Flash

Chyba żadna superbohaterska produkcja w ostatnich 3-4 latach nie miała tak pod górkę jak solowy film o Flashu. Długie prace nad scenariuszem, zmiany zarządu, dokrętki, grający główną rolę Ezra Miller robiący jakieś pojebane akcje i mocno niszczący swoją reputację, a także nie pomagający marketingowo, większe koszty produkcji – smród ciągnął się za tym „dziełem”, że dla Warnera stał się gorącym kartoflem. Zwłaszcza, że doszło do kolejnej roszady w studiu i wśród ludzi od spraw DC, więc to ostatni etap przed nowymi produkcjami, tym razem z producenckim wsparciem Jamesa Gunna. Więc jaki ostatecznie jest film Andy’ego Muschettiego? Trochę chaotyczny i pokręcony, ALE… Po kolei.

Skupiamy się całkowicie na Barrym Allenie (osławiony Ezra Miller) aka Flashu, czyli supermocą jest zasuwanie szybciej niż Usain Bolt i wszyscy lekkoatleci razem wzięci (niczym A-Train aka Pospieszny z „The Boys”). Kiedy Batman oraz reszta Ligi Sprawiedliwości zajęta jest zajmowaniem się grubymi rybami i WIELKIM SYFEM, Barry zajmuje się troszkę mniejszym kalibrem typu zawalenie się szpitala. A poza tym jest bardzo wycofanym outsiderem, który pracuje w kryminalistyce (analiza dowodów) i życia prywatno-towarzyskiego nie posiada. I nie może pogodzić się z jedną rzeczą: śmiercią matki oraz oskarżeniem o tę zbrodnię ojca. Przypadkiem Flash odkrywa, iż jest w stanie tak szybko biec, że… może się cofać w czasie.

I chyba się zaczynać domyślać, co się stanie – pod warunkiem, że oglądaliście „Powrót do przyszłości”. Cofa się w czasie, jednak podczas powrotu do siebie, wpada w alternatywną linię czasową. Co to oznacza? Że jest go dwóch, nawiązuje z nim interakcję, co doprowadza do zaburzenia continuum czasoprzestrzennego. Mało wam? Może i oboje rodzice żyją, ALE „nasz” Barry traci swoje moce (wskutek pewnego działania), superherosi z supermocami nie istnieją, a jakby mało było problemów, przylatuje generał Zod (Michael Shannon) i chce rozwalić Ziemię. MASAKRA.

Więc zrobił się chaos, zaś Flashów 2-óch musi opanować cała sytuację. Tak jak reżyser próbuje opanować całą tą historię, która też wydaje się chaotyczna. Skoro jednak mamy podróżowanie w czasie i demolowanie przeszłości oraz przyszłości, nie mogło być inaczej. Ku mojemu zaskoczeniu sama historia jest bardzo zgrabnie opowiedziana, choć miejscami jest przewidywalna. Miejscami, bo jest tu kilka zaskoczeń i twistów, ale najbardziej zaskoczyły mnie dwie rzeczy.

Po pierwsze, to jak bardzo działa humor. Zwłaszcza, kiedy mamy na ekranie dwóch Barrych, co powinno być męczące, irytujące i działające na nerwy. Szczególnie w podwójnej dawce. Jednak dynamika między tą dwójką, gdzie „nasz” Barry jest o wiele dojrzalszy i poważniejszy, zaś drugi jest… niczym królik z reklam baterii to prawdziwe paliwo tego filmu. To jak się próbują dogadać, jeden próbuje być mentorem dla drugiego wciągało. Tak samo jak odnalezienie się w tej „nowej” rzeczywistości. Drugą rzeczą było pojawienie się Batmana, do którego powrócił Michael Keaton. Czyli to, czym ten film był promowany i reklamowany. I jest on absolutnie fantastyczny, wchodząc po latach z taką łatwością, jakby nie minęło ponad 30 lat odkąd nałożył strój Mrocznego Rycerza. ALE nie odwraca uwagi od głównego bohatera i jego problemów, tylko stanowi bardzo mocne wsparcie na drugim planie. Nawet wkroczenie tematu Danny’ego Elfmana pasuje tu idealnie, nie wywołując zgrzytów.

Niemniej jest tu kilka problemów. Największym jest bardzo nierówna jakość efektów specjalnych, których jest wręcz za dużo. O ile w scenach akcji (ze spowolnieniem czasu przez Flasha) są przyzwoite, zaś praca kamery miejscami zapiera dech, to głównie przy naparzaniu się w slow-motion (pierwsze wkroczenie Supergirl w Rosji czy pościg Batmana-Afflecka za bandziorem) widać, iż postacie są robione komputerowo. Tak samo w momentach jak Flash jest takiej kuli, gdzie są wydarzenia z przeszłości – sam koncept jest ciekawy, ale wykonanie jest ciężkie do oglądania. Tam postacie wyglądają jakby były z plasteliny. Po tylu latach post-produkcji (i takim budżecie) liczyłem na coś lepszego.

Drugim problemem była dla mnie Supergirl. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie mam nic ani do postaci, ani do grającej ją Sashy Calle. Problem z nią mam taki, że pojawia się zbyt późno w całej historii, przez co nie poznałem jej zbyt dobrze. Jej przemiany od wystraszonej i pełnej gniewu dziewczyny po stającej po stronie dobra wojowniczki jest poprowadzona za szybko. No i mój trzeci problem, czyli absolutnie niewykorzystany Michael Shannon w roli Zoda. Wydaje się tu kompletnie niepotrzebny, wypowiada parę zdań jakie mówi typowy antagonista i mówi je jeszcze tak, jakby w ogóle mu się nie chciało. Jak można w ogóle zrobić coś takiego? Za takie coś posłałbym parę osób na galerę albo pozbawiłbym życia w możliwie najmniej humanitarny sposób.

Nie jest to najlepszy film superbohaterski jak twierdzi James Gunn, ani nawet najlepsze dzieło DC ostatnich lat. Jest na pewno wiele lepszy niż się spodziewałem i przez większość czasu dostarcza masę frajdy, a także działa emocjonalnie. Bez chodzenia na skróty ani na łatwiznę. Nie bez wad, ale ma w sobie tyle serca i energii, że warto mu dać szansę.

7/10

Radosław Ostrowski

American Assassin

Skoro był już amerykański gangster, bohater, nawet ninja, to teraz pora najwyższa na amerykańskiego zabójcę. Nie jest to jednak asasyn z serii Assassin’s Creed, lecz małoletni gnojek o imieniu Mitch Rapp. Z takim nazwiskiem mógłby zostać rap(p)erem, wozić się po mieście, wyrywać panienki i szastać hajsem. Jak został zabijaką? Zaczęło się niewinnie na plaży w Ibizie, gdzie chłopak spędza wakacje ze swoją dziewczyną i decyduje się na kolejny ważny krok: oświadczyny. Brzmi jak piękny sen, ale w jednej sekundzie sny zmieniają się w koszmary. A ten ma twarz uzbrojonych terrorystów, dokonujących krwawej rzeźni, wskutek czego ginie dziewczyna Rappa, on sam zaś zostaje postrzelony.

american assassin1

W takiej sytuacji wyjścia są dwa: albo znaleźć spokój i żyć dalej, co wymaga masę czasu, albo pójść na skróty, podążając drogą zemsty, zabijania oraz wojny ze całym ścierwem tego świata. Jak myślicie, jaką ścieżkę wybrał nasz bohater? Półtora roku później Rapp próbuje zinfiltrować komórkę terrorystyczną w jakimś kraju arabskim, jednak nasz bohater jest obserwowany przez CIA i akcja kończy się likwidacją. A potem dostaje szansę jedną na milion, czyli przeszkolenie w superelitarnej jednostce komandosów pod wodzą Stana Hurleya – podobno ten gość w poprzednim wcieleniu był Batmanem. Trzeba się jednak spieszyć, bo ktoś zarąbał kilka kilogramów plutonu i chce zbudować bombę atomową.

american assassin2

Jak możecie się domyślić film Michaela Cuesty brzmi jak jeden z wielu thrillerów/akcyjniaków, gdzie losy świata zależą od dzielnych Amerykanów. Nawet jeśli nie działają zgodnie ze wszelkimi regulaminami czy protokołami, kierują się emocjami zamiast mózgiem. Niby próbuje się pokazać działanie tajnych służb, ale bardziej skręca w stronę opowieść o mścicielu działającego jak jednoosobowa armia. Tylko, że po drodze całość zaczyna gubić tempo i nawet momenty budowania napięcia są niszczone przez przewidywalne zwroty akcji oraz braku mocniejszego kopa. Jakiejś mocnej sceny akcji, która wyróżniałaby ten film z grona tysięcy innych filmów a’la Jason Bourne, bo realizacja w zasadzie jest standardowa. Niby są strzelaniny, pościgi, bijatyka czy tortury, ale nic tutaj nie urywa żadnej części ciała.

american assassin3

Sytuacji nie poprawia także antagonista grany przez Taylora Kitcha. Aktorowi brakuje charyzmy, by przykuł uwagę, nie ma ciekawej motywacji. W zasadzie jest lustrzanym odbiciem protagonisty, tylko działa po drugiej stronie barykady. Dylan O”Brien wcielający się w Rappa wypada solidnie, zwłaszcza w scenach akcji i te momenty sprzedaje najlepiej. Ale jeśli szukacie charyzmy oraz dobrego grania, tutaj serwuje je Michael Keaton jako mentor Hurley. Szorstki, surowy, z mroczną przeszłością ciągnie ten film na swoich barkach.

„American Assassin” ma w sobie pewien sznyt staroszkolnego kina akcji z lat 90., tylko że te polityczne wątki bardziej są balastem i spowalniają go przed staniem się klasykiem gatunku. Niby jest otwarta furtka na sequel (informacji o nim brak), ale to bardziej produkcja na raz. Zobaczysz, zapomnisz i poczekasz na coś lepszego w tym gatunku.

6/10

Radosław Ostrowski

Proces Siódemki z Chicago

Jeśli widzę na plakacie nazwisko Aarona Sorkina, można założyć bardzo dużą ilość dialogów. Teatralny rodowód scenarzysty jest obecny od pierwszej napisanej fabuły dla kina, czyli sądowego dramatu „Ludzie honoru”. Po 25 latach pisania scenariuszy oraz tworzenia seriali telewizyjnych, autor postanowił chwycić za kamerę. „Gra o wszystko” była udanym debiutem, więc Sorkin poszedł za ciosem i postanowił zrealizować… dramat sądowy. O głośnym w Chicago 1969 roku procesie przeciwko aktywistom społecznym w sprawie dotyczącej zmowy oraz podżeganiu do przemocy.

proces 7 chicago2

A kim byli oskarżeni? Dwaj działacze Studenckiej Partii Demokratycznej, dwaj członkowie partii Yippies, aktywista Stowarzyszenia na Rzecz Zakończenia Wojny w Wietnamie, dwóch młodych chłopaków sprawiających wziętych z łapanki. No i mający wygłosić przemówienie członek Czarnych Panter, bo wtedy trzeba oskarżać każdego czarnoskórego. A rząd zrobi wszystko, by udowodnić winę oskarżonych.

Podobno w amerykańskim prawie nie ma czegoś takiego jak proces polityczny. Ale reżyser Sorkin pokazuje ten dziwny okres, kiedy w kraju toczyła się niejako wojna domowa. Wojna ideologiczna, spotęgowania przez prowadzenie wojny w Wietnamie jeszcze tak nie podzieliła narodu. Młodzi, bardziej idący na lewo (uważani za komunistów), pacyfiści, hippisi kontra konserwatyści oraz rząd wymagający bezwzględnego posłuszeństwa. Dosłownie iskrzyło, a walka toczyła się m.in. o prawa obywatelskie oraz zaprzestanie bezsensownej wojny. Jednak dla rządu Nixona ci ludzie stali się wrogami, antypatriotami i komunistami.

proces 7 chicago1

Sorkin opowiada się za oskarżonymi, jednak pokazuje pewne wewnętrzne konflikty w grupie. Ci bardziej politycznie zaangażowani (Tom Hayden, Rennie Davis) z pewny wywyższeniem patrzyli na działających bardziej oddolnie aktywistów. Chodziło głównie o Abbiego Hoffmana i Jerry’ego Rubina, którzy wyglądali bardziej jak hippisi, mniej poważni gości. Im dalej jednak w las, tym bardziej widać, że są to bardzo ogarnięci goście. Żeby jeszcze bardziej chwycić, reżyser zastosował prostą sztuczkę: łamanie chronologii. Przebieg demonstracji oraz konfrontacji z policją poznajemy za pomocą zeznań, które zostają potem zwizualizowane. Oprócz tego przebywamy poza salą sądową w dwóch kluczowych miejscach: domu obrońcy William Kunstlera oraz podczas stand-upów Abbiego Hoffmana. Te drugie stanowią pewien bardzo ironiczny komentarz do całej sytuacji.

proces 7 chicago3

Dzięki tym narracyjnym zabiegom oraz fantastycznej robocie montażowej nie nudziłem się ani chwili. Nawet w scenach pozwalających na złapanie krótkiego oddechu. I poznajemy kolejne sztuczki wykorzystywane przez rząd w celu dyskredytacji oskarżonych: jednoznacznie stronniczy sędzia, działający w tłumie gliniarze pod przykrywką, podsłuchy, zastraszanie. A ja nie mogłem pozbyć się skojarzeń w kwestii działania sądu. Oglądając ten proces czułem się jak podczas procesów politycznych państw komunistycznych. Niemal ciągłe odrzucanie wniosków obrony, zmiana składu przysięgłych, manipulacja – za bardzo znajomo to brzmiało, bym mógł przejść obojętnie. Nawet mając świadomość tego, że reżyser jednoznacznie opowiada się po jednej ze stron.

proces 7 chicago4

Chociaż największą gwiazdą filmu Sorkina jest scenariusz, to także aktorzy grają absolutnie fantastycznie. Jest tu masa znanych twarzy zarówno kojarzonych z drugim planem jak John Carroll Lynch, Alex Sharp czy Jeremy Strong. Zaskakuje wypadł Eddie Redmayne jako pewny siebie Hayden, formę potwierdza Joseph Gordon-Levitt w roli prokuratora prowadzącego sprawę, a na dwie sceny show kradnie Michael Keaton. Jeśli jednak ktoś jest prawdziwą gwiazdą, to tutaj są aż trzy najwyrazistsze role.

proces 7 chicago5

Pierwszą jest Abbie Hoffman w wykonaniu Sachy Barona Cohena i powiem to od razu: to jego najlepsza rola w karierze. Na pierwszy rzut oka ten bohater sprawia wrażenie niepoważnego błazna, jednak to on rozgryza przebieg procesu i jest bardzo inteligentnym mówcą. Bardzo duża niespodzianka. Obok niego błyszczy silny, choć niepozorny Mark Rylance. Jego Kunstler to doświadczony prawnik, próbujący stosować i reagować stanowczo na wszelkie nieczyste zagrywki. Ale nawet on bywa czasem bezsilny wobec sędziego Hoffmana o twarzy Franka Langelli. To jeden z największych dupków, tak naprawdę sterujący całym procesem i stronniczy jak żaden inny sędzia od dawna. Rzadko mi się zdarza spotkać postać, której nienawiść odczuwałbym od samego początku.

proces 7 chicago6

Nie mam wątpliwości, że „Proces Siódemki z Chicago” to ważny film dla Amerykanów, pokazujący przełomowy moment w ich historii. Fenomenalnie zrealizowany i zagrany, wiernie odtwarzający nerwowe lata 60., które zmieniły kraj na zawsze. A dla nas niejako przy okazji kino instruktażowe o tym jak walczyć o swoje prawa na ulicy i do czego mogą doprowadzić ludzie niekompetentni do systemu sądownictwa. Zaskakująco aktualne kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

McImperium

Jak można spełnić swój amerykański sen? Dla Raya Kroca sen przebiega dość opornie – pracuje jako akwizytor, próbował wcześniej wielu interesów, ale żaden nigdy nie wypalił. Aż dostał zamówienie na sześć mikserów dla jednej, małej restauracyjki w San Bernardino. Prowadzą ją bracia McDonald, który znani są z nieprawdopodobnie szybkiej obsługi oraz realizacji zamówienia. Kroc węszy w tym interes życia, podpisuje umowę z braćmi w celu stworzenia franczyzy oraz rozwijania interesu. Ale nawet oni nie są w stanie przygotować się na działania Kroca.

mcimperium1

Film Johna Lee Hancocka to przykład solidnej, wręcz klasycznej biografii postaci, która może wywoływać kontrowersje. A jednocześnie pokazuje dwie drogi do spełnienia swojego snu. Pierwsza – powolna i spokojna – to droga uczciwości, długiej pracy, druga jest bardziej agresywna, pełna słowotoku oraz podstępu. Jak myślicie, która droga przyniesie profity i zyski? No właśnie. Hancock bardzo przygląda się drodze Kroca do sukcesu, gdzie nasz bohater bardzo dużo ryzykuje i być może dlatego mu tak bardzo kibicujemy mu. Tylko, że pod tym wygadanym przedsiębiorca kryje się cwaniak oraz śliski typ ze złotoustym uśmiechem, działający mocno na granicy prawa. I wtedy zaczyna się pojawiać pytanie: czemu kibicuję temu draniowi, nie dotrzymującego słowa, marzącego tylko o swoim własnym sukcesie? Nie brakuje tutaj szybkiego montażu (sceny tworzenia burgera, pierwszy zbudowany McDonald oraz szkolenie pracowników), ale to wszystko jakieś takie zachowawcze, solidne oraz pozbawione czegoś głębszego. Psychologii postać niemal brak, wątki poboczne (życie prywatne Kroca, samotność żony, poznanie kochanki) są ledwo zaznaczone i brakuje jakiegoś konfliktu albo większego napięcia.

mcimperium2

Ale Hancock ma jednego mocnego asa w rękawie, czyli charyzmatycznego Michaela Keatona w roli tytułowej (founder, czyli założyciel). Aktor nie tworzy jednowymiarowej postaci bezwzględnego diabła, ale człowieka pełnego determinacji, energii, pozbawionego jednak szczęścia. I ten bohater w zasadzie się nie zmienia, bo cechy wzbudzające sympatię z czasem zaczynają być bardziej demoniczne, zamiast zdeterminowanego przedsiębiorcy mamy bezwzględnego, podstępnego skurwysyna, zapatrzonego w siebie oraz swoja gadkę. Drugi plan w zasadzie nie ma zbyt wiele roboty, poza braćmi McDonald (świetni John Carroll Lynch oraz Nick Offerman), którzy stanowią dla siebie wielkie wsparcie – czuć tutaj silną więź tych bohaterów.

mcimperium4

Czym jest „McImperium”? Jest jak posiłek z McDonalda – smaczny, lekki i przyjemny. Tylko, że nie zaspokoi on w pełni głodu. Solidne, zgrabne, niepozbawione gorzkiej refleksji, z cudownym Michaelem Keatonem, dźwigającym na barkach całość. Facet dokonuje cudów i choćby dla niego warto obejrzeć to dzieło.

7/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Homecoming

Każdy kojarzy lub słyszał o Spider-Manie, czyli najmłodszym superbohaterze w historii Marvela. Młody, nieśmiały nastolatek, samotnie wychowywany przez ciotkę May. Pierwszy raz w MCU pojawił się w małym epizodzie w „Kapitanie Ameryce: Wojnie bohaterów”. Chłopak jest podopiecznym Tony’ego Starka i już się rwie, by się wykazać. Bardzo chce być Avengersem, choć jest dopiero małoletnim smarkaczem. Zamiast tego zajmuje się drobnymi zbrodniami na osiedlu, chociaż rwie go do czegoś większego. Wreszcie trafia na bardzo duża sprawę związaną z niebezpieczną, wręcz kosmiczną bronią. Niby zwykła kradzież bankomatu, ale to początek grubszej sprawy.

spiderman_20171

„Homecoming” to próba nowego spojrzenia na Pajączka, chociaż wszystko to już znamy. Problemy typowe dla nastolatków, czyli przyjaźń, dojrzewanie do odpowiedzialności oraz kontakty z zupełnie innym gatunkiem zwanym dziewczynami. Ten mariaż kina młodzieżowego z superbohaterskim stylem Marvela daje wiele świeżości oraz frajdy dla małolatów. I muszę przyznać, że bawiłem się świetnie. Powoli nakręca się konfrontacja między Parkerem a tajemniczym Vulturem. Zaskoczeniem dla mnie była motywacja głównego łotra, która jest bardzo przyziemna, jak zresztą cały ten film.Nie ma tutaj mocnego przeładowania efektami specjalnymi, skupieniu na robieniu rozpierduchy, która świetnie wygląda (ratowanie uczniów przy pomniku Waszyngtona czy akcja na okręcie), ma swoje tempo oraz adrenalinę, do jakiej Marvel zwyczajnie nas przyzwyczaił. A kiedy dodamy jeszcze teksty Spajdka podczas swojej roboty, to mamy bardzo fajną komedię. Wygrywana jest zarówno przyjaźń z nerdowskim Nedem (straszny gaduła z niego), pierwsze próby podrywu z Liz oraz mentorskie podejście Tony’ego Starka do Petera. Niby nic nowego w świecie Marvela, jednak nie wywołuje to znudzenia.

spiderman_20172

I jeszcze jak to jest zagrane. Tom Holland wydaje się idealny do nowej interpretacji Parkera. Owszem, nadal jest nieśmiały wobec dziewczyn, ale poza tym jest zajarany i nakręcony na wszelkie akcje, niczym dziecko na każdą nową zabawkę. W końcu powoli zaczyna dojrzewać do działania, widząc konsekwencje swoich czynów. Nie zawodzi Robert Downey Jr., kradnąc każdą scenę i wnoszą sporo ironii. Ale najlepszy jest czarny charakter – nie tylko dlatego, że gra go Michael Keaton, ale ponieważ ma prostą motywację. Żadnego podbijania świata, zniszczenia ludzkości, lecz zapewnienie bytu swojej rodzinie. I to działa, a poprowadzone jest bez przerysowania i fałszu, nawet było mi żal tej postaci (czuję, że wróci). Troszkę nie do końca wykorzystano ciotkę May (niesamowicie pociągająca Marisa Tomei), a dziewczyny są gdzieś na dalszym planie (chociaż Liz Harrier, jak i Zendaya mocno się wybijają), a uwagę skupia kostium Spajdka z głosem Jennifer Connelly.

spiderman_20173

Muszę przyznać, że Spider-Man powrócił do domu Marvela w bardzo ładnym stylu oraz z hukiem. Mimo pracy wielu scenarzystów powstało spójne, lekkie (dla wielu zbyt lekkie) oraz nowe podejście do tej postaci. Czekam na kolejne spotkanie z tym najmłodszym herosem komiksu.

8/10

Radosław Ostrowski

Spotlight

Wrzesień 2001, Boston. Do redakcji czasopisma Boston Globe trafia nowy redaktor naczelny – Marty Baron. Wśród wielu sekcji tej gazety jest Spotlight – grupa dziennikarzy śledczych kierowana przez Waltera Robinsona. Panowie dostają nowy temat, dotyczący księdza przenoszonego z parafii do parafii, którego oskarżano o molestowanie seksualne. Skromna ekipa tego pionu postanawia bliżej przyjrzeć się sprawie i znaleźć dowody na to, że przełożeni duchownego wiedzieli o całej sprawie nie wiedząc, że to dopiero wierzchołek góry lodowej.

spotlight1

Skromny i kameralny film Thomasa McCarthy’ego wydaje się mało efektownym, by nie powiedzieć nudną historią o tym, jak powinno funkcjonować dziennikarstwo, zwłaszcza śledcze. Powoli zaczyna coraz bardziej ożywać Internet, jednak nadal w modzie jest pisanie na papierze, zamiast nagrywania na telefonie komórkowym oraz przeglądanie dokumentów w bibliotekach, archiwach, sądach. Brzmi jak prehistoria, ale to było ledwie 15 lat temu. Jak ten czas się zmienia. Sam reżyser jest tutaj bardzo powściągliwy, a realizacja przypomina bardziej filmy z lat 70. – powolne tempo, brak dynamicznych scen (chyba, że za taką uznamy próbę wejścia do sądu przed zamknięciem drzwi), ale i tak oglądałem z zainteresowaniem do samego końca. Wydaje się, że taka chłodna dyscyplina narzucona przez McCarthy’ego wydaje się dziwnym posunięciem, podobnie jak brak prób zastosowania emocjonalnego szantażu w rodzaju rozpłakanych i rozhisteryzowanych ofiar (już dorosłych) czy faktu, iż jeden z dziennikarzy był ofiarą molestowania. Pozorny chłód działa jednak niczym mocne uderzenie w twarz – powoli odkrywane elementy układanki, wliczając w to rozmowy z ofiarami tworzą mocny portret paskudnego procederu, którego jednak nie będę streszczał, ale jedno mogę powiedzieć bez cienia wątpliwości. Kościół jest pokazany jako potężna organizacja mająca duże wpływy (media, władza świecka) i pozwalająca, dzięki swojej władzy oraz tymże wpływom dopuszczać się pedofilii (jak mówi jeden z informatorów tylko co drugi ksiądz żyje w celibacie), bo Kościół jest przecież bardzo potrzebny miastu. Dlatego można sobie przymknąć oko na różne występki i przewinienia, usprawiedliwiając się, że to tylko kilka zgniłych jajek, a sama instytucja jest w porządku.

spotlight2

Dla McCarthy’ego najważniejsze jest samo śledztwo i dochodzenie do prawdy, o której tak naprawdę wiedzą wszyscy, poza naszymi bohaterami. Jak to możliwe, że nikt w tym czasie niczego nie zrobił? To jedno z wielu pytań, które zadawałem sobie po seansie. Ale jednocześnie twórcy pokazują ludzi, którzy chcą o tą prawdę zawalczyć i podjąć trudny wysiłek wyjęcia na wierzch tego, co schowane pod dywan. „Spotlight” to hołd złożony dawnemu dziennikarstwu, jakiego nie widziałem od czasu serialu „Newsroom” – stawiającego na rzetelność i wiarygodność niż na szybkość przekazu. Coś, co bardzo chciałbym zobaczyć w Polsce.

spotlight3

Subtelna ręka reżysera pewnie prowadzi aktorów, którzy wydają się grać postaci pozornie mało interesujące i nie rzucające się w oczy, ale udaje się im stworzyć pełnokrwiste postacie. Bardzo uderzył mnie wysoki poziom gry wszystkich członków obsady, jednak moją uwagę skupiło trzech facetów. Nie będę oryginalny, ale fenomenalny był Mark Ruffalo wcielający się w Mike’a Remendeza, jednego z dziennikarzy Spotlight, który traktuje tą sprawę bardzo poważnie i mocno się angażuje w nią, nawet za mocno (scena wybuchu gniewu w redakcji na wieść o niepublikowaniu tekstu), co nie dawało mi spokoju – czyżby Mike był ofiara księdza? A może nie chce zmarnowania tego materiału? Na to nie znajdziecie żadnej odpowiedzi, a aktor kradnie film swoimi gestami, pewnym spojrzeniem i garbatą sylwetką. Klasę kolejny raz potwierdza Michael Keaton wcielając się w Robinsona – odpowiedzialnego i dociekliwego szefa. No i w końcu trzecia cegiełka – niezawodny Stanley Tucci jako prawnik Garabedian, troszkę przypominający Remendeza, tylko działający po stronie prawa. Troszkę cyniczny, zmęczony potyczkami w sądzie, ale ciągle walczący.

spotlight4

Nie spodziewałem się takiego filmu opowiadającego o dziennikarstwie śledczym, ale twórca „Dróżnika” nie zawodzi i realizuje swój najlepszy film od czasu swojego debiutu. Mocny i brutalny, chociaż nie ma w nim scen przemocy. Gorzki, ale dający też nadzieję, że można podjąć walkę ze złem. Niepozorne, ale trzymające za gardło. Film oparty na paradoksach, ale silnie angażujący i dający wiele do myślenia. Nie mogę się doczekać jak zareagują nasi duchowni na ten film. 

8/10

Radosław Ostrowski

Powrót Batmana

Minęły 3 lata, odkąd w kinach pojawił się Człowiek-Nietoperz. Jednak usłyszał wołanie widzów (czytaj: poprzednia część przyniosła wielkie zyski) i w 1992 roku powrócił, bo pojawiło się kolejne niebezpieczeństwo. A jest nim niejaki Pingwin, który mieszka w kanałach miasta. Osobnik ma pewien plan i do swojej pomocy wykorzystuje szantażowanego przez siebie biznesmena Maxa Shrecka. A dwóch przeciwników to spory problem jest.

batman_powraca1

Za kamerą powrócił Tim Burton i zrobił film, który przebija oryginał. Jest to produkcja bardziej mroczna i tajemnicza, a osadzenie akcji w czasie świąt Bożego Narodzenia jest dodatkowym smaczkiem. To w tym czasie rozgrywa się kolejna walka o władzę nad Gotham. Nie ma tutaj tak dużej dawki groteski jak w poprzedniej części, jednak nie jest to realistyczna wersja Gotham – skorumpowanego miasta, które w momencie chaosu samo nie jest w stanie sobie poradzić. I wtedy pojawia się Batman, a wtedy robi się niewesoło – dla bandziorów. Sama fabuła przebiega tutaj bardzo płynnie i bez zakłóceń, intryga rozegrana jest pierwszorzędnie z elementami zaskoczenia (m.in. przejęcie kontroli nad Batmobilem przez Pingwina czy próba wrobienia Batmana w morderstwo), ale największym zaskoczeniem jest dwuznaczność, zabarwiona erotyzmem.

batman_powraca2

Nadal zachwyca strona plastyczna filmu. Mroczne zdjęcia (cała akcja toczy się w nocy) – zwłaszcza czołówka w kanałach czy „kampania” Pingwina jest zrealizowana bez zarzutu, imponuje scenografia oraz kostiumy. Także wszelkiego rodzaju sceny akcji są zrobione świetnie, aczkolwiek nie pozbawione humoru (Batman pokonujący osiłka za pomocą… bomby). Kapitalne jest też muzyka Danny’ego Elfmana, współtworząca mroczny klimat, łagodząc go muzyką… cyrkową.

batman_powraca3

Wszystko jest tutaj dopięte do ostatniego guzika, włącznie z fantastycznym aktorstwem. Michael Keaton znów potwierdza, że jest najlepszym Batmanem, a jego bardzo oszczędna gra (małomówność, skrytość) sprawdza się idealnie. Kompletną niespodzianką jest Danny DeVito w roli Pingwina. Sama postać wygląda dość groteskowo (pingwinie „ręce”, elegancki frak i nadwaga), jednak trudno nie współczuć jego losowi (jako dziecko został porzucony przez rodziców) – przynajmniej na początku. Bo jest to przebiegły manipulator i szantażysta, kierujący się własnym interesem. Razem z Christopherem Walkenem (podstępny i nieuczciwy biznesmen Max Shreck) tworzy intrygujący i niemal diaboliczny duet.

batman_powraca4

Jednak jedna rola mocno wybija się od reszty i najjaśniej błyszczy z całej reszty, mianowicie znakomita Michelle Pfeiffer. Selina Kyle na początku sprawia wrażenie troszkę nieporadnej, cichej dziewczyny, w dodatku niespecjalnie ładnej. Jej „śmierć” spowodowana przez Shrecka dokonuje w niej przemianę. Jako Kobieta-Kot budzi pożądanie, co jest chyba zasługą lateksowego stroju i umie to wykorzystać do swoich własnych celów. Jednak tłumienie w sobie tych pragnień staje się trudniejsze, gdy poznaje Bruce’a Wayne’a, co jest jeszcze ciekawsze od całej intrygi Pingwina.

Z sequelami zazwyczaj jest tak, że rzadko kiedy dorównują pierwszej części, a co dopiero przebić go. „Powrót Batmana” to ten drugi przypadek. Kolejny przykład rozrywki na bardzo wysokim poziomie oraz mrocznym klimatem. Tylko, że widownia nie dopisała i dlatego Burton nie nakręcił następnych części Batmana. To jednak temat na zupełnie inną opowieść.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Batman

Rok 1989 był ważnym rokiem i to z wielu przyczyn. Rozpad systemu komunistycznego w krajach środkowej Europy, na rynku pojawiła się gra „Prince of Persia”, po raz pierwszy wypłynęło nazwisko Leszek Balcerowicz. Jednak dla fanów komiksów te wszelkie wydarzenia były nieważne. Owszem, wcześniej tez przenoszono komiksy na ekran jak choćby „Supermana” w 1978 roku, jednak w większości przypadków były to filmy campowe. Dopiero w 1989 roku po raz pierwszy doszło do naprawdę udanej adaptacji, która nie tylko przyniosła wytwórni wielkie zyski, ale też zdobyła uznanie fanów, co nie zawsze miało się potem zdarzać. Panowie z Warner Bros. podjęli się bardzo śmiałego przedsięwzięcia. Postanowili przenieść na ekran drugą (po Supermanie) ikoniczną postać komiksu narodowego, a mianowicie Batmana. Któż miał nakręcić ten film? Padały różne propozycje – krążyły nazwiska Ivana Reitmana (kinowy przebój „Pogromcy duchów”), Joe’ego Dante („Gremliny”), a nawet braci Coen. Ostatecznie padło na wizjonera – Tima Burtona.

batman1

Zapraszam do Gotham City – duża metropolii, w której panuje głód, nędza i korupcja. Policja jest sterowana przez mafijny półświatek, z którym próbuje walczyć komisarz Gordon. I to właśnie tutaj działa tajemnicza postać, która budzi strach  rzezimieszków oraz nieufność policji. Ci, co go widzieli opisywali go jako wielkiego nietoperza. Troszkę przesadzili, gdyż był to człowiek-nietoperz, zwany tez Batmanem. Ale w półświatku dochodzi do roszady, na skutek której gangstera Grissoma zastępuje jego dawny podwładny Jack Napier, zwany Jokerem. Starcie między tą dwójką jest nieuniknione.

batman2

Jeśli lubicie pokręcone wizje Amerykanina, to „Batman” będzie dla was stanowił kawał świetnej rozrywki. Pod warunkiem oczywiście, że lubicie mroczne opowieści z pogranicza groteski. Reżyser, w przeciwieństwie do późniejszych twórców, nie idzie ani w stronę tandeciarstwa (Schumacher), ani maksymalnego realizmu (Nolan). Świat, w którym obok się pojawia się postać  w trykocie czy chodzący w kolorowych ciuszkach błazen nie może być realistyczny i twórcy są tego w pełni świadomi. Estetycznie i gatunkowo jest to hybryda a’la Tim Burton. Dużo mroku, brudnych zaułków (prawie jak z kina noir), ale tez trzymanej pod kontrolą barokowej wystawności i odrobiny teatralności. Wystarczy wejść  do domu Bruce’a Wayne’a (zwłaszcza pomieszczenie ze zbrojami z różnych epok robi wielkie wrażenie) czy siedziby mafii, by docenić scenografię oraz stroje (parada z okazji rocznicy miasta). W ślad za nimi idzie tez fantastyczna muzyka Danny’ego Elfmana z charakterystycznym motywem przewodnim oraz spora dawka czarnego humoru (cięte riposty Jokera), rozładowującego napięcie. Intryga jest prowadzona bardzo precyzyjnie, tworząc naprawdę wciągająca łamigłówkę (pomysłowość Jokera jest bardzo imponująca, a jednocześnie wie on jak wpływać na ludzi za pomocą mediów), a finałowa konfrontacja w katedrze nadal potrafi trzymać w napięciu (zapewne wpływ ma na to również bardzo niewielkie oświetlenie).

batman3

Reżyser jednak nie trzyma się wiernie kanonicznej opowieści o Waynie. Po pierwsze, sprawcą śmierci rodziców młodego Bruce’a jest Joker, co służy zintensyfikowaniu  konfliktu Po drugie, Joker ma dopisany  własny życiorys, co jest sporym plusem. Pewną zmianą (in minus) jest zmiana koloru skóry Harveya Denta (w filmie jest on czarnoskóry), który jednak pozostaje na dalszym planie. To są jednak drobiazgi, nieodbierające przyjemności z seansu.

Całości dopełnia też bardzo dobra obsada. Obecnie niemal dogmatem jest stwierdzenie, iż najlepszym odtwórcą roli Człowieka Nietoperza jest Michael Keaton. Jednak jego angaż przed premierą wywołał spore kontrowersje, gdyż aktora uznawano za mistrza ról komediowych (m.in. w filmach „Nocna zmiana” czy „Niebezpieczny Johnny”). Tutaj jednak kreację bohatera bardzo niejednoznacznego i bardziej fascynującego niż Christian Bale i jego następcy, choć pozornie Wayne wydaje się raczej sztampowo nakreśloną postacią. Naznaczony tragedią samotnik, mocno stroniący od ludzi, który podejmuje samodzielną krucjatę przeciwko nieprawości Gotham. Gdy jednak w pobliżu pojawia się piękna kobieta, bardzo trudno mu nadal tłumić emocje i Keaton potrafi to bardzo przekonująco pokazać. Jakkolwiek wysiłki Keatona zasługują na uznanie, film kradnie mu Joker (fenomenalny Jack Nicholson), który jest nieobliczalnym czarnym charakterem. Jednak poza grozą, potrafi wzbudzić śmiech i sympatię u widza. Obydwie postaci wbrew pozorom łączy wiele, choćby fakt, że nie są akceptowani przez swoje otoczenie, które uważa ich za dziwaków.

batman4

Jednak świetnych kreacji jest tutaj dużo więcej. Bardzo dobrze prezentuje się  Kim Basinger, która jako Vicky Vale nie jest tylko i wyłącznie damą w opałach. To Inteligentna, piękna kobieta, świadoma swojej wartości. Solidne role stworzyli również pojawiający się także w następnych trzech filmach: Pat Hingle (komisarz Gordon) oraz Michael Gough (Alfred Pennysworth). Nie sposób też nie wspomnieć o Jacku Palance’ie (gangster Carl Grissom), Robercie Wuhl (wścibski dziennikarz Alexander Knox) oraz Tracey’u Walterze (Bob, pomocnik Jokera).

Jeśli ktoś szuka filmu, będącego interesującą rozrywką, „Batman” jest idealną propozycją. Był to pierwszy ważny film w dorobku Tima Burtona, w którym jego formalny styl skrystalizował się. Jeśli kręcić filmy według komiksów, to właśnie tak jak w stylu Burtona – z klimatem, klasą oraz bez pretensji, nadęcia i patosu. Batman will returns…

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sok z żuka

Państwo Maitlandowie to dość spokojna rodzinka mieszkająca w dużym domu, są szczęśliwi, ale dziecka brakuje im do szczęścia. Spędzają właśnie urlop w swoim domu, ale podczas zakupów wpadają do rzeki i giną. Dowcip polega jednak na tym, że jako duchy wracają do swojego domu i nie mogą go opuścić, bo… powiedzmy ze nie będzie zbyt fajnie. Tylko, że do ich domu wprowadzają się nieprzyjemni żywi ludzie, zmieniający ich przyjemny domek w totalne dziwadło. Więc trzeba ich wypędzić. Ale jak?

sok_z_zuka1

Po swoim pełnometrażowym debiucie, Tim Burton dostał spory kredyt zaufania od Warner Bros., którzy pozwolili mu nakręcić, kolejny wariacki film, który można – nawet trzeba – nazwać czarną komedią, będącą odwróceniem „Egzorcysty”, gdyż to duchy chcą wypędzić żywych. Sprawa jest o tyle trudna, że nikt ich nie widzi, a umiejętność opanowania poradnika dla nieboszczyków idzie im pod górkę. Dodatkowym problemem jest fakt, ze nowi lokatorzy są chciwi i będą próbowali na straszeniu zbić kapitał, a to już nietajne. Reżyser jak zawsze ma pokręcone i surrealistyczne wizje, które jest w stanie pokazać bardzo sugestywnie. Wystarczy wspomnieć słynną poczekalnię w zaświatach, gdzie zmarli czekają na rozmowę z kuratorem czy kompletnie przemeblowany dom Maitlandów z dziwacznymi i zagadkowymi rzeźbami budzącymi grozę. Jednak Amerykanin nie byłby sobą, gdyby nie pozwolił na odrobinę czarnego i smolistego humoru (m.in. próby straszenia), tworząc naprawdę przyjemną rozrywkę, która dość szybko się rozkręca z bardzo przewrotnym finałem.

sok_z_zuka2

Poza scenografią (u Bartona zawsze zrobioną z fasonem i klasą), „Sok z żuka” posiada znakomitą muzykę Danny’ego Elfmana, a także bardzo pewnie dobrane piosenki (z „Jump In the Line” Harry’ego Bellfaonte na czele), co jest uczta dla ucha.

sok_z_zuka4

Także pod względem aktorskim film trzyma dobry poziom. Zarówno Alec Baldwin jak i Geena Davis w rolach nieboszczyków bezskutecznie próbujących wykurzyć nowych lokatorów są naprawdę dobrzy i zabawni w swojej nieporadności, co też jest sporym źródłem humoru. Tak naprawdę szoł ukradła im dwójka aktorów. Po pierwsze, urocza Winona Ryder, czyli Lydia Deetz, córka nowych lokatorów. Zawsze ubrana na czarno, ponura i niekochana przez swoich rodziców, jest też jedyną widzącą Maitlandów, nawiązując z nimi silna więź. No i on – brawurowy Michael Keaton w roli tytułowej. Choć pojawia się dość krótko (może z 15 minut), rozsadzał ekran swoją szaloną osobowością jako niekonwencjonalny bioegzorcysta, który nie tylko serwuje najlepsze teksty (pełne dwuznaczności), ale tez jest cwanym manipulatorem z własnym celem. Jednak nie można odmówić mu skuteczności, co tylko potwierdza, że moralność i etyka nie idą ze sobą ręka w rękę.

sok_z_zuka3

„Sok z żuka” to Burton dowcipny, czasami nieobliczalny, z dziką wyobraźnią, która czasami jest w stanie odwrócić uwagę od fabuły. Jednak tak naprawdę następny film miał uczynić z reżysera wizjonera.

7/10

Radosław Ostrowski

Birdman

Riggan Johnson kiedyś to był aktorem, którego wszyscy znali. Jeszcze dwadzieścia parę lat temu był bardzo popularnym aktorem, dzięki roli niejakiego Birdmana – człowieka-ptaka. Ale to przeszłość. dwadzieścia parę lat, jeden rozwód i kilka milionów dolarów później facet jest nikim – duchem przeszłości, który marzy o coś więcej. Dlatego postanawia sam wystawić, zagrać i wyreżyserować sztukę Raymonda Carvera – wydaje się to takie proste, prawda?

birdman1

Alejandro Gonzales Inarritu jeszcze parę lat temu można było porównać do Krzysztofa Kieślowskiego. W końcu dostał propozycję zrobienia filmu w kraju zwanym Hollywoodem – miejscu, gdzie można zrobić karierę, pod warunkiem pójścia na ustępstwa. Chyba że jest się kompletnym świrem i wariatem. Niby temat niespełnienia artystycznego, walki ze swoim wizerunkiem oraz próbą udowodnienia, że jest się kimś innym – to wszystko już było, ale jeszcze nie w takim wydaniu. Jest to totalnie surrealistyczna i bardzo pokręcona tragikomedia, gdzie czasami dzieją się rzeczy nie do końca zgodnie z rzeczywistością (lot Riggana na miasto, który tak naprawdę był… kursem taksówką), ale dając też wiele do myślenia nad mechanizmami szołbiznesu. Szokuje tutaj precyzyjna realizacja – Inarritu wspólnie z operatorem Emmanuelem Lubezkim oraz montażystami (Stephen Mirrione oraz Douglas Crise) wykonują nieprawdopodobną robotę, jakbym mieli wrażenie „płynności” całej fabuły, kręconej niby jednym ciągłym ujęciem (oraz obowiązkową zielenią). Jednak ta operatorska sztuczka połączona z perkusyjną muzyka potęguje tylko dziwaczny klimat, w którym próbujemy wejść w psychikę głównego bohatera, gdzie fikcja z rzeczywistością tworzą tutaj nierozerwalną całość.

birdman2

Kim jest Riggan? W interpretacji Michaela Keatona jest postacią żyjącą na krawędzi niemal psychicznego wyniszczenia oraz wypalenia. Sprawia tylko wrażenie człowieka przekonanego o swojej ścieżce, którą teraz kieruje. Ale tak naprawdę to maska, zresztą jedna z wielu. Ambitnego twórcy, niespełnionego aktora próbującego „wyrwać” się z dawno określonego wizerunku superherosa (wyznaczającego współczesne trendy, lecz niedocenionego), ale nie potrafiącego odnaleźć się w świecie współczesnych mediów (rozmowa z krytykiem teatralnym Tabithą czy dyskusje, gdzie przewija się Twitter i Facebook), korci go, by jeszcze raz nałożyć strój Birdmana (aluzje z Batmanem chyba nie są przypadkowe, a może są – sam nie wiem) oraz małostkowego skurwiela, dbającego bardziej o swoją reputację i nieudolnie próbującego nawiązać relacje ze swoją rozbitą rodziną. Keaton bywa tutaj i poważny, i śmieszny, i żałosny, ale do samego końca pozostaje człowiekiem. Choć zawłaszcza ekran całym sobą (kwestie ze sztuki, które wypowiada Riggan na scenie nie wydają mi się zbiegiem okoliczności), to ma paru godnych sekundantów.

birdman3

Kimś takim jest wracający po pewnej przerwie (ale zawsze będący w formie) Edward Norton. Jego Mike bywa kapryśny i lepiej się odnajduje w obecnej rzeczywistości, jednak jak sam mówi: „Tylko na scenie jestem autentyczny” i gra to niemal z poświęceniem, czasem wręcz przesadnym. Nie można też nie wspomnieć o Emmie Stone, która chyba zagrała najciekawsza kreację w swojej karierze. Wracająca z odwyku córka Riggana Sam, wymagająca opieki, krucha i pogubiona dziewczyna zapadła mi mocno w pamięć (nie tylko przez swoje duże oczy), podobnie jak bardziej poważny Zach Galifianakis (nieunikający manipulacji producent Jake) oraz Naomi Watts pokazująca niepewność swojej postaci – aktorki Lesley.

birdman4

„Birdman” chyba wydaje się być czymś więcej niż tylko próbą rozliczenia Michaela Keatona z samym sobą oraz próbą powrotu do glorii i chwały. To także tour de force Inarritu pokazujące nieobliczalność Meksykanina, będące trafna satyrą na szołbiznes i sztukę w ogóle. Zgniecie was albo odrzuci – innego wyjścia nie ma. Zgadnijcie, po czyjej stronie jestem ja?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski