Nick Cave & the Bad Seeds – Kicking Against the Pricks

Kicking_Against_The_Pricks

Rok 1986 był dla Nicka Cave’a i jego zespołu bardzo aktywny, bo wydał aż dwie płyty w tym samym czasie. Do zespołu wrócił Hugo Race i dołączył nowy perkusista Thomas Wydler, który wyręczył z tej funkcji Micka Harveya, zaś gościnnie wsparli ich: basistka Tracy Pew i na wokalu Rowland S. Howard („By The Time I Get to Phoenix”).

Przy „Kicking Against the Pricks” produkcją zajął się Mike Ellis i Tony Cohen, z którym Cave współpracował w The Birthday Party. Poza wzmocnieniem album ten jest bardziej piosenkowy, zawiera 14 coverów (m.in. Toma Jonesa, Johnny’ego Casha, Lou Reeda czy Roya Orbisona)i jest bardziej przystępny od poprzednich płyt. Utwory są krótsze, a całość idzie w stronę rocka i country, jednocześnie jest bardzo melodyjna. Można odnieść wrażenie, że Cave trochę złagodniał i zrobił się mniej mroczny. Trochę jest w tym prawdy, choć nie brakuje mroczniejszych klimatów jak otwierający „Muddy Water” z dziwną gitarą, fortepianem, marszową perkusją, smyczkami  oraz „mętnymi” klawiszami. Podobny klimat jest wyczuwalny w „I’m Gonna Kill That Woman”, gdzie dodatkowo dostajemy jeszcze nakładające się wokale Cave’a. Pewne złagodzenie przynosi skoczna „Sleeping Annaleah” z klawesynem oraz akustyczną gitarą. Od tej pory jest bardziej melodyjniej, żywiołowiej i ze świetnymi chórkami (najpiękniej brzmią w niemal  śpiewanych a capella „Black Betty” i „Jesus Met The Woman At The Well”), czasem pojawi się coś bardziej ponurego, czy gitara będzie przesterowana i nieprzyjemna („By The Time I Get to Phoenix” czy „Hey Joe”), jednak na razie jest to najbardziej poruszająca płyta Cave’a. Nie brakuje też żywiołowego rock’n’rolla („All Tomorrow Parties”) czy country („The Singer”).

Cave potwierdza swoją charyzmę i pokazuje, że nawet w cudzym repertuarze czuje się jak ryba w wodzie, a w country to już w szczególności. Zarówno gdy spokojnie recytuje, bardziej ekspresyjny czy wręcz krzyczący, tworząc bardzo klimatyczną całość.

Tym albumem Cave zrobił ćwieka swoim fanom. Niby jest taki jak zawsze, ale bardziej przystępny i jednocześnie pozostaje sobą. Jeśli ktoś chciałby zacząć znajomość z Cavem, ten album będzie odpowiedni. Po prostu petarda.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Nick Cave & the Bad Seeds – The Firstborn Is Dead

The_Firstborn_is_Dead

Cave z zespołem po roku od swojego debiutu wydał swój drugi album. Jedyną poważną zmianą było odejście Hugo Race’a, zaś produkcją znów zajął się Mark Ellis, tym razem z całym zespołem.

A jak brzmienie? W zasadzie zmian nie ma zbyt wiele. Nadal jest mrocznie, ponuro, tajemniczo, minimalistycznie i z małą ilością utworów (tylko 9) – ten styl będzie nam towarzyszył przez cały dorobek Cave’a, więc o tym nie mówmy. Jednak jest to bardziej idące w stronę rocka czy country („Wanted Man” Boba Dylana i Johnny’ego Casha), m.in. dzięki silniejszej obecności harmonijki ustnej. Nie brakuje powodzi („Tupelo” zaczynające się od grzmotów i deszczu, ze świetnym chórkiem i sekcją rytmiczną), pozornie spokojniejsze fragmenty (bluesowy, trochę monotonny „Say Goodbye to the Little Girl Tree” z gitarą i perkusją czy „Black Crow King” – oba najsłabsze na płycie), ale pojawia się bardzo dynamiczny numer „Train Long-Suffering” ze świetnymi chórkami oraz mocniejszą perkusją. Bo niestety, nie wszystkie utwory podziałały na mnie tak jak debiut. Może dlatego, że słucham przed godziną nocną, a może z powodu braku odpowiedniego nastroju. Niemniej zespół trzyma fason i mroczność, a Cave nadal robi to, co potrafi najbardziej – przeżywa i śpiewa.

Poza tym wersja kompaktowa zawiera radiową wersję „Tupalo” oraz „The Six Strings That Drew Blood”, których na winylu nie było i one uatrakcyjniają ten album. Cave tutaj konsekwentnie idzie drogą wyznaczoną przez debiut, aczkolwiek nie całkiem się to udało.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Nick Cave & the Bad Seeds – From Her to Eternity

From_Her_To_Eternity

Rok 1984 dla wielu kojarzy się z Orwellem. Jednak w świecie muzyki pojawiło się wtedy paru indywidualistów, ale nie będę się na nich skupiał. Bo i tak najważniejszy jest On – Książę Ciemności i nie jest to Ozzy Osbourne. Po rozpadzie kapeli The Birthday Party poznał Micka Harveya i tak powstał zespół działający prawie 30 lat. Mowa o Złych Nasionach oraz ich frontmanie – Nicku Cavie. Zespół wielokrotnie przechodził różne zmiany personalne, ale frontman zawsze był tylko jeden.

Wszystko się zaczęło od „From Her to Eternity”, grany przez zespół w składzie: Nick Cave (wokal, Hammond, harmonijka), Mick Harvey (perkusja, pianino, wibrafon), Blixa Bargeld (gitara), Hugo Race (gitara) i Barry Adamson (bas), zaś produkcją zajął się Harvey i Mark „Flood” Ellis. I już wtedy ujawniły się tendencje Cave’a do tworzenia mrocznego, psychodelicznego klimatu, który mógłbym skwitować słowami – musicie to sami przesłuchać. Ale to by było za proste. Cave we wszystkich utworach albo recytuje tekst albo się drze i jęczy, co może być zniechęcające (najbardziej to męczy w prawie 10-minutowym, nokturnowym „A Box for Black Paul”), ale nie pozbawia go charyzmy.

A instrumentarium jest stonowane dość oszczędnie i w czymś, co mógłbym nazwać kontrolowanym chaosem. Gitara elektryczna albo nagle i gwałtownie daje o sobie znać (tytułowy utwór w wersji z 1987 roku), bas pulsuje niepokojąco i nie daje o sobie zapomnieć (cover „Avalanche” Leonarda Cohena czy lekko szantowa „Well of Misery”), perkusja uderza coraz mocniej, idąc we wręcz marszowym tempie (cover „In the Ghetto” Presleya), fortepian zapętla się (najmroczniejszy „Cabin Fever!”), zaś w tle dochodzą różne, niewyraźne dźwięki, sapania i wrzaski członków zespołu. Brzmi to dziwnie? I wystarczy, bo albo to kupicie albo nie.

Zaś warstwa tekstowa to temat na osobny rozdział – pełne metafor i pomysłowych fraz, nie pozbawione poetyckości współtworzą ten klimat. Jeśli miłość, to niebezpieczna i perwersyjna (tytułowy utwór), nie brakuje rozgoryczenia („A Box for Black Paul” o rozpadzie The Birthday Party), Elvisa Presleya i Hucka Finna („Saint Huck”) – dają one do myślenia.

Początek działalności zespołu Nick Cave & the Bad Seeds to mroczna wędrówka, pełna dziwności, których nie powstydziłby się David Lynch. I nadal się to broni, choć wymaga to czasami cierpliwości. Mimo to nie powinno być rozczarowania.

8/10

Radosław Ostrowski


Various Artists – Batman Forever

Batman_Forever

Trudno mi sobie wyobrazić człowieka, który nie wiedziałby kim jest Batman? Ten heros popkultury był wielokrotnie powoływany do kinowego życia (ostatnio wskrzeszony w trylogii przez Christophera Nolana), ale najbardziej znana i najwyżej oceniane były film zrealizowane przez Tima Burtona. W 1995 roku pojawiła się trzecia część serii o Człowieku-Nietoperzu, tym razem zrealizowana przez Joela Schumachera, który gotycki i ponury klimat zrobił bardziej komiksowy, kiczowaty oraz patetyczny. A jak z muzyką?

Tu doszło do czegoś, co w przypadku poprzednich filmów w ogóle nie miało miejsca – wydano dwie płyty. Jedna z partyturą zastępującego Danny’ego Elfmana na tym stołku Elliota Goldenthala i składanka z piosenkami. Akurat wpadło mi w ręce to drugie. I wiecie co? Efekt jest taki sobie. Dla mnie jest to trochę zbyt duży misz-masz, poza tym same utwory trochę nijakie i pozbawione siły. Druga sprawa, to brak jakiejkolwiek kompozycji Goldenthala, który w formie symbolicznej mogłaby się pojawić (najlepiej temat przewodni).

A co broni się najbardziej? Dwie najbardziej rozpoznawalne piosenki z tej płyty i tego filmu – „Hold Me, Thrill Me, Kiss Me, Kill Me” U2 (piosenka przewodnia) oraz ładna ballada „Kiss from a Rose” Seala. Z pozostałych 12 utworów wybija się punkowe The Offspring („Smash It Up”), Massive Attack („The Hunter Get Captured By The Game”) i jeszcze można dodać zadziornego Nicka Cave’a („There is a Light”). Tym większa szkoda, bo jest tu paru znanych wykonawców, m.in. PJ Harvey i Michael Hutchcence w dziwacznym coverze „The Passenger”. O reszcie nawet nie warto wspominać, bo to przeciętne piosenki.

To jedna z wielu kompilacji, których na rynku jest pełno. Cztery piosenki na 14 to trochę za mało, by nazwać ten album udanym czy nawet ciekawym. Szkoda czasu i pieniędzy.

4/10

Radosław Ostrowski


Nick Cave and Warren Ellis – The Assassination of Jesse James by the Coward Robert Ford

The_Assassination_of_Jesse_James_by_the_Coward_Robert_Ford

Ten film oglądałem jakiś czas temu i mnie wprawił w konsternację. Choć akcja toczyła się na Dzikim Zachodzie, nie był to stricte western, tylko dramat psychologiczny ubrany w kowbojski strój. O tym jak fascynacja legendą, doprowadza do zabójstwa, a wszystko pokazane w bardzo nieśpiesznym tempie oraz bardzo estetycznej oprawie (zdjęcia Rogera Deakinsa są wręcz obłędne) z zaskakującym Bradem Pittem oraz kradnącym mu każdą scenę Caseyem Affleckiem. Także mało westernowa jest muzyka filmu Andrew Dominika. Ale po kolei.

cave_ellisZa muzykę do filmu odpowiada Nick Cave oraz Warren Ellis – frontman oraz członek zespołu the Bad Seeds. I ich kompozycje na pierwszy słuch mogą wydawać się zbyt monotonne i nie westernowe (brak gitary elektrycznej lub skustycznej, podniosłych tematów). Ten świadomy minimalizm ma służyć przede wszystkim podkreśleniu warstwy psychologicznej bohaterów, budując przy okazji dość melancholijny, czasami odrealniony klimat. Już to słychać w „Rather Lovely Thing” z bardzo pulsującym basem, podskórnie brzmiącym smyczkiem oraz delikatnym fortepianem. Tę podskórność słychać najbardziej na samym początku płyty jak w „Moving On” z powtarzającą się gitarą, smyczkiem oraz cymbałkami. Ale największą perłą są dwie kompozycje „Song for Jesse” oraz kończący album „Song for Bob”. W tym pierwszym magicznie brzmią cymbałki oraz delikatnie grający fortepian, zaś drugi bardziej posępne smyczki, do którego dołącza fortepian. „Falling” z zapętlającymi się smyczkami oraz fortepianem brzmi po prostu genialnie.

Wspomniałem o tym, że mało westernowa ta ścieżka. Są jednak dwie kompozycje wskazuje na to, że jesteśmy na Dzikim Zachodzie. „Cowgirl”, choć nadal wymagające, wykorzystuje gitarę elektryczną. Tak samo „Carnivale” z mocno „buczącym” smyczkiem oraz bluesową gitarą. O dziwo, te dwie kompozycje paradoksalnie są najsłabszymi, burzącymi klimat serwowany nam do tych czas przez Cave’a i Ellisa. Ale na szczęście są to jedyne poważniejsze wady tego soundtracku. Reszta kompozycji utrzymana jest we wspomnianym wcześniej stylu, co jest w tym przypadku absolutną zaletą. Innym wyjątkiem jest „What Happened Next” w zapętlającymi się smyczkami w tle oraz walącą perkusją.

Sam film obejrzałem dawno temu i nie pamiętam jak bardzo działała ta muzyka w filmie, jednak poza nim wypada bardzo interesująco. Oryginalna, niekonwencjonalna ścieżka, która zapadnie wam w pamięć na dłużej.

8/10

Radosław Ostrowski

Nick Cave and the Bad Seeds – Push the Sky Away

push_the_sky_away_300x300

Nagrywają płyty raz na kilka lat, ale gdy już pojawia się album, jest to wydarzenie. Nick Cave dla mnie jest przede wszystkim kompozytorem filmowym, którego nieszablonowe partytury pisane z Warrenem Ellisem robiły pozytywne wrażenie. Dopiero teraz odkryłem, że od 30 lat kieruje zespołem The Bad Seeds, grając szeroko pojęta muzykę alternatywną, budującą bardzo mroczny klimat. Właśnie dzisiaj wyszła już 15 płyta Cave’a i Złych Nasion „Push the Sky Away”.

Przed nagraniem doszło do perturbacji w składzie. Zespół opuścił współzałożyciel Mick Harvey, za to wrócił grający w latach 80-tych Barry Adamson. I tak siedmioosobowy zespół (Cave, Adamson, Ellis, Martyn Casey, Convay Savage, Thomas Wydler i Jim Sclavunos) pojawili się i nagrali nowy album po pięciu latach.

Piosenek jest 9, czyli niewiele jak dla zespołu i na standardy dzisiejsze. Jednak nie liczy się ilość, ale jakość i ta muzyka jest dla mnie zaskakująca. Z jednej strony te utwory są bardzo stonowane i kameralne, ale podskórnie wyczuwa się mrok i tajemnicę, pokazując mroczną stronę człowieka. Wyczuwa się to już w  „We No Who U R”, gdzie niewyraźnie brzmiące klawisze, syntetyczna perkusja oraz spokojny wokal Cave’a mówiący, że „wie kim jesteśmy, gdzie mieszkami i przebaczenie nie jest nam potrzebne”. Ale to dopiero początek dalej mamy skontrastowane organy z gitarą elektryczną („Wide Lovely Eyes”), kompletnie przemieszanie gitar, smyczków, pianina i nerwowej perkusji („Water’s Edge”), spokojny i zapętlający wstęp gitarowy, gdzie poszczególne instrumenty zaczynają rozbrzmiewać i zlewać w mocnym finale („Jubilee Street”) czy idący w stronę bluesa i psychodelii „Higgs Boson Blues” z lekko podchmielonym głosem Cave’a. Każdy utwór jest inny i jednocześnie przykuwa uwagę.

Poza wokalem Cave’a, który brzmi spokojnie nie można zignorować tekstów, w których autor opowiada różne opowieści, które nie są ze sobą powiązane (poza „Jubilee Street” o prostytucje, co „miała historię, ale nie przeszłość” i „Finishing Jubilee Street” opowiadający o przeżyciach Cave’a… po napisaniu „Jubilee Street”). A czego tu nie ma? Syreny („Mermaids”), wędrówka do Genewy, gdzie spotykamy Roberta Johnsona skuszonego przez diabła, samego diabła i… Miley Cyrus („Higgs Boson Blues”) czy nieradzenie sobie z problemami (tytułowy utwór o „popychaniu nieba”).

Ta muzyka albo was przyciągnie albo odepchnie. Stany średnie nie istnieją tutaj, a mnie wciągnęło totalnie. I już wiem, że moja znajomość z Cave’m i Nasionami dopiero się zaczyna.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Various Artists – West of Memphis: Voice of Justice

west_of_memphis_300x300

Maj 1993 roku, miasteczko West Memphis w Arkansas. Dochodzi tam do morderstwa trzech 8-letnich chłopców. O dokonanie tej zbrodni oskarżono miejscowych rozrabiaków: 17-letniego Jessiego Misskelleya Jr., 16-letniego Jasona Baldwina i 18-letniego Damiena Echolsa. Ten ostatni po burzliwym procesie został skazany na śmierć. Dwaj pozostali na dożywocie. Śledczy insynuowali satanistyczne podłoże zbrodni. Przekonywano, że na skazanych zły wpływ miała słuchana przez nich muzyka metalowa. Po kilkunastoletniej batalii, w 2011 roku, m.in. na podstawie braku zgodności DNA domniemanych sprawców z tym znalezionym na miejscu zbrodni Misskelley Jr., Baldwin i Echols wychodzą na wolność. Ta historia jest kanwą filmu dokumentalnego „West of Memphis” wyprodukowanego przez Petera Jacksona.

Film ten jeszcze nie ma w naszym kraju dystrybutora, jednak wyszedł soundtrack z tego filmu. Album zawiera zarówno piosenki jak i muzykę instrumentalną, zaś wykonawcy wystarczyli za całą recenzję. Wystarczy wspomnieć, że za muzykę do filmu odpowiada Nick Cave i Warren Ellis, których muzyka pojawia się tu w formie suity jak i w tle, gdy Henry Rollins i Johnny Depp czytają listy Damiena Echolsa z celi śmierci. Zaś jeśli chodzi o piosenki to nie brakuje tu zarówno uznanych twórców (Bob Dylan, Eddie Vedder, Marilyn Manson, Band of Horses) jak i mnie kojarzonych postaci jak Natalie Maines, zespół Camp Freddy, Citizen Cope czy Bill Carter. Całość jest utrzymana w tonie około rockowym i słucha się tego naprawdę dobrze, a żaden wykonawca nie zawodzi. Wisienką na torcie jest „Wind” Patti Smith z koncertu, którego dochód przeznaczono dla pokrzywdzonych.

Będę się streszczał i powiem, że jest to bardzo udana kompilacja. Nie wiem jeszcze jak sprawdza się to w filmie, ale poza nim jest bardzo dobrze i bardzo równo, co nie zawsze idzie ze sobą w parze.

8/10

Radosław Ostrowski