Ballerina. Z uniwersum Johna Wicka

Kiedy w 2014 roku do kin trafił film o facecie znanym z imienia John i nazwiska Wick, wywołał spore poruszenie oraz przywrócił kinu akcji blask. Pojawiła się armia naśladowców (lepszych lub gorszych), sequele oraz planowane spin-offy mające rozszerzyć to zadziwiająco bogate uniwersum. Po rozczarowującym mini-serialu „Continental” tym razem na duży ekran wkracza „Ballerina”.

Osadzona między trzecią a czwartą częścią oficjalnej serii, skupia się wokół niejakiej Eve (Ana de Armas). Jako dziecko była świadkiem śmierci swojego ojca z rąk nieznanych zabójców. Jednak dzięki Winstonowi (Ian McShane) trafia pod opiekę dawnej rodziny swojego rodzica. Czyli do Ruskiej Romy, gdzie uczy się baletu oraz innych rzeczy związanych z tańcem jak… strzelanie z broni, boksowanie i walka wręcz. Po kilkunastu latach dziewczyna staje się Kikimorą, czyli kimś w rodzaju ochroniarza dla klientów nowej rodziny. W trakcie jednego ze zleceń trafia na zabójcę ze znamieniem, jakie nosili zabójcy jej rodzica. Jak się okazuje sprawcy należą to tajnej ekipy zabijaków, o których niewiele wiadomo. Ani gdzie rezydują, ani ilu ich jest i kto nimi steruje. Jeśli jednak myślicie, że to jest w stanie powstrzymać Eve przed drogą zemsty, to jesteście w błędzie.

Tym razem za kamerą stanął Len Wiseman, czyli twórca filmów z serii „Underworld” czy czwartej części „Szklanej pułapki”. Czyli twórca co najwyżej przeciętny i w zasadzie największa niewiadoma tego tytułu. Ale ku mojemu zaskoczeniu wychodzi ze swojego zadania obronną ręką, odnajdując się w stylistyce tego świata. Sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa, bo wchodzimy w ścieżkę zemsty, jednocześnie jednak rozszerzamy ten świat półświatka. Zarówno samo przeszkolenie Evy (dynamicznie zmontowane z wplecionym Czajkowskim w tle) z mocnym finałem przez powrót do znajomych postaci i rewirów aż po pojawienie się w zamkniętej przestrzeni małego miasteczka. Akcja i choreografia jest kreatywna, bo nasza balerina jest mniej masywna (za co dostaje więcej razy łomot), co zmuszą ją do unikania fizycznej konfrontacji. Pierwsza misja Evy w Sali Lodu, demolka domowej knajpy z użyciem noży, pistoletów i… talerzy aż po finał z miotaczem ognia (w tej chwili nawet sam John powiedziałby: WOW!!!) – to zostanie ze mną na długo.

Czy to oznacza, że „Ballerina” nie ma wad? No, niestety, jest parę problemów. Przede wszystkim nie ma tutaj aż tak emocjonalnego ciężaru i stawki jak w macierzystej serii (może dlatego, że nikt tu nie zabija psa albo mija zbyt wiele czasu od momentu nakręcającego zemstę). Do tego nie do końca wykorzystuje się paru aktorów drugoplanowych, ze szczególnym wskazaniem na Normana Reedusa, którego postać wydawała się być istotna, lecz ostatecznie szybko się pojawia i znika jeszcze szybciej. A jakby tego było mało, pewną rysą był… Keanu Reeves, wracający jako John Wick. Nie zrozumcie mnie źle, jak ma strzelać, walczyć i prać nie zawodzi. A potem zaczyna mówić. Choć nie ma zbyt wiele dialogów, słychać jak bardzo ma problem z wypowiadaniem i to boli.

A jak sobie w roli tytułowej radzi Ana de Armas? Zaskakująco bardzo dobrze, jej gniew i furię widać w jej oczach, a także w sposobie eliminowania kolejnych przeszkód na swojej drodze. A i fizycznie też sobie radzi, choć jej postać więcej razy dostaje łupnia, co dodaje jej odrobiny realizmu. Wraca też paru starych znajomych jak Ian McShane (Winston), Anjelica Huston (dyrektorka) i – po raz ostatni – Lance Reddick (Charon). Z kolei z nowych postaci najbardziej wybija się Gabriel Byrne w roli mrocznego, opanowanego Kanclerza (znaczy się złola), co w zasadzie nie jest niczym nowym u tego aktora.

Czy „Ballerina” to najlepsza część z uniwersum Johna Wicka? Zdecydowanie nie, ale jest w stanie dostarczyć sporej rozrywki. Może nie zostanie w pamięci na długo po seansie, lecz jest o wiele lepiej wykonane niż miało to prawo się udać. Jest też nawet pozostawiona furtka na ciąg dalszy, na który chętnie się wybiorę.

7/10

Radosław Ostrowski

Blade – wieczny łowca II

Od wydarzeń z pierwszej części minęły dwa lata, a Blade dalej przerabia wampirów na galaretę. Jego mentor Whstler popełnił samobójstwo w poprzedniej części, ale tutaj jego zwłoki zostają zabrane przez wampirów, którzy go gdzieś trzymają. Po wielu poszukiwaniach, udaje mu się go znaleźć i wykurować. Jednak pojawia się bardziej kłopotliwa sytuacja – pełniący rolę szefa Rady Wampirów, Damaskinos chce zawiązać z nim sojusz. Przyczyną tej zmiany nastawienia jest pojawienie się nowego rodzaju wampirów, Żniwiarzy. Ci goście żywią się innymi wampirami, zarażając ich swoim ugryzieniem, przez co pojawiają się kolejni i kolejni, coraz trudniejsi do pokonania. Blade ma zaś dorwać i zabić szefa grupy Nomacka, w czym ma pomóc specjalnie wyszkolona grupa wampirów zwana Chartami.

blade2-1

Pierwszy „Blade” zaskoczył wszystkich i okazał się kasowym przebojem, więc kontynuacja musiała powstać. Propozycję dostał Stephen Norrington, czyli reżyser poprzednika, ale ją odrzucił. Jego miejsce zajął Guillermo del Toro, drugi raz próbując wejść na rynek amerykański. Poszło mu o wiele lepiej, choć „dwójka” ma swoje problemy.

blade2-3

Sama historia, gdzie mamy sojusz dwóch nieufnych stron oraz nowe zagrożenie, jest w stanie zaintrygować, choć toczy się przewidywalnym torem. Musi dojść do zdrady, zaś Damaskinos skrywa tajemnicę istotną dla całości. Zaś nowy przeciwnik jest o wiele trudniejszy do pokonania, bo odporny jest tylko na światło. Całość jest o wiele mroczniejsza i brutalniejsza niż pierwsza część. I nie chodzi tylko o paletę kolorów (dominuje czerń, niebieski oraz żółty), ale większość ilość krwi, rozrywanych zwłok czy scenę sekcji zwłok jednego z nowych wampirów. Czuć większy rozmach i jest parę imponujących scen jak ukryta dyskoteka z muzyką techno w tle czy walka w kanałach. Same efekty specjalne też prezentują się lepiej, zwłaszcza zgony wampirów.

blade2-2

Żeby jednak nie było tak słodko, „dwójka” dorzuca kilka poważnych błędów. Po pierwszy, sceny walki. Nie chodzi nawet o to, ze są zbyt efekciarskie oraz szalone, tylko bardzo słabo zmontowane. Za dużo jest tutaj zbliżeń na szczegóły i zbyt wiele cięć, przez co potyczki są nieczytelne niczym w następnych częściach trylogii Bourne’a. Przez co praca choreografów poszła w gwizdek. Po drugie, intryga od ostatnich 30 minut staje się bardzo przewidywalna, zaś miejscami zachowanie postaci jest dość dziwne (po co Blade macha mieczem, skoro ten nie jest w stanie zabić?). No i po trzecie, podczas walk są wykorzystane efekty komputerowe (walka Blade’a z Nyssą czy finałowa konfrontacja) wręcz nachalnie i kłują mocno w oczy. Najlepiej broni się w tej materii charakteryzacja oraz sceny zgonów wampirów. Po czwarte, ignorowanie paru aspektów z poprzednika (zmartwychwstanie Whistlera, nieobecność Karen) oraz dodany na siłę wątek romansowy, który zwyczajnie nie działa.

blade2-4

Aktorsko udaje się zachować poziom poprzednika, a Wesley Snipes nadal sprawia masę frajdy w roli Chodzącego za Dnia. Znacznie lepszy od pierwszej części jest Luke Goss w roli czarnego charakteru, którego motywacja jest bardziej osobista niż dla Frosta oraz Thomas Kretschmann jako tajemniczy Damaskinos. Z drugiego planu najbardziej wybija się cięty Ron Perlman (Reinhardt) oraz śliczna Leonor Valera (Nyssa), ubarwiając całość.

Druga część naszego wampirzego herosa utrzymuje poziom poprzednika, choć nieczytelność scen akcji jest bardzo dużym minusem. Niemniej udanie rozwija uniwersum wampirów i pozwala się przebić reżyserowi na amerykańskiej ziemi.

7/10

Radosław Ostrowski

Psy mafii

Atlanta, miasto gdzieś w USA. A jak w każdym mieście działają gliniarze, bandyci i bezprawie szaleje. Całość terroryzuje rosyjsko-żydowska mafia, złośliwie nazywana La Koszer Nostra. I wierzcie mi, to nie są śmieszni kolesie noszący jarmułki oraz pejsy. Kierowani przez Irinę (wygląda jak bardzo wytapetowana burdelmama niż szefowa, ale niech będzie), sieją postrach. Jednym z jej ludzi są członkowie gangu skorumpowanych gliniarzy pod wodzą Michaela Atwooda, którzy wykonują dla niej akcje. I na dzień dobry jesteśmy rzuceni w napad na bank. Akcja się udaje, jednak szefowa ma jeszcze jedno zadanie. By je wykonać ekipa musi zyskać sporo czasu, by odwrócić uwagę od gliniarzy. Najskuteczniejsze byłoby wezwanie kodu 999, czyli zabójstwo policjanta.

psy_mafii1

John Hillcoat postanowił wykorzystać szansę od Hollywood, by dostać świetne kino sensacyjne. Pozornie wydaje się, ze wszystko gra i wydaje się na miejscu. Pierwsze sceny, gdy widzimy skok bankowy – szybko zrobiony, zrealizowany jak trzeba, bez zbędnej gadaniny, zakończony dziką akcją na autostradzie, gdzie wystrzelono kolorowe granaty z łupu (wtedy bandyci wyglądają niemal jak cosplayerzy Deadpoola 😉 ) i padają strzały. Twórcy chcą bardziej skupić się na psychologii bohaterów oraz realistycznym pokazaniu brudu, zgnilizny oraz zepsucia. I to daje nawet efekty – bandyci wyglądają jak notowani z kartotek (tatuaże, ogolone karki, wiązanki słowne itp.), dziwki wyglądają jak dziwki i nie boją pokazać wszystkiego, co mają. Krążymy po spelunach, zaułkach i knajpach wyglądających jak brazylijskie fawele – rządzą się one własnymi prawami, a rozmowy z gliniarzami nie są mile widziane.

psy_mafii2

Klimat niemal jest jak w „Sicario” (są nawet poobcinane głowy) – brud, smród, zgnilizna oraz brak szans na wyjście z tego piekła. Bo jak już raz się sprzedałeś, to zdrajcą już będziesz na zawsze. Nawet jeśli – tak jak główny bohater – robisz to po to, by móc mieć kontakt ze swoją rodziną. Nie brakuje i efektownych scen akcji (nalot na kryjówkę, zakończona dynamiczną strzelaniną), podkręcanych agresywną muzyką elektroniczną. Atmosfera robi się coraz gęstsza, a lojalność, zdrada i podstęp są na porządku dziennym.

psy_mafii4

Tylko jest jeden, a nawet dwa poważne szkopuły. Po pierwsze, bohaterów jest tutaj aż za dużo i nie wiadomo tak naprawdę na kim się skupić. Mamy skorumpowanego Atwooda (dobry, nawet bardzo Chiwetel Eljofor), zmuszonego szantażem do współpracy oraz jego kumpli z policji oraz wojska (mózgowiec Russell, wiecznie nawalony i naćpany Gabe, podstępny i obrotny detektyw Rodriguez i trzęsący okolicą Marcus – kolejno: Norman Reedus, Aaron Paul, Clifton Collins Jr. Oraz Anthony Mackie), jest nowy partner Marcusa – uczciwy i zdeterminowany gliniarz Chris (niezawodny Casey Affleck). No i prowadzący śledztwo wuj Chrisa – ciągle naćpany i nawalony detektyw Jeff Allen (jakby ciągle obecny na planie „Detektywa” Woody Harrelson). Żaden z nich – poza Michaelem – nie zostaje w pełni rozbudowany, nie znamy w pełni motywacji, charakteru, ich tła. Wydają się oklepanymi postaciami z szablonów, parę razy aktorzy sprawiają wrażenie grania na autopilocie (w szczególności Aaron Paul i Harrelson, ale ten drugi ciągle się broni). Jedyną dużą niespodzianką jest Kate Winslet jako „matka chrzestna” Irina – kobieta tak bezwzględna i ostra jak to tylko możliwe.

psy_mafii5

Po drugie, w połowie filmu – mimo kilku kopniaków – zaczyna siadać tempo, a finał jest taki skromny i nie daje takiego kopa jak początek. Żadnego wstrząsu, szoku czy niespodzianki, przewidywalne (i kameralnie, co można było wygrać). Brak napięcia, poczucia niepokoju czy pierdolnięcia – tak się kina sensacyjnego nie kończy. W ogóle tak się filmów kończyć nie powinno, jakby cały arsenał środków został gdzieś nagle pochowany. Nie wolno tak łamać obietnicy.

psy_mafii3

Dlatego tak trudno mi jednoznacznie ocenić ten film. „Psy mafii” miały potencjał na to, by być mięsistym sensacyjniakiem, niepozbawionym ambicji sięgnięcia głębiej. Z taką obsadą nie można było tego spieprzyć. A tak mamy niewykorzystany potencjał i produkcję zaledwie niezłą. Ale i tak jest to lepsze od ostatniego „PitBulla”, co jest pewną skromną rekompensatą.

6,5/10

Radosław Ostrowski