Hrabia Dracula – czy jest bardziej ikoniczny wampir w historii popkultury? Bohater XIX-wiecznej powieści Brama Stokera przeżyła wiele inkarnacji: od gotyckiego horroru przez parodię aż do wersji uwspółcześnionej. Czy w ogóle było możliwe stworzenie tej postaci na nowo po tylu interpretacjach? W BBC dwóch wariatów (Mark Gatiss i Steven Moffat), którzy nadali nowe spojrzenie na Sherlocka Holmesa uznali, że mają nowy pomysł na legendarnego krwiopijcę.

Jeśli spodziewaliście się wiernej adaptacji książki, sięgnijcie po film Francisa Forda Coppoli. Ten trzyodcinkowy miniserial idzie swoją własną drogą, gdzie każdy odcinek pokazany jest w innej formie. I już na samym początku poznajemy dwie kluczowe postacie: samego hrabiego oraz siostrę Agatę z rodu Van Helsing. Pierwszy odcinek to wprowadzenie w formie zeznania złożonego przez Jonathana Harkera – prawnika, który trafił do Transylwanii, reprezentować księcia wampirów. Ale też jedynemu, co udało się uciec, ale wygląda jak nieumarły. Drugi to wyprawa statkiem do Anglii, gdzie hrabia częściowo próbuje się ukrywać, a jednocześnie mamy sceny szachowej gry między antagonistami. Obydwa te odcinki mają bardzo gotycką atmosferę, ale jednocześnie są bardzo współcześnie zrealizowane. Nie brakuje tutaj płynnych przejść montażowych, zabawy chronologią oraz zmian perspektywy. Twórcy przez dłuższy czas bawią zarówno ikonografią gotyckiego horroru, ale też samym motywem wampira i dorzucają kilka ciekawych pomysłów (wampir przejmuje nawyki oraz sposób mówienia swojej ofiary czy zobaczenie swojego „prawdziwego” odbicia w lustrze), dodając świeżości tego tematu. Nawet twórcy bawią się gatunkami, mieszając grozę z kryminałem, doprowadzając do konfrontacji między Złem a skromnymi siłami Dobra.

A twórcy cały czas zaskakują – czy to bardzo niepokojącym klimatem godnym horroru (sam zamek hrabiego jest bardzo surowy, pełen niekończących się korytarzy), wiszącym w powietrzu zakończeniem oraz sporą ilością krwawej posoki. Jednak najbardziej zaskakują momenty, kiedy wydaje się, że siostra Agata jest w stanie przewidzieć kolejny ruch swojego wroga, ale prawda jest zupełnie inna. Okazuje się, że protagonistka – jak i ja – cały czas byliśmy wpuszczeni w maliny, co dobitnie pokazuje odcinek drugi oraz sceny gry w szachy. Sceny wspólnych rozmów naszych postaci przypominają pojedynek na spryt, niepozbawione ciętych dialogów oraz złośliwego humoru. Walki przekazywanej z pokolenia na pokolenie.

Jednak największe kontrowersje wywołał – moim zdaniem niesłusznie – trzeci odcinek, gdzie Dracula budzi się we współczesności. Przecież takiego ruchu należało się spodziewać po gościach, co uwspółcześnili Sherlocka, a wtedy głosów krytyki nie było tak wiele. I z czego to może wynikać? Ze nas bohater tak świetnie odnajduje się w nowych czasach, choć coraz trudniej znaleźć odpowiedni „posiłek”? Ale też niejako obrywa się młodemu pokoleniu, żyjącemu tu i teraz, dla którego śmierć wydaje się tylko słowem z encyklopedii. Spotkanie z Draculą może zmienić tą postawę, choć dla paru osób może być za późno, o czym przekona się pewna miejska piękność. Sam finał dał mi pewną satysfakcję, mimo kameralnego charakteru.

Trudno mi się przyczepić do czegokolwiek pod względem realizacji. Zarówno zdjęcia jak i scenografia stoją na bardzo wysokim poziomie. Tak samo bardzo gotycka w duchu muzyka oraz świetne efekty specjalne (wliczając w to charakteryzację oraz lejącą się krew). Ale prawdziwą perłą tego serialu jest absolutnie wybitny Claes Bang w roli głównej. Jest odpowiednio magnetyzujący i przyciągający uwagę, będąc tak naprawdę wilkiem w owczej skórze. Okrutny, podstępny i zły, choć starający się zachować ogładę dżentelmena. Jedynie na widok krwi zachowuje się jak nałogowy ćpun, nie wywołując jednak poczucia paradoksu czy sprzeczności. Dzielnie asystuje mu w tym pojedynku Dolly Wells wcielająca się w reprezentantki rodu Van Helsing – obie bardziej wykształcone i pozornie nie pasujące do wykonywanej profesji (siostra Agata), dla których konfrontacja z wampirem jest niejako sensem życia. A co najważniejsze, każdą z tych postaci aktorka gra inaczej, nie gubiąc ich charakteru.

Po ostatnim – słabszym – sezonie „Sherlocka” panowie Moffat i Gatiss wracają do wysokiej formy, nie wypalając się. Bardzo interesujące spojrzenie na legendarnego wampira, z wieloma świeżymi pomysłami oraz wyrazistym stylem twórców. Dracul otrzymał – momen omem – świeżą krew.
8/10
Radosław Ostrowski








Pierwszy epizod to powrót Holmesa, poprawa relacji z Watsonem oraz próba powstrzymania zamachu terrorystycznego. No i najważniejsze pytanie stawiane od dwóch lat – „How it Was Done”. Jest to bardzo ostra i elektroniczna wariacja tematu Sherlocka z mocnymi uderzeniami perkusji, agresywną elektroniką i gitarą elektryczną. A nad wszystkim unosi się bardzo wyraźny wpływ Hansa Zimmera (m.in. brzmienie rozciągniętych dęciaków niemal jak z „Incepcji” czy „opadające” smyczki), który jednak nie wywołuje rozdrażnienia. Druga mocną ścieżką jest inna wariacja tematu Sherlocka (bardziej epicka i orkiestrowa) w „#SherlockLives”, zakończona lekko jazzującą perkusją. Inna, utrzymana w stylu walca jest „Back to Work”. Zas underscore tutaj jest budowany za pomocą „opadającej” elektroniki i dość ciągłej gry skrzypiec z gitarą elektryczną („Vanishing Underground”) oraz mocnej wariacji tematu Sherlocka w mrocznym „John is Quite a Guy” z masą elektroniki (pulsujący bas), nerwowych smyczków i walącej perkusji. A zakończeniem tego odcinka jest „Lazarus”, czyli zmodyfikowany temat Moriarty’ego (dodana elektronika), będący zapowiedzią kolejnego trudnego wroga.
Drugi odcinek to wesele Watsona, gdzie Sherlock wygłasza mowę jako drużba. Jednak sam początek odcinka to próba schwytania gangu złodziei przez inspektora Lestrade’a. Stąd początek jest bardziej underscore’owy popisem smyczków i dzwoneczków („Lestrade/The Movie”). Bliżej sprawy jest „To Battle” – temat Watsona, w który wpleciono marszowe werble i perkusje podkreślającą wojskową przeszłość pana młodego. Sama opowieść Sherlocka pełna jest mrocznych zbrodni, wspólnie rozwiązanych przez obu panów, zaś podczas wesela będzie próba morderstwa. Najbardziej tutaj wybijają się „Stag Night” (dubstepowy początek, zaś dalej pojawia się bardzo”orientalna” perkusja oddająca mocno zakrapiany wieczór kawalerski i „nawalona” gitara elektryczna), pełen wojskowych werbli „Major Sholto” oraz zagrany na skrzypcach „Waltz for John and Mary” (grany przez Holmesa). Reszta jest już bardziej underscore’owa („Mayfly Man”).


Już sam początek albumu zapowiada pewne zmiany. Dostajemy temat Ireny Adler (piękne solo na skrzypcach, grane przez samego Sherlocka – przynajmniej na ekranie) jest szkieletem muzyki z pierwszego odcinka, który brzmi dźwiękowo delikatniej i liryczniej, co podkreślają następne utwory – lekko skoczny „Potential Clients” (te smyczki i plumkania), zmysłowy „Status Symbols” z lekkimi smyczkami, zgrabnie wplecionym tematem Sherlocka z poprzedniej części oraz pulsującą elektroniką czy kapitalnym „SHERlocked” (znowu skrzypce, a także fortepian), buduje wątek zauroczenia Holmesa kuszącą kobietą. W tym miejscu jest też muzyka akcji, częściowo budowana na sprawdzonych patentach (uderzenia cymbałków w „Dark Times” czy szybkie smyczki w „Smoke Alarm”), jednak tutaj pojawia się rzadko.
