Spider-Man: Całkiem nowy dzień

Nie będzie chyba przesadą, jeśli nazwę Spider-Mana jedną z najpopularniejszych postaci w całym dorobku Marvela. Być może wynika to z młodego wieku bohatera, który dopiero mierzy się z dorosłością i próbującego zbalansować swoje życie prywatne z ratowaniem świata w mikro skali. A w ostatnich czasach Pajączek pojawił się mocno: od trylogii Jona Wattsa dla MCU przez animowane „Spider-Verse” aż po tegoroczny serial „Spider-Noir”. Ale czy od tego przybytku jest miejsce na kolejne przygody Petera Parkera w Kinowym Uniwersum Marvela?

„Spider-Man: Całkiem nowy dzień” dzieje się po chaotycznym zamieszaniu w „Bez drogi do domu”, gdzie mieliśmy różne wersje Pajączka i ich wrogów, a także dochodzi do wymazania Parkera (Tom Holland) z pamięci wszystkich mieszkańców Nowego Jorku. Wliczając w to jego przyjaciół: MJ (Zendaya) i Neda (Jacob Balaton). Teraz chłopak mieszkanie gdzieś w Queens, korzystając ze wsparcia AI zwanego E.V. (Naomi Watts) i usprawniając swój kostium. Spokój jednak jest ostatnią rzeczą, na jaką może on liczyć, ciągle trzymając ludzi na dystans. Nawet pomagającej detektyw DeWolff (Lisa Colon-Zayas) czy samotnego wilka Franka Castle’a (Jon Bernthal). Ale pojawia się kolejne zagrożenie: ktoś desperacko próbuje wejść do Departamentu Kontroli Zniszczeń kierowanego przez Williama Metzgera (Tramell Tillman). Instytucja zajmuje się tworzeniem nowych technologii i narzędzi broni, wykorzystując także dawnych przeciwników jak Ręka. Co dziwniejsze wróg „opętuje” przypadkowych ludzi do osiągnięcia swojego celu, mocno utrudniając dopadnięcie go. Jakby tego było mało, coraz mocniej u Parkera odzywają się „pajęcze” geny, ograniczając jego kompatybilność z gadżetami.

Tym razem za kamerą stanął Destin Daniel Cretton, który już pracował z Marvelem przy „Shang-Chi” i serialowym „Wonder Man”, co dawało pewną nadzieję na odrobinę świeżej krwi. Głównie w kwestii scen akcji oraz choreografii walk, ale nie tylko. I ku mojemu zaskoczeniu historia ewolucji naszego sympatycznego chłopaka z sąsiedztwa bardzo sprytnie balansuje między powagą a humorem. Akcja (zwłaszcza bujanie się po mieście) wygląda bardzo przyjemnie i bardzo dynamicznie – przynajmniej od czasu trylogii Ramiego, gdzie nie brakuje zarówno długich ujęć (kompilacja akcji Spidera z bandziorami wszelkiej maści: od drobnych zbirów po Skorpiona i Tombstone’a), zabaw kamerą i perspektywą aż po dobrze wykorzystane slow-motion (starcie z wojownikami Ręki). Ale najbardziej imponuje tutaj gonitwa za „opętanym”, przeskakującym z ciała do ciała jak jakiś demon, przy okazji pozbawiając ich pamięci po zmianie gospodarza. Proste, ale kreatywne rozwiązanie, dodatkowo podbijające napięcie.

Intryga odkrywana jest bardzo powoli, choć nadal w centrum znajduje się Spider-Man. Tym razem próbujący samotnie walczyć ze złem oraz „mutacją” swoich genów. Częściowo jest to wygrywane w komediowy sposób jak pierwsze testy inhibitora, jednak potrafi też nagle uderzyć bardziej dramatycznymi chwilami jak retrospekcja z ciocią May czy spotkaniem na parapetówce u dawnych przyjaciół. Jednak najsilniejsze momenty dotyczą postaci granej przez Sadie Sink (ukrywano tożsamość przed premierą i dopiero pod koniec się wydało, ale ja nie zamierzam psuć niespodzianki) oraz finałowej konfrontacji, która mocno mi przypominała „Thunderbolts”. A wszystko zostaje spięte w bardzo satysfakcjonującym zakończeniu. Aczkolwiek niektóre efekty specjalne są troszkę niespecjalne i wyglądają szaro-buro.

Za to aktorsko jest tu naprawdę więcej niż dobrze. Tom Holland tutaj wypada najlepiej w roli Parkera/Pajączka, prezentując bardziej poważniejszego, przyziemnego bohatera. Nawet w najbardziej odjechanych momentach aktor gra bardzo przekonująco, nie rezygnując z odrobiny humoru. Strasznie podoba mi się ewolucja tej postaci. Wracają też starzy znajomy jak Zendaya i Balaton, ale także – ku zaskoczeniu wielu – Mark Ruffalo (Hulk), Florence Pugh (Jelena/Czarna Wdowa) oraz Jon Bernthal (Frank „Punisher” Castle), którzy tworzy całkiem niezły duet ze Spiderem. Jednak oni pojawiają się w zasadzie na chwilkę, na szczęście nie są rozpraszaczami i wrzuceni na siłę. Ale najważniejsza jest tutaj Sadie Sink, choć pojawia się fizycznie dość późno. Początkowo jest tajemnicza i enigmatyczna, ale powoli poznajemy jej motywacje, co pokazuje zupełnie inne oblicze. I mam nadzieję, że jeszcze ona wróci w tym uniwersum.

Czy „Całkiem nowy dzień” jest nowym początkiem dla Spider-Mana? Zdecydowanie tak i jest najlepszym filmem o Pajączku w MCU. Cretton nie tylko wnosi wiele barw do tego świata, ale też bardziej angażującą opowieść o kolejnym etapie dojrzewania oraz powolnym otwieraniu się na innych ludzi. Nie będzie przesadą, jeśli nazwę ten film najlepszą produkcją MCU od wielu lat i czekam na kolejne spotkanie z Peterem.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zadzwoń do Saula – seria I

Dawno, dawno temu, a mówiąc dokładnie 7 lat temu pojawił się serial, który okazał się wielkim dziełem, chociaż początek tego nie zapowiadał. Dzisiaj „Breaking Bad” ciszy się statusem dzieła kultowego, a opowieść o nauczycielu chemii zachodzącym przemianę w barona narkotykowego, wciąga i fascynuje. Więc kiedy pojawiły się wieści o spin-offie tego serialu, byłem troszkę sceptyczny, ale i podekscytowany. Wrócić do Alboquerque – byłoby fajnie.

better_call_saul1

Tym razem głównym bohaterem jest Saul Goodman – charyzmatyczny prawnik, który miał gadane i był w stanie wybronić każdego, dosłownie każdego. Ale Vince Gilligan razem z Peterem Gouldem postanowili opowiedzieć o naszym adwokacie zanim poznał on Waltera White’a aka Heisenberga. Nasz bohater najpierw nazywał się Jimmy McGill – gdy go poznajemy jest młodym prawnikiem, który próbuje wyrobić sobie własną markę, będąc w cieniu swojego brata Chucka – uznanego adwokata i wspólnika w Hamlin, Hamlin & McGill. Twórcy serwują aluzjami do pierwowzoru, co widać w sposobie realizacji – dziwacznych perspektywach (serwisu do kawy, kółka jadącego wózka itp.), wplataniu różnych piosenek oraz coraz bardziej komplikując drogę do przemiany McGilla w Goodmana (rozczaruję was – w tej serii do tego nie dochodzi). Sam początek serialu pokazuje nam obecną sytuację Goodmana, który wskutek działań White’a musiał uciec i zmienić tożsamość. Więc opowieść jest niekończącą się retrospekcją z życia Jimmy’ego/Saula.

better_call_saul2

Nasz bohater ma problemy i przez długi czas chce grać czysto, a najbardziej zależy mu na rozgłosie, w czym ma pomóc mu zajęcie się sprawą Kettelmanów, oskarżonych o defraudację, co doprowadza do zaskakujących sytuacji (Jimmy o mało nie zostanie zabity przez Tuco) i nieprzewidywalnego finału. Po drodze nasz bohater poczuje smak zdrady, parę razy zagra nieczysto i poznamy jego przeszłość, gdy był krętaczem, a także jego relacje z bratem oraz jego dawnym szefem, Hamlinem. Jedyna rzecz, która rozczarowuje to ostatni odcinek, który w połowie traci tempo, choć zakończenie intryguje. Znamy finał, ale już nie mogę się doczekać drugiej serii.

better_call_saul3

Zazwyczaj jest tak, ze gdy w głównej roli widzimy postać drugoplanową z pierwowzoru, efekt jest rozczarowujący. Na szczęście, w „Better Call Saul” jest inaczej. Bob Odenkirk znowu jest fenomenalny, czarujący i ma taką nawijkę, ze każdy chciałby go zatrudnić, nawet jeśli sprawa jest absurdalna (np. oddzielenie Teksasu od USA). Nawet jako McGill potrafi skupić swoją uwagę, a sposoby reklamowania się są godne podziwu (gra w bingo czy specjalne pudełka dla seniorów). Poza nim drugą istotną postacią jest równie znakomity Mike Ehrmantraut (pamiętacie tego fixera granego przez Jonathana Banksa?) – gdy go poznajemy jest… cieciem parkingowym. Wiem, nie jest to posada godna tej osoby, jednak potem poznajemy jego przeszłość i jesteśmy świadkami jego umiejętności nabytych w poprzednim fachu. Jeszcze tutaj nie działają jako duet, jednak ich bliższa współpraca jest tylko kwestią czasu. A trzecim pionkiem tej układanki jest Chuck (świetny Micheal McKean) – chory na alergię „elektryczną” brat Jimmy’ego, który wydaje się sojusznikiem i wsparciem naszego bohatera.

„Better Call Saul” ma wszelkie zadatki, by zostać serialem wybitnym. I nie trzeba znać serialu „Breaking Bad”, aby czerpać wielką przyjemność z oglądania. Szkoda tylko, że trzeba czekać rok na następne odcinki, ale na pewno jest tego wart.

8/10

Radosław Ostrowski