Martwi przed świtem

Polska nową potęgą kina grozy – może za kilka(naście) lat pojawi się taki śmiałek, który rzuciłby takie hasło. Bo obecnie u nas z horrorem to jest co najwyżej średnio. Jeden Bartosz M. Kowalski gatunku nie stworzy, realizując kolejne slashery. Ale w zeszłym roku z odsieczą przybył facet, który podszywa się za Włocha. Dawid Torrone, a tak naprawdę Dawid Krępski, postanowił stworzyć kolejny film z gatunku horror und groza. Und krew.

„Martwi przed świtem” mają bardzo prosty punkt wyjścia: mamy grupę aktorów, reżysera i jego asystentkę w lokalnym teatrze. Nie mogą wyjść, bo na zewnątrz szaleje burza oraz deszcz. A pojawiają się w celu przygotowania nowego spektaklu słynnego dramaturga Heissenhoffa, który nie tworzy zbyt często. Jednak sama sala teatralna wygląda bardzo osobliwie, bardziej przypominając kościół. Jakby tego mało, wśród naszej czwórki aktorów zaczyna dochodzić do tarć, do premiery są tylko dwa tygodnie, a potem dzieją się dziwne rzeczy. Jak choćby tajemniczy morderca, który zaczyna szaleć.

Reżyser mocno inspiruje się włoskim giallo, czyli podgatunkiem kina zawieszonym między krwawym horrorem a thrillerem, której mistrzami byli tacy reżyserzy jak Mario Bava czy Dario Argento. Sama historia brzmi jak prosta opowiastka, która skupia się głównie na budowaniu atmosfery. A ta oparta jest na wykorzystaniu mocnych kolorów (czerwień, zieleń, czerń) oraz oświetlenia, budujących poczucie zagrożenia. Sam zabójca ma obowiązkowe czarne rękawiczki oraz bardzo unikatową maskę w postaci kilkunastu oczu. Dialogi są poprawne i sięga po znajome sztuczki: pojedyncze, niepokojące dźwięki, jump-scare’y i wyskakujący znikąd niemy antagonista. Kiedy on wchodzi, jest krwawo i brutalnie (ale tak naprawdę, zaś jego narzędziami mordu są tasak, pięści, a nawet piła mechaniczna), a nawet jest odrobinka napięcia.

Problem w tym, że Torrone próbuje jeszcze urozmaicić całość za pomocą wszelkiej masy udziwnień. Od biegnącej kamery lub ujęć od góry przez filtry przypominające oglądanie kasety VHS (plansza z nazwą rozdziału), stroboskopowe światła i przejście na czarno-biały kolor aż po ujęcia z perspektywy zabójcy. Pozornie wydaje się to atrakcyjne, ale w rzeczywistości wywołuje dezorientację oraz poczucie oglądania arthouse’owej, silącej się na więcej pretensji. Wrażenie potęgują sceny ze „spektaklu” pełne dialogów w rodzaju „moja głębia mnie pogłębia”, mające dodawać jakiejś powagi oraz czegoś głębszego. Jedynie zakończenie potrafiło mocniej uderzyć, choć to może być zasługa efektów specjalnych.

Niby idziemy w dobrym kierunku, a całość sprawia wrażenie kompetentnego filmu. Problem w tym, że „Martwi przed świtem” sprawiają wrażenie dobrze wykonanej imitacji, jednak pozbawionej swojego charakteru oraz traktującej się o wiele zbyt poważnie. Wielka szkoda.

5/10

Radosław Ostrowski

Dobry chłopiec

W zeszłym roku Jan Komasa nakręcił dwa anglojęzyczne filmy. Amerykańska „Rocznica”, który z perspektywy amerykańskiej rodziny pokazywała przemianę kraju w bardziej totalitarną dystopię, nie spotkała się ze zbyt życzliwym odbiorem. Dlatego tak dużą niespodzianką była polsko-brytyjska koprodukcja „Dobry chłopiec”, zmieniająca ton o 180 stopni.

Bohaterem jest Tommy (Anson Boon) – nastolatek, zachowujący się jak typowy reprezentant swojego pokolenia. Chlanie, ćpanie, imprezowanie, bzykanie. I jeszcze jest typowym rozrabiaką, co robi hałas, chaos oraz atencję. Jednak po ostatnim melanżu pobudka będzie bardziej przerażająca niż sobie może wyobrazić. Po otwarciu oczu zauważa szarą ścianę w jakieś piwnicy, do tego przykuty do ściany z łańcuchem i obrożą niczym pies. Tak chłopak trafia do domu gdzieś na odludziu, zamieszkiwanym przez rodzinę. Bardzo dziwną i specyficzną rodzinę: Chrisa (Stephen Graham), bardzo wycofaną Kathryn (Andrea Riseborough) oraz ich 10-letniego syna, Jonathana (Kit Rakusen). Czego od niego chcą? Dlaczego akurat on? I kim są ci ludzie?

Komasa stworzył jeden z najbardziej kameralnych filmów w swoim dorobku, który (poza początkiem i końcem) dzieje się w jednej przestrzeni. Czyli domu gdzieś w okolicach Yorkshire, znajdujący się z dala od świata, cywilizacji. To przejście z bardzo dynamicznego początku (intensywnie zmontowany) do brutalnego wyciszenia oraz konsternacji, która mnoży pytania. Gdzie jesteśmy? Kim są „porywacze”? Czy to seryjni mordercy, psychopaci, szaleńcy? Co ich motywuje? Albo jakim cudem puszczają filmiki Tommy’ego z social mediów na… kineskopowym telewizorze? Oraz dokąd to wszystko zmierza? Reżyser razem ze scenarzystą Bartoszem Bartosikiem ciągle podpuszczają, mieszając tropy oraz gatunki: od psychologicznego thrillera po czarną komedię. Czuć tu mocno inspirację Yorgosem Lanthimosem (choćby niedawna „Bugonia”) czy Stanleyem Kubrickiem (konkretnie „Mechaniczna pomarańcza”), pokazując bardzo ekstremalne próby wytresowania czy wychowania człowieka. By sprowadzić go na „jasną stronę życia” oraz pokazać jego miałką, płytką egzystencję. Tylko czy to zadziała?

Ale im dalej w las, tym bardziej ta relacja staje się coraz bardziej toksyczna, oparta na pełnej kontroli oraz – co nie widać na pierwszy rzut oka – okrucieństwie. Rodzina niby wydaje się normalna, bardzo opanowana, unikająca przekleństw i wyzwisk, jednak czuć w tym pewien fałsz. Widać, że ci ludzie są naznaczeni przez jakąś tragedię, która nie została przepracowana. Ale nigdy nie poznajemy ich przeszłości, co dla wielu może być frustrujące. Cały czas film trzyma w napięciu, ciągle myląc tropy i prowokując do myślenia. A wszystko sprowadza się do mocnego, szokującego finału.

A to wszystko jest fantastycznie zagrane. Na pierwszy plan wysuwa się Anson Boon w roli Tommy’ego, który jest pełen agresji, przemocy oraz wściekłości. Początkowo chce się go omijać szerokim łukiem, jednak z czasem zaczynamy widzieć odkrywane nowe emocje. Ale na ile to prawdziwa przemiana, a na ile tylko sposób na ucieczkę? Sprytnie tu lawiruje, dość łatwo budząc sympatię, nawet jeśli nie akceptujemy jego zachowania. Jednak najlepiej prezentują się Stephen Graham oraz Andrea Riseborough w roli rodziców. On – bardzo opanowany, z tupecikiem na głowie, sprawiający wrażenie empatycznego, ciepłego człowieka (szczególnie w relacji z synem), jednak w sytuacji zagrożenia nie zawaha się przed przemocą. Ona – strasznie blada, wręcz nieobecna niczym duch, rzadko się odzywająca. Widać, że skrywa się za tym pewien nieopisany ból. Dwoje razem tworzą niezapomniany duet, który zostanie na długo po seansie. Jest jeszcze niezawodny młody Kit Rakusen oraz świetna Monika Frajczyk w roli sprzątaczki Reni, która dopełnia całości.

Że „Dobry chłopiec” będzie lepszym anglojęzycznym filmem Komasy od „Rocznicy”, to podejrzewałem. Jednak jakość wykonania przeszła moje największe oczekiwania. Precyzyjna reżyseria i scenariusz, świetne zdjęcia oraz kapitalne aktorstwo czynią tą produkcję jedną z bardziej prowokujących, inteligentnych opowieści o przemocy, rodzinie oraz kreowaniu tożsamości.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski