzlu?

pralnia2

Reżyser mocno pod względem formy oraz stylu inspiruje się dylogią Adama McKaya, gdzie w komediowym, lekkim tonie opowiada o skomplikowanych mechanizmach biznesu oraz polityki. Zaś naszymi przewodnikami są Jurgen Mossack i Ramon Fonseca, czyli założyciele tej prawniczo-biznesowej kancelarii. Czwarta ściana łamana jest dość często, a panowie mają w sobie tyle uroku, że nie można ich nie lubić (mimo że są tutaj czarnymi charakterami). Fakt, że więcej czasu spędzamy z tymi złymi nie przeszkadzałby mi aż tak bardzo, gdyby nie jeden istotny szczegół: to ma tak anegdotyczny charakter, że sama mechanika wydaje się niejasna. Nie brakuje tutaj miejscami rozbrajających scen (rodzinna sytuacja afrykańskiego słupa Charlesa czy Maynard próbujący się dogadać z chińskimi wspólnikami), gdzie humor bywa smolisty. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że to wszystko jest przerostem formy dla treści. A może już tematyka finansowych oszustw i machinacji zwyczajnie już mi się przejadła. Do tego główna bohaterka zostaje porzucona przez twórców w połowie opowieści, by pojawić się dopiero w samym finale, co mnie zaskakuje.

pralnia3

Choć nie brakuje tutaj znanych twarzy, są one głównie zepchnięte do epizodycznych ról (m.in. David Schwimmer, Sharon Stone czy Matthias Schoenaerts). Za to Meryl Streep prezentuje się dobrze, choć jej postać nie jest zbyt dobrze zarysowana. Najważniejszy jest tutaj duet Gary Oldman/Antonio Banderas w roli prawniczych oszustów, będących naszymi przewodnikami po świecie szarej sfery finansowej. Panowie błyszczą w swoich strojach, przerzucają się terminami i czuć duże zgranie między nimi. I to jest prawdziwe paliwo napędowe, tak jak łamiący czwartą ścianę finał.

pralnia4

„Pralnia” jest solidnym filmem w dorobku Soderbergha, ale nie mogę pozbyć się wrażenia zmarnowanego potencjału. Można było z tego wycisnąć o wiele, wiele więcej a nie tylko inspirować się stylem McKaya z ostatnich lat. Niemniej jest to całkiem przyzwoita rozrywka.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Czwarta władza

Cała historia zaczyna się w Wietnamie. Trwa wojna, jest rok 1966. By opisać jej historię zostaje wysłany analityk korporacji Rand, Daniel Ellsberg. Po powrocie z kraju w 1969 roku mężczyzna podejmuje bardzo trudną i ryzykowną decyzję – wykrada z korporacji raport szefa Departamentu Obrony, Roberta McNamary (tzw. Pentagon Papers), robiąc fotokopie. Dwa lata później zaczyna przekazywać je do prasy. Biały Dom odkrywa przeciek i próbuje wszelkimi sposobami zablokować rozpowszechnianiu tych dokumentów. Wtedy do gry włącza się Washington Post, znajdujący się w dość trudnej sytuacji ekonomicznej.

czwarta_wladza1

Jak wiele osób, które tu zaglądają wiedzą, że jestem fanem Stevena Spielberga. Właściwie ten film, mógłby nie powstać, gdyby nie jeden drobny szczegół. Reżyser ukończył zdjęcia do filmu „Ready Player One”, trwały pracę nad post-produkcją i szukając czegoś do roboty, trafił na scenariusz Liz Hannah (lekko podrasowany przez odpowiedzialnego za skrypt do „Spotlight” Josha Singera), uznając ten materiał za interesujący. Szczególności temat dotyczący roli mediów.

Punktem zapalnym jest wyciek tajnego raportu, z którego wynika, że od czasów administracji Trumana planowano podjęcie interwencji w sprawie Wietnamu (wtedy Indochin) oraz fakt, iż wojna jest z góry skazana na przegraną. Mimo to jest kontynuowana, a opinia publiczna wprowadzona w błąd. I teraz zaczyna się pytanie: publikować, idąc na konfrontację z ludźmi władzy czy może zachowywać z nimi dobre kontakty? Sprawa jest o tyle istotna, że stawką jest reputacja tej (wtedy) lokalnej gazety z ambicjami na coś więcej oraz jej status finansowy.

czwarta_wladza2

Sam początek jest dość spokojny i ospały, a narracja jest prowadzona dwutorowo. Z jednej strony mamy szefową gazety – Katherine Graham (świetna Meryl Streep), która jest bardzo wycofaną, zagubioną kobietą, próbującą się odnaleźć w nowej roli, niejako zmuszona do tego (jej mąż popełnił samobójstwo). Otoczona doradcami, czyli facetami w średnim wieku, musi podjąć bardzo trudną decyzję (mocna scena rozmowy telefonicznej na kilka osób), a jej przemiana budzi uznanie i jest pokazana bez fałszu. Drugim bohaterem jest naczelny gazety, czyli Ben Bradlee („tylko” solidny Tom Hanks), szukający od dłuższego czasu jakiegoś dobrego materiału do gazety, uparcie dążącego do celu oraz hołdującemu prawu do wolności prasy. Te postacie rzadko się spotykają ze sobą, przez co na początku trudno wejść w rytm. Wszystko się zmienia w momencie znalezienia dokumentów oraz źródła, doprowadzając do przyspieszenia akcji oraz walki o publikację. Reżyser trzyma w napięciu (świetnie zmontowana scena „drukowania” tekstu od czcionek czy składanie raportu do kupy, bez numerowanych stron), parę razy bawi się montażem (kopiowanie dokumentów) i wykorzystuje archiwalne materiały (sceny z Białego Domu, gdzie „słyszymy” Nixona), prowokując do pytań o relację dziennikarz-polityk. Czy te strony mogą utrzymywać dobre relacje, czy można wykorzystać do roli informatorów, czy można posunąć się do manipulacji? To daje wiele do myślenia, ale odpowiedzi nie do końca są rzucane nachalnie.

czwarta_wladza3

Film ogląda się świetnie, także dzięki realizacji. W końcu to Spielberg, który zachowuje swój poziom. Kamera miejscami wręcz pędzi płynnie z postaci na postać, podkręcone montażem oraz zachowując realia lat 70. Bardzo miękkie, ładne kolory, miejscami surowa, realistyczna scenografia oraz stonowana muzyka w tle potrafi zbudować napięcie. Owszem, pod koniec jest lekko patetycznie (sceny w sądzie), a epilog wydaje się niepotrzebny. To na szczęście, nie psuje dobrego wrażenia.

Aktorsko też się trudno przyczepić, mając takie osoby w rolach głównych. Jednak drugi plan został całkowicie zdominowany przez fantastycznego Boba Odenkirka (Ben Bagdikan), dającego wiele energii oraz napięcia podczas tak pozornie drobnych scen jak rozmowa telefoniczna. Oprócz niego zobaczymy tak rozpoznawalne twarze jak Sarah Paulson (żona Bradlee’ego), Tracy Letts (Fritz Beebe, doradca Graham), Matthew Rhys (Daniel Ellsberg) czy Jesse Plemons (adwokat gazety).

czwarta_wladza4

Kiedy już straciłem nadzieję, że Spielberg wzniesie się pod swój solidny poziom, „Czwarta władza” przypomina, za co pokochałem tego filmowca. To film zrobiony na dobrym poziomie, z mocną obsadą oraz ponadczasowym tematem, będącym (w Stanach) dziwnie aktualnym. Szkoda, ze takich mediów już nie ma. A może są, tylko ich nie dostrzegłem?

7/10

Radosław Ostrowski

Nigdy nie jest za późno

Poznajcie Ricki – to już niemłoda kobieta, która wybrała sławę, gitarę oraz śpiew w spelunie. Tylko, że wcześniej miała męża, dzieci i rodzinę, ale postanowiła z nich zrezygnować. Obecnie jest spłukana, więc dorabia na kasie w supermarkecie. Lecz pewien telefon zmienia wszystko – jej były mąż prosi o pomoc przy przeżywającej depresję córce. Kobietę rzucił facet i trzeba mocno ją wesprzeć.

nigdy_nie_jest1

Dawno, dawno temu (czyli na początku lat 90.) Jonathan Demme miał na kolanach cały świat, dzięki rewelacyjnemu „Milczeniu owiec” oraz wzruszającej „Filadelfii”. Ale – jak się miało okazać – ostatni film z 2015 roku to, niestety, duże rozczarowanie. Punkt wyjścia, pozornie prosty, czyli próba pogodzenia się z rodziną, dawał ogromne pole do popisu. Tylko, że samo podejście tego tematu jest tak płytkie i powierzchowne, że już bardziej się nie da. Nasza bohaterka jest do bólu konserwatywna, choć wygląda na wyluzowaną oraz otwartą. Córeczka ma silne wahania nastrojów, depresję oraz próbę samobójczą. Z kolei eks-mąż jest pracownikiem korporacji, a obecna żona jest czarna – przepraszam – jest Afroamerykanką, z kolei młodszy syn to gej żyjący z Azjatą. Tak politycznie poprawnego (w negatywnym znaczeniu tego słowa) nie widziałem od dawna, a wiele scen pozornie mających poruszyć jak konfrontacja rodziców z niedoszłym zięciem czy wahania Ricki/Lindy co do pójścia na wesele są pozbawione jakichkolwiek emocji. To wszystko jest tak mechaniczne, tak nudne oraz tak przewidywalne, że aż wstyd o tym myśleć.

nigdy_nie_jest2

Jedyne, co ratuje ten film, to muzyka oraz sceny występu zespołu. Ładnie sfilmowana, z dobrym brzmieniem, gitarami oraz troszkę „zachrypniętym” głosem Meryl Streep (obsadowo najmocniejszy punkt), potrafiącą czasem dać czadu. Całkiem niezłe covery m.in. Bruce’a Springsteena, Pink czy nawet Lady Gagi (we fragmencie!!!) potrafią zrobić piorunujące wrażenie. Także Kevin Kline (Pete) daje radę, lecz stać go było na więcej. Nie mogę pozbyć się wrażenia zmarnowania potencjału.

nigdy_nie_jest3

Niby przesłanie jest bardzo proste i uniwersalne – nigdy nie jest za późno na zmianę oraz poprawę relacji – tylko, ze Demme nie potrafi tego pokazać w poruszający czy dający do myślenia sposób. Sztuczny, nieangażujący, pozbawiony jakiegokolwiek polotu i zbyt asekurancko zrealizowany. Szkoda tylko, że to ostatni tytuł Demme’a.

5/10

Radosław Ostrowski

Boska Florence

Samo imię Florence wywołuje we mnie bardzo przyjemne skojarzenia. Miasto (Florencja), Florence Welsh – wokalistka zespołu Florence + The Machine. I kiedy usłyszałem tytuł „Boska Florence” liczyłem na przyjemny seans. I Stephen Frears mnie nie zawiódł, chociaż zauważyłem inne akcenty.

boska_florence1

Bohaterką filmu jest Florence Foster Jenkins – żyjąca na początku XX wieku kobieta, pragnąca zostać wokalistką operową z najwyższej półki. Wspierana jest przez oddanego męża St. Clare Bayfielda oraz jej impresario podbija scenę amerykańską. Tylko jest jeden problem – ta kobieta jest pozbawiona za grosz talentu wokalnego, o czym nie ma kompletnie pojęcia. Mąż robi wszystko, by podtrzymać ją w nieświadomości. I wtedy pojawia się jej nowy akompaniator – Cosmo McMoon, który ma ambicje być wielkim pianistą. Wokół tego trójkąta obraca się cała historia, skupioną na przygotowaniach do występu Jenkins na Carnegie Hall.

boska_florence2

Frears nie próbuje odkryć fenomenu tej kobiety, która wprawiała w zachwyt cały głuchy świat. Czemu akurat ze wszystkich beztalenci, ona zrobiła taką furorę w Nowym Jorku – są pewne poszlaki. O kształcie papierowego dolara, ale to nie do końca mnie przekonuje. Sama Florence wydaje się postacią mającą rozbawić swoją nieudolnością i fałszem, ale jednocześnie jest tragiczną postacią. Zarażoną syfilisem i marzącą o dziecku, bliższej relacji z mężem i mającej wiarę w swoją siłę głosu. Reżyser skutecznie wygrywa wątek miłości między Florence i St. Clare – miłości, oddania, przywiązania. Brzmi to wiarygodnie, ale bez poczucia sentymentalizmu oraz fałszu. Wszystko to poznajemy za pomocą trzeciej pary oczy, czyli Cosmo wchodzącego w ten dziwaczny układ. Jest śmiesznie, ale nie szyderczo, bez kpiarstwa i z wyczuciem.

boska_florence3

Reżyser pewną ręką prowadzi znakomitych aktorów. Meryl Streep trzyma fason i od jej śpiewu naprawdę bolą uszy, ale wierzę w jej przekonania. I jest bardzo wyrazista. Równie komiczny jest Simon Helberg w roli Cosmo. Tłumiący śmiech i porażony tym, co się ma zdarzyć rozbraja swoją bezradnością, przechodzącą w oddanie. Jednak tak naprawdę cały ten film robi wielki (nie boję się użyć tego słowa), wielki Hugh Grant. Jego St. Clare to postać równie tragiczna jak Florence – niespełniony aktor, który jest w pełni oddany swojej żonie, wspierając jej karierę. Owszem, nadal jest czarujący, ale i rozczarowany. Lojalny, ale szukający innej kobiety (seks z Florence nie wchodzi w grę). Zmęczony, jednak pełny energii (taniec na imprezie u kochanki jest nieprawdopodobny). Stonowany i w cieniu, ale wyrazisty. Te paradoksy czynią najciekawszą postać filmu i może (przynajmniej chciałbym tego) przynieść nominację do Oscara.

Frears nie schodzi poniżej swojego wysokiego pułapu i mimo niespełnienia wszystkich obietnic, to „Boską Florence” ogląda się z wielką przyjemnością. Jest świetnie zagrana, potrafi prawie razy zaskoczyć i utrzymać w napięciu (stres przed występem w Carnegie Hall). O samej Florence dowiadujemy się tyle ile trzeba, ale zawsze można poszperać głębiej, prawda?

7/10

Radosław Ostrowski

Sufrażystka

Rok 1912 to czasy, gdy w Wielkiej Brytanii kobiety nie miały praw wyborczych oraz pełnych praw obywatelskich. Można rzec, że psa lepiej się traktowało od nich. Jednak musiał przyjść moment, gdy trzeba było powiedzieć dość i wziąć sprawy w swoje ręce, zrzeszając się w konspiracyjny ruch sufrażystek kierowany przez Emmeline Pankhurst. Przypadkowo w ten ruch zostaje wplątana Maud Watts – zwykła pracownica pralni, mieszkająca z synem i mężem. Dlaczego przypadkowo? Miała być tylko słuchaczką przemówienia koleżanki przed premierem Davidem George’m, jednak gdy została ona pobita, Maud sama zeznaje. To początek jej walki, która wywróci jej życie do góry nogami.

sufrazystka1

Produkcja niejakiej Sary Gavron to film ku pokrzepieniu oraz lekcja historii na temat ruchu feministycznego z początku XX wieku. Są to czasy, gdy kobieta musiała spełniać polecenia mężczyzn, zarabiając mniej od nich, nie mając prawa do opieki (samodzielnej) nad dziećmi. I jeśli kobiety miały zawalczyć o swoje, to trzeba było użyć mocnych środków: rzucanie kamieniami w wystawy, demonstracje, wreszcie podkładanie ładunków. Policja jednak nie pozostawała dłużna, stosując różne środki presji – bicie, aresztowania, zmuszanie do jedzenia, odwożenie kobiet prosto pod dom, by mężowie się nimi zajęli. Brzmi ciekawie? Niby tak, ale zwyczajnie film nie angażuje, a nawet zwyczajnie przynudza.

sufrazystka2

„Sufrażystka” niby zgrabnie przedstawia działania ruchu feministycznego, jednak jest to mocno uproszczone i zero-jedynkowe. Jakby tego było mało, wątki związane z życiem kobiet tego czasu, ograniczono do kilku scenek, nie drążąc i nie wykorzystując w pełni potencjału. I pokazać (tylko na jednej osobie) jak wiele trzeba poświęcić oraz jak system doprowadza do tego, że zwykły szarak staje się wojownikiem. Solidnie wykonana robota reżyserki oraz ekipy technicznej – scenografia i kostiumy są dobrze zrobione, muzyka Desplata ładnie przygrywa w tle.

sufrazystka3

Całość byłaby średnio strawną agitką, gdyby nie dobre aktorstwo. Kompletnie zaskoczyła mnie Carey Mulligan, która pozornie wydawała się papierową postacią. Zwykła szara kobieta, która pod wpływem okoliczności staje się niezłomną wojowniczką. A robi to tylko po to, by odzyskać dawne życie, co nie będzie wcale proste. Aktorka bardzo przekonująco pokazała tą przemianę, za pomocą oszczędnych środków. Równie mocna jest Helena Bohnam Carter jako w pełni zaangażowana oraz sprytna aptekarka Edith oraz niezawodny Brendan Gleeson wcielający się w inspektora Steeda, zajmującego się infiltracją sufrażystek. Za to zawiodła mnie Meryl Streep wcielająca się w panią Pankhurst, ograniczając się do wygłoszenia płomiennego przemówienia. Takiej aktorki nie powinno się zatrudniać do tak drobnego epizodu.

sufrazystka4

„Sufrażystkę” należy potraktować tylko i wyłącznie jako kino edukacyjne, które w pobieżny sposób przedstawia problem. Być może będzie czas, gdy o tej walce, której nie był w stanie powstrzymać nawet Sherlock Holmes, powstanie ciekawy oraz bardziej złożony tytuł. Ale na to przyjdzie jeszcze poczekać.

6/10

Radosław Ostrowski

Tajemnice lasu

Musicale to gatunek trudny i niełatwy do realizacji – jak zresztą każdy gatunek filmowy. Jednak tym razem reżyser Rob Marshall, który miał dość spore doświadczenie przy realizacji musicali („Chicago”, „Nine”) zrobił kolejny projekt, tym razem dla Disneya. A początek jest taki: dawno, dawno temu żył sobie piekarz razem z żoną. Żyli sobie szczęśliwie, ale brakowało im tylko dziecka. Nie mogą go mieć nie z powodu różnych medycznych przypadłości (lekarz wtedy nie istniał raczej), tylko spowodowane jest klątwą czarownicy i tylko ona może ją zdjąć. By to zrobić potrzebne są pewne przedmioty: krowę, złoty pantofelek, czerwony kaptur i złote włosy.

tajemnice_lasu1

Brzmi znajomo? Marshall miesza baśniowe postacie i motywy (Kopciuszek, Roszpunka, Jaś i magiczna fasola itp.), gdzie przeplatają się te postacie oraz wątki ze sobą. Pytanie tylko – po co to wszystko? I jeszcze tu wszyscy śpiewają – w wiadomym stylu, gdzie wszyscy rywalizują o to, kto mocniej wyje. Owszem, reżyser próbuje zrobić pewne cudeńka (zwłaszcza wizualna strona robi naprawdę dobre wrażenie), a odniesienia do klasycznych baśni sprawiają wrażenie pewnego mechanicznego działania (poza Czerwonym Kapturkiem i akcji z Wilkiem – to było zabawne czy ironiczny śpiew obu Książąt z bajki) czy niektórych dwuznacznych scen, jednak nawet one nie są w stanie przykuć uwagi na dłużej, choć przesłanie (uważajcie, czego życzycie, bo to się spełni) może się podobać.

tajemnice_lasu2

Jeśli chodzi o warstwę aktorską, to część śpiewana jest taka sobie (broniła się tylko Anna Kendrick i – czasami – Meryl Streep), jednak gdy nie trzeba śpiewać, to wtedy jest całkiem nieźle. Najlepiej zaprezentowała – moim skromnym zdaniem – urocza Emily Blunt jako żona piekarza (James Corden), która sprawia wrażenie bardziej zaradnej i niepozbawionej sprytu. A sama Meryl S., która dostała kolejną nominację do Oscara? Wygląda tak, jak czarownica wygląda powinna – jest ohydna, raczej antypatyczna i działająca w zgodzie ze swoim interesem. To po prostu solidna rola, bez jakiegoś zaskoczenia czy niespodzianki. A reszta, dla mnie poprawna i tyle.

tajemnice_lasu3

Cóż, po tym filmie, musicali raczej nie polubię. Nudny, niekonsekwentny, pozbawiony czegoś, co przykułoby moją uwagę na dłużej. A szkoda, bo wydawałoby się to bardzo intrygujące.

tajemnice_lasu4

5,5/10

Radosław Ostrowski


Pocztówki znad krawędzi

Suzanne Vale jest aktorką, tak jak kiedyś jej matka. Jednak kariera kobiety w średnim wieku przechodzi załamanie z powodu nadużywania narkotyków. Po trafieniu na odwyk, próbuje wrócić do pracy, ale ceną za to jest powrót do matki, a relacje z nią nie należą do najłatwiejszych.

pocztowki1

Kolejna obyczajowa opowieść o walce ze swoimi demonami oraz próbą powrotu na szczyt. Mike Nichols tym razem posłużył się autobiograficzną powieścią Carrie Fisher (tak, to księżniczka Leia), która także napisała scenariusz. Nie mam zarzutu co to tematyki, ale sama realizacja jest dość bezpieczna, by nie rzec obojętna. Bo dzieje się tu sporo – odwyk, powrót do pracy, gdzie nikt jej nie ufa (producenci i firma ubezpieczeniowa), a koleżanki i koledzy obgadują ją za plecami, nowy mężczyzna i życie w cieniu swojej sławnej matki, która lubi wypić i po cichu marzy o powrocie. Problem w tym wszystkim, że ogląda się to z kompletną obojętnością, niemal chłodem (tylko relacje z matką wydają się najciekawsze), idąc wszelkimi możliwymi kliszami (o dialogach nawet nie wspominam – miejscami mocno ocierają się o banał). W dodatku wydaje się to takie powierzchowne, jakby twórcy ślizgali się po temacie, nie wykorzystując potencjału oraz siły emocjonalnej (może poza zakończeniem).

pocztowki2

Aktorsko prezentuje się to całkiem nieźle, choć nie brakuje tutaj znanych twarzy. Przyzwoicie sobie radzi Meryl Streep jako pogubiona, próbująca się pozbierać aktorka, ale lepsza jest Shirley MacLaine, mająca czar i urok, jakby nie zdająca sobie sprawy, że niszczy swoją córkę swoim gadulstwem i wtrącaniem się. Poza tym duetem warto wyróżnić Dennisa Quida (uwodziciel Jack Faulkner) oraz epizody Gene’a Hackmana (reżyser Lowell Kolchek) oraz Richarda Dreyfussa (dr Frankenthal).

Nie będę krył rozczarowania „Pocztówkami…”, gdyż tej krawędzi głównej bohaterki zwyczajnie nie poczułem. To tylko potwierdzenie, że nie można być ciągle w dobrej formie. Po prostu takich opowieści było tysiące, a ta się niespecjalnie wyróżnia od reszty.

5/10

Radosław Ostrowski

Zgaga

Rachel Samsted jest samotną kobietą, piszącą felietony do gazety w Nowym Jorku. Podczas ślubu (i wesela) przypadkowo poznaje dziennikarza Marka Formana z Waszyngtonu. Po dość szybkiej znajomości, para decyduje się pobrać. Kupują mieszkanie, które trzeba wyremontować, przychodzi na świat dziecko. I wtedy kobieta odkrywa, że mężuś nie jest do końca jej wierny.

zgaga1

Kino obyczajowe jest dość trudnym gatunkiem, gdyż takich opowieści znamy tysiące, a nawet i więcej. Pytanie więc, co nowego może opowiedzieć Mike Nichols o zdradzie, miłości i małżeństwie? Ona dba o dom, o dzieci, chce być kochana, a on jest niewierny i nie potrafi z tym zerwać. Historia bazuje na związku Nory Epfron (scenarzystki filmu) z dziennikarzem Carlem Bernsteinem, co może dodawać pewnego smaczku. Ale całość jest naprawdę gorzka i, niestety mało zaskakująca. Powiedziałbym nawet, że jest przewidywalna. Nie brakuje tutaj zabawnych scen (wspólne śpiewanie małżonków w trakcie jedzenia pizzy czy rozmowy z ojcem), a kilka ujęć, kręconych głównie zza pleców postaci potrafi przykuć uwagę, jednak nie wybija się to specjalnie powyżej przeciętnej. Należy pochwalić za unikanie sentymentalizmu czy kiczowatości, ale odbija się to kosztem emocjonalnego odbioru. Wszystko to przypomina koszmar feministki, a stwierdzenie, że mężczyzna jest niewolnikiem swojego popędu jest pewną oczywistością („Chcesz monogamii, poślub łabędzia” – radzi ojciec bohaterki).

zgaga2

Sytuację bronią znów aktorzy, do których Nichols ma dobrą rękę. Nie można się rozczarować Meryl Streep, która trzyma fason. Jest zarówno delikatna, zakochana, po przejściach, ale wobec uczuć jest bezsilna i bezradna. Próbuje trzymac się twardo, choć nie jest to takie łatwe. Partneruje jej uroczy Jack Nicholson ze swoim świętoszkowatym wyrazem twarzy. Ich emocje są grane na półtonach, delikatnie, czasem za pomocą dialogu. Drugi plan też jest interesujący (Stockard Channing i Richard Masur jako małżeństwo, przyjaciele znający Marka, Milos Forman, Jeff Daniels czy epizod Kevina Spaceya jako złodzieja), choć jest tylko dodatkiem.

„Zgaga” niczym nowym nie zaskakuje na temat związków i nie angażuje tak jak produkcje Woody’ego Allena, który potrafił o tym opowiadać godzinami. Nichols nie ma takiego ognia, takich dialogów, niemniej wyszedł przyzwoity film.  Jednak po cichu liczyłem na więcej. 

6,5/10

Radosław Ostrowski